Długo chodziła za mną ta muzyka. Pamiętam, gdy "Songs from the Labyrinth" pojawił się na rynku i posłuchałem go (już nawet nie pamiętam w jakich okolicznościach, bo fanem Stinga raczej nie jestem). Urzekło mnie melancholijne piękno tej muzyki. Wiedziałem, że muszę kiedyś kupić tę płytę. Długo zwlekałem z realizacją obietnicy, bo cedek nie należał do najtańszych. No cóż, to w końcu słynny wokalista i uznana na rynku muzyki poważnej wytwórnia. W końcu udało mi się zdobyć ten krążek, ale coś za coś - czekałem na tę chwilę kilka ładnych lat. Sting we wkładce do płyty pisze, że muzyka Johna Dowlanda chodziła za nim od ponad dwudziestu lat, ale dopiero gdy dostał w prezencie od Dominica Millera lutnię i poznał wybitnego bośniackiego muzyka Edina Karamazova, który gra właśnie na tym instrumencie, postanowił nagrać płytę z utworami Dowlanda.
"Ego" to przemyślane dzieło dojrzałej artystki, co słychać już od pierwszych taktów. Nie znajdziemy tam ani jednej przypadkowej nuty, ani jednego przypadkowego wersu tekstu. Lecz co ważniejsze, poza trudem włożonym w staranne muzyczne wykształcenie Pati Cze słychać również prawdziwość i świadomość muzyczną. Na album składa się dwanaście piosenek, z których większość to nastrojowe, akustyczne aranżacje. Autorka, tworząc "Ego", współpracowała z najlepszymi polskimi muzykami, a za samą produkcje i aranżację płyty odpowiadały dwie znakomite postaci: Paweł "Bzim" Zarecki, współtworzący albumy Anny Marii Jopek oraz Grzech Piotrowski, wielokrotnie nagradzany twórca formacji World Orchestra. Album rozpoczyna się lekką kompozycją "Stop", okraszoną partiami instrumentów dętych. Przypomina on nieco swym stylem utwory Ewy Bem, takie jak "Kocham i nie kocham Cię". Kończy się natomiast "Egoistką", którą Pati Cze kieruje do szerszej grupy odbiorów i promuje teledyskiem. Ta popowa klamra nieco odstaje od całego charakteru albumu i - moim zdaniem - jest jego słabszą częścią. W środku mamy natomiast kwintesencję smooth-jazzu. W "Nimfomance" będącej fuzją hipnotyzującego kontrabasu i fortepianu, słychać inspiracje twórczością wspomnianej już Anny Marii Jopek.
To króciutki album. Trwa niewiele ponad 20 minut, a piękna w nim tyle, że można by nim obdzielić dziesięć innych płyt i każda byłaby wspaniała. To malutkie arcydzieło powstało jako ścieżka dźwiękowa do baletu Merce'a Cunninghama, słynnego tancerza i choreografa, który był też partnerem życiowym Johna Cage'a (to ten od słynnego utworu 4:33), ale doskonale radzi sobie jako samodzielne, niezależne dzieło. Całość jest oparta na melodyjnym brzmieniu pozytywki, które przewija się przez wszystkie utwory. Moc narasta z minuty na minutę, na początku tworząc przestrzenny, lekko medytacyjny elektroniczny świat, aby, powoli ewoluując, ostatecznie eksplodować niemalże industrialnym jazgotem w trzecim utworze.
Wszystkich, którzy popatrzyli na okładkę albumu i wysłuchali jedynie singla "Take it" uprzedzam, że nie powinni klasyfikować Ms. Obsession zbyt szybko. Nie są to tylko słodkie, wpadające w ucho melodie - "Lovely Fear" kryje w sobie wiele muzycznych niespodzianek. Wśród jedenastu - w znakomitej większości autorskich utworów - słychać inspirację rozmaitymi gatunkami muzycznymi, zaczynając od klasycznego popu, poprzez funk, na trip-hopie kończąc. Ogólny charakter albumu dobrze oddaje piosenka tytułowa, która jest podróżą po różnych obszarach muzyki. Utworem, który naprawdę zapada w pamięć jest refleksyjny "Faceless in the crowd". Perkusja idealnie współgra tu z ciepłym wokalem, a prawdziwą wisienką na tym soulowym torcie jest kilka sekund kontrabasu, który zamyka kompozycję. Bardzo osobistym utworem zdaje się być "If You" z piękną, lecz niestety jedyną w całym albumie partią fortepianową. Moim osobistym wyborem jest niewymuszony "Dedication to my Ex", udekorowany smyczkami. Ostatecznym dowodem na tę gatunkową hybrydę jest "Allow yourself to love", który kończy album. Partia wokalu po refrenie przywodzi na myśl głos Beyonce. Lecz dokładnie w momencie, w którym stwierdzamy, że to jedynie piosenka inspirowana diwą zza Atlantyku, otrzymujemy ostry gitarowy riff, który został sprytnie wpleciony we flow utworu.
Ostra i bezkompromisowa płyta. Gdy ukazała się na rynku, wszyscy chyba trochę przestraszyli się takiego bezpośredniego przekazu i nie było jej praktycznie słychać w mediach, co zresztą zauważył sam autor i zarzucił im ostracyzm. Na szczęście nie zaszkodziło to chyba samej muzyce, bo w grudniu 2012 roku album uzyskał status złotej płyty. Całkiem zasłużenie zresztą. Cały album jest przesycony przekazem politycznym, ale podanym w sposób wybitnie „kukizowy”. Jak wiadomo nie od dziś, były lider Piersi ma wyraziste poglądy polityczne, nie idące praktycznie w parze z żadnym ugrupowaniem i tym wzbudza mój podziw. To trudne i odważne tak wprost rzucać się pod prąd nurtów zarówno lewicowych jaki i prawicowych, chociaż bliżej Kukizowi do prawej strony.
Oto debiutancki album Lewych Łokci - formacji z Częstochowy nad którą pieczę sprawuje wytwórnia fyh!records. Płyta wydana została w marcu tego roku w 200 numerowanych egzemplarzach na wypalanych płytach CD-R, ale jakość wydania stoi na dobrym poziomie. Jak widać na zdjęciu, samo opakowanie nie jest zwykłą papierową kopertą, tylko porządnym digipackiem. Z okładki wpatruje się w nas apatycznym wzrokiem chłopiec ze złamaną ręką i papierosem w ustach. Ten obraz oddaje trochę klimat muzyki Lewych Łokci. Jazgotliwe, gitarowe dźwięki czasem popadające w proste, dosyć przewidywalne, aczkolwiek przyjemne dla ucha melodie podparte są tekstami o wszechobecnej beznadziejności, której jakoś trzeba dać odpór (ot, chociażby zakładając zespół, aby pograć wspólnie z kumplami) łatwo wpadają w ucho. Bardzo przyjemnie się tego słucha. Na pierwszy plan wybija się według mnie króciutki, refleksyjno-balladowy, zaledwie pótoraminutowy "Noc/Poranek" wybrzdąkany tak naprawdę na gitarze. Trafia prosto do serca. Podobna w brzmieniu jest "Młodość" aczkolwiek trzeba przyznać, że stylistycznie oba kawałki są zupełnie inne, niż reszta płyty. Może dlatego mi się najbardziej podobają?
Intro już zapowiada ciekawą, muzyczną podróż. Brudną, pełną gitarowego zgiełku i jazgotu. Karate Free Stylers nie mają litości. Walą jak rasowy karateka - celnie i bez ostrzeżenia. Dodatkowo grupa w pakiecie zapewnia przestrzenny chłód, który nawet może być konkurencją dla lądolodu Grenlandii. A wszystko to dodatkowo podkreślone jednostajną, monotonnie motoryczną dynamiką sekcji rytmicznej. Nowa fala? Post-punk? Słuchając tej płyty pomyślałem o "Unknown Pleasures" Joy Division - poczułem podobny, lodowaty powiew sączący się ze słuchawek i wdzierający się pod czaszkę.
Deep Purple to zespół legendarny. Ich albumy z początku lat 70. to ścisła czołówka największych dzieł ciężkiego rocka. Nawet dekadę później, kiedy po kilku latach przerwy zebrał się najsłynniejszy skład grupy, udało im się nagrać kanoniczny longplay "Perfect Strangers". Problem z grupą polegał zawsze na tym, że obok albumów genialnych, nagrywali także po prostu słabe. Natomiast od kilkunastu lat - w składzie zubożałym o dwóch kluczowych muzyków, gitarzystę Ritchiego Blackmore'a i klawiszowca Jona Lorda - odcinali kupony od zdobytej dawno temu sławy, grając na żywo głównie przeboje sprzed kilkudziesięciu lat. Regularnie, co kilka miesięcy, w sklepach pojawiają się kolejne płyty koncertowe, przeważnie zarejestrowane w czasach największej popularności. Natomiast przerwy między studyjnymi albumami są coraz dłuższe - na właśnie wydany "Now What?!" trzeba było czekać aż osiem lat. Czy muzycy Deep Purple wciąż mają coś ciekawego do zaoferowania? Cóż, okazuje się, że tak - przynajmniej momentami. Po udostępnieniu przez zespół pierwszego singla promującego album, można było mieć jednak obawy o jakość nowego materiału.
Już za kilka dni Iron Maiden wystąpi na dwóch koncertach w Polsce: 3 lipca w Łodzi i 4 lipca w Gdańsku. Występy odbywają się w ramach trasy Maiden England World Tour, której celem jest uczczenie 25. rocznicy wydania albumu "Seventh Son of a Seventh Son". Warto przypomnieć sobie ten wyjątkowy longplay w dyskografii zespołu, ceniony zarówno przez fanów, jak i samych muzyków. Jest to także jedyny concept album stworzony przez Brytyjczyków. Co prawda, można mieć wątpliwości, czy do przeciętnego słuchacza trafi opowiedziana tu historia Siódmego Syna Siódmego Syna – bohatera posiadającego dar jasnowidzenia. Pojawiają się tutaj liczne nawiązania do literatury, przede wszystkim powieści fantasy "Siódmy Syn" Orsona Scotta Carda, ale także do twórczości Aleistera Cowleya ("Moonchild") czy Williama Shakespeare'a ("The Evil That Men Do"). Jest też nawiązanie do prawdziwej historii Doris Stokes, która przewidziała własną śmierć ("The Clairvoyant"). Głównym wątkiem albumu wydaje się jednak być odwieczna walka dobra ze złem, przewijająca się przez wiele fragmentów ("Moonchild", "The Evil That Men Do", "Only the Good Die Young"). Pod względem muzycznym album jest jednak o wiele bardziej przystępny.
Debiutancki album anonimowych muzyków z Ghost, wydany dwa i pół roku temu "Opus Eponymous", był jedną z najbardziej oryginalnych płyt, jakie ukazały się w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Prezentował unikalne połączenie heavy i doom metalowych riffów z popowymi melodiami i psychodelicznym klimatem późnych lat 60. Od tamtego czasu grupa przeszła kilka zmian. Wokalista Papa Emeritus zmienił ksywkę na Papa Emeritus II, co miało sugerować zmianę frontmana (w rzeczywistości pozostał nim zidentyfikowany przez fanów Tobias Forge, znany wcześniej z grup Subvision, Repugnant i Crashdiet). Ponadto grupa została prawnie zmuszona do występowania w Stanach jako Ghost B.C. - aby łatwiej było ich odróżnić od innych grup używających tej nazwy. A czy sama muzyka się zmieniła? Zespół miał dwie drogi do wyboru: twardo trzymać się wypracowanego na debiucie stylu, lub zaproponować coś nowego. Zdecydowali się na coś pomiędzy.
Są w świecie audio produkty, których kolejne generacje pojawiają się tak regularnie, że właściwie można ustawiać według nich kalendarz. Co rok nowy smartfon, co dwa lata nowa wersja przetwornika, co...
Przymierzając się do zakupu hi-endowego systemu stereo, zwykle zaczynamy przeglądać katalogi producentów amerykańskich, niemieckich, brytyjskich, włoskich, francuskich, japońskich albo skandynawskich. W ostatnich latach do tego grona dołączyły także firmy chińskie,...
Jeszcze kilka lat temu kierunek rozwoju cyfrowego audio wydawał się całkowicie oczywisty. Skoro odtwarzacz sieciowy i tak potrzebuje przetwornika, a ten coraz częściej otrzymuje regulację głośności, wyjście słuchawkowe i kilka...
Bannery boczne
Komentarze
Felek
Mam Venere 2.5, ale po przeczytaniu tego artykułu przerabiam je na Olimpicę II 1/2. To nie będzie III, ale w moim przedziale możliwości dam radę i nie obrażą si...
W świetle tego, co podziało się z Auralikiem, przydałoby się takie urządzenie stworzone przez inną firmę, żeby moja S1 za 1-2 lata nie odmówiła współpracy.
@Garfield - Wsparcie straci raczej zewnętrzna skrzyneczka streamera, bo potrzebna będzie sprzedaż nowego produktu. Nowych formatów już się raczej nie wymyśli, b...
W dobie streamingu i dostępności cyfrowych plików audio mogłoby się wydawać, że słuchanie muzyki jeszcze nigdy nie było tak proste. W praktyce jednak, szczególnie dla bardziej wymagających użytkowników, to wciąż zaskakująco skomplikowana sprawa, zwłaszcza gdy chcemy połączyć wygodę korzystania ze smartfona z możliwościami bardziej zaawansowanego sprzętu audio. Jeśli chodzi o...
Fyne Audio has spent almost a decade building its reputation around conventional passive loudspeakers, from relatively affordable bookshelf models to imposing high-end designs made in Scotland. Cubitt 5 marks a rather important change of direction. It is the company's first...
At the same time that Noble Audio is stripping the formula back to a single dynamic driver with Iris, the company is taking a very different route at the more accessible end of its wired IEM range. Vanguard builds on...
Monitor Audio has introduced Silver Series 8G, the latest generation of one of the most important and best-selling loudspeaker families in its catalog. The company is not presenting this as a cosmetic refresh, but as a comprehensive reinvention of the...
Gdyby ktoś powiedział, że siedziba jednej z najciekawszych i najszybciej rozwijających się firm produkujących wzmacniacze lampowe i podzespoły do sprzętu hi-fi nie mieści się w Monachium, Glasgow czy Tokio, ale w maleńkiej wsi pod Białymstokiem, wielu audiofilów uniosłoby brwi. W końcu to samo serce Podlasia, które w Polsce uważane jest...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.