Dziś na warsztacie album, którego posiadaczem stałem się przez przypadek kilka miesięcy temu. Po raz kolejny doszedłem do wniosku, że nie mam czego słuchać i wybrałem się na polowanie do jednego z elektronicznych supermarketów licząc na coś fajnego w koszu z przecenami. Niestety, posucha była tam straszna, więc przetransportowałem się na część z muzyką. Zasadniczo nie szukałem niczego konkretnego, ale Blindead od razu rzucił mi się w oczy. Postanowiłem, że trzeba ćwiczyć silną wolę i z pustymi rękami wróciłem do domu. Tam nie wytrzymałem i zacząłem słuchać tego krążka w różnych sklepach internetowych. Ostatecznie album wylądował na półce. Wcześniej nazwa Blindead rzuciła mi się w oczy kilka razy. Przeczytałem też sporo pochlebnych opinii, ale muzyki nie znałem, więc był to strzał w ciemno. Zacznę jednak od czegoś innego, a mianowicie warstwy wizualnej. Tu zespół niesamowicie się postarał.
Wśród powiększającej się rzeszy zespołów rodzi się tradycja wypuszczania do sieci każdego nowego wydawnictwa. Niektóre kapele zachęcają do kupna nowego krążka prezentując urywki nowych utworów, a inni idą na całość i ujawniają wszystko. Z takiego założenia wyszła Kylesa publikując w formie elektronicznej swój najnowszy album - "Ultraviolet" - na kilkanaście dni przed premierą. Mam pewien dylemat dotyczący takiej formy odsłuchu nowych nagrań. Z jednej strony to fajne - człowiek wie, z czym ma do czynienia i nie kupuje kota w worku. Może zrezygnować z inwestycji, jeśli nowe nagrania nie odpowiadają jego oczekiwaniom. Z drugiej - umiera element zaskoczenia, wszystko mamy podane na tacy, a po zakupie krążka w wersji fizycznej nie ma tego czaru odkrywania całości - do poznania pozostaje tylko książeczka. Z racji tego, że w ostatnim roku kilka albumów na które niecierpliwie czekałem okazało się totalnymi bublami, teraz jednak staram się korzystać ze streamów, jeśli takie się pojawiają. A czy "Ultraviolet" spełnia moje oczekiwania?
Oj, to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Zasadniczo nadal nie jest, ale mój układ z nową płytą Alice In Chains zaczyna robić się coraz bardziej klarowny. Niechęć jest powoli wypierana przez szacunek i zrozumienie, choć początki były trudne. Zacznijmy od tytułu - gdy muzycy go ujawnili, byłem zaskoczony. Może nawet nie zaskoczony, ale rozczarowany, zdziwiony? Poważna kapela z ponad 20-letnim stażem robi sobie jaja? Dopiero jakiś czas później przeczytałem wyjaśnienie o co chodzi i nabrało to głębszego sensu. Druga sprawa - albumowe zapowiedzi w postaci "Hollow" i "Stone". Mimo kilku podejść na YouTubie nie udało mi się wysłuchać ich do końca. Zatem "The Devil Put Dinosaurs Here" miał co najwyżej przeciętny start. Ale z sentymentu do starych czasów i szacunku do zespołu nabyłem krążek w dniu premiery. I w tym momencie moje negatywne nastawienie zaczęło powoli mijać.
Pearl Jam to raczej płodny zespół. Albumy studyjne, dziesiątki singli i gościnnych występów sprawiły, że zebrało się trochę odrzutów sesyjnych, B-side’ów oraz luźnych utworów. Po ostrej selekcji i ciężkich negocjacjach powstał "Lost Dogs" - kompilacja 30 kawałków z różnych etapów kariery zespołu. Zmienia się czas ich powstania, a także - poziom. Płytę można podzielić na cztery grupy: rzeczy genialne, świetne lub bardzo dobre, średniaki oraz utwory, których mogłoby tu nie być i album wcale by na tym nie stracił. Pierwsza grupa to w zdecydowanej większości utwory najstarsze. Najlepszy z tego wydawnictwa jest "Alone" z czasów "Ten" - rzecz świetna i nie wiem jakim cudem nie znalazła się na tamtym krążku. Drugi hit to "Yellow Ledbetter" - Pearl Jam w spokojniejszej odmianie, świetny motyw gitarowy. Kolejne bardzo dobre kawałki to "Hard To Imagine" i "Footsteps" - niesamowicie emocjonalny utwór, jeden z najlepszych w historii Peral Jam w ogóle. Na tym samym motywie gitarowym oparty jest "Times Of Trouble" Temple Of The Dog. Te cztery utwory to ścisła klasyka klasyki, którą każdy fan twórczości Veddera i spółki znać powinien.
Wydany w 2011 roku krążek to jak do tej pory najnowsze dziecko Black Tuska. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to inna stylizacja okładki. Niby to ten sam Baizley co zwykle, ale jednak inny, brudny, bardziej oszczędny w formie i kolorach. Zdecydowanie wolę jego inne prace, chociaż ta też ma w sobie coś intrygującego. Przechodzimy do muzyki. Odpalamy krążek i już na starcie atakuje nas niespełna dwuminutowy, instrumentalny "Brewing The Storm". Rzecz bardzo przyjemna, oswaja słuchacza z tym, co nastąpi już za chwilę. A to coś zaczyna się od "Bring Me Darkness" - utworu, który spokojnie można by wsadzić na "Taste The Sin" - idealnie by tam pasował. Podobnie sytuacja przedstawia się w przypadku "Ender Of All", "Carved In Stone" i paru innych utworów. Pojawia się tu też kilka eksperymentów, kawałków utrzymanych w trochę innej stylistyce.
Po nagraniu bardzo dobrego "Dante XXI", Sepulturę czekało bardzo trudne zadanie. Trudne o tyle, że ich kolejny album też miał być conceptem. Tym razem muzycy na warsztat wzięli "Mechaniczną Pomarańczę" autorstwa Anthony'ego Burgessa. Każdy, kto zaliczył tę pozycję pewnie potwierdzi, że jest to raczej specyficzna literatura. Świetna, ale skierowana do wąskiego grona odbiorców - koneserów. Podobnie jest z tym albumem. Rozbieżności w jego ocenie są duże. Jedni narzekają, że są to tylko marne popłuczyny po wcześniejszej twórczości, inni widzą tu światełko w tunelu, a jeszcze inni odcinają się od przeszłości i starają się oceniać to, co jest tu i teraz. I właśnie z tej perspektywy album wypada co najmniej dobrze. Nie umiem wyjaśnić jak to jest dokładnie, ale osobiście do niektórych zespołów nie potrafię podejść nie patrząc w przeszłość, natomiast w przypadku innych przychodzi mi to bez problemów. Tak właśnie mam z Sepulturą. Może dlatego, że moja przygoda z tym zespołem rozpoczęła się, gdy Maxa od dawna już w nim nie było?
Gdyby osobom postronnym puścić utwory typu "Breathe" lub "Firestarter", a zaraz po tym przejść do albumu "Experience", tylko niewielki odsetek słuchaczy obstawiałby, że to ten sam zespół. Zmiana, jaka dokonała się w muzyce The Prodigy przez kilka lat jest olbrzymia. Może i dziś, ponad 20 lat od premiery, "Experience" brzmi momentami trochę archaicznie, ale i tak robi duże wrażenie. Bez wątpienia jest to klasyka w kategorii muzyki elektronicznej. I nie ważne, że niektóre dźwięki z krążka przypominają czasy gier na Commodore czy Atari. Liczy się to, że albumu nadal przyjemnie się słucha. Chyba najbardziej znanym jego fragmentem jest "Out Of Space" z samplem wyciętym z reggae'owego klasyka Maxa Romero - "I Chase The Devil". Później zespół odgrzał kotleta w postaci utworu "Thunder" z "Invaders Must Die". Nie robi takiego wrażenia, jak pierwowzór.
Ta płyta rozpoczyna najmocniejszy okres w historii Pink Floyd. Niby między nim a "Dark Side of the Moon" jest jeszcze "Obscured By Clouds", ale i temu krążkowi niewiele można zarzucić. Dla mnie album z 1971 roku to przede wszystkim dwie kompozycje - rozpoczynająca i zamykająca album. Nie jestem w tej kwestii odosobniony, bo w większości recenzji właśnie ten duet jest najbardziej wychwalany. "One Of These Days" jest jednym z moich ulubieńców z całej twórczości Pink Floyd. Jest w tym instrumentalnym utworze coś tajemniczego, intrygującego, hipnotycznego. Środkowa część kompozycji wgniata w fotel. Mnie te dźwięki kojarzą się z "Tajemniczymi Złotymi Miastami". Tuż po nich zaczyna się rockowa, gitarowa, szybka jazda.
Czy ja w ogóle powinienem wypowiadać się na temat jazzowych płyt? Teoretycznie nie jestem ekspertem od tego gatunku muzycznego, ale wychodzę z założenia, że muzyka jest dla ludzi -wszystkich ludzi. I nie ważne czy ktoś się zna, czy nie - ma prawo wyrazić swoją opinię na temat tego, co słyszy. Tak między nami przyznam się Wam, że ciągnie mnie do takiego grania. Czasem go nie rozumiem, ale czasem udaje mi się poczuć ten magiczny, jazzowy feeling. I tak też jest tutaj. Płyta nie jest nowa - została nagrana przez Pawła Kaczmarczyka w 2007 roku i z tego co wiem, był on wtedy młodym, 23-letnim pianistą, który nie raz był określany jako nowa nadzieja polskiego jazzu. Nie będę się z tym kłócił. Pewnie mądrzejsi ode mnie o tym decydowali.
Nasz dział z recenzjami muzycznymi teoretycznie nazywa się po prostu Płyty, ale któregoś dnia do redakcji trafiła niespodzianka - kaseta magnetofonowa! Trzymając ją w rękach byłem naprawdę bardzo zaskoczony, że jeszcze gdzieś w Polsce wydaje się muzykę na tym nośniku. Wszyscy wieszczą śmierć płyty kompaktowej, a tu okazuje się, że kaseta, będąca w zaniku od dobrych 15 lat, jeszcze się trzyma! Kiedy dodatkowo okazało się, że to kasetowe wydawnictwo jest w limitowanym, ręcznie numerowanym nakładzie 50 sztuk, moje zainteresowanie nią dodatkowo wzrosło. Ktoś pomyśli - hipsterskie fanaberie. No, może coś w tym jest, ale lubiłem już takie wydawnictwa zanim wszyscy hipsterzy tego świata zaczęli się wypierać tego, że nimi właśnie są.
Sennheiser w swojej historii wydał na świat tyle świetnych słuchawek, że gdyby ktoś chciał ułożyć listę najważniejszych modeli wszech czasów, spokojnie mógłby stworzyć ją wyłącznie z produktów tej jednej firmy....
Niektóre firmy wchodzą do świata hi-fi frontowymi drzwiami, budując swoją legendę przez dekady wokół kilku wysokiej klasy wzmacniaczy, kolumn albo gramofonów, a potem ostrożnie poszerzając katalog o kolejne segmenty. Inne...
Advance Paris nie jest marką nową, choć przez długi czas funkcjonowała na rynku trochę obok głównego nurtu audiofilskich rozmów. Firma wystartowała w 1995 roku jako Advance Acoustic. Początkowo oferowała zestawy...
Bannery boczne
Komentarze
stereolife
@Artur - To jest raczej uzależnione od źródła. Jeżeli odtwarzacz ma konstrukcję symetryczną, prawdopodobnie warto będzie sprawdzić, czy połączenie XLR okaże się...
@Artur - Trzeba to sprawdzić na słuch i nie instalować w ciemno. Niestety znakomita większość wzmacniaczy z wejściami zbalansowanymi (obojętne, tranzystor czy l...
Jako były posiadacz Charybdis podpisuję się pod całym testem recenzji. Już wkrótce naprawię swój błąd i powrócę do nich ;) Nie słyszałem obiektywnie nic co grał...
Regulacja głośności jest jedną z najważniejszych funkcji każdego systemu audio. Prawidłowe działanie tego elementu naszego sprzętu ma ogromny wpływ na przyjemność płynącą z jego użytkowania. Kiedy potencjometr zaczyna tracić swoją funkcjonalność, nawet w niewielkim stopniu, jest to niezwykle kłopotliwe, a może też być niebezpieczne dla innych elementów zestawu, takich jak...
Nie istnieje pewnie na świecie miłośnik dobrego dźwięku, którego nie interesowałaby geneza znanych marek zajmujących się produkcją sprzętu hi-fi. Niewątpliwie jedną z nich jest JBL - legendarna, amerykańska firma, której korzenie sięgają lat dwudziestych ubiegłego stulecia. Marka, którą powinien kojarzyć każdy, kto choć raz z ciekawości przyglądał się głośnikom na...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Wombat Alfred