To płyta, którą znam od lat i cały czas czuję zawartą w niej moc. A to trochę dziwne, ponieważ ogólnie rzec biorąc nie lubię hip-hopu i bardzo rzadko go słucham. A jeszcze rzadziej jakiś utwór hip-hopowy potrafi na tyle przykuć moją uwagę, żebym sięgnął po całą płytę. Jakby tak dobrze pomyśleć, to chyba właśnie "Encore" Eminema jest jedynym takim przykładem. Co ciekawe, inne albumy tego artysty w ogóle nie zrobiły na mnie wrażenia - tylko ten tak do mnie trafił. Jest tu kilka utworów, które do dziś robią na mnie duże wrażenie. Na przykład "Evil Deeds" - ten to po prostu zwala mnie z nóg.
Słuchając po raz pierwszy "The Serpent's Egg" wciąż pobrzmiewało mi w uszach wcześniejsze dzieło duetu, czyli wspaniały "Within the Realm of a Dying Sun". Jak zawsze w takich sytuacjach rodziło się we mnie pytanie, czy zespół udźwignął ciężar geniuszu wcześniejszej płyty? Co zrobił, żeby chociażby utrzymać jej poziom? Oto przekleństwo artysty, któremu udało się stworzyć dzieło przełomowe! Po nim w sumie najłatwiej zaćpać się na śmierć (i stworzyć legendę). Bo co innego można jeszcze ze sobą zrobić? Cokolwiek nie powstanie, fani i tak podzielą się na dwa obozy. Jeden będzie piał z zachwytu, a drugi obwieści wszem i wobec, że muzycy się sprzedali. Zresztą ten drugi obóz prędzej czy później podzieli się na jeszcze dwa inne.
Kupiłem tą płytę dwa dni przed oficjalną premierą, która odbyła się 22 kwietnia tego roku. W sumie chciałem poczekać do wieczora, aby sobie na spokojnie, w nausznikach, posłuchać tej drugiej oficjalnej koncertówki w dziejach Dead Can Dance. Ale nie wytrzymałem. Gdy tylko z całą rodzinką wróciliśmy z zakupów do domu, dzieciaki poszły pobawić się do swojego pokoju, a ja z żoną zabrałem się do przygotowania pysznego obiadku, rozpakowałem album i umieściłem pierwszą płytę w odtwarzaczu naszego kuchennego radyjka, które służy do zakłócania ciszy. Czyli do słuchania radia i jakiegoś tam umilania czasu spędzonego przy przygotowywaniu posiłków. Brzęczy, buczy i syczy jakimiś tam dźwiękami, ale nikt też od niego nie wymaga nawet poprawnej jakości. To przecież tylko kuchenne radyjko! Ale to co się stało po włączeniu "In Concert" poruszyło mnie do głębi. Muzyka rozlała się po całym pomieszczeniu. Poczułem magię.
Oto płyta, która przez wielu uznawana jest za szczytowe osiągnięcie Rush. Płyta nie dość, że zdobyła uznanie na niwie czysto artystycznej, to jeszcze pozwoliła muzykom porządnie zarobić stając się najlepiej sprzedającym się albumem w karierze Rush. Czy cały ten zgiełk broni się do dziś? Czy muzyka po latach nie utraciła swojej pierwotnej świeżości i mocy? Absolutnie nie! Mimo, że charakter utworów jest już inny, niż na wcześniejszych, progresywno-gitarowych płytach i piosenki stały się łatwiej przyswajalne, wręcz przebojowe (ot, pierwszy "Tom Sawyer" chociażby) to wciąż czuć potrzebę technicznego zakombinowania i przełamania sztampy typowo radiowego utworu.
Solowa płyta lidera Porcupine Tree - czemu nie? Na początku posłuchałem sobie niektórych kawałków w Internecie, potem musiałem się oswoić z cenami (50 złotych za zwykły album i 70 za wydanie mediapack z dodatkową płytą DVD-audio lub BR-audio to jednak nie jest mało), aż wreszcie nadszedł dzień zakupu. Wielka radość. Nabyłem wersję bez dodatków, bo stwierdziłem, że nie ma co dokładać do płyty DVD-audio, która i tak po prostu będzie leżała sobie w pudełku. Ciekawostką jest wydanie dwupłytowe tego albumu, które chyba nie jest dostępne w Polsce, ale w każdym razie można je jeszcze zamówić na Amazonie. Na drugiej płycie tej edycji umieszczono wersje demo wszystkich piosenek oraz dodatkowy utwór "Clock Song" określony jako niewykorzystany pomysł. Trochę szkoda, bo słuchałem go i jest to kawałek naprawdę wartościowej muzyki. Niestety, w szczecińskich sklepach muzycznych wersji dwupłytowej nie widziałem. A co mamy w daniu głównym?
Kiedyś, będąc oddanym fanem Tangerine Dream, nie wyobrażałem sobie, że ten zespół mógłby się kiedykolwiek rozpaść. O nie, tylko nie to! Takie wspaniałe płyty, taka przepiękna muzyka - to nie może umrzeć. Oni muszą tworzyć, tworzyć i jeszcze raz tworzyć! Niestety, po jakimś czasie, gdy dotarły do mnie płyty nagrane pod koniec lat osiemdziesiątych i później, zmieniłem zdanie. Chciałem, żeby ten zespół składający się tak naprawdę z pana Froese i różnych, co rusz innych osób, zakończył swój żywot jak najszybciej. Tangerine Dream stał się dla mnie karykaturą samego siebie, klasycznym przykładem rozmieniania swojego talentu na drobne. Grupa, która kiedyś była praktycznie głównodowodzącym na łajbie zwanej muzyką elektroniczną, teraz brnęła na mieliznę bez szans na wypłynięcie na szerokie wody.
Po wydaniu kilku świetnych płyt pod rząd, większość zespołów dalej kroczyłaby tą drogą i tworzyła rzeczy sprawdzone - podobające się słuchaczom. Problem w tym, że Killing Joke nie należy do większości i nie jest to normalny zespół. Po wydaniu w 2003 roku albumu świetnie przyjętego przez fanów, grupa nie odcięła kuponów od własnego sukcesu, tylko zamknęła się w piwnicy gdzieś w Pradze (Jaz jest zafascynowany tym miastem, ja w gruncie rzeczy też) i nagrała najbardziej bezkompromisowe dzieło w swoim dorobku. I jednocześnie najtrudniejsze w odbiorze. Lekko ponad 62 minuty grania zostało zamknięte w 9 utworach. Najkrótszy z nich trwa 4 minuty i 15 sekund, a najdłuższemu niewiele brakuje do 10 minut. Otwierający "This Tribal Antidote" nie zapowiada jeszcze w pełni tego, co ma dopiero nadejść. Utwór jest w miarę normalny jak na twórczość Killing Joke. Gdyby trochę zluzować ciężar, to klimatem mógłby się wpasować w "Pandemonium".
Nigdy nie czułem jakiegoś większego parcia na poznanie tego, co Grohl tworzył po czasach Nirvany. Aż tu pewnego razu trafiłem na jeden z późniejszych albumów Foo Fighters w atrakcyjnej cenie. Krążek nie był ani rewelacyjny ani rewolucyjny ale było tam kilka bardzo dobrych momentów, a jako całokształt album był dość ciekawy. Postanowiłem zapoznać się z resztą twórczości Grohla i spółki. Dziś - gdy znam już wszystkie płyty Foo Fighters bez żadnego zawahania typuję debiut jako moją ulubioną i najlepszą. Dlaczego? Ano dlatego, że jest to ponad 40 minut bardzo fajnego grania.
Hej, ale to tak naprawdę tylko dwa utwory! No właśnie, a ja myślałem, ze Brodka wydała nowy, pełnowymiarowy album. Cóż, takie małe rozczarowanie... A apetyt jest duży zwłaszcza po świetnej poprzedniej płycie "Granda". Co my tutaj mamy? Ano dwie płyty. Pierwsza to CD z utworami "Dancing Shoes" i "Varsovie" oraz dwoma remixami każdego z nich. Nie powiem, piosenki są całkiem fajne. Dobrze brzmią, mają w sobie świeżość i taką trudną do uchwycenia lekkość. To naprawdę ciekawy pop. Z miksów najbardziej przypadła mi do gustu przeróbka "Varsovie" w wersji Auera. Rewelacja. Industrialnie i przestrzennie elektronicznie pokręcona, mogę jej słuchać w kółko. Oby więcej takich dźwięków.
Pierwszy kontakt z albumem od razu zaskakuje ilością utworów. Jest ich aż piętnaście, od króciutkich, bo trwających trochę ponad minutę do kilkuminutowych, co jest dla mnie pewną niespodzianką, ponieważ na poprzedniej płycie było tych utworów raptem pięć... O ile na "Sacred Mushroom Chant" każdy utwór był osobnym bytem opowiadającym odrębną historię, tak "Erika" można traktować jako album koncepcyjny, ponieważ wszystkie jego utwory powstały z przetworzenia "Gymnopedies" Erika Satie (od tego artysty zresztą wziął się sam tytuł wydawnictwa i jemu też jest ta płyta poświęcona). Prawdę powiedziawszy, nigdy wcześniej nie słyszałem twórczości pana Satie, więc przed wysłuchaniem płyty Bionulora poszperałem w sieci i nadrobiłem zaległości. Bogatszy o nowe muzyczne doświadczenie, wrzuciłem na słuchawki "Erika". Pierwsze przesłuchanie mnie po prostu rozczarowało. Jedyne co z niego zapamiętałem to przetworzony elektronicznie fortepian i mnóstwo pogłosu. Więcej, niż mnóstwo. Pogłos był wszędzie! Dałem sobie spokój i aby poprawić nastrój, wrzuciłem do odtwarzacza "Sacred Mushroom Chant" - moją ulubioną płytę Bionulora.
Sennheiser w swojej historii wydał na świat tyle świetnych słuchawek, że gdyby ktoś chciał ułożyć listę najważniejszych modeli wszech czasów, spokojnie mógłby stworzyć ją wyłącznie z produktów tej jednej firmy....
Niektóre firmy wchodzą do świata hi-fi frontowymi drzwiami, budując swoją legendę przez dekady wokół kilku wysokiej klasy wzmacniaczy, kolumn albo gramofonów, a potem ostrożnie poszerzając katalog o kolejne segmenty. Inne...
Advance Paris nie jest marką nową, choć przez długi czas funkcjonowała na rynku trochę obok głównego nurtu audiofilskich rozmów. Firma wystartowała w 1995 roku jako Advance Acoustic. Początkowo oferowała zestawy...
Bannery boczne
Komentarze
stereolife
@Artur - To jest raczej uzależnione od źródła. Jeżeli odtwarzacz ma konstrukcję symetryczną, prawdopodobnie warto będzie sprawdzić, czy połączenie XLR okaże się...
@Artur - Trzeba to sprawdzić na słuch i nie instalować w ciemno. Niestety znakomita większość wzmacniaczy z wejściami zbalansowanymi (obojętne, tranzystor czy l...
Jako były posiadacz Charybdis podpisuję się pod całym testem recenzji. Już wkrótce naprawię swój błąd i powrócę do nich ;) Nie słyszałem obiektywnie nic co grał...
Przez wieki jedynym sposobem na delektowanie się muzyką było udanie się osobiście na koncert, recital lub jakiś mniejszy występ. Oczywiście zwykłemu zjadaczowi chleba nie dane było usłyszeć niczego oprócz karczemnych zespołów biesiadnych. Na takie ekscesy jak pełnoprawny koncert w operze, teatrze lub sali koncertowej pozwolić sobie mogli jedynie najbardziej zamożni,...
Jak podaje popularna internetowa encyklopedia, Quad, inaczej wszędołaz, to pojazd czterokołowy przeznaczony głównie do sportu i rekreacji. Zwykle jest to coś w rodzaju czterokołowego motocykla, który doskonale nadaje się do jazdy poza drogami utwardzonymi. Ze względu na walory napędowe znajduje zastosowanie w wojsku, ratownictwie górskim i rolnictwie. Dla audiofila ten...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.