Moja przygoda z twórczością Łony trwa już ponad dwadzieścia lat. Zaczęło się nieśmiało od urywków Wiele C.T. i rozkręciło w pełni przy "Końcu Żartów". Trochę z boku obserwowałem rozwój kariery "lokalsa", któremu od początku towarzyszył Webber. Duet wydawał albumy rzadko, ale każdy z nich robił spore zamieszanie na rodzimym rynku i przede wszystkim spotykał się ostatecznie z bardzo ciepłym odbiorem - zarówno krytyki, jak i fanów. Pierwsze informacje o projekcie z Krupą i Koniecznym uznałem za jakiś poboczny projekt czy odskocznię od współpracy z Webberem. Zbaczając na chwilę od mocno wytartej, ale nadal doskonale prowadzącej do celu ścieżki, Łona wraz z resztą trio nagrał jeden z najlepszych albumów w swojej karierze.
Już w 2018 roku, czyli dwa lata po wydaniu "Księżyc Milczy Luty", zacząłem się rozglądać za nowym wydawnictwem Furii. Zespół przyzwyczaił nas do mniej więcej takiej przerwy pomiędzy kolejnymi albumami. Czas mijał, a następcy krążka z 2016 roku nadal nie było. Ten pojawił się dopiero pięć lat później i natychmiast podzielił nie tylko fanów zespołu, ale właściwie wszystkich, którzy o nim usłyszeli. "W Śnialni" można uznać za wyjątkowo specyficzny eksperyment, który jednych zaintrygował, a innych odrzucił już po kilku minutach. Album w swojej płytotece mam, ale nie jest to pozycja, do której wracałbym często i z szybszym biciem serca. Czas trwania i liczba utworów czynią z niego raczej EP-kę niż pełnoprawne wydawnictwo. Wreszcie po siedmiu latach ciszy światło dzienne ujrzała "Huta Luna", i to bez praktycznie żadnej promocji czy ujawnianych wcześniej zapowiedzi.
Brujeria to zespół, który intryguje mnie od co najmniej kilku lat. Grupa złożona z bossów meksykańskich karteli narkotykowych, grająca deathgrind, śpiewająca po hiszpańsku i skrupulatnie pilnująca swojej tożsamości (bo przecież ściga ich FBI) to w rzeczywistości ekipa muzyków, z których spora część niewiele ma wspólnego z Meksykiem, ale z ciężkim graniem już jak najbardziej. Przez lata przez zespół przewinęły się takie filary jak Shane Embury (basista Napalm Death), Dino Cazares (Fear Factory), Raymond Herrera (były perkusista Fear Factory), William David Goud (basista Faith No More) czy Tony Campos, który występował chociażby w Soulfly, Fear Factory i Ministry. Legend ekstremalnego grania przewinęło się przez projekt całkiem sporo. Ostatnim nabytkiem zespołu jest Jessica Pimentel, która do tej pory była znana raczej z występów w telewizji, na przykład w serialu "Orange Is The New Black".
Po wydaniu w 2019 roku "Gold & Grey" zakończył się pewien rozdział w historii Baroness - zespół ogłosił, że jest to ostatni kolorowy album. Wtedy nikt nie wiedział, czy wiąże się to tylko ze zmianą nazewnictwa, czy może również muzycznego kierunku. Już pierwsza zapowiedź nowej odsłony ekipy z Savannah wyraźnie sygnalizowała, że o muzycznym przewrocie raczej nie będzie mowy. Szkoda zatem, że kolorowy wątek nie został pociągnięty dalej. Sam utwór "Last Word" to powrót zespołu w czasy "Yellow & Green" a dokładniej pierwszej, żywszej płyty. Mimo ponad sześciu minut trwania utwór niesamowicie wpada w ucho i trzyma słuchacza w napięciu. Początkowe fragmenty drugiej zapowiedzi - "Beneath The Rose" - kierują Baroness do jeszcze wcześniejszych wydawnictw. Pojawia się tutaj również swego rodzaju nowość, ponieważ Baizley recytuje dużą część tekstu. Dopiero w okolicach refrenu robi się bardziej standardowo i przebojowo. Sporo nowości pojawiło się również w "Shine". Jedną z ważniejszych jest wsparcie wokalne basistki zespołu - Giny Gleason. Eksperyment ten można uznać za wyjątkowo udany, podobnie jak sam utwór.
Nowy album Slowdive to jedna z najdłużej wyczekiwanych przeze mnie premier ostatnich lat. Do tej pory na przestrzeni prawie 35 lat istnienia Brytyjczycy wydali tylko 4 albumy, zaliczając przy nich 22-letnią (!) przerwę wydawniczą. Jednak każdy materiał z tego kwartetu to małe dzieło sztuki, docenione przez bardzo szerokie grono odbiorców. Jestem pewien, że nie tylko moje oczekiwania były bardzo wygórowane, bo chyba każda osoba znająca twórczość Slowdive liczyła na to, że następca albumu bez tytułu będzie co najmniej równie udany. Przedpremierowe zapowiedzi wywołały jednak mieszane uczucia.
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałem tak trudne początki z recenzowanym albumem. Nie podszedł mi żaden z trzech zapowiadających go singli. Przeleciały bez echa, nie zostawiając w głowie nic, w tym nawet chęci do powrotu do nich. Pierwsze przesłuchanie całej płyty w dniu premiery również nie wywołało u mnie żadnych emocji. Album poszedł w odstawkę, jednak z sentymentu i tak kupiłem go w wersji fizycznej. I tutaj pojawiło się kolejne negatywne wrażenie. Wydawanie krążka bez jakiejkolwiek książeczki czy wkładki, w papierowym eco-packu, powinno być karalne. Można zatem powiedzieć, że "In Times New Roman..." miał u mnie tragiczny start, jednak coś podkusiło mnie, by podejść do krążka po raz kolejny, po pewnym czasie. I był to strzał w dziesiątkę.
The Ocean to jeden z tych zespołów, w przypadku których jakakolwiek wzmianka o nadchodzącym nowym powoduje u mnie szybsze bicie serca. Nie inaczej było w przypadku "Holocene", którego pierwsza zapowiedź pojawiła się na początku roku i z miejsca wywołała spory szok. Zespół już wcześniej przyzwyczaił słuchaczy do elementów elektronicznych. Stanowiły one jednak tło dla pozostałych dźwięków. W "Preboreal" natomiast grają one pierwsze skrzypce i zabierają sporo miejsca całej reszcie. Elektronika do tego stopnia zdominowała utwór, że nie odnajdziemy w nim w ogóle cięższych fragmentów. Muzyce towarzyszy całkowicie czysty wokal. Całość intryguje, jednak jest wyraźnie inna od tego, co zespół prezentował do tej pory.
Po wydaniu "The Glowing Man" w 2016 roku Michael Gira zarzekał się, że w szeregach Swans nastąpi przewrót i kolejny album będzie czymś zupełnie innym. Rację można przyznać mu połowicznie, ponieważ "Leaving Meaning." faktycznie różnił się od poprzedników, ale jednocześnie nadal był wydawnictwem, które wręcz ociekało stylem Swans. Na kolejny album przyszło nam czekać cztery lata - najdłużej po studyjnej reaktywacji grupy w 2010 roku. "The Beggar" miał przynieść dalszą ewolucję muzyki i eksplorować tereny dotąd zespołowi nieznane. Słuchając przedpremierowych zapowiedzi oraz patrząc na ostateczny spis utworów i ich czas trwania, można dojść do wniosku, że miało być jak nigdy, a wyszło jak zawsze.
Wydana trzy lata temu "Presomnia" sprawiła, że dyskografia wrocławskiego zespołu z miejsca wylądowała w mojej kolekcji płyt. Na przestrzeni lat 2016-2020 zespół nagrał trzy wyraźnie różniące się od siebie albumy, jednak każdy z nich wciągał i intrygował słuchacza w porównywalny sposób. Zatem nie mogę zaprzeczyć, że już od dłuższego czasu czekałem na następcę "Presomnii". Przed premierą wydawnictwa zespół udostępnił dwa utwory. "Oizyia" rozpoczyna się bardzo spokojnie, z czystym wokalem. Po kilkudziesięciu sekundach utwór eksploduje. Do gry wkraczają ciężar i growl, który pełni momentami rolę swego rodzaju dodatkowego instrumentu. Jest to bardzo ciekawy zabieg, który dodatkowo podkręca atmosferę. "Thelo" z kolei nawet nie próbuje udawać, tylko już po krótkim wstępie atakuje ścianą dźwięków, z której wydobywa się sporo lżejszych, niesamowicie chwytliwych i inteligentnych fragmentów. Obie zapowiedzi tylko podkręcały apetyt na "Nhemis", pozwalając zakładać, że będzie to kolejny świetny krążek w dyskografii MuN. Czy jest tak w rzeczywistości?
Myślę, że wiele osób ucieszyło się w momencie przeczytania newsa o nadchodzącym albumie z udziałem Mariusza Dudy. Te same osoby mogły czuć się rozczarowane, gdy okazało się, że udział Lunatic Soul w całym projekcie jest znikomy i ogranicza się do wokalu w jednym z szesnastu utworów umieszczonych na krążku. Słuchając całości, szybko można dojść do wniosku, że jednak nie jest to wielka strata, bo "Music Inspired By Slavs" doskonale obroniłoby się również i bez udziału tego artysty. Okazuje się, że "Music Inspired By Slavs" to nie jednorazowy wyskok, ale projekt z długoletnią historią, której początki sięgają jeszcze poprzedniego tysiąclecia. W 1999 roku ukazała się część inspirowana tarotem, dwa lata później znakami zodiaku, a w 2016 roku alchemią. Przyznam, że żaden z tych tematów specjalnie do mnie nie przemawia, no ale Słowianie? Nie wypada nie znać swoich korzeni.
Są w świecie audio produkty, których kolejne generacje pojawiają się tak regularnie, że właściwie można ustawiać według nich kalendarz. Co rok nowy smartfon, co dwa lata nowa wersja przetwornika, co...
Przymierzając się do zakupu hi-endowego systemu stereo, zwykle zaczynamy przeglądać katalogi producentów amerykańskich, niemieckich, brytyjskich, włoskich, francuskich, japońskich albo skandynawskich. W ostatnich latach do tego grona dołączyły także firmy chińskie,...
Jeszcze kilka lat temu kierunek rozwoju cyfrowego audio wydawał się całkowicie oczywisty. Skoro odtwarzacz sieciowy i tak potrzebuje przetwornika, a ten coraz częściej otrzymuje regulację głośności, wyjście słuchawkowe i kilka...
Sensu takich rozwiązań nie będę komentował, bo każdy musi przetestować to u siebie i zdecydować, czy jest różnica i czy jest warta wydania kolejnych pieniędzy. ...
Wiele lat temu nie wierzyłem w cyfrowe audio. Cyfra to cyfra, więc bit to bit, a więc niech nikt nie p...., że jest inaczej. Nie ma prawa być inaczej. Ale pewne...
No, Panie Tomaszu, w końcu czyta się przyjemnie bez niepotrzebnego nadęcia czy palenia mózgu. Brzytwa Ockhama dobrze zastosowana :) Gratuluję świetny artykuł, b...
Gramofony, szlifierki, odtwarzacze czarnych płyt, adaptery, patefony, odtwarzacze analogowe, fonografy... Jakkolwiek byśmy nie nazwali tych poczciwych urządzeń, które są z nami już od ponad 130 lat, możemy zawsze powiedzieć o nich to samo - od dziesięcioleci dostarczają nam niezapomnianych przeżyć związanych z odtwarzaniem ukochanych utworów. Wielu melomanów pamięta o ich...
Q Acoustics has spent the last two years filling out the latest generation of its most affordable loudspeaker family, but one obvious model was missing. When 3000c debuted at High End Munich 2024, the range included three standmounts, the large...
Meze Audio has been climbing steadily toward the very top of the headphone market for years, but until now the hierarchy was relatively easy to understand. Empyrean established the company's planar magnetic credentials, Elite pushed the concept further, and Empyrean...
Majority is expanding its turntable range with two affordable models aimed primarily at listeners taking their first steps into vinyl. The Stylo follows the more traditional route, combining a proper tonearm, adjustable cartridge setup and built-in phono stage with Bluetooth...
Polski sprzęt audio - to hasło przeciętnemu obywatelowi naszego kraju kojarzy się ze wzmacniaczami, kolumnami głośnikowymi i gramofonami sprzed kilku dekad. Większość z nas wyobraża sobie piękne wieże Unitry, Diory czy Radmora, kultowe Altusy lub gramofony takie, jak Daniel, Adam czy Bernard. Jeżeli myślicie, że to wszystko relikty minionego systemu,...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.