Nie będę ukrywał, że "Fluid Existential Inversions" był jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier tego roku. Pierwsze zapowiedzi nadchodzącego wydawnictwa pojawiły się jeszcze w roku ubiegłym. "Cubensis" nie porwał mnie od razu tak, jak "Fast Worms" z poprzedniego albumu. Utwór wymagał większej liczby podejść, abym w końcu się do niego przekonał. Sytuacja może się wydawać o tyle dziwna, że pierwszy kawałek promujący nowy album w ogóle nie odbiega od tego, co ekipa z Los Angeles zaprezentowała na chociażby trzech poprzednich krążkach. "Fluid Existential Inversions" i "The Direction Of Last Things" dzieli pięć lat. "Cubensis" dawał sygnał, że w tym czasie styl grupy nie zmienił się w jakiś drastyczny sposób. W takim przekonaniu utwierdzać mógł drugi promujący utwór - "Pangloss", do którego przekonałem się zdecydowanie szybciej. Dziwne bo po kilkudziesięciu przesłuchaniach nowego albumu śmiało mogę stwierdzić, że "Cubensis" jest utworem zdecydowanie lepszym, mimo genialnego zwolnienia w tym drugim. A jak ma się sprawa z resztą nowego materiału?
Przy okazji każdego kolejnego albumu Sepultury pojawia się multum komentarzy podważających sens istnienia zespołu pod tym szyldem, gloryfikujących Maxa i mieszających z błotem obecnych muzyków. I tak, jak w przypadku nazwy można jeszcze dyskutować, tak pozostałe dwa rodzaje komentarzy to szukanie dziury w całym. Warto także pamiętać o tym, że z każdym kolejnym albumem rośnie i tak duża już przewaga stażu Greena w stosunku do Cavalery. W tym roku wynosi ona 23 do 12 lat. A pozostali muzycy? Faktycznie rotują, ale ma to miejsce w wielu zespołach, a trzon w postaci Andreasa Kissera i Paulo Jr'a został zachowany. I z tym właśnie trzonem Sepultura od wielu lat nagrywa raz lepsze, raz trochę słabsze albumy, nigdy jednak nie schodząc poniżej pewnego poziomu. A poprzednie wydawnictwo zawiesiło poprzeczkę naprawdę wysoko.
Po sukcesie albumu "Still Life" Mikael Åkerfeldt postanowił podążyć drogą wytyczoną wcześniej przez takie zespoły, jak Paradise Lost czy Anathema i zamienił prężną, choć niezbyt dużą angielską wytwórnię Peaceville na trochę większą, również mającą siedzibę na Wyspach Music For Nations. Zabieg ten - tak, jak w przypadku starszych kolegów - okazał się strzałem w dziesiątkę, bo nie tylko kariera Opeth nabrała rozpędu, ale jednocześnie muzykom udało się nagrać "Blackwater Park" czyli swoje opus magnum. Album ten przez zdecydowaną większość fanów jest uważany za najlepsze osiągnięcie w historii zespołu i, co trzeba podkreślić, idealnie podsumowuje dotychczasową ewolucję stylu zespołu, wciągając go na najwyższy z możliwych poziom artystyczny.
Kvelertak przyzwyczaił swoich fanów do trzyletniego cyklu wydawniczego, natomiast od premiery "Nattesferd" minęły już cztery lata, więc tradycja została przerwana. A co wydarzyło się w tym czasie w norweskiej ekipie? Najważniejszym wydarzeniem jest bez wątpienia zmiana wokalisty. Erlenda Hjelvika w połowie 2018 roku za mikrofonem zastąpił Ivar Nikolaisen. Pulę roszad w składzie uzupełnia zmiana perkusisty, która nastąpiła rok później. W jaki sposób tak zasadnicze zmiany wpłynęły na najnowsze wydawnictwo zatytułowane "Splid"? Pierwsza zapowiedź albumu - "Bratebrann" nie zwiastowała większego przełomu. Wyraźnie słychać było, że nowy wokalista w jakiś diametralny sposób nie zmienił brzmienia charakterystycznego dla tej kapeli. Co więcej, z "Bratebrann" miałem podobny problem, jak z "1985" z poprzedniego albumu - zdecydowanie nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Utwór ten "osłuchał" mi się dopiero po kilkunastu podejściach. Druga zapowiedź - "Crack Of Doom" to już inna bajka. Gościnnie pojawia się tu Troy Sanders z Mastodona i wyraźnie słychać tu naleciałości jego macierzystego zespołu. Utwór przyjął się zdecydowanie szybciej od pierwszej zapowiedzi - prezentował coś nowego i dawał nadzieję na dobry album. Zatem pełen optymizmu włączyłem "Splid" i...
Z okazji dziesiątej rocznicy założenia zespołu Lublinianie uraczyli słuchaczy czwartym w swojej karierze albumem długogrającym. Przyznam szczerze, że albumowych zapowiedzi nie śledziłem, a o premierze nowego krążka dowiedziałem się w momencie, gdy "Sign Of The Devil" pojawił się w sieci. I już przy pierwszym przesłuchaniu nowy Dopelord przekonał mnie na tyle, że przez wiele godzin gościł w moich głośnikach. Pierwsze, co przykuło moją uwagę to okładka nowego wydawnictwa - bardzo ładna, intrygująca, szczegółowa i kojarząca się z zupełnie innym gatunkiem muzycznym. Black metal - owszem, ale stoner? Niekoniecznie. Za takie wyrwanie się poza ramy gatunkowe zarówno autorowi okładki, jak i muzykom należy się duży plus. Jest to ewidentnie najciekawszy i najbardziej dopracowany projekt w dotychczasowej dyskografii zespołu.
Oranssi Pazuzu należy do najciekawszych i najbardziej oryginalnych młodych zespołów black metalowych. Ich wyjątkowe i niepodrabialne podejście do grania gatunku, inkorporujące do tak zwanej diabelskiej estetyki elementy rocka psychodelicznego z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątychych, krautrockowej elektroniki, a później też postrockowej transowości pozostaje do dziś czymś unikatowym. Klasa zespołu ujawniła się już na debiutanckim, wydanym w 2009 roku albumie, który został zatytułowany po fińsku, pięknie i melodyjnie - "Muukalainen Puhuu".
Przerwa dzieląca wydanie "Graphite" i "Nero" okazała się dłuższa niż między którymikolwiek wcześniejszymi albumami Closterkellera. W tym czasie Anja Orthodox kompletnie przemeblowała swoje życie osobiste, rozwiodła się z Krzysztofem Najmanem i znalazła sobie nowego partnera. A ponieważ, jak sama przyznawała, kręcili ją głównie muzycy, a do tego miała w zwyczaju łączyć życie osobiste z zawodowym (co do pewnego stopnia tłumaczy nietrwałość tych związków), skończyło się kolejnymi zmianami w składzie Closterkellera. Byłego męża zastąpił niezbyt znany w świecie metalowo-gotyckim basista Marcin Płuciennik, natomiast gitarzystą został ówczesny partner Anji - Marcin "Freddie" Mentel. Także muzyka Closterkellera po raz kolejny uległa transformacji, co znalazło odzwierciedlenie w tradycyjnie kolorowym tytule krążka, tym razem odwołującym się do czerni.
Po wypuszczeniu "My Arms Your Hearse" Opeth dopełnił kontraktu ze swoją pierwszą wytwórnią - Candlelight Records. Poszukiwania nowego wydawcy nie trwały długo, bo grupa w pierwszych latach istnienia stworzyła sobie solidną pozycję w metalowym świecie. Wybór padł na Hammy'ego z zasłużonej w promowaniu metalu klimatycznego angielskiej wytwórni Peaceville, która po opuszczeniu jej szeregów przez Anathemę (po nagraniu albumu "Alternative 4") zwróciła się w kierunku skandynawskich, klimatycznych zespołów metalowych. Inaczej, niż w przypadku również przygarniętej Katatonii, przygoda Opeth z Hammym okazała się zaledwie jednorazowym incydentem, tym niemniej jej efekt okazał się przełomowy zarówno dla stylistyki zespołu jak i jego rozpoznawalności wśród fanów metalu. Czwarta płyta miała się bowiem stać pierwszym krążkiem, na którym Szwedzi wyraźnie skierowali się w kierunku tradycyjnego metalu progresywnego, z ograniczeniem ciągot do prezentacji ekstremy.
Gdybym miał wskazać polski wzorzec muzycznej ewolucji, w pierwszej kolejności swój wzrok skierowałbym w stronę wszelkiej maści odmian metalu. Wystarczy spojrzeć na to, jak długą drogę na przestrzeni ćwierć wieku przeszedł Behemoth. Ze świeższych przykładów, od razu nasuwa się chociażby Blindead i Entropia, których twórczość również przeszła wyraźną metamorfozę. Po piętach powyższym przykładom depcze ekipa z Bochni - Mord'A'Stigmata, której to nigdy nie udało się zdobyć należytej popularności. A szkoda, bo już dwa wcześniejsze wydawnictwa dawały wyraźny sygnał, że mamy do czynienia z zespołem, który ma pomysł na siebie i swoją muzykę.
"Love Exchange Failure" to jedno z największych tegorocznych odkryć, na które wpadłem zupełnie przypadkiem. Za całe zamieszanie odpowiada Spotify, który zasugerował mi, że album ten może mi się spodobać. Sugestii w tym roku były tysiące, ale White Ward przykuł moją uwagę okładką, która bardzo mocno kojarzy mi się z Podgoricą, którą odwiedziłem w czerwcu. Patrząc na to zdjęcie bardzo ciężko było wpaść na to czego można się spodziewać po "Love Exchange Failure". Poza moimi ulubionymi gatunkami, na Spotify odtwarzałem przecież różne rzeczy, nawet przy okazji wizyty znajomych, którzy niekoniecznie czują klimat thrash metalu. Sam widok ukazany na okładce mógł sugerować na przykład elektronikę. Ale co z tytułem? Ten też w żaden sposób nie pomagał w próbie odgadnięcia z czym za chwilę będę miał do czynienia.
Jest coś przewrotnego w tym, że urządzeniami funkcjonującymi najkrócej na rynku audio są dziś te, które pod względem technologicznym wydają się najbardziej zaawansowane. Dobry wzmacniacz może pracować przez trzydzieści lat,...
Choć przetworniki cyfrowo-analogowe istniały znacznie wcześniej, na przykład jako elementy odtwarzaczy płyt kompaktowych, ich kariera rozkręciła się na dobre w erze plików. Dla wielu melomanów DAC był jednym z najbardziej...
Kilkanaście lat temu temat przesyłania i poprawiania dźwięku z komputera wydawał się znacznie prostszy niż dzisiaj. Większość laptopów miała przeciętne wyjścia słuchawkowe, telefony wyposażano jeszcze w gniazda 3,5 mm, a...
Bannery boczne
Komentarze
Piotr
Te 15 cali na pojedyńczym przetworniku nie daje tak dobrego basu jak kilka mniejszych w jednej kolumnie.
Poczekamy aż będzie w sklepach i zobaczymy, czy warto. Miałem kiedyś starszy model i jak dokupiłem podstawki od Elaca, to grało to super. Brakowało tylko strea...
Popierajmy polski przemysł. Potrafimy wyprodukować produkty na poziomie światowym. Tylko mi nie piszcie, że skoro polskie, to powinno kosztować znacznie mniej n...
@Komes - Nie wiemy, ale oświeć nas. Jaki wyprodukowany w Europie wzmacniacz z dwiema lampami 300B w każdym kanale można mieć za taką kasę? Kwestię wyposażenia, ...
Osoby czytające StereoLife trochę dłużej doskonale wiedzą, że jestem "mastodonowym ortodoksem" - wszystkie albumy do "Crack The Skye" włącznie uwielbiam...
W dobie niesamowitej popularności bezprzewodowego sprzętu audio trudno zaprzeczyć, że jest to przyszłość. I to nie tylko jeśli chodzi o urządzenia mobilne, ale także te, z których korzystamy w domu. Trzymając w ręku smartfon czy tablet, potrzebujemy przecież tylko kompatybilnej z nimi elektroniki, aby móc wygodnie odtwarzać muzykę z ulubionego...
Most stereo equipment manufacturers would like us to associate their brands with the products at the very top of their catalogs - the finest, most visually striking models, packed with the most advanced technology. When we buy an affordable pair...
Tiglon, a Japanese manufacturer specializing in high-end audio cables, vibration-control products, equipment supports and related accessories, is establishing a much stronger presence in the United States through Tiglon USA. Headquartered in Yamato, Kanagawa Prefecture, the company is led by founder...
Digital audio has come a long way in recent years. There was a time when all you needed was a computer, a modest collection of files on a hard drive and a DAC connected over USB. Today, we have music...
Odbywający się tradycyjnie na początku maja High End to impreza, w trakcie której oczy i uszy całej społeczności audiofilskiej zwrócone są w kierunku Monachium. Jak informują organizatorzy, wystawa ta jest niekwestionowanym liderem, jeśli chodzi o imponujące nadawanie tonu najwyższej klasy reprodukcji muzyki. Od czterech dekad High End dostarcza pomysłów i...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Michał