Połowa lat dziewięćdziesiątych przyniosła rewolucję zarówno w składzie, jak i w twórczości Danzig. Po opuszczeniu bądź wyrzuceniu przez Glenna wszystkich dotychczasowych współpracowników, w składzie amerykańskiego zespołu pojawiło się kilka nowych osób. Najbardziej znanym był perkusista Joey Castillo, wcześniej bębniący w grunge'wym Sugartooth. Ponadto skład Danzig uzupełnili basista Josh Lazie, który jednak zagrał partie basu tylko w niektórych utworach na przygotowywanej piątej płycie. Po raz pierwszy w historii zespołu zagrał z nim klawiszowiec, Joseph Bishara. Partie gitar i basu wymyślił oraz zagrał osobiście Glenn Danzig, a w kilku utworach wspomógł go swoimi riffami i solówkami sam Jerry Cantrell z Alice in Chains. Te zmiany musiały się przełożyć na muzyczne oblicze Danzig, co podkreślał zresztą w ówczesnych wywiadach założyciel grupy. Według niego, jej kolejne dzieło miało być inspirowane industrialem i nowoczesną elektroniką. Kiedy "Danzig 5: Blackacidevil" ukazał się już na rynku, wprawił w konsternację fanów, z których większość nie potrafiła zaakceptować nowego oblicza amerykańskiej kapeli. W konsekwencji krążek ten do dziś cieszy się opinią najgorszego zespołowego dokonania i jest uznawany za pomyłkę wydawniczą Glenna. Zupełnie niesłusznie.
Opus magnum, album przynoszący kilka z największych hitów zespołu, rzecz ponadczasowa, wybitna, uwielbiana przez większość fanów zespołu i nie tylko. Ale czy słusznie? Tu można już dyskutować. Niewątpliwie z "Brothers In Arms" pochodzą takie klasyki, jak "Money For Nothing", "Walk Of Life" oraz utwór tytułowy, który bije się o podium praktycznie każdego Topu Wszech Czasów radiowej Trójki. Dla mnie jednak jest to jeden ze słabszych fragmentów tego mocno przereklamowanego albumu. Fakt faktem - krążek ten osiągnął ogromny sukces komercyjny, jednak pod względem artystycznym bije go na głowę praktycznie cała wcześniejsza dyskografia Dire Straits. Mówiąc o największych klasykach, często zapomina się o świetnym otwarciu albumu - "So Far Away", który jest jednym z mocniejszych fragmentów wydawnictwa oraz "The Man's Too Strong", opierającym się dość wyraźnie o folk i country, z wyróżniającymi się, cięższymi fragmentami.
Kiedy myślałem już, że obecny rok w polskiej muzyce będę mógł w swoim przypadku wpisać na straty, z odsieczą w ostatniej chwili przyszła pleszewska ekipa Red Scalp. Już kilka miesięcy temu można było się domyślać, że coś jest na rzeczy i nadchodzi nowe wydawnictwo. Później odbyło się kilka koncertów podczas których zaprezentowano nowy materiał. Jednak nadal nie było mowy o żadnych konkretach. Te pojawiły się pod koniec listopada, a w raz z nimi pierwsza zapowiedź albumu. "Mothertime" zaskoczył, chociażby ze względu na to, że dość drastycznie różni się od tego, co zespół zaprezentował na "Lost Ghost". Jednak w kontekście tego, że wspomniany album również dość mocno odbiegał od debiutanckiego krążka "Rituals", można się było tego spodziewać. Przyznam, że w przypadku "Mothertime" nie mogę mówić o miłości od pierwszego wejrzenia. Większe wrażenie niż sam utwór zrobiła na mnie okładka nadchodzącego albumu. Z singlem polubiłem się dopiero po kilku przesłuchaniach.
Gatunek zwany retro rockiem jest niewątpliwie ewenementem na mapie współczesnej muzyki. W czasach, gdy ciągłe poszukiwanie w obrębie rockowo-metalowego grania nowych elementów, gatunków i brzmień zaczynało łapać zadyszkę, część artystów uznała, że warto spojrzeć w przeszłość i przybliżyć słuchaczom jak się grało rock czy metal w latach jego największej świetności, która przypadała na końcówkę lat sześćdziesiątych i całe lata siedemdziesiąte. I choć takie założenie mogło oznaczać proste, odtwórcze kopiowanie muzycznych dokonań mistrzów gatunku w tym także z wypaczeniem idei tych dźwięków, w XXI wieku powstało w ramach tego gatunku kilka interesujących nazw, które bez wątpienia warto poznać. Jednym z nich jest szwedzki Graveyard, który w 2007 roku wypuścil na rynek swój debiutancki album. Krążek ten w ojczyźnie muzyków stał się komercyjnym sukcesem, dochodząc do wysokich miejsc na listach przebojów i w rankingach sprzedaży. I całkiem słusznie.
Po zakończeniu w 1983 roku działalności przez formację The Birthday Party, Nick Cave wraz z Mickiem Harveyem postanowili założyć kolejny zespół. Do złożenia jego nazwy wykorzystano pseudonim artystyczny szalonego Australijczyka i dodano nazwę jednej z EP-ek poprzedniej kapeli obu panów. Współpracę z nimi zadeklarowało kilku znanych wówczas w alternatywno-rockowych kręgach muzyków, z których najbardziej znany był działający w niemieckiej industrialnej formacji Einstürzende Neubauten gitarzysta Blixa Bargeld. On, a także basista Barry Adamson mieli na wiele lat stać się stałymi współpracownikami Cave'a w jego muzycznej krucjacie. Jej pierwszym efektem okazał się wydany w 1984 roku, debiutancki album formacji Nick Cave and the Bad Seeds o romantycznie brzmiącym tytule "From Her to Eternity". Choć w przyszłości romantyzm miał często gościć w twórczości Nicka Cave'a, to jednak na debiucie jest on jeszcze serwowany z dużym umiarem. Głównie z powodu obecności wściekłej i buntowniczej spuścizny dokonań The Birthday Party.
Każdy kolejny album Swans to duże wydarzenie w świecie muzycznym oraz powód do przebierania nogami dla fanów twórczości Michaela Giry. W przypadku "Leaving Meaning." cały proces oczekiwania był o tyle intrygujący, że poprzednie wydawnictwo - "The Glowing Man" - miało być zamknięciem monumentalnego cyklu zapoczątkowanego na "The Seer". Mogliśmy zatem oczekiwać zupełnie nowego otwarcia, czegoś zaskakującego. A tu niespodzianka! "It's Coming It's Real" w ogóle nie zaskoczył. Niby jest zdecydowanie spokojniej, grzeczniej, krócej, pojawiają się również chórki sióstr von Hausswolff, ale to nadal Swans, które doskonale znamy. Ale równie intrygujące i wciągające, jak wcześniej. Ukłonem w stronę trzech wcześniejszych wydawnictw jest druga zapowiedź albumu - "The Hanging Man". Przekraczamy tu magiczne dziesięć minut czasu trwania a atmosfera robi się zdecydowanie gęstsza, cięższa, niepokojąca i psychodeliczna. Można zatem powiedzieć, że "sample" wypuszczone przed premierą tylko podkręciły apetyt na efekt końcowy.
Uwielbiam Swans - byłem dwa razy na koncertach. To rzadki przykład zespołu, który po tylu latach nadal tworzy świetne albumy. A porusza się przecież w obrębie muzyki alternatywnej, która też znacznie wyżej ustawia poprzeczkę, bo ciągle dzieje się coś ciekawego. A mimo wszystko Mike Gira i spółka - n...
Ostatnio zastanawiałem się kiedy nastąpi u mnie przesyt twórczością Marka Lanegana. W końcu od powrotu do wydawnictw studyjnych w 2012 roku, artysta wydał łącznie dziesięć albumów - pięć autorskich lub z własnym zespołem, trzy kooperacyjne i po jednym z nagraniami archiwalnymi i remixami. Dużo? I tak, i nie, bo - jak do tej pory - ilość szła w parze z jakością (nie wypowiadam się w temacie remixów ze względu na moją awersję do tego typu wydawnictw). "Somebody's Knocking" do przesytu nie doprowadził. Wysoki poziom albumu zapowiadały już cztery utwory opublikowane przed premierą. "Stitch It Up" obejrzany premierowo na YouTubie wprowadzał w lekką konsternację ze względu na czas trwania, powyżej 7 minut.
Piąta płyta Marillion powstała w dość dramatycznych okolicznościach. Zespół zaczął ją nagrywać jeszcze w składzie z Fishem, ale podczas sesji wokalista opuścił formację. Spowodowało to konieczność szybkich poszukiwań nowego lidera, mającego za zadanie zastąpienie jednego z najbardziej charakterystycznych gardeł rocka progresywnego. Po serii przesłuchań, zdecydowano się na niezbyt znanego wówczas wokalistę Steve'a Hogartha - członka dalekich od progresji grup Europeans i Harlow. Nagrana już z nim w składzie płyta "Seasons End" oraz następne albumy mocno podzieliły dotychczasowych fanów Marillion, budując wśród nich liczną grupę nie uznającą dokonań zespołu po 1987 roku. Słuchacze ci uznali, że prawdziwy Marillion umarł wraz z odejściem Fisha. Ale jest też wielu - i do tej grupy sam się zaliczam - którzy docenili kolejne dokonania Anglików.
Ja również nie należę do grupy osób, dla których Marillion skończył się wraz z odejściem Fisha i także wysoce cenię ten album. Aczkolwiek następny - "Holidays in Eden" - nie wzbudził we mnie entuzjazmu i skutecznie zniechęcił mnie do zespołu. W zasadzie przestałem słuchać kolejnych albumów tej forma...
Sporo wody upłynęło w Warcie od ostatniej płyty Pidżamy Porno. Przez tych kilkanaście lat mieliśmy do czynienia z rozwiązaniami, reaktywacjami, ostatnimi trasami koncertowymi, pożegnalnymi trasami koncertowymi i ostatnimi pożegnalnymi trasami koncertowymi. Chyba wiadomo kim w ostatnich latach latach inspirował się Slayer... Reaktywacje na potrzeby koncertów oraz sceniczna aktywność Grabaża mogły być odczytywane jako sygnał, że prędzej czy później pojawi się nowy materiał studyjny. I tak, po 15 latach milczenia, światło dzienne ujrzał następca "Bułgarskiego Centrum". "Sprzedawca Jutra" spotkał się, jak do tej pory, ze skrajnymi opiniami podpartymi mniej lub bardziej logicznymi argumentami. Spróbujmy podejść do tego albumu na chłodno, biorąc jednocześnie pod uwagę wcześniejszy dorobek i bardzo długi okres milczenia grupy.
Czwarta płyta Danziga ukazała się 1994 roku, w momencie szczytowej popularności muzyki grunge, narodzin metalu klimatycznego, pierwszych flirtów rocka z muzyką elektroniczną a także odchodzenia do lamusa klasycznych odmian gitarowego łojenia. Glenn z tych zmian musiał sobie zdawać sprawę, bo postanowił mocniej niż we wcześniejszych latach zmodyfikować muzykę swojego zespołu, kierując ją w rejony spokojniejsze i zdecydowanie mniej czadowe. Ta wolta spotkała się ze zróżnicowanym odbiorem fanów. Choć "czwórka" ma mnóstwo zwolenników, a przez znaczną grupę fanów Danziga, w tym przez autora recenzji, jest uznawana za najlepsze dokonanie zespołu, po raz pierwszy w historii grupy pojawiły się też głosy krytyczne, w tym twierdzenia, że nie jest to tak samo doskonała muzyka, jak wcześniej.
Są w świecie audio produkty, których kolejne generacje pojawiają się tak regularnie, że właściwie można ustawiać według nich kalendarz. Co rok nowy smartfon, co dwa lata nowa wersja przetwornika, co...
Przymierzając się do zakupu hi-endowego systemu stereo, zwykle zaczynamy przeglądać katalogi producentów amerykańskich, niemieckich, brytyjskich, włoskich, francuskich, japońskich albo skandynawskich. W ostatnich latach do tego grona dołączyły także firmy chińskie,...
Jeszcze kilka lat temu kierunek rozwoju cyfrowego audio wydawał się całkowicie oczywisty. Skoro odtwarzacz sieciowy i tak potrzebuje przetwornika, a ten coraz częściej otrzymuje regulację głośności, wyjście słuchawkowe i kilka...
Sensu takich rozwiązań nie będę komentował, bo każdy musi przetestować to u siebie i zdecydować, czy jest różnica i czy jest warta wydania kolejnych pieniędzy. ...
Wiele lat temu nie wierzyłem w cyfrowe audio. Cyfra to cyfra, więc bit to bit, a więc niech nikt nie p...., że jest inaczej. Nie ma prawa być inaczej. Ale pewne...
No, Panie Tomaszu, w końcu czyta się przyjemnie bez niepotrzebnego nadęcia czy palenia mózgu. Brzytwa Ockhama dobrze zastosowana :) Gratuluję świetny artykuł, b...
Czy to w domowym zaciszu, na koncercie, podczas pracy w studiu czy w samochodzie - wzmacniacz jest jednym z kluczowych elementów każdego systemu stereo. Czym właściwie jest? Najprościej można powiedzieć, że jest to układ elektroniczny, którego zadaniem jest wytworzenie na wyjściu sygnału analogowego będącego wzmocnioną kopią sygnału podanego na wejście....
One of the awkward realities of network audio is that streaming platforms can age much faster than the hardware built around them. A DAC, analog output stage or power supply may remain perfectly capable for years, while changes in licensing,...
Davis Acoustics is celebrating its 40th anniversary in 2026. The company was founded by Michel Visan, an engineer who had previously worked with brands including Audax and Siare Acoustique. From the beginning, his ambitions extended beyond building complete loudspeakers, with...
While much of the high-end IEM market seems determined to fit ever more drivers and technologies into increasingly elaborate shells, Noble Audio has decided to move in the opposite direction. Iris is a new universal in-ear monitor built around a...
Czy znasz firmę Sennheiser? Na to pytanie twierdząco odpowie niemal każdy, kto interesuje się szeroko pojętym sprzętem audio. DJ, prezenter radiowy, producent muzyczny, artysta, gwiazda estrady, kierownik sceny, zapalony gracz, audiofil, a nawet zwyczajny słuchacz mający chrapkę na porządne słuchawki jednej z prestiżowych marek - wszyscy oni prawdopodobnie choć raz...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Jakub Krawczyński