Czy przytrafiła się Wam kiedyś taka sytuacja, że znacie jakiś zespół praktycznie od zawsze, ale tylko z największych przebojów puszczanych w radiu i telewizji? I to nie ze wszystkich, tylko tych najbardziej oklepanych. W dyskografię tego artysty czy zespołu nigdy się nie zagłębialiście. W pewnym momencie nadchodzi przełamanie i zaczynacie poznawać całą twórczość. Pośród kilkunastu albumów pojawia się ten jedyny, który z miejsca staje się dla Was bardzo ważny i od momentu pierwszego przesłuchania zostaje Waszym najlepszym przyjacielem, bez którego nie wyobrażacie sobie dnia. Gdzieś w natłoku rzeczy do zrobienia i w codziennym wariactwie, musi się znaleźć chociaż chwila tylko dla niego. Ja mam tak z "Disintegration".
Uwielbiam tę płytę. Taki idealny, odprężający kawał klimatycznej muzyki, płynącej sobie bez pośpiechu i na luzie w jesiennym, listopadowym, zamglonym klimacie. Robert Smith jest mistrzem tworzenia takich kawałków. Co do dobrym albumów trwających ponad 70 minut to jak dla mnie mistrzem w tym zakresie...
Piękna, piękna, piękna... A jednak przeszła bez echa. Choć przez wielu tak wyczekiwana. Bo czasem piękno przechodzi bez zbytniej emfazy, a sycić się nim mogą tylko ci nieliczni, którzy kopali tak długo, aż odnaleźli głęboko skryte muzyczne skarby. Cóż więc tu mamy? Ano trzecią część trylogii kalifornijskiego magika, malującego farbą progresywnych dźwięków Xaviera Phideaux. Trzecią, następującą dekadę po wcześniejszej Doomsday Afternoon, która wstrząsnęła światem retro-progrocka pierwszej dekady XXI wieku. Rozbudowana opowieść o wyimaginowanym świecie zapadającym się w odmęty ekologicznej katastrofy, ukazana za pomocą muzycznych środków wyrazu w sposób cudnie baśniowy i tryskający feerią dźwiękowych barw. Zespół muzyków pod wodzą Xaviera gra na tych samych strunach wyobraźni co gabrielowski Genesis czy wczesny Camel. Przepiękne przestrzenie i malownicze krajobrazy. Czasem trafiają się co prawda ciemne zakamarki, ale zazwyczaj są nacechowane tak niesamowitą bajkowością, że koniec końców jawią się całkiem przyjaźnie, niczym w swoistej melancholii. I obdarzone są przecudną melodyką, bez większych rokokowych ornamentów, ultratrudnych solówek czy elektronicznych erupcji. Bo i po co? Nie ma takiej potrzeby. Po prostu. Gdyż wszechobecne jest tutaj niebywale subtelne art rockowe piękno...
Czy aby posłuchać rasowego, bagiennego blues rocka podlanego sporą dawką stonera trzeba jechać do Stanów? Niekoniecznie. Europejczycy już dawno temu udowodnili, że w tych klimatach czują się bardzo dobrze i wcale nie odstają od swoich amerykańskich kolegów. Enklawą stonera stała się Skandynawia, skąd pochodzą między innymi członkowie Spiritual Beggars, Greenleaf czy też The Devil And The Almighty Blues. Ten ostatni coraz bardziej bezczelnie pcha się do światowej elity. Dwa poprzednie albumy udowodniły, że muzycy z Norwegii mają zarówno spore umiejętności, jak i mnóstwo pomysłów na ciekawe granie. Czy tak samo jest z ich najnowszym wydawnictwem?
Większość zapewne zgodzi się, że jeden żart, powtórzony zbyt wiele razy, staje się nieśmieszny i zwyczajnie irytujący. Świadomy tego wydaje się także dowodzący grupą Ghost Tobias Forge, choć zamiast po prostu wymyślić i opowiedzieć nowy kawał, postanowił pozostać przy starym i opowiedzieć go na nowo, nadając mu nieco inną formę. Niekoniecznie taką, jakiej można się było spodziewać. Trzeci album zespołu, "Meliora", był najmroczniejszym longplayem w jego dorobku, a przy tym jednocześnie najlepiej przyjętym (nie jestem tu wyjątkiem). Wielu zapewne oczekiwało, że Ghost podąży właśnie w takim kierunku. Tymczasem Forge po raz kolejny w mistrzowskim stylu zrobił sobie jaja ze słuchaczy, przygotowując chyba najbardziej popowy i pogodny materiał, na jaki tylko było stać grupę mimo wszystko obracającą się w metalowych kręgach.
Mało kto spodziewałby się po Agalloch takiej wolty stylistycznej. Płyty nagrywane przez zespół w pierwszej dekadzie XXI wieku wyraźnie kierowały jego muzykę w rejony wolne i klimatyczne, co szczególnie było słyszalne na "Ashes Against the Grain" i akustycznej EP-ce "The White". Wydawać by się mogło, że kolejna pozycja w zespołowej dyskografii także przyniesie raczej spokojną i stonowaną muzykę. Tymczasem muzycy postanowili zaskoczyć swoich fanów i nagrali najbardziej agresywną płytę w swojej historii. "Marrow of the Spirit" zdecydowanie rozwija black metalowy pierwiastek stylistyki zespołu. Tym razem agresywna i szybka gra gitar, melodyjne tremola oraz brutalny skrzek Johna Haughma znajdują się na pierwszym planie i to one najbardziej przykuwają uwagę słuchacza. W podobnym stylu poczyna też sobie perkusista, który po raz pierwszy w historii zespołu postanowił zaprezentować się z szybkiej, nawalankowej strony pełnej zarówno klasycznych galopad jak i blastów. W tej kwestii Agalloch odwołał się do doświadczeń zespołów, dla których wcześniej sam stanowił inspirację (warto wymienić choćby Wolves in the Throne Room), inkorporując elementy stylu nowoczesnych kapel black metalowych do własnej twórczości.
Jak przystało na debiutantów, muzycy Marillion nie zwlekali zbyt długo z wydaniem drugiej płyty, wypuszczając ją w świat niecały rok po debiucie. W międzyczasie w składzie zespołu zaszła dość istotna zmiana - jedna z dwóch w prawie czterdziestoletniej historii zespołu. Perkusistę Micka Pointera zastąpił Ian Mosley, znany ze współpracy ze Stevem Hackettem, byłym członkiem Genesis. Nowy bębniarz miał wprowadzić do zespołu więcej naturalności, a także ciekawsze i bardziej skomplikowane pomysły na partie perkusji, na tym etapie jeszcze bez rezygnacji ze sporej dawki mechaniczności, charakterystycznej dla rockowych albumów nagrywanych w latach osiemdziesiątych XX wieku. Przy okazji nowa muzyka Marillion skierowała się w rejony bardziej ostre, dynamiczne o wyraźnie hard rockowym rodowodzie. "Fugazi" to krążek, który w dużym stopniu stanowi kontynuację stylistyki i estetyki "Script For a Jester's Tear". Widać to chociażby po układzie poszczególnych utworów, który w znacznej części powtarza schemat poprzedniej płyty. Aranżacje również są podobne. Ciągle w muzyce Marillion obecne są przede wszystkim kolorowe, tworzące bajkowe pejzaże, oryginalne klawisze Marka Kelly'ego. Uzupełniają je (a czasem też walczą o pierwszeństwo melodyjne) gitary Steve'a Rothery'ego. Do tego dochodzi wysoki, charyzmatyczny wokal Fisha, opowiadający tym razem historie o dorastaniu młodych ludzi i problemach z tym związanych. Podobna jest także schematy poszczególnych kompozycji, gdzie klasyczne struktury zwrotkowo-refrenowe połączono z ciągotami zespołu do progresywnego kombinowania i ambicjonalności.
Jakby ktoś szukał absolutnej prekursorki kobiecej pasji i gniewu, miłości i namiętności, niewieściego sacrum i profanum w muzyce rockowej, ta pani jest uosobieniem tego wszystkiego. Skomasowaną w ludzkim zwiewnym ciele energią gwiazdy neutronowej, która eksplodując wydała tyle swoich apologetek, że nie zliczy ich nawet nasz minister cyfryzacji. Wiem, wiem, że Janis czy Joan były wcześniej. Ale tutaj jest inna estetyka i inna też strefa rażenia. Na Pati wiernopoddańczo powołują się (lub po prostu słychać u nich wpływy) takie ikoniczne damy rocka, jak Kate Bush, Siouxsie Sioux, Courtney Love czy Shirley Manson. Zresztą wystarczy posłuchać którejkolwiek z nich, po którymkolwiek wałku z debiutu Patti, żeby w mig to ogarnąć. Kobieta wymyśliła punka zanim punk wymyślił się sam. Co ja mówię... Ona go nie wymyśliła, ona go poczuła. Nie umysłem, a sercem. Na bazie kilkuakordowych songów wypluła z siebie emocje tak wielkie, że po czterdziestu latach wciąż poruszają, bez litości targając tak przedsionkami, jak i komorami owego serca u oddanych wciąż słuchaczy.
Sukces komercyjny Adele Adkins pod koniec pierwszej dekady XXI wieku jest jednym z najbardziej spektakularnych w muzyce popowej nowego stulecia. Udowodnił wszystkim, że w takich dźwiękach nie wszystkie karty zostały już rozdane, a dysponowanie dużym talentem również współcześnie pozwala młodym artystom na zapisanie się w pamięci mas i sprzedanie milionów płyt. A wszystko to najpierw dzięki singlowi "Chasing Pavements" a następnie albumowi "19", który w 2008 roku szturmem zdobył większość list przebojów, stając się bestsellerem wydawniczym. Czy zasłużenie? Trudno na to pytanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Zawarta na "19" mieszanka muzyki popowej, soulowej, bluesowej i rockowej niewątpliwie nie grzeszy oryginalnością, bo tego typu granie już wcześniej się pojawiało i to w ciekawszej formie, choćby u tragicznie zmarłej Amy Winehouse. Pomimo udziału w nagraniach kilkunastu instrumentalistów, grających zarówno na tradycyjnym rockowym instrumentarium, jak i na klawiszach, instrumentach elektronicznych czy smyczkowych, trudno odnaleźć przepych w tej muzyce. Spora część utworów bazuje na dość prostych aranżacjach, w głównym stopniu będących delikatnym podkładem do śpiewu Adele. Nie znajdziemy tu popisów solowych, nietypowych rozwiązań czy nowatorstwa brzmieniowego. Wszystko jest raczej tradycyjne, proste w swej budowie i opierające się na klasycznych, raczej krótkich piosenkach. Również niski, zabarwiony czarną, soulową barwą wokal głównej bohaterki przedstawienia w wielu momentach przypomina wcześniejszych twórców, jak choćby Amy Winehouse, Arethę Franklin czy Mariah Carey. Nie jest więc oryginalny, jednak talentu, możliwości i pomysłowości wokalnej Adele trudno odmówić.
Są płyty, które w swoim gatunku są krystalicznie esencjonalnym uosobieniem wiosny. Przynoszącej wybuch życiodajnej energii, dającej impuls do nowej epoki, rozpoczynającej nowy muzyczny cykl ożywczej wegetacji. Są także płyty, które w obrębie swojej działki są emanacją sił jesieni. Pięknej, mieniącej się kolorytem i szepczącej do nas całą feerią barw. Ale równocześnie symbolizującej nieuchronnie nadchodzący schyłek i zwiastującej zanik życiodajnej energii napędzającej muzyczny ekosystem. Gdybym miał wskazać wiosnę dla jednego z najbardziej soczystych gatunków rocka, jakim jest grunge, to byłby to projekt Temple Of The Dog. Ale gdybym miał analogicznie wskazać jesień, to wszystkie muzyczne drogi wiodłyby mnie do małego czarno-białego pudełeczka z napisem Mad Season. I tę właśnie płytę, na przekór panującej na zewnątrz aurze, chciałbym dziś przywołać.
"Ill Considered 6" stanowi logiczną kontynuację swojego poprzednika i w zasadzie mógłby tworzyć z nim jeden album. Sugeruje to nawet okładka, będąca po prostu lustrzanym odbiciem tej zdobiącej "piątkę". Jedyny sens podzielenia tego materiału na dwie części widzę w chęci zachowania "winylowego" czasu trwania każdego z nich, choć drobna selekcja mogłaby temu szybko zaradzić, dając w pełni dopracowaną, odpowiednio różnorodną, a przy tym spójną płytę. Ale przede wszystkim, jest to najlepsze, jak do tej pory, studyjne wydawnictwo Ill Considered (choć debiut jest silną konkurencją). Zgodnie z duchem jazzu, ogromna pracowitość (dla przypomnienia, 9 albumów w ciągu półtora roku) nie wymęczyła muzyków i ich zgrania i zdolności do zdyscyplinowanej improwizacji, która jest podstawą wszystkich utworów zespołu.
Jest coś przewrotnego w tym, że urządzeniami funkcjonującymi najkrócej na rynku audio są dziś te, które pod względem technologicznym wydają się najbardziej zaawansowane. Dobry wzmacniacz może pracować przez trzydzieści lat,...
Choć przetworniki cyfrowo-analogowe istniały znacznie wcześniej, na przykład jako elementy odtwarzaczy płyt kompaktowych, ich kariera rozkręciła się na dobre w erze plików. Dla wielu melomanów DAC był jednym z najbardziej...
Kilkanaście lat temu temat przesyłania i poprawiania dźwięku z komputera wydawał się znacznie prostszy niż dzisiaj. Większość laptopów miała przeciętne wyjścia słuchawkowe, telefony wyposażano jeszcze w gniazda 3,5 mm, a...
Co do szerokości sceny, to im droższy sprzęt, tym jest ona szersza (praw fizyki Pan nie zmienisz) i wychodzi tak, że jest kilkanaście metrów większą niż w klubi...
Do pierwszego kwietnia daleko i obiektywnie nie ma to sensu. Ale z drugiej strony współcześnie w produkcji nagrań zdarza się, że produkt cyfrowego miksu zgrywa ...
Jestem przekonany, że znajdzie się grupa nabywców tego cuda pod warunkiem że będzie odpowiednio drogie! Twórcom podpowiem, że warto dorzucić do tego urządzenia ...
No wyjątkowy idiotyzm. Ale fakt, będą niektórzy złotousi słuchać skompresowanych MP3 ze Spotify, ale będą cmokać nad analogowym przekazem, harmonicznymi, szerok...
Osoby czytające StereoLife trochę dłużej doskonale wiedzą, że jestem "mastodonowym ortodoksem" - wszystkie albumy do "Crack The Skye" włącznie uwielbiam...
Regulacja głośności jest jedną z najważniejszych funkcji każdego systemu audio. Prawidłowe działanie tego elementu naszego sprzętu ma ogromny wpływ na przyjemność płynącą z jego użytkowania. Kiedy potencjometr zaczyna tracić swoją funkcjonalność, nawet w niewielkim stopniu, jest to niezwykle kłopotliwe, a może też być niebezpieczne dla innych elementów zestawu, takich jak...
Most stereo equipment manufacturers would like us to associate their brands with the products at the very top of their catalogs - the finest, most visually striking models, packed with the most advanced technology. When we buy an affordable pair...
Tiglon, a Japanese manufacturer specializing in high-end audio cables, vibration-control products, equipment supports and related accessories, is establishing a much stronger presence in the United States through Tiglon USA. Headquartered in Yamato, Kanagawa Prefecture, the company is led by founder...
Digital audio has come a long way in recent years. There was a time when all you needed was a computer, a modest collection of files on a hard drive and a DAC connected over USB. Today, we have music...
Dual to jedna z marek, do których audiofile, a w szczególności miłośnicy czarnych płyt, odnoszą się z wielkim szacunkiem. Ma to swoje uzasadnienie. Niemiecka manufaktura wydała na świat tyle znakomitych gramofonów, że aż ciężko je policzyć. Dobrze zachowana szlifierka tej marki to sprzęt, który po renowacji można bez kompleksów podłączyć...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
RadomirW