Są płyty, które w swoim gatunku są krystalicznie esencjonalnym uosobieniem wiosny. Przynoszącej wybuch życiodajnej energii, dającej impuls do nowej epoki, rozpoczynającej nowy muzyczny cykl ożywczej wegetacji. Są także płyty, które w obrębie swojej działki są emanacją sił jesieni. Pięknej, mieniącej się kolorytem i szepczącej do nas całą feerią barw. Ale równocześnie symbolizującej nieuchronnie nadchodzący schyłek i zwiastującej zanik życiodajnej energii napędzającej muzyczny ekosystem. Gdybym miał wskazać wiosnę dla jednego z najbardziej soczystych gatunków rocka, jakim jest grunge, to byłby to projekt Temple Of The Dog. Ale gdybym miał analogicznie wskazać jesień, to wszystkie muzyczne drogi wiodłyby mnie do małego czarno-białego pudełeczka z napisem Mad Season. I tę właśnie płytę, na przekór panującej na zewnątrz aurze, chciałbym dziś przywołać.
"Ill Considered 6" stanowi logiczną kontynuację swojego poprzednika i w zasadzie mógłby tworzyć z nim jeden album. Sugeruje to nawet okładka, będąca po prostu lustrzanym odbiciem tej zdobiącej "piątkę". Jedyny sens podzielenia tego materiału na dwie części widzę w chęci zachowania "winylowego" czasu trwania każdego z nich, choć drobna selekcja mogłaby temu szybko zaradzić, dając w pełni dopracowaną, odpowiednio różnorodną, a przy tym spójną płytę. Ale przede wszystkim, jest to najlepsze, jak do tej pory, studyjne wydawnictwo Ill Considered (choć debiut jest silną konkurencją). Zgodnie z duchem jazzu, ogromna pracowitość (dla przypomnienia, 9 albumów w ciągu półtora roku) nie wymęczyła muzyków i ich zgrania i zdolności do zdyscyplinowanej improwizacji, która jest podstawą wszystkich utworów zespołu.
Fani filmowej adaptacji słynnej trylogii J.R. Tolkiena w trakcie seansu na pewno zwrócili uwagę na doskonałą, emanującą niesamowitym klimatem muzykę towarzyszącą tej opowieści. Od pojawienia się w kinach na początku XXI wieku "Drużyny Pierścienia" wiadomym było, że ścieżka dźwiękowa do tego obrazu okaże się równie dużym sukcesem, jak sam film i trafi nie tylko do fanów kina, ale i melomanów. Faktycznie, napisany przez Howarda Shore'a podkład muzyczny z miejsca stał się przebojem i zapisał się na bardzo wysokiej pozycji w kategorii filmowych soundtracków wszechczasów. "The Fellowship of the Ring" to piękne i bardzo plastyczne zobrazowanie historii przedstawionej w pierwszym tomie powieści "Władca Pierścieni" i przeniesionej w 2001 roku na ekrany kin. Słuchając poszczególnych utworów, ma się przed oczami konkretne sceny i wydarzenia przedstawione w filmie, nie ma tu mowy o nudzie i monotonii. Jak na współczesny soundtrack przystało, dźwięki zostały rozpisane na wielobarwną, bardzo rozbudowaną instrumentalnie orkiestrę. Za urzeczywistnienie wizji kompozytora zabrały się The London Philharmonic Orchestra oraz New Zealand Symphony Orchestra. W kilku miejscach pojawiają się też męskie i żeńskie, lekko gotyckie chóry a także klimatyczny, kobiecy śpiew, wykonywany przez światowego formatu legendy muzyki rockowej w osobach Enji i Elisabeth Fraser z grupy Cocteau Twins. Udział słowiczych głosów tych pań nadaje muzyce sporą dawkę mistycyzmu i niesamowitego klimatu, bliskiego w wielu momentach symfonicznym zespołom metalowym.
Po olbrzymim komercyjnym i artystycznym sukcesie albumu "Violet", na następcę tej płyty muzycy kazali czekać swoim fanom jedynie niecałe półtora roku. Co ciekawe, po raz pierwszy (i jak na razie ostatni w długiej historii zespołu) pod autorstwem nowych piosenek mieli podpisać się ci sami artyści, którzy tworzyli trzeci album Closterkellera. Dla wszystkich, którzy liczyli, że metalowe akcenty okażą się jedynie krótkim epizodem w historii warszawskiego zespołu, a grupa wróci do gotyckiego smęcenia, czwarta płyta musiała być sporym zawodem. Bo nie tylko nie ma tu cofnięcia się w eksplorowaniu metalowego brzmienia, ale wręcz w jego ramach grupa poszła kilka kroków do przodu. Promowany gorącymi, zatopionymi w krwistej czerwieni barwami "Scarlet" to jeszcze cięższa, a przy tym podana w zaskakująco tradycyjnym i surowym wydaniu muzyka. Tak, jak na "Violet" można było odnaleźć skojarzenia z twórczością Metalliki czy Iron Maiden, tak przy tworzeniu jej następczyni Anja Orthodox z kolegami musiała już słuchać zespołów z kręgu tak zwanego metalu klimatycznego, a więc przede wszystkim Type O Negative, My Dying Bride i Paradise Lost, a także popularnych w tamtych czasach kapel groove metalowych, jak Pantera, Sepultura czy Machine Head.
Przeczytałem kiedyś, że Nick Cave to taki muzyk dla hipsterów, czy jak ich tam zwać. Żeby dobrze wniknąć w jego twórczość, trzeba być zwichrowanym co najmniej na tym samym poziomie, co on sam. Ów artysta w swoim odrealnionym, dziwacznym uduchowieniu niewielu ma sobie równych. Choć jako osobowość z pozoru introwertyczna, a tak naprawdę z mocnym i impulsywnym odchyleniem ekstrawertycznym, ochoczo wylewa z siebie swoje radości (czasem) i smutki (tak, te częściej), to jego sztukę kierowałbym jednak do szerszego grona odbiorców, niż tylko pokręconych freaków, jakim on sam z pewnością jest. Jedno jest pewne - facet ma serce na dłoni i robi z tego użytek. A że jest to użytek ekstremalnie naładowany emocjami wszelakimi, to i ja sięgam po jego twórczość bez wahania.
Opeth jest uważany za jeden z najdoskonalszych tworów współczesnego metalu progresywnego, któremu udało się stworzyć i przez wiele lat skutecznie rozwijać oryginalną formułę gatunku, polegającą na łączeniu w ramach długich i rozbudowanych suit death metalowej agresji i wściekłości z delikatną grą akustycznych gitar i wielobarwnymi, klimatycznymi ozdobnikami. Choć w ostatnich latach Mikael Åkerfeldt wyraźnie odciął się od nurtu, który współtworzył, nikt mu nie odbierze zasług za przeszłe dokonania, które złotymi zgłoskami zapisały się w historii muzyki metalowej. Te zaś rozpoczęły się już na debiutanckim, wydanym w 1995 roku albumie "Orchid". Patent na muzykę zawartą na tym krążku wydaje się prosty. Opeth połączył ostre, wywodzące się ze szwedzkiego death metalu w jego melodyjnej odmianie dynamiczne granie z ciężkimi, konkretnymi zwolnieniami, inspirowanymi angielską i szwedzką szkołą grania doom metalu i wreszcie z momentami spokojnymi i klimatycznymi, w których główną rolę odgrywa delikatne, akustyczne brzmienie gitar, czasem wspomagane różnymi pomysłowymi efektami brzmieniowymi czy pogłosami. Co ciekawe, w początkowym etapie działalności Szwedzi w bardzo małym stopniu posiłkowali się klawiszami, które na "Orchid" pojawiają się zaledwie w formie szczątkowej, tworzącej epizodyczny podkład dla gitar. Do tego dochodzi miks wściekłych, charkotliwych, zniekształconych growlów lidera formacji z jego czystym, póki co jeszcze nieśmiałym, będącym w wyraźnej mniejszości i pozbawionym późniejszej finezji śpiewem.
Pod względem wokalnym ciekawe rzeczy w twórczości Opeth zaczęły się mniej więcej od albumu "Still Life", kiedy Mikael Åkerfeldt się "przełamał" i zaczął w pełni pokazywać swój talent wokalny zarówno w formie świetnego, czystego śpiewu, jak i całkiem niezłego growlingu, pozbawionego już elementów "wy...
Były sobie kiedyś lata dziewięćdziesiąte, a w nich eksplozja różnorakiej muzyki czadowo gitarowej, zalewająca nas masą genialnych i do dziś z rozrzewnieniem wspominanych kapel. Dobre lata dla muzyki. Lecz nie do końca dla rocka progresywnego. Klasyczne kapele zazwyczaj milczały lub nagrywały wypełniacze, oczywiście z niewielkimi chlubnymi wyjątkami typu choćby Camel. Neoprog dogasał pożerając własny ogon i nagrywając kolejną kalkę opowieści o Błaźnie. Tak wiem, że Dream Theater wraz z kilkoma innymi grupami położył wówczas fundamenty pod metal progresywny, zaś Steven Wilson wypełznął ze swojego domowego quasi-studia by pokazać światu swój geniusz. Ale ogólnie w temacie progresu było wówczas ubogo. Tymczasem, w odległej Skandynawii, kojarzonej wówczas z najbardziej ekstremalnymi wyrzygami metalu, powstał krąg kapel uprawiających poletko przygotowane dwie dekady wcześniej przez chropowatych gigantów mrocznych odmian progresu typu King Crimson czy Van der Graaf Generator. Pośród nich był Anglagard, który nagrał "Hybris", będącą jedną z najważniejszych płyt w dziejach prog-rocka, po czym zamilkł na lata. Przez następne dekady powracał na pełne uniesień chwile, po to jednak, by znowu pogrążyć się w cnym milczeniu. Całkiem niedawno, bo w ubiegłym roku znowu powrócił. Ale pod inną nazwą, z trochę innym składem i nieco inną muzyką.
Oprócz pełnowymiarowej płytoteki, w repertuarze amerykańskiego zespołu Agalloch znajduje się też kilka krótszych pozycji wydawanych w trakcie dość długich przerw pomiędzy normalnymi albumami. Wydawnictwa te można podzielić na dwie grupy - rozwijające stylistykę i sposób gry prezentowany przez zespół na pełnowymiarowych płytach oraz te bardziej eksperymentalne, na których John Haughm oraz Don Anderson mocniej popuszczali wodzy swojej muzycznej fantazji. Wydana w 2008 roku EP-ka "The White" zdecydowanie należy do tej drugiej grupy, nie mając zbyt wiele wspólnego ani z poprzedzającym ją ciężkim i klimatycznym "Ashes Against the Grain" ani z następnym w kolejce, agresywnym, black metalowym "Marrow of the Spirit". W nieco ponad trzydziestu minutach muzyki grupa postanowiła zaprezentować słuchaczom swoje stonowane muzycznie, folkowe oblicze, oparte głównie na akustycznym brzmieniu.
Do połowy lat siedemdziesiątych jazz (i różne wariacje na jego temat) był jednym z dominujących gatunków w muzyce, a także źródłem inspiracji dla niezliczonych twórców z innych stylistyk. Z czasem, niestety, taka muzyka była zmuszona zejść do tak zwanego podziemia, w którym pozostała do dziś. Trudno stwierdzić, czy wina leży przede wszystkim po stronie słuchaczy, mediów, czy wytwórni, gdyż wszystkie te grupy konsekwentnie zaczęły tracić zainteresowanie jazzem. Nawet jego bardziej przystępne odmiany pozostają dziś na marginesie, tym samym nie jest łatwo dotrzeć do nowych interesujących wydawnictw jazzowych (choć strona internetowa Rate Your Music czyni w tej materii prawdziwe cuda), a tym bardziej takich, przy których zechcielibyśmy zostać dłużej. Jednym z ciekawszych jazzowych projektów ostatnich lat jest brytyjski kwartet Ill Considered, obecnie tworzony przez saksofonistę i klarnecistę Idrisa Rahmana, basistę i kontrabasistę Leona Bricharda, perkusistę Emre Ramazanogluego i perkusjonalistę Satina Singha. Jedynie na początku istnienia zespołu ostatnie z tych stanowisk zajmował Yahael Camara-Onono.
Analogia z King Gizzard nasuwa się sama, jednak nie jest do końca słuszna. Bo jednak muzyka Ill Considered ma bardziej spontaniczny charakter - wiele utworów to podobno w ogóle nie planowane improwizacje - tworzenie jej zajmuje zatem mniej czasu. Takie tempo nagrywania nie jest w przypadku jazzu nic...
Czy jest na świecie ktoś, kto na przełomie wieków w jakikolwiek sposób nie zetknął się z twórczością Dido? Pewnie po dłuższych poszukiwaniach znaleźlibyśmy kilka takich osób, ale spójrzmy prawdzie w oczy - byłoby to raczej zadanie z tych trudniejszych. Bo przecież "Stan" Eminema, z fragmentami "Thank You", usłyszeć można było praktycznie wszędzie. To samo z erialem "Roswell" promowanym przez "Here With Me". Pozostałe trzy single z krążka "No Angel" również były dość mocno promowane i zyskały dużą popularność. Lepszego debiutu Dido nie mogła sobie wyobrazić. Jednak żaden z trzech kolejnych albumów nie powtórzył sukcesu debiutanckiego wydawnictwa. Owszem, zdarzały się popularne utwory, ale z krążka na krążek było ich coraz mniej. Można powiedzieć, że Dido zeszła z najwyższego poziomu do niszy, w której po pewnym czasie sprawiała radość tylko fanom jej twórczości. Ze względów rodzinnych nie wyruszyła nawet w trasę koncertową po wydaniu "Safe Trip Home".
Jest coś przewrotnego w tym, że urządzeniami funkcjonującymi najkrócej na rynku audio są dziś te, które pod względem technologicznym wydają się najbardziej zaawansowane. Dobry wzmacniacz może pracować przez trzydzieści lat,...
Choć przetworniki cyfrowo-analogowe istniały znacznie wcześniej, na przykład jako elementy odtwarzaczy płyt kompaktowych, ich kariera rozkręciła się na dobre w erze plików. Dla wielu melomanów DAC był jednym z najbardziej...
Kilkanaście lat temu temat przesyłania i poprawiania dźwięku z komputera wydawał się znacznie prostszy niż dzisiaj. Większość laptopów miała przeciętne wyjścia słuchawkowe, telefony wyposażano jeszcze w gniazda 3,5 mm, a...
Bannery boczne
Komentarze
DJ
Proponuję opracować również wersję dla DJ-ów, taką z większą powierzchnią drgającą, aby można było ręcznie przesuwać ją pod igłą...
Założyłem sobie konto i rozpocząłem import albumów tracków ze Spotify i Tidala, głównie jazz i klasyka. Około 20% się nie pokryło, aczkolwiek zapewne również z ...
Podczas jednej z ostatnich rodzinnych wizyt prezentowałem zainteresowanemu członkowi rodziny swój zestaw grający. Usłyszałem wtedy dość intrygujące pytania: "A wzmacniacz nie powinien mieć korektora? Ma tylko pokrętło głośności?". Padły one z ust osoby, dla której czymś całkowicie naturalnym jest, że nawet współczesny amplituner kina domowego, z którego zresztą obecnie korzysta,...
Nothing has never been particularly interested in making products that look like everyone else's. From transparent smartphones to earbuds that resemble tiny pieces of industrial machinery, the London-based company has built much of its identity around doing things differently, sometimes...
For years, we've been told that the future of home audio belongs to wireless speakers, streaming services, and devices controlled entirely through smartphone apps. And yet, somehow, the traditional micro hi-fi system refuses to disappear. It's not particularly difficult to...
Power supplies are rarely the most exciting part of a hi-fi system. Nobody invites friends over to admire a particularly impressive wall adapter, and even the most enthusiastic audiophiles probably spend more time discussing DAC chips, amplifier topologies, and speaker...
Gdyby ktoś powiedział, że siedziba jednej z najciekawszych i najszybciej rozwijających się firm produkujących wzmacniacze lampowe i podzespoły do sprzętu hi-fi nie mieści się w Monachium, Glasgow czy Tokio, ale w maleńkiej wsi pod Białymstokiem, wielu audiofilów uniosłoby brwi. W końcu to samo serce Podlasia, które w Polsce uważane jest...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
1piotr13