Mam poważny problem z autorką "Joanne". Ów problem polega na tym, że rozumiem kim - a może raczej czym - ona jest, i nie jestem pewien, czy ta świadomość pomaga mi lepiej zrozumieć jej twórczość, czy raczej nastraja mnie do niej negatywnie. Lady Gaga to pierwszy w dwudziestym pierwszym wieku doskonały, kompletny produkt rozrywkowy w ludzkim ciele, podporządkowany pewnej idei i wizerunkowi komercyjny byt popkulturowy świadomie dążący do raz obranego celu. Celem tym, rzecz jasna, są pieniądze i sława. Gaga bierze wszystko, co w zakresie autokreacji zrobiła Madonna, i wyciska te owoce do granic wytrzymałości, kompletnie wyżymając z nich element ludzki. Stefani Germanotta stworzyła Lady Gagę, po czym Gaga pożarła Germanottę, i tak oto dzieło przerosło i wchłonęło swojego twórcę. Żaden inny artysta pop w pierwszych dekadach tego stulecia nie stworzył równie kompleksowej postaci scenicznej, która żyje swoim życiem również i poza sceną. Jak David Bowie był kreacją podległą inteligencji Davida Jonesa, a Freddie Mercury zrodził się z emocji Farrokha Bulsary, tak Lady Gaga wynika z intuicji komercyjnej Stefani Germanotty. Amerykanka perfekcyjnie rozumie na czym polega rynek muzyki pop - kluczem do zrozumienia go jest iluzja.
Nie od zawsze było mi po drodze z Meshuggah. Pierwszy kontakt z zespołem miałem jeszcze w czasach liceum, kiedy to w kręgach szkolnych metalowych ortodoksów szalał album "Nothing". Od zawsze ekipa Szwedów budziła we mnie skrajne emocje - z jednej strony coś mnie w niej intrygowało, ale jednocześnie odpychało i sprawiało, że nie mogłem się do Meshuggah przekonać. Kolejne albumy nie przyniosły odmiany, a nawet zwiększyły niechęć (głównym winowajcą był tu "Catch 33"). Dopiero w zeszłym roku kupiłem za grosze "Obzen" i po kilku przesłuchaniach zaskoczyło. Następnie przyszedł etap fascynacji "Chaosphere" i kolejnymi albumami. "The Violent Sleep Of Reason" jest pierwszym albumem, w przypadku którego miałem okazję odliczać dni do premiery. Oczekiwanie próbowały umilać dwa utwory rzucone fanom na pożarcie odpowiednio pod koniec sierpnia i w połowie września. Pierwszy z nich - "Born In Dissonance" przy pierwszym kontakcie skutecznie ostudził mój entuzjazm i zepchnął album Szwedów praktycznie na sam koniec listy najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier. "Nostrum" również wywoływał uczucie na zasadzie "posłuchać i zapomnieć". "The Violent Sleep Of Reason" został odstawiony na boczne tory. Ale co z tego skoro i tak w dniu premiery po niego sięgnąłem?
Korn to na swój sposób ekipa kawalarzy. Od kilkunastu lat przy okazji prawie każdego nadchodzącego nowego albumu zapowiadają, że będzie to powrót do korzeni. Nie dotyczy to oczywiście "The Path Of Totality", w którego przypadku nie było najmniejszego sensu wciskania fanom tego kitu. Ale każdy z pozostałych albumów miał być właśnie tym, na którym wrócą do klimatów z czasów debiutu. Najlepsza okazja do spełnienia tej obietnicy była trzy lata temu w przypadku "Paradigm Shift", kiedy to po ośmiu latach do zespołu wrócił Brian "Head" Welch. Oczekiwania były duże, niestety wyszło jak wyszło. Trzy lata później w ręce fanów wpada nowy album - "The Serenity Of Suffering", który jest kolejną szansą na realizację obietnicy niespełnionej od kilkunastu lat. O powrocie do korzeni trąbi duża część mediów. Czy zatem nowy album jest faktycznie stuprocentowym powrotem do korzeni?
Wielkimi krokami zbliża się koniec roku. Od dłuższego czasu mamy okres jesienno-zimowy czyli szaro, buro i ponuro. Dzień jest na tyle krótki, że praktycznie całą jego jasną część człowiek spędza w pracy. Reszta dnia to już ciemnica totalna, która w znaczny sposób zawęża nam pole manewru, zatem więcej czasu można spędzić w domu. Czas ten umilić może muzyka. Pod jej kątem bieżący rok jest wyjątkowo udany i od ponad dwóch miesięcy praktycznie co tydzień wydawcy częstują nas ciekawymi premierami. Zagranica szaleje, ale i polska końcówka roku jest wyjątkowo udana. Prym wiedzie tutaj Mystic, który dla mnie osobiście staje się Nuclear Blastem krajowej sceny muzycznej, zrzeszającym praktycznie wszystkich moich ulubionych artystów. Nie mogę powiedzieć żeby do tej pory Organek należał do tego grona, ale jedno jest pewne - w kadrowym zestawieniu wytwórni jest on zdecydowanie czarnym koniem i "flagowcem", na którego można natknąć się w radiu, telewizji i Internecie. Ta popularność jest jak najbardziej zasłużona i "Czarna Madonna" zapewne znajdzie się w różnych tegorocznych podsumowaniach.
40 lat po premierze pierwszej części i prawie 20 po drugiej, Jean Michel Jarre wydaje domknięcie trylogii "Oxygene". Czy to chęć uczczenia jubileuszu czy zwyczajny skok na kasę fanów? Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat francuski artysta sukcesywnie obniżał loty, czego najlepszym przykładem mogą być chociażby dwa ostatnie albumy. Duet "Electronica" w znaczny sposób odbiega od twórczości, do której przez lata przyzwyczaił nas Jean Michel Jarre. O ile w przypadku tej kwestii nie można mieć do niego specjalnych pretensji (bo należy drążyć, poszukiwać i rozwijać się, a nie stać w miejscu), tak zarzuty dotyczące jakości nagranego materiału są jak najbardziej słuszne. Obie części "Elektroniki" są co najwyżej przeciętne. Wydanie "Oxygene 3" mogło być idealnym przełamaniem złej passy albo gwoździem do muzycznej trumny. Niepokój mogła budzić cała otoczka związana z premierą nowego wydawnictwa oraz czasem jaki minął od premiery dwóch ostatnich albumów. "Oxygene 3" po części został wydany cichaczem. Przed premierą, informacji o krążku nie było zbyt wiele i pojawiły się one stosunkowo niedawno. Artysta uraczył nas jednym singlem oraz ujawnieniem okładki albumu. Ta w jawny sposób nawiązuje do dzieła sprzed czterdziestu lat, chociaż Ziemi przez ten czas jakby ubyło. Taki, a nie inny dobór można było uznać za dobry prognostyk, zatem apetyt rósł.
Premiera nowego albumu tak zasłużonej grupy, jak The Rolling Stones, to wielkie muzyczne wydarzenie. Zwłaszcza, że od opublikowania poprzedniego wydawnictwa z premierowym materiałem minęło jedenaście lat. Nie da się jednak ukryć, że muzycy poszli na maksymalną łatwiznę. Cała sesja nagraniowa trwała zaledwie trzy dni, a na repertuar złożyły się wyłącznie przeróbki starych kawałków bluesowych. Może w ten sposób zespół chciał zatoczyć pełen krąg i wrócić do swoich korzeni (choć przecież nawet na pierwszych albumach, oprócz licznych coverów, były też autorskie kompozycje). A może chodziło po prostu o trochę dobrej zabawy w gronie sprawdzonej ekipy. W nagraniach, oprócz oczywiście członków grupy, uczestniczyli bowiem także stali współpracownicy - basista Darryl Jones, oraz klawiszowcy Chuck Leavell i Matt Clifford - jak również zaprzyjaźnieni muzycy - Eric Clapton i Jim Keltner. Naprawdę słychać tutaj panującą podczas sesji swobodną atmosferę.
Właśnie minęło ponad pięć miesięcy od premiery "The Glowing Man". Moja opieszałość w opisie "ostatniej" płyty Swans w żadnym wypadku nie wynika jednak z przeoczenia jednej z najważniejszych premier roku. Kupiłem album tuż po premierze, przesłuchałem go wiele razy i zdążyłem wyrobić sobie o nim trzy różne opinie. Powody, dla których dotychczas nie zrecenzowałem tego longpleja, były trzy. Po pierwsze, najzwyczajniej w świecie nie chciałem o nim pisać. O "The Glowing Man" można powiedzieć dużo, a i tak to będzie tylko własny pogląd na dzieło ewidentnie otwarte na interpretacje. Ostatnie płyty Swans są trochę jak Biblia - zarówno Ty, jak i ja mamy prawo odbierać je tak, jak je pojmujemy, bądź jak to dla nas wygodne. Z tego względu ciężko oryginalnie stwierdzić coś mądrego, co nie zabrzmi z jednej strony pretensjonalnie, a z drugiej banalnie. Po drugie - co poniekąd wynika z pierwszego - ze względu na otwartość i ważkość dzieła, dość prędko przewinęła się przez Internet fala licznych recenzji "The Glowing Man", a każda z nich mądrzejsza i głębsza w analizie od poprzedniej. Cóż ja, niedzielny bloger-amator, mógłbym dodać nowego w tak rozchwytywanym temacie? Po trzecie, co z kolei stoi w opozycji do poprzednich dwóch powodów, muzyka Swans zabrnęła w rejony, gdzie jakakolwiek próba słownego opisu przeżyć emocjonalnych i estetycznych, które jej towarzyszą, jest zbyteczna. Równie dobrze mógłbym próbować wyjaśnić moje wrażenia emocjonalne i estetyczne z przyglądania się płomieniom w palenisku. Z moim poziomem zaawansowania poetyckiego, popełniłbym natchnioną grafomanię.
2013 był bardzo dobrym rokiem dla młodego kobiecego rocka. W przeciągu czterech miesięcy dostaliśmy płyty trzech kapel, które znakomicie zadebiutowały na rynku - Savages ze swoim intelektualnie odważnym post-punkiem, HAIM i ich niebanalnie przebojowy słoneczny pop-rock oraz nieujarzmione i najbardziej hałaśliwe z nich wszystkich Deap Vally. Teraz mamy okazję przekonać się, czy nieujarzmiona moc tego ostatniego kolektywu po kilku latach wciąż daje do pieca. Już pierwsze sekundy płyty udowadniają, że w obozie Amerykanek nie zaszły wielkie zmiany. "Royal Jelly" otwiera posępnie stąpający riff, a w refrenie wybucha donośnym jazgotem momentalnie podkręcającym volume w głośnikach. Nawet jeśli ta piosenka aż nazbyt przypomina "End of the World" (to z lenistwa, czy może świadomy recykling użytych wcześniej pomysłów, dziewczyny?), ciężko takiego mięsistego, surowego i uczciwie rockowego grania nie lubić - wszak po to młodzież chwyta za wiosła, by dawać czadu.
W szóstej minucie monumentalnego "Memory", wokalista Preoccupations, Matt Flegel, śpiewa pełnym natchnienia głosem "Our particles collide and drown by candlelight" do akompaniamentu wzburzonej muzyki i gitarowej ściany dźwięku. Tuż przed tym romantycznym opisem materialnej dezintegracji, Flegel i gościnnie występujący tu Dan Boeckner łączą siły, by wspólnie ponuro jęknąć "Erasing your memory". Nie jest to jednak fragment smutny i depresyjny, a paradoksalnie najbardziej żywiołowy i wzniosły moment na albumie. Podobnie przewrotnie wygląda sytuacja z kolejnym utworem w zestawie, "Degraded", który pomimo nihilistycznie przygnębiającego tekstu, który prowadzi do autodestrukcyjnej kulminacji "Degrade into a fraction of yourself", brzmi jak skoczny indie-disco hit nu-rave'owych imprezowiczów z Klaxons. Taki mocno przewrotny i nietypowy jest nastrój całej płyty przypominającej imprezę zorganizowaną z okazji nadciągającej katastrofy. Śmierć, zniszczenie i być może sama apokalipsa już stoją u progu, ale Preoccupations, choć świadomi rychłego końca, nie opłakują swojej zguby, lecz czerpią z niej inspirację, by grać pełną życia muzykę o przemijaniu. Istni jeźdźcy apokalipsy z gitarami i syntezatorem.
Zacznijmy dość nietypowo. Jeśli liczyliście na to, że "Hardwired... To Self-Destruct" będzie tak zwanym powrotem do korzeni czyli grania sprzed ponad 25 lat, to spokojnie odpuście sobie dalsze czytanie tego tekstu i słuchanie nowej Metalliki. Jeśli mieliście jakiekolwiek oczekiwania wobec ich nowego albumu - patrzcie wyżej. Jeżeli natomiast wychodzicie z założenia, że co ma być to będzie, możecie przejść dalej, ale na własną odpowiedzialność. Długo przyszło czekać fanom na nowy materiał legendy thrash metalu. Po drodze trafiały się przebąkiwania o tworzeniu następcy "Death Magnetic", ale przez długi czas nic z nich nie wychodziło. Ostatecznie stanęło na ośmiu latach. Jest to na tyle dużo czasu, że można przygotować naprawdę genialny materiał, który zmiecie konkurencję z powierzchni ziemi. Jednak z drugiej strony tak długi okres daje do myślenia, że coś może jednak nie być tak jak powinno.
Jestem fanem zespołu, bywam na koncertach, w podstawówce ganiałem po podwórku w koszulce z krzesłem elektrycznym itd. Odsłuchiwałem Hardwired na słuchawkach i przenośnym AK, na systemie stereo i cały czas czułem, że coś jest nie tak. Miałem nadzieję, że to wina sprzętu i trzeba będzie myśleć o jego ...
Ten moment przychodzi w życiu każdego audiofila. Kiedy pokombinujemy z kolumnami, wzmacniaczami i źródłami, a nasz system zaczyna grać naprawdę dobrze, zadajemy sobie pytanie, czy nie powinniśmy zainteresować się kablami....
W świecie sprzętu audio nietrudno o historie, które dobrze brzmią na papierze, ale po zderzeniu z rzeczywistością szybko tracą swój urok. Ktoś ma ciekawy pomysł, dobre zaplecze techniczne, wyrazistą wizję,...
W świecie kolumn głośnikowych są konstrukcje budzące respekt zaawansowanymi rozwiązaniami technicznymi i parametrami, a także takie, które nie wyglądają jak statek kosmiczny i nie wykorzystują materiałów rodem z filmów science...
Bannery boczne
Komentarze
Krzysztof
Miałem kiedyś jedne z tańszych kabli Audiomiki, głośnikowe Dolomit Reference i interkonekt Rhod Reference. Bardzo miło je wspominam, wspaniale dogadywały się z ...
Niestety miałem ten wzmacniacz, mocno wycofane średnie tony (o dość średniej jakości), zmatowiona góra i słaba mikro dynamika. Jedynym silnym punktem jest bas. ...
Mam ten gramofon jako drugi zapasowy. Po wymianie maty na gumowo-korkową i wkładki na AT160 z nową igłą microline gra świetnie. Oczywiście, przez zewnętrzny prz...
Podczas jednej z ostatnich rodzinnych wizyt prezentowałem zainteresowanemu członkowi rodziny swój zestaw grający. Usłyszałem wtedy dość intrygujące pytania: "A wzmacniacz nie powinien mieć korektora? Ma tylko pokrętło głośności?". Padły one z ust osoby, dla której czymś całkowicie naturalnym jest, że nawet współczesny amplituner kina domowego, z którego zresztą obecnie korzysta,...
GIK Acoustics is expanding its low-frequency treatment lineup with three new deep Bass Trap Panels aimed at rooms where excess bass energy remains one of the hardest problems to control. The new additions - the Classic Bass Trap Panel '60Hz',...
Sivga has introduced the SV021 Pro, a new closed-back headphone that builds on one of the company's better-known dynamic designs while aiming to improve resolution, comfort, and material quality without abandoning the easygoing character that helped the original model find...
The moment comes in every audiophile's life. After enough experimenting with speakers, amplifiers, and source components, once the system finally starts sounding genuinely good, a question begins to nag at us - should we be paying more attention to cables?...
Co przychodzi nam do głowy, kiedy myślimy o Francji? Wiadomo - świetna kuchnia, doskonałe wina i sery, luksusowe perfumy, nowoczesna architektura, pokazy mody, festiwale filmowe, słynni malarze i wiecznie zakorkowane uliczki Paryża. Dla amatorów sprzętu hi-fi jest to także jeden z najważniejszych krajów na audiofilskiej mapie świata. To właśnie tutaj...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Maciej