Od wydania debiutu Rage Against The Machine upłynęło ponad 20 lat. Album ten poznałem stosunkowo późno. W 1992 roku byłem jeszcze pewnie na etapie smerfnych hitów. Albo nie! Byłem już wtajemniczony w Queen i takiej wersji się trzymajmy:-) W każdym razie mój pierwszy kontakt z tym zespołem przypadł na wczesne liceum. Wtedy to w mediach królował kawałek "Guerilla Radio". Pożyczyłem od znajomego "The Battle Of Los Angeles" na kasecie i się zakochałem. Gdy kaseta (tak, tak...) już trochę mi się przejadła, sięgnąłem po "Evil Empire" - znów kaseta od tego samego znajomego. Po pewnym czasie oba albumy znałem już na pamięć, ale skończyły się mi opcje. Internet nie był jeszcze tak rozwinięty jak dziś, a debiutu nie można było sobie posłuchać od ręki na YouTubie. Kiedy pewnego dnia znajomy wparował do szkoły z "Rage Against The Machine", mieliśmy wielkie święto i maraton słuchania. Jakież to było niesamowite... Lubiłem "The Battle Of Los Angeles" i "Evil Empire", zwłaszcza ten drugi za brud i garażowe brzmienie, ale cholera - debiut zjadał je na starcie. Świeżością, nowatorstwem, jakością, wszystkim. Wielu uważa "Rage Against The Machine" za jeden z najlepszych, tudzież najważniejszych albumów lat 90.
Rok zerowy. Początek nowej epoki. Nowego porządku w którym nie ma miejsca dla indywidualistów. Wszyscy są tacy sami i myślą tak samo. Oto właśnie piszemy nową przyszłość USA. A jeśli się z nią nie zgadzasz, jeśli uważasz, że wiesz lepiej, a na dodatek słuchałeś płyty "Year Zero" tego wyrzutka, Trenta Reznora, zadzwoń na numer 1-866-445-6580. Bądź patriotą! Bądź informatorem! Amerykańskie Biuro Moralności czeka na sygnał od Ciebie! To jest właśnie to, czego chcę od Nine Inch Nails. To potęga pomysłów, moc dźwięku zmiatająca z siłą huraganu wszystko, co stanie na jej drodze.
Jak byłem mały, to miałem szczoteczkę do zębów, która zmieniała kolor pod wpływem ciepła. Miałem z tego straszną uciechę, a mama mogła sprawdzić, czy rzeczywiście umyłem zęby... Pewnie zastosowali tu ten sam patent!
Oto kolejny album udowadniający moją tezę, że wszystko co najpiękniejsze w muzyce elektronicznej powstało w latach siedemdziesiątych, przed nastaniem ery muzyki cyfrowej lub - jak mówią niektórzy - syfrowej;-) "The Man Machine" to concept-album, który miał pokazać rolę maszyn i robotów we współczesnym świecie. Zautomatyzowanie produkcji, zautomatyzowanie życia. A przypominam, że mamy do czynienia z płytą wydaną w roku 1978. Czyż nie jest to prorocza wizja? Cóż dziś byśmy byli w stanie zrobić beż wszechobecnych automatów? Oczywiście, dziś większą rolę (nawet w prywatnym życiu) pełnią komputery, ale o tym miała traktować dopiero kolejna płyta zespołu.
Kupiłem tę płytę, bo prosiła mnie o nią żona. "Słyszałam, że to ciekawa rzecz!" - mówiła. No i dałem się namówić. Słucham Kimbry już od miesiąca zastanawiając się, co by tu o niej napisać. Można zacząć od stwierdzenia, że to debiutancki materiał piosenkarki, co w sumie jest prawdą, ale z uwagi na okoliczności (duet z Gotye) przyszła mi na myśl taka refleksja: "No tak, dziewczyna zaśpiewała w piosence, która stała się hitem, i chcąc szybko wykorzystać ten fakt, od razu nagrała całą płytę!" I to jest błąd! Album "Vows" był nagrywany od roku 2008 i został wydany w roku 2011 w Nowej Zelandii i Australii. Premiery światowej doczekał się dopiero teraz, ale za to z kilkoma nowymi piosenkami, nowym miksem i masteringiem. Tak więc trudno Kimbrze zarzucić żerowanie na sukcesie kolegi.
Lata dziewięćdziesiąte to bardzo dobry czas dla fanów elektroniki. Do klasyki przeszły albumy Fatboy Slima, The Prodigy czy właśnie chemicznych braci. "Dig Your Own Hole" wprowadził duet na salony. Potwierdził, że "Exit Planet Dust" nie był jednorazowym wybrykiem, a skład naprawdę ma głowę do tworzenia tego rodzaju muzyki. "Dig Your Own Hole" to taka mieszanka wybuchowa. Stąd pochodzi jeden z najbardziej rozpoznawalnych utworów duetu czyli "Block Rockin Beats". Do tego dochodzą dwie totalne jazdy - "Elektrobank" oraz "Setting Sun". Pierwszy utwór to jakby ekspresowy koszmar schizofrenika, który pod koniec zmienia się w coś, co puściłbym jako ścieżkę dźwiękową do obrazu ukazującego skutki katastrofy nuklearnej albo bombardowania celów cywilnych. Tego się nie da opisać - trzeba koniecznie posłuchać samemu.
Przeczytałem gdzieś, że okładka najlepiej oddaje to z czym mamy do czynienia na tym wydawnictwie. W sumie racja ale nie wszyscy wiedzą, kto to jest John Baizley, nie znają jego twórczości "okładkowej" i muzycznej, więc czas na szybkie wprowadzenie. Black Tusk to ekipa złożona trzech gości z Savannah, obracająca się w klimatach sceny sludge-metalowej. Czyli koledzy Baroness, Kylesy i Mastodona (ze szczególnym naciskiem na Kylesę). "Taste The Sin" to ich drugi album. Na fali fascynacji sludgem sięgnąłem po ich płyty i zacząłem właśnie od tego krążka. Zaczyna się niepozornie - "Embrace The Madness" ma delikatne wprowadzenie trwające raptem kilkanaście sekund. Ale po nim pojawiają się gitary. O kurde, stoner! Kocham to strojenie (tu idealnie przypomina "Welcome To Sky Valley" Kyussa, jest tylko jeszcze cięższe). Już jestem w siódmym niebie. Muzyka wgniata w fotel, miażdży, nie to co niektóre produkcje, które mimo fajnego materiału są płaskie niczym piersi baletnicy. Tu może i muzyka nie jest ambitna, ale doznania podczas jej słuchania są niesamowite (przebrnijcie przez cały album).
W XXI wiek Biohazard wszedł odmieniony. Wydany w 2001 roku "Uncivilization" znacząco odbiega od tego, co zespół prezentował jeszcze w ubiegłym milenium. Ale prawdziwy przełom miał dopiero nadejść. Dwa lata później zespół nagrał album, który poszedł jeszcze dalej (o kilka kroków). "Kill Or Be Killed" nie bierze jeńców - jest to najbardziej bezkompromisowy krążek w dyskografii grupy. I jednocześnie najbardziej niedoceniony, bo spotkał się raczej z przeciętnymi i negatywnymi ocenami. W ogóle tego nie rozumiem bo jest o wiele bardziej wyrazisty i interesujący, niż chociażby "New World Disorder". Od początku do końca mamy tu samo "gęste". Po krótkim intro rozpoczyna się rzeź, która trwa praktycznie do końca albumu.
Szukając pewnego krążka zlokalizowanego w drugiej "linii zabudowy" mojej kolekcji wpadł mi w ręce inny album. Momentalnie zapomniałem czego szukałem i w moim odtwarzaczu wylądował "Ill Communication". Krążek ten poznałem w 1998 roku, kilka miesięcy po premierze "Hello Nasty". Tak jak "Hello Nasty" kojarzyłem z kilku utworów promowanych w mediach, tak "Ill Communication" kupiłem totalnie w ciemno - pierwszy raz w życiu. I to jeszcze za jakieś chore pieniądze. Pierwsze przesłuchanie i szok, szczęka na ziemi. Na "Hello Nasty" Beastie Boys momentami trochę za bardzo eksperymentowali, odjeżdżali od właściwej drogi. "Ill Communication" jest natomiast tym, co do dziś najbardziej cenię w ich twórczości - odrobina hardcore'u, kilka świetnych instrumentali, coś co można by podciągnąć pod rocka i elementy dodatkowe. Wszystko to świetnie ze sobą współgra mimo teoretycznego bałaganu (który i tak jest o wiele mniejszy, niż na "Hello Nasty"). "Ill Communication" to istna kopalnia genialnych utworów.
Po wydaniu "świętej trójcy" losy Bad Religion bywały różne. Czasem wydawali płyty genialne, czasem mniej udane. Trafiały się też rzeczy przeciętne i takie, których mogłoby nie być. Aż tu nagle przyszedł rok 2002, a wraz z nim "The Process Of Belief" - album, którym zespół udowodnił, że wciąż ma dużo do powiedzenia i zaoferowania. Wszystko zaczyna się świetnie. Pierwsze trzy utwory: "Supersonic", "Prove It" i Can't Stop It" trwają łącznie niewiele ponad 4 minuty. To powrót do starych dobrych czasów, czyli szybko, krótko, zwięźle i na temat. Dalej album wcale nie zwalnia.
"Witaj w moim świecie, proszę, wejdź" - rozpoczyna płytę Gahan, zapraszając nas do odsłuchania nowej pozycji w dyskografii grupy. Więc dałem się zaprosić i rozejrzałem się ostrożnie w tej rzeczywistości, którą proponują nam panowie z Depeche Mode. To strasznie ciasne, gęste, wręcz klaustrofobiczne miejsce. Nie ma miejsca żeby się obrócić, rozłożyć ramiona, czy chociażby się przeciągnąć. Cały czas myślałem, że poruszam się w tłoku, na dodatek lekko przygarbiony. Szybko opuściłem ten świat, obiecując sobie, że jednak tu jeszcze za kilka dni na chwilę wrócę, aby przekonać się czy to było tylko takie pierwsze wrażenie, czy też to trwałe odczucie.
Są w świecie audio produkty, których kolejne generacje pojawiają się tak regularnie, że właściwie można ustawiać według nich kalendarz. Co rok nowy smartfon, co dwa lata nowa wersja przetwornika, co...
Przymierzając się do zakupu hi-endowego systemu stereo, zwykle zaczynamy przeglądać katalogi producentów amerykańskich, niemieckich, brytyjskich, włoskich, francuskich, japońskich albo skandynawskich. W ostatnich latach do tego grona dołączyły także firmy chińskie,...
Jeszcze kilka lat temu kierunek rozwoju cyfrowego audio wydawał się całkowicie oczywisty. Skoro odtwarzacz sieciowy i tak potrzebuje przetwornika, a ten coraz częściej otrzymuje regulację głośności, wyjście słuchawkowe i kilka...
Bannery boczne
Komentarze
Felek
Mam Venere 2.5, ale po przeczytaniu tego artykułu przerabiam je na Olimpicę II 1/2. To nie będzie III, ale w moim przedziale możliwości dam radę i nie obrażą si...
W świetle tego, co podziało się z Auralikiem, przydałoby się takie urządzenie stworzone przez inną firmę, żeby moja S1 za 1-2 lata nie odmówiła współpracy.
@Garfield - Wsparcie straci raczej zewnętrzna skrzyneczka streamera, bo potrzebna będzie sprzedaż nowego produktu. Nowych formatów już się raczej nie wymyśli, b...
Gramofony, szlifierki, odtwarzacze czarnych płyt, adaptery, patefony, odtwarzacze analogowe, fonografy... Jakkolwiek byśmy nie nazwali tych poczciwych urządzeń, które są z nami już od ponad 130 lat, możemy zawsze powiedzieć o nich to samo - od dziesięcioleci dostarczają nam niezapomnianych przeżyć związanych z odtwarzaniem ukochanych utworów. Wielu melomanów pamięta o ich...
At the same time that Noble Audio is stripping the formula back to a single dynamic driver with Iris, the company is taking a very different route at the more accessible end of its wired IEM range. Vanguard builds on...
Monitor Audio has introduced Silver Series 8G, the latest generation of one of the most important and best-selling loudspeaker families in its catalog. The company is not presenting this as a cosmetic refresh, but as a comprehensive reinvention of the...
Not that long ago, carrying a separate music player was perfectly normal. Then smartphones took over, streaming largely removed the need to keep a personal library of files in your pocket, and traditional MP3 players all but disappeared from everyday...
O historii sprzętu audio można się wiele nauczyć przeglądając dzieje firm, które tworzą go od wielu, wielu lat. Korzeni większości wynalazków stanowiących swoiste kamienie milowe w rozwoju technologii nagrywania i odtwarzania dźwięku należy oczywiście szukać w Europie i USA, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że życie dzisiejszych audiofilów nie...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Wombat Alfred