Wielkimi krokami zbliża się koniec roku. Od dłuższego czasu mamy okres jesienno-zimowy czyli szaro, buro i ponuro. Dzień jest na tyle krótki, że praktycznie całą jego jasną część człowiek spędza w pracy. Reszta dnia to już ciemnica totalna, która w znaczny sposób zawęża nam pole manewru, zatem więcej czasu można spędzić w domu. Czas ten umilić może muzyka. Pod jej kątem bieżący rok jest wyjątkowo udany i od ponad dwóch miesięcy praktycznie co tydzień wydawcy częstują nas ciekawymi premierami. Zagranica szaleje, ale i polska końcówka roku jest wyjątkowo udana. Prym wiedzie tutaj Mystic, który dla mnie osobiście staje się Nuclear Blastem krajowej sceny muzycznej, zrzeszającym praktycznie wszystkich moich ulubionych artystów. Nie mogę powiedzieć żeby do tej pory Organek należał do tego grona, ale jedno jest pewne - w kadrowym zestawieniu wytwórni jest on zdecydowanie czarnym koniem i "flagowcem", na którego można natknąć się w radiu, telewizji i Internecie. Ta popularność jest jak najbardziej zasłużona i "Czarna Madonna" zapewne znajdzie się w różnych tegorocznych podsumowaniach.
40 lat po premierze pierwszej części i prawie 20 po drugiej, Jean Michel Jarre wydaje domknięcie trylogii "Oxygene". Czy to chęć uczczenia jubileuszu czy zwyczajny skok na kasę fanów? Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat francuski artysta sukcesywnie obniżał loty, czego najlepszym przykładem mogą być chociażby dwa ostatnie albumy. Duet "Electronica" w znaczny sposób odbiega od twórczości, do której przez lata przyzwyczaił nas Jean Michel Jarre. O ile w przypadku tej kwestii nie można mieć do niego specjalnych pretensji (bo należy drążyć, poszukiwać i rozwijać się, a nie stać w miejscu), tak zarzuty dotyczące jakości nagranego materiału są jak najbardziej słuszne. Obie części "Elektroniki" są co najwyżej przeciętne. Wydanie "Oxygene 3" mogło być idealnym przełamaniem złej passy albo gwoździem do muzycznej trumny. Niepokój mogła budzić cała otoczka związana z premierą nowego wydawnictwa oraz czasem jaki minął od premiery dwóch ostatnich albumów. "Oxygene 3" po części został wydany cichaczem. Przed premierą, informacji o krążku nie było zbyt wiele i pojawiły się one stosunkowo niedawno. Artysta uraczył nas jednym singlem oraz ujawnieniem okładki albumu. Ta w jawny sposób nawiązuje do dzieła sprzed czterdziestu lat, chociaż Ziemi przez ten czas jakby ubyło. Taki, a nie inny dobór można było uznać za dobry prognostyk, zatem apetyt rósł.
Premiera nowego albumu tak zasłużonej grupy, jak The Rolling Stones, to wielkie muzyczne wydarzenie. Zwłaszcza, że od opublikowania poprzedniego wydawnictwa z premierowym materiałem minęło jedenaście lat. Nie da się jednak ukryć, że muzycy poszli na maksymalną łatwiznę. Cała sesja nagraniowa trwała zaledwie trzy dni, a na repertuar złożyły się wyłącznie przeróbki starych kawałków bluesowych. Może w ten sposób zespół chciał zatoczyć pełen krąg i wrócić do swoich korzeni (choć przecież nawet na pierwszych albumach, oprócz licznych coverów, były też autorskie kompozycje). A może chodziło po prostu o trochę dobrej zabawy w gronie sprawdzonej ekipy. W nagraniach, oprócz oczywiście członków grupy, uczestniczyli bowiem także stali współpracownicy - basista Darryl Jones, oraz klawiszowcy Chuck Leavell i Matt Clifford - jak również zaprzyjaźnieni muzycy - Eric Clapton i Jim Keltner. Naprawdę słychać tutaj panującą podczas sesji swobodną atmosferę.
Właśnie minęło ponad pięć miesięcy od premiery "The Glowing Man". Moja opieszałość w opisie "ostatniej" płyty Swans w żadnym wypadku nie wynika jednak z przeoczenia jednej z najważniejszych premier roku. Kupiłem album tuż po premierze, przesłuchałem go wiele razy i zdążyłem wyrobić sobie o nim trzy różne opinie. Powody, dla których dotychczas nie zrecenzowałem tego longpleja, były trzy. Po pierwsze, najzwyczajniej w świecie nie chciałem o nim pisać. O "The Glowing Man" można powiedzieć dużo, a i tak to będzie tylko własny pogląd na dzieło ewidentnie otwarte na interpretacje. Ostatnie płyty Swans są trochę jak Biblia - zarówno Ty, jak i ja mamy prawo odbierać je tak, jak je pojmujemy, bądź jak to dla nas wygodne. Z tego względu ciężko oryginalnie stwierdzić coś mądrego, co nie zabrzmi z jednej strony pretensjonalnie, a z drugiej banalnie. Po drugie - co poniekąd wynika z pierwszego - ze względu na otwartość i ważkość dzieła, dość prędko przewinęła się przez Internet fala licznych recenzji "The Glowing Man", a każda z nich mądrzejsza i głębsza w analizie od poprzedniej. Cóż ja, niedzielny bloger-amator, mógłbym dodać nowego w tak rozchwytywanym temacie? Po trzecie, co z kolei stoi w opozycji do poprzednich dwóch powodów, muzyka Swans zabrnęła w rejony, gdzie jakakolwiek próba słownego opisu przeżyć emocjonalnych i estetycznych, które jej towarzyszą, jest zbyteczna. Równie dobrze mógłbym próbować wyjaśnić moje wrażenia emocjonalne i estetyczne z przyglądania się płomieniom w palenisku. Z moim poziomem zaawansowania poetyckiego, popełniłbym natchnioną grafomanię.
2013 był bardzo dobrym rokiem dla młodego kobiecego rocka. W przeciągu czterech miesięcy dostaliśmy płyty trzech kapel, które znakomicie zadebiutowały na rynku - Savages ze swoim intelektualnie odważnym post-punkiem, HAIM i ich niebanalnie przebojowy słoneczny pop-rock oraz nieujarzmione i najbardziej hałaśliwe z nich wszystkich Deap Vally. Teraz mamy okazję przekonać się, czy nieujarzmiona moc tego ostatniego kolektywu po kilku latach wciąż daje do pieca. Już pierwsze sekundy płyty udowadniają, że w obozie Amerykanek nie zaszły wielkie zmiany. "Royal Jelly" otwiera posępnie stąpający riff, a w refrenie wybucha donośnym jazgotem momentalnie podkręcającym volume w głośnikach. Nawet jeśli ta piosenka aż nazbyt przypomina "End of the World" (to z lenistwa, czy może świadomy recykling użytych wcześniej pomysłów, dziewczyny?), ciężko takiego mięsistego, surowego i uczciwie rockowego grania nie lubić - wszak po to młodzież chwyta za wiosła, by dawać czadu.
W szóstej minucie monumentalnego "Memory", wokalista Preoccupations, Matt Flegel, śpiewa pełnym natchnienia głosem "Our particles collide and drown by candlelight" do akompaniamentu wzburzonej muzyki i gitarowej ściany dźwięku. Tuż przed tym romantycznym opisem materialnej dezintegracji, Flegel i gościnnie występujący tu Dan Boeckner łączą siły, by wspólnie ponuro jęknąć "Erasing your memory". Nie jest to jednak fragment smutny i depresyjny, a paradoksalnie najbardziej żywiołowy i wzniosły moment na albumie. Podobnie przewrotnie wygląda sytuacja z kolejnym utworem w zestawie, "Degraded", który pomimo nihilistycznie przygnębiającego tekstu, który prowadzi do autodestrukcyjnej kulminacji "Degrade into a fraction of yourself", brzmi jak skoczny indie-disco hit nu-rave'owych imprezowiczów z Klaxons. Taki mocno przewrotny i nietypowy jest nastrój całej płyty przypominającej imprezę zorganizowaną z okazji nadciągającej katastrofy. Śmierć, zniszczenie i być może sama apokalipsa już stoją u progu, ale Preoccupations, choć świadomi rychłego końca, nie opłakują swojej zguby, lecz czerpią z niej inspirację, by grać pełną życia muzykę o przemijaniu. Istni jeźdźcy apokalipsy z gitarami i syntezatorem.
Zacznijmy dość nietypowo. Jeśli liczyliście na to, że "Hardwired... To Self-Destruct" będzie tak zwanym powrotem do korzeni czyli grania sprzed ponad 25 lat, to spokojnie odpuście sobie dalsze czytanie tego tekstu i słuchanie nowej Metalliki. Jeśli mieliście jakiekolwiek oczekiwania wobec ich nowego albumu - patrzcie wyżej. Jeżeli natomiast wychodzicie z założenia, że co ma być to będzie, możecie przejść dalej, ale na własną odpowiedzialność. Długo przyszło czekać fanom na nowy materiał legendy thrash metalu. Po drodze trafiały się przebąkiwania o tworzeniu następcy "Death Magnetic", ale przez długi czas nic z nich nie wychodziło. Ostatecznie stanęło na ośmiu latach. Jest to na tyle dużo czasu, że można przygotować naprawdę genialny materiał, który zmiecie konkurencję z powierzchni ziemi. Jednak z drugiej strony tak długi okres daje do myślenia, że coś może jednak nie być tak jak powinno.
Jestem fanem zespołu, bywam na koncertach, w podstawówce ganiałem po podwórku w koszulce z krzesłem elektrycznym itd. Odsłuchiwałem Hardwired na słuchawkach i przenośnym AK, na systemie stereo i cały czas czułem, że coś jest nie tak. Miałem nadzieję, że to wina sprzętu i trzeba będzie myśleć o jego ...
Pomysł przerobienia ścieżki dźwiękowej do serialu "Miasteczko Twin Peaks" przez Xiu Xiu paradoksalnie był równie szalony, co niegłupi. Z jednej strony, legendarny album Angelo Badalamentiego to materiał kompletny, który nie potrzebuje aktualizowania do potrzeb naszych czasów. To longplej zanurzony w magii ponadczasowego piękna, który dziś brzmi tak samo eterycznie, jak dwadzieścia sześć lat temu, a nieco przestarzała produkcja dodaje mu tylko uroku. Z drugiej strony, jeśli ktoś miałby się siłować z tak wyjątkowym dziełem, to tylko wyjątkowy artysta, a takim bez wątpienia jest Jamie Stewart. Spiritus movens projektu Xiu Xiu to jeden z najbardziej nietypowych i najodważniejszych muzyków alternatywnych dwudziestego pierwszego wieku. CV Stewarta to istny labirynt brzmieniowego eklektyzmu - od zabaw z alternatywnym synth-popem, przez łączenie tradycyjnych piosenek folkowych z Karaibów i Ameryki z szumiącymi eksperymentami z muzyką ambient, po rzeczy tak nieprzystępne, jak "Merzxiu" - album nagrany w duecie z Merzbow, który w dwóch utworach trwających łącznie trzydzieści siedem minut zawarł dźwięki, którym bliżej do białego szumu niż do tradycyjnej muzyki. Co więcej, Stewartowi nie są obce przeróbki twórczości innych muzyków. Xiu Xiu nagrali między innymi krążek z awangardowymi interpretacjami utworów Niny Simone, "Don't Cha" The Pussycat Dolls w mrocznej, niemalże piekielnej odsłonie, czy niepokojąco komiczną wersję "Under Pressure" Queen i Davida Bowie z gościnnym udziałem Michaela Gira ze Swans. Przerobienie muzyki do "Miasteczka Twin Peaks" to wariacki pomysł, a Jamie Stewart zdecydowanie jest wariackim muzykiem.
Brak górnych jedynek, fryzura jak z filmu Tima Burtona i głos brzmiący jak karzeł, który nawdychał się helu. Prezencja Danny'ego Browna zdecydowanie nie odpowiada obrazowi stereotypowego rapera. Co więcej, wyraźnie kłóci się ona z jego CV, w którym znaleźć można tak mroczne epizody, jak odsiadka w więzieniu, narkomaństwo i handel narkotykami. Legenda głosi, że 50 Cent w ostatniej chwili zrezygnował z włączenia Browna do swojej wytwórni, bo nie spodobało mu się, jak raper z Detroit się ubiera. Ale to nie jest tak, że Danny taki wizerunek "zioma-hipstera" umyślnie sobie wymyślił i konsekwentnie go lansuje. Danny Brown to postać pełna sprzeczności i kontrastów, które w jego przypadku są zwyczajnie naturalne. To materiał na wielką gwiazdę hip-hopu, który trzyma się z dala od mainstreamu i jest nietypowo normalny. To gość, który nie błyszczy intelektem, ale zapytany o swoje muzyczne inspiracje, opowiada emocjonalnie o Joy Division i Davidzie Bowie w słowach, które równie dobrze wypowiedzieć by mógł każdy z nas. A skoro o inspiracjach mowa - to raper, który opowiadając o swoich idolach, wymienia nie tylko Run DMC i Nas, ale też St. Vincent, The White Stripes, czy wspomnianych Anglików. Danny Brown - facet, którego łatwo prędko zaszufladkować, lecz który zyskuje w miarę coraz głębszego poznawania, aż do momentu zrozumienia, że to zwykły gość, taki jak ja i Ty. Niby zwyczajny, a jednak wyjątkowy.
W wywiadach udzielanych w czasie tworzenia nowego albumu, członkowie zespołu zapewniali, że będzie to materiał na miarę "The Gathering" - rzecz mocna, thrashowa i wyrywająca z butów podobnie, jak krążek z 1999 roku. Z drugiej strony w sieci pojawiały się przebąkiwania o tym, że nagrania się przedłużają, wydawca ciśnie, a wolny czas jest tylko gdzieś pomiędzy kolejnymi koncertami. Słaby prognostyk, nie? Na szczęście utwory, które pojawiły się w sieci jeszcze przed premierą - "Brotherhood Of The Snake" oraz "Stronghold" dawały nadzieję, że może być naprawdę dobrze. A jak wyszło? Nie ma co ukrywać, że porównywanie "Brotherhood Of The Snake" do "The Gathering" jest co najmniej lekkim nadużyciem. Z drugiej strony, informacje o presji i goniących terminach członkowie zespołu mogli zachować dla siebie, bo są nie na miejscu i wydają się być usprawiedliwieniem. Tylko w zasadzie czego? Pisania "na kolanie" w ogóle tu nie czuć a sam "Brotherhood Of The Snake" na pewno Testamentowi wstydu nie przynosi. "The Gathering" to z pewnością nie jest, ale wszystkie składniki są na właściwym miejscu.
Są w świecie audio produkty, których kolejne generacje pojawiają się tak regularnie, że właściwie można ustawiać według nich kalendarz. Co rok nowy smartfon, co dwa lata nowa wersja przetwornika, co...
Przymierzając się do zakupu hi-endowego systemu stereo, zwykle zaczynamy przeglądać katalogi producentów amerykańskich, niemieckich, brytyjskich, włoskich, francuskich, japońskich albo skandynawskich. W ostatnich latach do tego grona dołączyły także firmy chińskie,...
Jeszcze kilka lat temu kierunek rozwoju cyfrowego audio wydawał się całkowicie oczywisty. Skoro odtwarzacz sieciowy i tak potrzebuje przetwornika, a ten coraz częściej otrzymuje regulację głośności, wyjście słuchawkowe i kilka...
Sensu takich rozwiązań nie będę komentował, bo każdy musi przetestować to u siebie i zdecydować, czy jest różnica i czy jest warta wydania kolejnych pieniędzy. ...
Wiele lat temu nie wierzyłem w cyfrowe audio. Cyfra to cyfra, więc bit to bit, a więc niech nikt nie p...., że jest inaczej. Nie ma prawa być inaczej. Ale pewne...
No, Panie Tomaszu, w końcu czyta się przyjemnie bez niepotrzebnego nadęcia czy palenia mózgu. Brzytwa Ockhama dobrze zastosowana :) Gratuluję świetny artykuł, b...
Przez wieki jedynym sposobem na delektowanie się muzyką było udanie się osobiście na koncert, recital lub jakiś mniejszy występ. Oczywiście zwykłemu zjadaczowi chleba nie dane było usłyszeć niczego oprócz karczemnych zespołów biesiadnych. Na takie ekscesy jak pełnoprawny koncert w operze, teatrze lub sali koncertowej pozwolić sobie mogli jedynie najbardziej zamożni,...
Meze Audio has been climbing steadily toward the very top of the headphone market for years, but until now the hierarchy was relatively easy to understand. Empyrean established the company's planar magnetic credentials, Elite pushed the concept further, and Empyrean...
Majority is expanding its turntable range with two affordable models aimed primarily at listeners taking their first steps into vinyl. The Stylo follows the more traditional route, combining a proper tonearm, adjustable cartridge setup and built-in phono stage with Bluetooth...
Dan Clark Audio's Aeon family has occupied an important place in the company's lineup since 2017, offering much of the engineering associated with its more ambitious planar magnetic headphones in a smaller and more accessible package. Aeon Core now takes...
Marantz to jedna z tych firm, które powinien znać każdy miłośnik muzyki i dobrego brzmienia. Jeden z wielkich graczy, którym na przestrzeni lat udało się zachować swój wizerunek i opowiadać swoją historię nie inaczej, jak poprzez kolejne urządzenia zyskujące status kultowych. Może to trochę odważne stwierdzenie, ale wystarczy prześledzić internetowe...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Maciej