Pierwszy kwartał tego roku był bardzo udany dla fanów thrashu. Najpierw zaatakowała stara gwardia i premiery miały nowe albumy Kreatora i Overkill. Oba spotkały się z pozytywnym odbiorem słuchaczy i krytyki. Chwilę później do głosu doszła tak zwana "nowa fala" - premierowy materiał wypuścili między innymi Power Trip, Havok czy właśnie Warbringer. Spośród wyżej wymienionych to właśnie Warbringer może się pochwalić największym doświadczeniem. Na muzycznej scenie, podobnie jak Havok, grupa istnieje od 2004 roku, jednak na koncie ma jeden album więcej i "Voe to the Vanquished" jest jej piątym wydawnictwem. Jak do tej pory, zespół grał raczej w drugiej lidze, czy może mniej krzywdząco - w młodzieżowej Ekstraklasie. Czy nowy krążek zmienia coś w tej kwestii?
Z ekipą Mastodona mam od dłuższego czasu problem. Praktycznie od początku ich styl ewoluował i każdy album był inny. Jednak po wydaniu naprawdę dobrego "Crack The Skye" coś poszło nie tak i od "The Hunter" grupa zaczęła kierować się w rejony, o które wcześniej bym ich nie podejrzewał. "Once More 'Round The Sun" brnął w niezrozumiałe dla mnie rejony jeszcze bardziej, ale ostatecznie po kilku latach wydaje się wypadać lepiej od swojego poprzednika. Nadal jednak nie rozumiem co zespół miał na myśli wybierając taki, a nie inny kierunek. Znaczy się, chyba doskonale rozumiem, ale o tym później. Po pojawieniu się pierwszych informacji na temat "Emperor Of Sand" po cichu liczyłem na powrót chociaż do czasów "Blood Mountain". Czy moje ciche marzenie się spełniło? Odpowiedź jest jasna i oczywista...
Nie bez wahania piszę o EP-ce "No Plan" jako o prezencie, który David Bowie zrobił nam (sobie?) w dniu, w którym świętowałby siedemdziesiąte urodziny. Artysta nie miał okazji przekonać się, jak fani odbierają jego ostatni album "Blackstar". Zmarł dwa dni po jego premierze. Wcześniej jednak - na słowo musimy uwierzyć współpracownikom Bowiego - zdążył zabezpieczyć słuchaczy, snując plany co do swoich pośmiertnych wydawnictw. Powiedzieć więc można, że tytuł "No Plan" jest dość ironiczny. David na pewno był muzykiem ekspresyjnym, wyrazistym i idącym często pod prąd. Obok tego szło jednak jego muzyczne zorganizowanie i niepozostawianie niczego przypadkowi. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, nawet śmierć go nie zmieniła.
Na "Coexist" z 2012 roku The xx zgrabnie obronili się przed "syndromem drugiej płyty". Był to album bezpieczny, podążający estetycznie i dramatycznie ścieżką wyznaczoną przez swojego poprzednika, oferujący nieco bardziej dopracowaną i wypolerowaną wersję brzmienia zaserwowanego na "xx". Pomimo przewidywalności, był to jednak wciąż materiał wysokiej jakości, o ślicznej produkcji i kilku dojrzałych decyzjach aranżacyjnych. Słuchacze byli usatysfakcjonowani "Coexist", lecz ciężko ukryć, że było to ponownie czarowanie tą samą sztuczką, która zachwyciła fanów trzy lata wcześniej. W dyskusję z potencjalnym ryzykiem zatrzaśnięcia się The xx w szufladzie "duszny romantyczny indie rock/pop" weszły późniejsze solowe dokonania etatowego elektryka grupy, Jamiego Smitha, który szokująco odważnymi solowymi dziełami (znakomite elektroniczne płyty "We're New Here" i "In Colour") wyrobił sobie markę jednego z najoryginalniejszych i najciekawszych producentów młodego pokolenia. Sukces Smitha dał nadzieję, że w The xx tkwi potencjał wykraczający daleko poza brzmienie "xx" i "Coexist".
"Holy shit, this guy looks like Behemoth's frontman!" - taki komentarz można przeczytać pod jednym z teledysków Me And That Man umieszczonych na YouTube. I pewnie takie właśnie skojarzenie pojawiało się w głowach większości ludzi, którzy widzieli ten klip, a nie śledzili informacji o nadchodzącym projekcie. Dla mnie to ciekawostka, bo bardzo lubię różnego rodzaju duety. Uwielbiam płytę Marka Knopflera z Emmylou Harris. Intryguje mnie combo słodkiej Isobel Campbell ze "zdeprawowanym" Markiem Laneganem. Ale zestawienia Nergala z Johnem Porterem jeszcze jakiś czas temu nigdy bym się nie spodziewał. Pierwszy kojarzony z muzyką ekstremalną, darciem symboli religijnych i Dodą, drugi chyba głównie ze związku z Anitą Lipnicką. Razem na papierze tworzą zestawienie niczym mix portera z sosem jalapeno. A jak to wygląda w praktyce? Przede wszystkim zdecydowanie mniej kontrastowo. Już kilka lat temu w jednym z wywiadów z Nergalem można było przeczytać między słowami, że artysta chciałby nagrać materiał w innych klimatach. No to nagrał!
Taka drobna dygresja - John Porter być może gawiedzi znany jest ze związku z Anitą Lipnicką, nagraniem z nią kilku płyt i zrobieniu okładek do Vivy, ale dla fanów muzyki znany przede wszystkim z kapitalnego krążka "Helicopters" z 1980 roku. Nie umniejszając, John stworzył trochę dobrej muzyki, a pol...
The Flaming Lips wpadli w pułapkę swojej własnej wyjątkowości. Wayne Coyne i koledzy od dobrych paru lat są kompletnie nieprzewidywalni, zdolni do totalnej zmiany brzmienia, całkowitego nagięcia swojego wizerunku i bezkompromisowej ucieczki z ram podręcznikowej kariery doświadczonej grupy indie. Choć zawsze byli kapelą wyjątkową, od czasu znakomitego albumu "Embryonic" z 2009 The Flaming Lips nieprzerwanie zaskakują, czy to płodząc swoje wersje klasycznych albumów rockowych ("With a Little Help From My Fwends" to dosłownie ichnia "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band", a "The Dark Side of the Moon" to ekscentryczna interpretacja legendarnego krążka Pink Floyd), nagrywając 24-godzinny utwór sprzedawany na pendrajwie umieszczonym w gumowej czaszce, kolegując się towarzysko i artystycznie z Miley Cyrus, czy po prostu starając się jak najbardziej udziwnić brzmienie swojej muzyki. Słuchając Amerykanów i ich odjechanych, trudnych do zaszufladkowania utworów w roku 2017, można zapomnieć, że kiedyś byli oni "tylko" grupą rockową. "Oczy Mlody" to kolejny zwariowany projekt kolektywu z Oklahomy, który wymyka się prostemu kategoryzowaniu. Niestety, tu właśnie tkwi wspomniany we wstępie problem, który mam z tą kapelą, bo to, że "Oczy Mlody" będzie nieprzewidywalnym albumem, paradoksalnie... Było do przewidzenia. Stylistyczne wariactwa stały się punktem rozpoznawczym The Flaming Lips, w związku z czym słysząc o kolejnych muzycznych szaleństwach spod ich znaku, ciężko czuć się zaskoczonym. The XX piszą ballady, Ed Sheeran brzdąka na gitarze, a The Flaming Lips są nieprzewidywalni. Nieobliczalność grupy stała się czymś normalnym, przewrotnie przewidywalnym.
Czternasty album studyjny Depeche Mode to jedna z najbardziej wyczekiwanych premier tego roku. Oczywiście wynika to głównie z sentymentu fanów i wielkiej promocji ze strony wytwórni. Nie ma co ukrywać, że zespół od dawna niczym już nie zaskakuje, a i poziom ostatnich albumów nie jest szczególnie wysoki. Jedno trzeba jednak przyznać - do tej pory nawet gdy muzycy nagrali słaby materiał, to dało się wykroić z niego kilka przebojowych singli. Takie utwory, jak "Precious", "Wrong" czy "Heaven", śmiało można już nazwać depeszową klasyką. Tym bardziej zaskoczyła mnie zapowiedź nowego albumu, w postaci utworu "Where's the Revolution". Teoretycznie wszystko jest tu na swoim miejscu - nowoczesna elektronika, wtopione w nią charakterystyczne zagrywki gitarowe Martina Gore'a, oraz wciąż świetny głos Dave'a Gahana - ale zdecydowanie nie można nazwać tego utworu przebojowym, brakuje mu wyrazistej melodii. A dobra melodia powinna być przecież podstawą u takiego zespołu, jak Depeche Mode. Jeśli grupa popowa promuje nowy album tak niechwytliwym singlem, to z dużym prawdopodobieństwem świadczy to o kryzysie twórczym...
Czuję się zachęcony przez zniechęcenie, a nie... Czekaj, odwrotnie... Nie wiem. Zgadzam się, że ostatnimi czasy Depeche Mode troszkę zjeżdża i takie "Sounds of the Universe" w ogóle nie odcisnęło swojego śladu w mojej głowie. Do "Delta Machine" też się na początku przyczepiałem, ale po kilku razach...
Ktoś kiedyś stwierdził, że wszystkie fajne riffy wymyślił już Iommi, a teraz mamy już tylko do czynienia z kopiowaniem i przerabianiem. Czasem przywołuję to stwierdzenie w odniesieniu do albumów, przy których gitarowa legenda mogłaby usiąść i z zadowoleniem pokiwać głową. Do takich krążków z pewnością należy "Anthony Hill". Trójmiejską ekipę poznałem całkiem przypadkiem ponad dwa lata temu. Z miejsca zachwycił mnie ich debiutancki album "Reed: Chapter One". Zrobił to w taki sposób, że do dziś bardzo często do niego wracam. A czy podobnie będzie z drugim albumem w dorobku zespołu?
Niemal dokładnie rok po premierze "Infinite Entanglement" światło dzienne ujrzała druga część trylogii - "Endure And Survive". Krążek nie przynosi znaczącej wolty stylistycznej. Blaze wraz z zespołem dalej operuje w rejonach heavy metalu i jeśli komuś podobała się część pierwsza, to bez zastanowienia, w ciemno może sięgać po część drugą. W zasadzie na tym mógłby skończyć się ten tekst, ale oczywiście nie skończy się, z kilku względów. Oprócz heavy metalowej klasyki na "Endure And Survive" usłyszymy kilka perełek dość znacznie odbiegających od gatunku wyjściowego. I tak, jak na "Infinite Entanglement" mieliśmy świetny "What Will Come", tak tu z daleka błyszczy "Remember", który w wielkim skrócie określiłbym jako metal renesansowy. Bogactwo aranżacyjne, instrumentarium, chórki oraz sposób śpiewania Bayleya sprawiają, że utwór kojarzy mi się z Anglią z czasu dynastii Tudorów. "Remember" jest niesamowicie przebojowy, chwytliwy i bez zawahania mogę stwierdzić, że jest to jedna z najciekawszych i najbardziej poruszających rzeczy, jakie usłyszałem w tym roku.
All Them Witches to bardzo zapracowany zespół. Powstał w 2012 roku, a na swoim koncie ma już cztery pełnometrażowe albumy, trzy EP-ki i udziały w różnego rodzaju kompilacjach. Jak na razie funkcjonowało to dobrze i jakość szła w parze z ilością. Czy po wydaniu "Sleeping Through The War" się to nie zmieniło? Pierwsza zapowiedź nowego albumu pojawiła się bardzo wcześnie, bo już 16 listopada ubiegłego roku. "Bruce Lee" podkręcał apetyty fanów. Rozbudowane kompozycje znane z "Dying Surfer Meets His Maker" zastąpiono prostotą, dynamizmem, zadziornością i większym ciężarem. Utwór wpadał w ucho już przy pierwszym przesłuchaniu i dawał nadzieje na to, że będzie dobrze. Dodatkowo atakował słuchacza pokręconym teledyskiem. Druga zapowiedź czyli opublikowany na początku tego roku "3-5-7" to już bajka zdecydowanie inna - psychodeliczna, senna, snująca się powoli niczym chmury przetaczające się przez górską grań. Utwór początkowo nie wciąga. Dopiero po którymś kolejnym przesłuchaniu trybiki zaskakują i słuchanie zaczyna sprawiać nam przyjemność. Na krótko przed premierą w sieci pojawił się trzeci zapowiadacz - "Alabaster", ukazujący jeszcze inną odsłonę zespołu - tym razem wyluzowaną, jamującą. W kontekście pierwszego wrażenia utwór wypada zdecydowanie lepiej, niż "3-5-7" i w ekspresowym tempie wpada w ucho.
Moda na sprzęt stylizowany na urządzenia sprzed kilku dekad trwa już na tyle długo, że właściwie przestała być modą. Początkowo można było traktować ją jako krótkotrwałą odpowiedź na zmęczenie minimalizmem,...
Są w świecie audio produkty, których kolejne generacje pojawiają się tak regularnie, że właściwie można ustawiać według nich kalendarz. Co rok nowy smartfon, co dwa lata nowa wersja przetwornika, co...
Przymierzając się do zakupu hi-endowego systemu stereo, zwykle zaczynamy przeglądać katalogi producentów amerykańskich, niemieckich, brytyjskich, włoskich, francuskich, japońskich albo skandynawskich. W ostatnich latach do tego grona dołączyły także firmy chińskie,...
Sensu takich rozwiązań nie będę komentował, bo każdy musi przetestować to u siebie i zdecydować, czy jest różnica i czy jest warta wydania kolejnych pieniędzy. ...
Wiele lat temu nie wierzyłem w cyfrowe audio. Cyfra to cyfra, więc bit to bit, a więc niech nikt nie p...., że jest inaczej. Nie ma prawa być inaczej. Ale pewne...
Z badań i raportów dotyczących udziału poszczególnych nośników i platform w rynku muzycznym wynika, że pliki i serwisy streamingowe wyprzedzają konkurencję o kilka okrążeń. Temat nośników fizycznych wydaje się zamknięty i nawet ogarniająca cały świat moda na winyle i gramofony nie jest w stanie odwrócić losów tej wojny. O ile...
Wharfedale is one of those manufacturers that knows how to spread its ideas across several price levels without turning the more affordable ranges into stripped-down, characterless versions of its flagship designs. The Aura series is a particularly good example. It...
Final has introduced one of its most ambitious headphones to date, and this time the Japanese manufacturer has chosen to tackle a problem that becomes particularly difficult at the very top of the market - how to build a closed-back...
Victrola is preparing to bring one of its more unusual recent products to Europe. First shown at CES 2026, Soundstage is neither a conventional pair of speakers nor an all-in-one record player. Instead, it is a low-profile soundbase designed to...
Lata osiemdziesiąte były dla branży hi-fi czymś w rodzaju złotego wieku - półki sklepów uginały się pod ciężarem urządzeń, z których wiele nazywamy dziś kultowymi, a każda licząca się firma miała w ofercie wzmacniacz, który może nie był najpiękniejszy i wykonany niczym szwajcarski zegarek, ale nie kosztował majątku i grał...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
lemmyskrzat