Są nagłówki newsów, które potrafią przyprawić o chwilowy zawał serca. Dla mnie jakiś czas temu takowym była informacja o premierze nowej płyty Evanescence - amerykańskiego zespołu, którego twórczość zahacza o nu-metal, rock i gothic rock. Lektura artykułu szybko jednak sprowadziła mnie na ziemię. "Lost Whispers" jest bowiem niczym innym, jak tylko składanką. A może aż składanką, bo zamiast hitów otrzymaliśmy kompilację utworów, o których istnieniu tacy niedzielni fani Evanescence jak ja mogli zapomnieć. Amerykańska formacja lubi sobie pogrywać ze słuchaczami. Rozchodzą się i schodzą. Koncertują i milkną. Ostatnio jednak w ekipie jest gorąco. Zespół nie tylko dużo występuje (w czerwcu pierwszy raz pojawi się w Polsce), ale i pracuje nad nową, pierwszą od 2011 roku płytą. Na razie wzmożonej aktywności Evanescence towarzyszy winylowy box, w którego skład weszła między innymi opisywana składanka. Po raz pierwszy od paru lat mam okazję wypowiedzieć się na temat kompozycji grupy i sprawdzić, czy zespół robi na mnie takie samo wrażenie, jak kiedyś.
Po pierwszym kontakcie z "Berdreyminn" jedyne, co mogłem powiedzieć dobrego o tym albumie to to, że ma piękną, niesamowicie klimatyczną okładkę, a druga połowa "Bláfjall" jest świetna. Tyle. Zdziwieni? Ja też, bo "Berdreyminn" nie miał dobrego startu. Można nawet powiedzieć, początek był zły i cholernie rozczarowujący. Po co najmniej trzech genialnych poprzednikach, fani zespołu mogli oczekiwać podtrzymania dobrej passy i kolejnego wybitnego albumu. Kubeł zimnej wody otrzymaliśmy już na starcie w postaci pierwszej zapowiedzi - "Ísafold", która w żaden sposób nie łapała nawet kontaktu z poziomem utworów zaprezentowanych chociażby na "Ótta". Kawałkowi zarzucano zbytnią "radiowość", prostactwo i brak polotu. Prawda jest taka, że coś w tym jest i po pierwszym przesłuchaniu wcale nie miałem ochoty na kolejne.
Trzeba mieć sporo tupetu - a tego, jak wiadomo, Rogerowi Watersowi nigdy nie brakowało - by po dwudziestu pięciu latach milczenia wrócić z takim albumem, jak "Is This the Life We Really Want?". Nie było to rzecz jasna całkowite milczenie, gdyż w międzyczasie Waters podjął się napisania własnej opery, "Ça Ira" (przedsięwzięcie to skończyło się, oczywiście, totalną katastrofą), a także zagrał niezliczoną ilość tras koncertowych, na których odgrywał głównie utwory z repertuaru Pink Floyd. W tym roku mija natomiast dokładnie ćwierć wieku, odkąd ukazał się jego poprzedni album z całkowicie premierowym, rockowym materiałem - "Amused to Death". Jego następca zapowiadany był tak długo, że już dawno można było zwątpić, że kiedykolwiek zostanie wydany. Rzeczywiste nagrania ciągnęły się od 2010 roku. Efekt tej siedmioletniej sesji jest jednak zaskakująco, jak na tak długi czas nagrywania, wyprany z pomysłów.
Gdyby można było z czystym sumieniem oceniać płyty tylko i wyłącznie po okładce, to z pewnością z własnej, nieprzymuszonej woli po "Sports" nigdy bym nie sięgnął. Pewnie świat by się od tego nie zawalił, ale ominąłby mnie całkiem spory kawałek interesującej muzyki stworzonej praktycznie na końcu świata. Na przestrzeni ostatnich lat Islandia z coraz większym przytupem wchodzi na muzyczne salony. Od dawna bardzo znana i szanowana jest chociażby Björk. Oddanych fanów i renomę w świecie ma Sigur Rós. W kręgach metalowych popularność już dawno zdobył Sólstafir. Od jakiegoś czasu do elity próbuje przebić się Fufanu.
Mogłoby się wydawać, że niewiele łączy klasyczną muzykę indyjską z jazzem. Korzenie tej pierwszej sięgają tysięcy lat, a przez większość tego czasu pełniła głównie religijną, medytacyjną rolę. Jazz powstał po drugiej stronie świata niewiele ponad sto lat temu, a początkowo miał wyłącznie rozrywkowy charakter. Z czasem jednak ewoluował w coraz bardziej ambitne rejony. I już pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku niektórzy jazzmani, z Johnem Coltranem na czele, zaczęli szukać inspiracji w muzyce hindustańskiej (klasycznej muzyce indyjskiej z północnej części Indii i otaczających je krajów), przede wszystkim wykorzystując charakterystyczne dla niej skale. Co jednak istotne, żaden z tych jazzmanów nie wpadł na pomysł wykorzystania w swoich nagraniach tradycyjnego indyjskiego instrumentarium.
W niektórych kręgach oczekiwanie na powrót Slowdive mogłoby zostać przebite chyba tylko przez reaktywację Queen, The Doors czy Nirvany w oryginalnym składzie. Comeback po dwudziestu dwóch latach przerwy nie jest rzeczą spotykaną na co dzień i oprócz niesamowitej radości niesie za sobą również nutkę, albo i cały zeszyt nut, zwątpienia. Ponad dwie dekady to jednak szmat czasu. Świat się zmienił, co na przestrzeni czasu widzimy praktycznie w każdej dziedzinie, więc zmieniła się też muzyka. Zatem czy nowy album podoła oczekiwaniom? Czy odnajdzie się w dzisiejszej muzyce? Czy oprócz starych fanów znajdzie również nowych odbiorców? Moje w miarę świadome podchody muzyczne zaczęły się w okolicach premiery "Pygmalion" i rozwiązania zespołu. Szczerze mówiąc, nie jestem w stanie wyjaśnić jakim cudem przez ponad dwadzieścia lat drogi Slowdive i moja nigdy się nie skrzyżowały. Może dlatego, że na co dzień obracam się w totalnie innych klimatach? Oczywiście nazwa zespołu przewijała się w moim życiu wielokrotnie, głównie na Rate Your ,Music gdzie Slowdive niszczy konkurencję w różnego rodzaju zestawieniach mając w tym momencie średnią ocenę 4,08 przy ponad 11 tysiącach ocen. To robi wrażenie!
Można powiedzieć, że w zeszłym roku obchodziłem dwudziestolecie swojej przygody z The Cranberries. Wcześniej oczywiście słyszałem "Zombie", "Dreams" i jeszcze kilka utworów, ale świadomie sięgnąłem dopiero po album z 1996 roku. Znajomość z zespołem miała swoje lepsze i gorsze momenty, ale jednak przetrwała wszystkie te lata. Informacje o każdej nowej płycie wywoływały uśmiech na twarzy, a wcześniejsze albumy stosunkowo często gościły w odtwarzaczu. Dlatego pierwsze wzmianki o "Something Else" wzbudziły we mnie bardzo pozytywne odczucia. Te bardzo szybko minęły w momencie ogłoszenia tracklisty. Przeglądając spis utworów, łatwo zauważyć, że 10 z 13 tytułów brzmi jakoś znajomo. Chwilę później opublikowana została informacja o tym, że nowy album nie jest tak w zasadzie nowy, ale w większości składa się z klasyków przerobionych na wersje akustyczne i wzbogaconych o orkiestrę. Nowy materiał zajmuje 15 z 54 minut. Super...
Mark Lanegan jest artystą bardzo płodnym. Systematycznie raczy swoich fanów nowymi albumami studyjnymi. W międzyczasie wypuszcza różnego rodzaju składanki z demami, udziela się w innych projektach i gościnnych występach. Jak do tej pory ilość zawsze szła w parze z jakością. A jak jest tym razem? Przyznaję bez bicia, że w przypadku Lanegana nie próbuję zachowywać nawet resztek obiektywizmu. Uwielbiam jego głos i praktycznie wszystko co nagrał wciągam niczym bocian żabę. Dlatego z wielką radością przyjąłem informację o zbliżającej się premierze "Gargoyle". Niesamowity apetyt skutecznie podsyciły dwie zapowiedzi w postaci "Nocturne" oraz "Beehive".
Los bywa przewrotny. Zazwyczaj to starsi uczą młodszych i nawet mimo upływu lat mogą poszczycić się większą wiedzą i doświadczeniem. Jednak ta sytuacja nie jest standardem. Są dziedziny, w których coraz częściej to właśnie młodzi dochodzą do głosu i zawstydzają starszych, mimo oczywistego bazowania właśnie na nich. Pomęczmy chwilę Metallikę. Zespół, poza umiejętnością nagrania dobrego materiału już od kilkunastu lat, ma praktycznie wszystko - sławę, oddanych fanów, pieniądze, miejsce w historii. Po drugiej stronie barykady stoi chociażby Havok, którego mało kto zna, a który ma do zaoferowania zdecydowanie więcej, niż obecnie ekipa Mety. "Conformicide" jest idealnym przykładem niesprawiedliwości tego świata. Album ten praktycznie pod każdym względem bije "Hardwired... To Self-Destruct" na głowę (oczywiście poza czasem trwania), ale jednocześnie oczywiste jest to, że nie sprzeda się nawet w jednej setnej tak dobrze, jak najnowsze dziecko Metalliki.
Dwa lata temu nieziemsko jarałem się drugim albumem Royal Thunder - "Crooked Doors". Trochę później przyszedł czas na ich debiutancki "CVI", który okazał się jeszcze lepszy. Wszystko grało tu idealnie, muzyka trafiała do słuchacza. Nagrany materiał, mimo pewnego ciężaru, był łatwo przyswajalny, a nawet przebojowy dzięki czemu potencjalne grono odbiorców obu albumów było szerokie. Do tego dochodziła charyzmatyczna Mlny Parsonz o bardzo ciekawym i charakterystycznym głosie. Wszystko to sprawiało, że oba albumy cieszyły się stosunkowo dużą popularnością i znalazły się w różnego rodzaju rocznych podsumowaniach - płyty otrzymywały wyróżnienia, a o zespole pisano, że ma ogromny potencjał. Apetyt na nowy materiał był więc duży. W dniu ogłoszenia informacji o premierze, "WICK" z miejsca stał się jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie albumów tego roku. Entuzjazm w dość brutalny sposób ostudził singiel "April Showers". Był to zimny, kwietniowy prysznic, bo utwór jest do bólu przeciętny, nijaki, jałowy i wymuszony.
Jest coś przewrotnego w tym, że urządzeniami funkcjonującymi najkrócej na rynku audio są dziś te, które pod względem technologicznym wydają się najbardziej zaawansowane. Dobry wzmacniacz może pracować przez trzydzieści lat,...
Choć przetworniki cyfrowo-analogowe istniały znacznie wcześniej, na przykład jako elementy odtwarzaczy płyt kompaktowych, ich kariera rozkręciła się na dobre w erze plików. Dla wielu melomanów DAC był jednym z najbardziej...
Kilkanaście lat temu temat przesyłania i poprawiania dźwięku z komputera wydawał się znacznie prostszy niż dzisiaj. Większość laptopów miała przeciętne wyjścia słuchawkowe, telefony wyposażano jeszcze w gniazda 3,5 mm, a...
Bannery boczne
Komentarze
Marek
@Piotr - Słuchałeś? Porównywałeś je z takimi, które mają kilka mniejszych przetworników zamiast jednego dużego? Przecież premiera jest za tydzień na Audio Video...
Poczekamy aż będzie w sklepach i zobaczymy, czy warto. Miałem kiedyś starszy model i jak dokupiłem podstawki od Elaca, to grało to super. Brakowało tylko strea...
Popierajmy polski przemysł. Potrafimy wyprodukować produkty na poziomie światowym. Tylko mi nie piszcie, że skoro polskie, to powinno kosztować znacznie mniej n...
Osoby czytające StereoLife trochę dłużej doskonale wiedzą, że jestem "mastodonowym ortodoksem" - wszystkie albumy do "Crack The Skye" włącznie uwielbiam...
W dobie niesamowitej popularności bezprzewodowego sprzętu audio trudno zaprzeczyć, że jest to przyszłość. I to nie tylko jeśli chodzi o urządzenia mobilne, ale także te, z których korzystamy w domu. Trzymając w ręku smartfon czy tablet, potrzebujemy przecież tylko kompatybilnej z nimi elektroniki, aby móc wygodnie odtwarzać muzykę z ulubionego...
Most stereo equipment manufacturers would like us to associate their brands with the products at the very top of their catalogs - the finest, most visually striking models, packed with the most advanced technology. When we buy an affordable pair...
Tiglon, a Japanese manufacturer specializing in high-end audio cables, vibration-control products, equipment supports and related accessories, is establishing a much stronger presence in the United States through Tiglon USA. Headquartered in Yamato, Kanagawa Prefecture, the company is led by founder...
Digital audio has come a long way in recent years. There was a time when all you needed was a computer, a modest collection of files on a hard drive and a DAC connected over USB. Today, we have music...
Marantz to jedna z tych firm, które powinien znać każdy miłośnik muzyki i dobrego brzmienia. Jeden z wielkich graczy, którym na przestrzeni lat udało się zachować swój wizerunek i opowiadać swoją historię nie inaczej, jak poprzez kolejne urządzenia zyskujące status kultowych. Może to trochę odważne stwierdzenie, ale wystarczy prześledzić internetowe...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
pitcz777