Na zeszłorocznej wystawie Audio Video Show mieliśmy przyjemność posłuchać, jak Przemysław Rudź - wybitny polski twórca muzyki elektronicznej - opowiada o swoim, premierowym wówczas, albumie "The City". Podczas targów można było również nabyć limitowane wydanie kompaktowe jego nowego dzieła nawiązującego do, jak to stwierdził sam autor, "archetypicznej koncepcji w klasycznej muzyce elektronicznej", jaką jest wielkomiejska aglomeracja. Od tamtej pory album pojawił się również na oficjalnym profilu artysty na Bandcampie oraz na limitowanej płycie analogowej. W moje ręce trafiły oba limitowane wydania fizyczne - na CD i winylu, a że po kilkukrotnym przesłuchaniu albumu nie mogę się nasycić, postanowiłem, że owocem tej fascynacji będzie niniejsza recenzja.
Wiele mówi się o tym, jak skuteczna i przyjemna jest nauka poprzez zabawę. Taką zabawą może być na przykład słuchanie muzyki, jednak nie musi być ona łatwa, o przyjemnej tematyce. Na warsztat możemy wziąć przecież historie zwyrodnialców, których nosiła Ziemia, ale o takim, dajmy na to, Josefie Mengele utwór napisać może każdy (to oczywiście odniesienie do "Angel of death" Slayera). Polski zespół Las Trumien podchodzi do tematu w sposób bardzo profesjonalny i przedstawia historie zwyroli "drugoligowych", którym (mimo "zasług") nigdy nie udało przebić się do mainstreamu. Wyraźnie widać, że już na starcie tej ekipie należy się duży szacunek za wysiłek w poszukiwaniach, a nie pójście na łatwiznę.
Mówi się, że człowiek zmienia się z wiekiem, że zmieniają się nasze gust, smak i zainteresowania. Faktycznie, coś w tym jest. Sam jestem tego dobrym przykładem, chociażby w kontekście piwa. Kilkanaście lat temu nie byłem w stanie wypić portera, a dziś jestem wielkim fanem ciemnych piw. Podobnie jest z muzyką, niektórymi jej gatunkami lub konkretnymi zespołami. Kilka lat temu po wielu nieudanych próbach zaprzyjaźniłem się w końcu z death metalem. Niewątpliwym filarem tego gatunku jest amerykański Nile, do którego również wykonałem na przestrzeni lat wiele podejść - jedynie tych nieudanych ponieważ po kilku utworach odpuszczałem (mówiąc młodzieżowo) "nie czując flow", czy może raczej nie do końca rozumiejąc tę muzykę. Do czasu...
Jednym z niezaprzeczalnych plusów serwisów strumieniowych jest możliwość znalezienia niezwykle ciekawych wykonawców bez większego trudu. Wystarczy odpowiednio "nakarmić" algorytm i poczekać, aż podsunie nam co smakowitsze kąski. W ten właśnie sposób odkryłem zespół Thee Marloes z... Indonezji. I zanim pomyślicie, że grają "jakieś folkowe pitu-pitu", od razu uprzedzam - przygotujcie się na doskonały lounge wymieszany z bossa novą, R'n'B i easy-listeningiem. To wszystko opakowane w znakomicie zrealizowany album, który łączy ze sobą dwa światy - zachód ze wschodem. Debiutancki krążek "Perak" (co z indonezyjskiego oznacza "srebro") to naprawdę świetna uczta dla miłośników lat 60.
Często mówi się, że lato to sezon ogórkowy w wielu dziedzinach - sporcie, kinie, muzyce. Bieżący rok zdaje się zaprzeczać tej tezie ponieważ po piłkarskim Euro (które zakończyło się jeszcze wiosną) nadeszły Igrzyska Olimpijskie. W świecie filmowym również jest ciekawie. W porównaniu z ubiegłorocznymi wakacjami na brak wrażeń nie można narzekać. A co dzieje się w świecie muzyki? Koncerty, festiwale - to było zawsze, a premiery płytowe? Ekipa Szwedów z Greenleaf chyba nie chciała za bardzo ryzykować, ale jednocześnie trochę igrała z ogniem, wypuszczając nowy album w pierwszy dzień lata, czyli 21 czerwca. U nas dopiero kończył się rok szkolny, wakacyjne szaleństwo nie zdążyło się rozpocząć na dobre, więc można było znaleźć czas na posłuchanie, co nowego przygotowali stonerowi wyjadacze.
Ja bym jeszcze dodał, że generowanie okładek ze sztucznej inteligencji powinno być karane, a przecież po tej tutaj na kilometr widać, że jest wypluta z prompta wpisanego do którejś z SI.
Połowa kalendarzowego lata za nami, ale nie jest jeszcze za późno, żeby porozmawiać o wakacyjnych przebojach. Otóż wakacyjne przeboje dzielę na własny użytek na trzy kategorie: (a) Męskie Granie - wiadomo, to co roku nowy hicior do radia, który zna każdy szanujący się fajnopolak; (b) Taneczny banger do kręcenia nóżką w dusznym namiocie na deptaku we Władysławowie ("Kanikuły" na zawsze w moim czarnym jak smoła sercu) i wreszcie: (c) Słoneczna kraina łagodności - muzyczny odpowiednik leniwego, ciepłego popołudnia. Trzy lata temu na całe wakacje zauroczył mnie należący do tej ostatniej kategorii album "The Blue Elephant" Matta Berry. A niech to, właśnie uświadomiłem sobie, jak dawno go nie słuchałem... (pauza na odświeżenie "The Blue Elephant"). W tym roku takim lepkim miodkiem działającym osłonowo na przytłoczoną codzienną mordęgą psychikę jest "A La Sala" Teksańczyków z Khruangbin.
Znacie tę mieszankę ekscytacji i dumy, kiedy młodzi wykonawcy stworzą album mocno inspirowany złotą erą w historii muzyki i zrobią to z taką klasą i wdziękiem, że aż serce rośnie? Młodzież potrafiąca umiejętnie ożywić ducha tamtych wspaniałych lat jest na wagę złota. Dokładnie takie emocje towarzyszyły mi podczas odsłuchu najnowszego albumu kanadyjskiej formacji BadBadNotGood, która razem z niesamowitą wokalistką Baby Rose wyczarowała prawdziwie przepiękny krążek. Jeżeli, podobnie jak ja, jesteście fanami grania retro, a do tego uwielbiacie głębokie żeńskie wokale, to zapraszam do recenzji albumu "Slow Burn".
Był luty 2015 roku, środek mroźnej, bezchmurnej nocy. Gęsty śnieg prószył jakby w zwolnionym tempie, a samochody zniknęły nawet z ulicy Puławskiej. Szedłem samotnie pustymi, białymi chodnikami. Na uszach miałem słuchawki, byłem odcięty od rzeczywistości, absolutnie sam w wielkim mieście i niesiony muzyką Johna Carpentera z płyty "Lost Themes" niczym nomen omen prywatnym soundtrackiem do tej ulotnej chwili mojego życia. To było jedno z tych efemerycznych doświadczeń, kiedy synergia między tym co słuchawki tłoczą do wnętrza ucha a tym co odbierają pozostałe zmysły osiąga plateau i na stałe odciska wspomnienie sekundy w mózgu.
Ilekroć wydawcy promują nowy album słowami "nigdy niepublikowane materiały!" lub "odnalezione po latach nagrania!", pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to: "ciekawe na ilu bootlegach to już było". Zazwyczaj się nie mylę, bo bardzo rzadko "niepublikowane" czy "zagubione" nagrania naprawdę takie były. To nie tak, że kogoś nagle coś tknęło 50 lat później i zaczął przekopywać piwnice studia. Podobnie sprawa ma się z "nowym-starym" albumem Paula McCartneya i Wingsów. Niby oficjalnie jest to coś nowego, ale nie do końca, a tutaj sprawa jest jeszcze bardziej zagmatwana. Jako, że Beatlesi i ich solowe poczynania to moja muzyczna kolebka i niedościgniony ideał, postanowiłem przyjrzeć się, co tam wysmażono tym razem.
Spośród wszystkich gatunków, których słucham, najbardziej zaskakuje mnie to, jakie odmiany jazzu do mnie trafiają. W żadnym wypadku nie jestem koneserem jazzu i mam bardzo dziwaczne kryteria. Z jednej strony lubię klasykę, big-bandy, bebop i hard-bop, z drugiej podoba mi się jazz-funk, neo-bop i niektóre odmiany nu-jazzu i fusion. Nie trawię natomiast free-jazzu i eksperymentalnych improwizacji. Co więc skłoniło mnie do przesłuchania nowego dzieła polskiej grupy EABS? Wystarczyła mi krótka próbka pierwszego utworu, aby przez moją głowę przewinęła się myśl, że to jest coś świeżego, przynajmniej dla mnie. Później nastąpiło krótkie wyszukiwanie informacji o zespole i od razu poczułem, że jestem u siebie. Akronim rozwija się do Electro-Acoustic Beat Sessions, a sam zespół ma na koncie wiele udanych wydań, nagród i sukcesów zagranicznych. Po chwili zorientowałem się, że przecież kojarzę tę okładkę. I nie myliłem się, bowiem "Reflections of Purple Sun" jest nowoczesną interpretacją klasycznego albumu kwintetu Tomasza Stańki "Purple Sun", od którego zapożyczono również motyw z okładki, niejako go remasterując. Jak więc wyszła ta "aktualizacja" dzieła mistrza?
Jest coś przewrotnego w tym, że urządzeniami funkcjonującymi najkrócej na rynku audio są dziś te, które pod względem technologicznym wydają się najbardziej zaawansowane. Dobry wzmacniacz może pracować przez trzydzieści lat,...
Choć przetworniki cyfrowo-analogowe istniały znacznie wcześniej, na przykład jako elementy odtwarzaczy płyt kompaktowych, ich kariera rozkręciła się na dobre w erze plików. Dla wielu melomanów DAC był jednym z najbardziej...
Kilkanaście lat temu temat przesyłania i poprawiania dźwięku z komputera wydawał się znacznie prostszy niż dzisiaj. Większość laptopów miała przeciętne wyjścia słuchawkowe, telefony wyposażano jeszcze w gniazda 3,5 mm, a...
Bannery boczne
Komentarze
manic
Znam kilku potencjalnych użytkowników, takiego rozwiązania. Mają potężne kolekcje winyli, w tym ogromna część to nigdy nie odpakowane perełki... A więc streamuj...
No cóż, ceny praktycznie wszystkiego mamy absurdalne. W 2020 średnia pensja brutto wynosiła 5200 zł, w tym roku 9200 zł. A o ile % wzrosły ceny spożywki, produk...
Audiofile częściej wierzą niż wiedzą, ale równie niecodzienne rozwiązanie zastosowano wcześniej w sprzęcie didżejskim, gdzie winyle kładzione na talerz nie miał...
Z badań i raportów dotyczących udziału poszczególnych nośników i platform w rynku muzycznym wynika, że pliki i serwisy streamingowe wyprzedzają konkurencję o kilka okrążeń. Temat nośników fizycznych wydaje się zamknięty i nawet ogarniająca cały świat moda na winyle i gramofony nie jest w stanie odwrócić losów tej wojny. O ile...
In the hi-fi industry, a new generation of amplifiers is generally expected to deliver more of everything. More power, more features, better specifications, and, inevitably, a higher price. Manufacturers love being able to announce that their latest model produces another...
Compact bookshelf speakers and small streaming amplifiers have become enormously popular in recent years, but there are some laws of physics that even the cleverest engineers cannot completely overcome. A stereo system that fits comfortably on a sideboard, shelf, or...
Not every gaming headset needs a wireless transmitter, a rechargeable battery, or a collection of features that require half an hour of configuration before you can start playing. Sometimes, a good pair of headphones, a decent microphone, and a cable...
Nie istnieje pewnie na świecie miłośnik dobrego dźwięku, którego nie interesowałaby geneza znanych marek zajmujących się produkcją sprzętu hi-fi. Niewątpliwie jedną z nich jest JBL - legendarna, amerykańska firma, której korzenie sięgają lat dwudziestych ubiegłego stulecia. Marka, którą powinien kojarzyć każdy, kto choć raz z ciekawości przyglądał się głośnikom na...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Obywatel GC