Dla fanów post rocka Godspeed You! Black Emperor jest swego rodzaju obiektem kultu. Dla większości artystów obracających się w gatunku Kanadyjczycy są natomiast źródłem inspiracji. O klasie zespołu niech świadczy fakt, że album "Lift Yr. Skinny Fists Like Antennas to Heaven!" osiągnął w serwisie Rate Your Music ocenę 4,24 na podstawie ponad 52 tysięcy głosów. Co najmniej 3 (jeśli nie 5) albumów tej grupy weszło do gatunkowego kanonu, a takie utwory jak chociażby "East Hastings" czy "Mladic" mogłyby w Sèvres służyć za wzorce grania post rockowego. Na przestrzeni lat zespół eksperymentował kierując swoją muzykę w stronę ambientu, drone i noise rocka. Krążki z tymi eksperymentami nie doczekały się statusu kultowych i raczej podzieliły słuchaczy, ale to nadal bardzo solidna dawka bardzo ciekawego i angażującego grania. Muzycy wrócili do łask trzy lata temu wydając "G_d's Pee AT STATE'S END!", który słuchaczom podpasował zdecydowanie bardziej niż dwa poprzednie wydawnictwa.
Lubię metal, ale - podobnie jak w przypadku jazzu - jestem bardzo wybredny. Mam również pewne granice "łojenia", których nie przekraczam. Fani zarzucania grzywami z pewnością zaśmieją się, kiedy napiszę, że nie lubię - jak to mówią - metalu typu "dwa akordy, darcie mordy". Najprawdopodobniej wynika to z faktu dorastania z wczesnym proto-metalem z lat siedemdziesiątych, gdzie oprócz ciężkich riffów było zawsze miejsce na znakomity wokal, instrumentalną finezję i psychodeliczne zakrętasy. Oczywiście zdarza się, że sięgam po coś mocniejszego i współczesnego jak choćby Septicflesh czy Mastodon. Jest jednak pewien haczyk - aby tak się stało, muszę w tym wszystkim słyszeć jakiś pomysł. Oba wymienione zespoły dość szybko ewoluowały, odchodząc od bezmyślnego łupania w kierunku coraz bardziej melodyjnych i rozbudowanych kompozycji. Muzykę zespołu Oberschlesien określiłbym jako "śląski Rammstein", a że niemieckiej ekipy nie lubię, czekało mnie co najmniej ciekawe doświadczenie. Postawiłem sobie jednak za punkt honoru napisać recenzję albumu, którego sam nigdy bym sobie nie włączył. Przekonajmy się, czy mi się to udało i czy nie taki diabeł straszny, jak go malują.
Nazwa tego zespołu przewija się w moim muzycznym życiu praktycznie od premiery "Starspawn", która miała miejsce osiem lat temu. Zwrotem kluczowym jest tutaj "przewija się", ponieważ nigdy nie miałem większej potrzeby zgłębiania twórczości Amerykanów, nawet gdy bardzo dużego zamieszania na metalowej scenie narobił wydany w 2019 roku "Hidden History of the Human Race", który praktycznie zmiótł konkurencję ze sceny z etykietą "death". Podobnie sytuacja miała wyglądać w przypadku "Absolute Elsewhere", jednak zamieszanie, jakie zrobił ten album, zanim się jeszcze w ogóle ukazał, sprawił, że chyba tylko metalowi ignoranci nie sprawdzili, czy nie mamy do czynienia z sytuacją z cyklu "wiele hałasu o nic".
Nieczęsto zdarza się, abym recenzował składanki. Ba, nawet ich za bardzo nie słucham. Dzieje się tak dlatego, że nawet najlepiej dobrane kompilacje, choćby były włączone do oficjalnej dyskografii artysty, zwykle nie oddają w pełni jego kunsztu muzycznego. Owszem, usłyszymy największe przeboje, ale tak naprawdę nie poznamy wszystkich ukrytych smaczków i nietypowych utworów, które niekoniecznie wybiły się wśród mas, a mogą okazać się prawdziwymi perełkami. Jednakże w przypadku twórczości Grzecha Piotrowskiego - polskiego saksofonisty, kompozytora, producenta, wydawcy i aranżera - jeśli zdecydujemy się na zakup składanki, wcale nie będziemy stratni. Wręcz przeciwnie, "The Best Of Grzech Piotrowski" jest albumem tak znakomicie wydanym, iż możemy jedynie zyskać, przy okazji poznając jedne z ciekawszych kompozycji jazzmana.
Jeśli historię Rezerwatu mielibyśmy osądzać z perspektywy samej ilości wydanych krążków, to z pewnością można by dojść do wniosku, że była bardzo krótka. Ot, tylko dwa albumy nagrane w latach osiemdziesiątych, a potem "jakiś tam odrzut po latach", z 2016 roku. Jakże byłoby to krzywdzące spojrzenie, albowiem dzieje tego new wave'owego zespołu są zdecydowanie bardziej burzliwe. Jednym z wielu problemów, które dotykały łódzkiej formacji, były ciągłe rozpady i reaktywacje. Kapela reaktywowała się bowiem w ciągu ostatnich czterech dekad aż sześciokrotnie! Najnowszym składem kieruje gitarzysta Wiktor Daraszkiewicz i to właśnie pod jego przewodnictwem, w czterdziestą rocznicę swego powstania, w 2022 roku, zespół nagrał oficjalnie czwarty album w dyskografii. Opisywany tutaj "40" jest swoistą hybrydą pomiędzy kompilacją największych hitów a prezentacją nowego składu w akcji. Czy starzy rockowi wyjadacze mają jeszcze coś do powiedzenia i to po tylu zmianach personalnych? Czy nagranie nowych wersji nieśmiertelnych utworów ma w ogóle sens?
Historia Blindead jest idealnym przykładem tego, jak burzliwe potrafią być losy zespołów. Na początku trzy ciężkie i brutalne dzieła, w tym jedno wyjątkowe, które zostało docenione nie tylko w Polsce, ale też za granicą. Gdzieś w międzyczasie powstała również bardzo udana EP-ka. Po wydaniu swojego opus magnum zespół skręcił w mniej hermetyczne rejony. Zwrot ten wpłynął na muzykę, ponieważ na kolejnych dwóch wydawnictwach poczuć mogliśmy zdecydowanie więcej przestrzeni, która rozepchała się łokciami i zabrała sporo miejsca ciężarowi. Muzyka na tym nie straciła, ponieważ zarówno "Absence", jak i "Ascension" są wyjątkowo udanymi albumami. Zmiana wokalisty pomiędzy wymienionymi albumami w żaden sposób nie wpłynęła na jakość nagranych materiałów.
Od ostatniego solowego wydawnictwa Davida Gilmoura minęło 9 lat. W tym czasie świat się nie zawalił i nie stanął na głowie, chociaż wielu ma na ten temat inne zdanie. Ważne, że mogłoby minąć nawet i 18 lat bez nowego materiału tego utytułowanego artysty i prawdopodobnie nic by się nie wydarzyło. Kontynuacja "Rattle That Lock" mogłaby się w ogóle nie ukazać i też niewiele by to zmieniło. Ale dobrze, że to tylko rozważania i "Luck And Strange" ostatecznie ujrzał światło dzienne bo to jednak materiał stworzony przez żywą legendę, a tych niestety mamy coraz mniej. David Gilmour wyrobił sobie taką markę, że grzechem byłoby nie posłuchać jego nowej płyty. Przed premierą mogliśmy natknąć się na bardzo odważne zapowiedzi, w których artysta twierdził, że nowy album to materiał nawet lepszy od "The Dark Side Of The Moon". Chyba nikt nie wierzył w te słowa, ale i tak mogły one wywołać u fanów spory apetyt. Czy został on zaspokojony przez "Luck And Strange"?
Na zeszłorocznej wystawie Audio Video Show mieliśmy przyjemność posłuchać, jak Przemysław Rudź - wybitny polski twórca muzyki elektronicznej - opowiada o swoim, premierowym wówczas, albumie "The City". Podczas targów można było również nabyć limitowane wydanie kompaktowe jego nowego dzieła nawiązującego do, jak to stwierdził sam autor, "archetypicznej koncepcji w klasycznej muzyce elektronicznej", jaką jest wielkomiejska aglomeracja. Od tamtej pory album pojawił się również na oficjalnym profilu artysty na Bandcampie oraz na limitowanej płycie analogowej. W moje ręce trafiły oba limitowane wydania fizyczne - na CD i winylu, a że po kilkukrotnym przesłuchaniu albumu nie mogę się nasycić, postanowiłem, że owocem tej fascynacji będzie niniejsza recenzja.
Wiele mówi się o tym, jak skuteczna i przyjemna jest nauka poprzez zabawę. Taką zabawą może być na przykład słuchanie muzyki, jednak nie musi być ona łatwa, o przyjemnej tematyce. Na warsztat możemy wziąć przecież historie zwyrodnialców, których nosiła Ziemia, ale o takim, dajmy na to, Josefie Mengele utwór napisać może każdy (to oczywiście odniesienie do "Angel of death" Slayera). Polski zespół Las Trumien podchodzi do tematu w sposób bardzo profesjonalny i przedstawia historie zwyroli "drugoligowych", którym (mimo "zasług") nigdy nie udało przebić się do mainstreamu. Wyraźnie widać, że już na starcie tej ekipie należy się duży szacunek za wysiłek w poszukiwaniach, a nie pójście na łatwiznę.
Mówi się, że człowiek zmienia się z wiekiem, że zmieniają się nasze gust, smak i zainteresowania. Faktycznie, coś w tym jest. Sam jestem tego dobrym przykładem, chociażby w kontekście piwa. Kilkanaście lat temu nie byłem w stanie wypić portera, a dziś jestem wielkim fanem ciemnych piw. Podobnie jest z muzyką, niektórymi jej gatunkami lub konkretnymi zespołami. Kilka lat temu po wielu nieudanych próbach zaprzyjaźniłem się w końcu z death metalem. Niewątpliwym filarem tego gatunku jest amerykański Nile, do którego również wykonałem na przestrzeni lat wiele podejść - jedynie tych nieudanych ponieważ po kilku utworach odpuszczałem (mówiąc młodzieżowo) "nie czując flow", czy może raczej nie do końca rozumiejąc tę muzykę. Do czasu...
Są w świecie audio produkty, których kolejne generacje pojawiają się tak regularnie, że właściwie można ustawiać według nich kalendarz. Co rok nowy smartfon, co dwa lata nowa wersja przetwornika, co...
Przymierzając się do zakupu hi-endowego systemu stereo, zwykle zaczynamy przeglądać katalogi producentów amerykańskich, niemieckich, brytyjskich, włoskich, francuskich, japońskich albo skandynawskich. W ostatnich latach do tego grona dołączyły także firmy chińskie,...
Jeszcze kilka lat temu kierunek rozwoju cyfrowego audio wydawał się całkowicie oczywisty. Skoro odtwarzacz sieciowy i tak potrzebuje przetwornika, a ten coraz częściej otrzymuje regulację głośności, wyjście słuchawkowe i kilka...
Bannery boczne
Komentarze
Darek
No, Panie Tomaszu, w końcu czyta się przyjemnie bez niepotrzebnego nadęcia czy palenia mózgu. Brzytwa Ockhama dobrze zastosowana :) Gratuluję świetny artykuł, b...
"Irytujący" falset??? Może ten w Incubus? Serio? On jest genialny! A te niepublikowane utwory to przecież demówki utworow z "Seasons End" z wokalem Fisha i tek...
Jest mi to w zasadzie obojętne, bo w winyl nie wszedłem z przyczyn praktycznych. Lubię okazjonalnie posłuchać u kogoś, ale niedogodności użytkowe są dla mnie dy...
Zacznijmy od tego, że poza starymi tłoczeniami już niewznawianymi, praktycznie 100% materiału z ostatnich 20-30 lat, który trafia na winyl to nagrania zarejestr...
Czy to w domowym zaciszu, na koncercie, podczas pracy w studiu czy w samochodzie - wzmacniacz jest jednym z kluczowych elementów każdego systemu stereo. Czym właściwie jest? Najprościej można powiedzieć, że jest to układ elektroniczny, którego zadaniem jest wytworzenie na wyjściu sygnału analogowego będącego wzmocnioną kopią sygnału podanego na wejście....
Majority is expanding its turntable range with two affordable models aimed primarily at listeners taking their first steps into vinyl. The Stylo follows the more traditional route, combining a proper tonearm, adjustable cartridge setup and built-in phono stage with Bluetooth...
Dan Clark Audio's Aeon family has occupied an important place in the company's lineup since 2017, offering much of the engineering associated with its more ambitious planar magnetic headphones in a smaller and more accessible package. Aeon Core now takes...
Dual is introducing the CS 718Q, a turntable developed at the company's engineering center in Germany and designed to continue the legacy of the celebrated Series 7. The new model combines direct drive with a carbon-aluminum sandwich tonearm, adjustable tonearm...
Lata osiemdziesiąte były dla branży hi-fi czymś w rodzaju złotego wieku - półki sklepów uginały się pod ciężarem urządzeń, z których wiele nazywamy dziś kultowymi, a każda licząca się firma miała w ofercie wzmacniacz, który może nie był najpiękniejszy i wykonany niczym szwajcarski zegarek, ale nie kosztował majątku i grał...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.