Gdynia, listopad retrofuturystycznego 2019 roku, zanurzoną w gęstym smogu latarnię morską mija na niebotycznej wysokości 800 m należący do korporacji AudioPolex zeppelin, na którego obleczonej ciekłokrystalicznymi ekranami powierzchni wyświetlana jest tajemnicza postać z gitarą. Nagły szkwał rozwiewa na chwilę smog i oczom pilota ukazuje się panorama Gdyni - sieć sięgających nieba, monumentalnych drapaczy chmur, między którymi w idealnych szykach mkną latające samochody, w oddali majaczy gigantyczna piramida, siedziba korporacji AudioPolex. Zanim smog znów zgęstnieje, a widoczność na tej wysokości spadnie do zera, pilot ustawia kurs na piramidę, której majestat podkreśla równomierny puls światła z niestrudzenie pracującej gigantycznej latarni. Tajemnicza postać na ekranie unosi kąciki ust w (nawet przy idealnej pogodzie) niedostrzegalnym z poziomu ulicy, niepokojącym grymasie i zaczyna grać. To melodia przywiedziona z dalekomorskiej, niekończącej się wyprawy - bluesowy riff napierający niczym fale na skaliste wybrzeże. Mieszkańcy Gdyni wiedzą, że do momentu zacumowania Zeppelina będą hipnotyzowani muzyką.
Kilka tygodni temu pewien starszy pan stał się wielką gwiazdą internetowych memów. Dla dużej części internautów stał się postacią komiczną ze swoimi roztrzepanymi włosami i wytrzeszczem oczu. Jednak z pewnością znalazło się też i grono, które zgłębiło temat i dowiedziało się, że ten starszy pan to Bobby Liebling czyli założyciel Pentagram - ekipy, która zaczęła grać tradycyjny doom metal tylko chwilę po tym, jak zrobili to prekursorzy gatunku, Black Sabbath. Ci drudzy na stałe weszli do muzycznego kanonu, stali się inspiracją dla wielu zespołów i stworzyli podwaliny pod kolejne gatunki metalu. Pentagram takiej kariery się nie doczekał. Studyjnie wystartował dopiero w 1985 roku, czyli 14 lat od powstania zespołu. Jego dyskografia jest też zdecydowanie uboższa od tego, co pozostawił po sobie Black Sabbath, jednak warto po nią sięgnąć, ponieważ zawiera kilka naprawdę interesujących pozycji, które z pewnością ucieszą fanów ciężkiego grania.
Był sobie taki serial dla nastolatków pod tytułem "iZombie". Typowy kryminalny procedural z twistem - główna bohaterka jest współpracującą z policją pracownicą kostnicy i jednocześnie... zombie. W kolejnych odcinkach rozwikłuje mordercze zagadki, wypijając koktajl z mózgów ofiar i zyskując tym samym dostęp do ich ostatnich wspomnień. Jeszcze przed narodzinami mojego potomka raz w tygodniu przychodził do nas znajomy, siadaliśmy z czipsami i piwem i oglądaliśmy kolejny odcinek serialu. Oczywiście była tona lepszych rzeczy do oglądania, ale "iZombie" był po prostu, jak to mówią Anglicy, comfy. I tak się niezamierzenie składało, że każdy odcinek rytualnie zaczynaliśmy od wspólnego odśpiewania na dwa głosy piosenki z czołówki. Prostej, ale bezczelnie chwytliwej piosenki będącej definicją angielskiego określenia "earworm". Serio, nie słuchajcie jej, bo zaczniecie przez cały dzień nucić "Stop... nanana... ooooo...", tak jak ja to będę robił przez cały czas pisania tej recenzji.
W tym roku mija 20 lat od powstania Red Fang. W tym czasie ekipa świrów z Portland nagrała 5 pełnoprawnych albumów (4 jeśli debiutancki "Red Fang" uznać za kompilację, jak to robi chociażby serwis RateYourMusic). Dwie dekady to sporo czasu i warto tę okrągłą rocznicę jakoś uczcić. Można to zrobić, nagrywając nowy album, co miałoby sens, patrząc na to, że "Arrows" ma już 4 lata. Można też pójść w inną stronę i wydać kompilację utworów, które nie znalazły się na dotychczasowych albumach. Takie wydawnictwa często są łakomym kąskiem dla fanów, bo zawierają wcześniej niepublikowane utwory lub znaleziska, które zostały odkopane po kilkudziesięciu latach od ich nagrania. Problem w tym, że Red Fang ma dyskografię stosunkowo skromną, zatem można było mieć wątpliwości, czy takie wydawnictwo ma w ogóle sens.
Ciężko uwierzyć w to, że od premiery "Weapons Of Tomorrow" minęło już pięć lat. Sporo się w tym czasie wydarzyło na świecie, jednak już pierwsza zapowiedź nadchodzącego nowego wydawnictwa, która pojawiła się na początku roku, zwiastowała, że w obozie Warbringer zmieniło się niewiele. "A Better World" to szybki strzał między oczy, przy którym głowa sama zaczyna kiwać się w rytm muzyki. Podobnie jest w przypadku "The Sword And The Cross", który mimo czasu trwania przekraczającego sześć minut zwyczajnie wciąga zmianami tempa, kilkoma wątkami, fajnymi solówkami. Ogólnie jest dobrze. Chwilę przed premierą pojawił się jeszcze "Throught A Glass, Darkly" - utwór utrzymany w średnim tempie i również średni jakościowo, zdecydowanie najsłabszy z zapowiedzi. Ciężko stwierdzić, dlaczego zespół zdecydował się na promocję albumu akurat nim, a nie którymś z pięciu pozostałych utworów, bo przecież są tu dwa szybkie pociski - "The Jackhammer" i "Strike From The Sky". Zdecydowanie lepiej zachęciłyby one słuchaczy do sięgnięcia po nowe wydawnictwo, które w ostatecznym rozrachunku przynosi 8 nowych kompozycji o łącznym czasie trwania sięgającym 40 minut.
Ciężko uwierzyć w to, że Fisz jest obecny na muzycznej scenie już ćwierć wieku. Dwadzieścia pięć lat temu jego muzyka trafiła na podatny grunt - zbuntowanego licealisty, który poszukiwał innych dźwięków niż te lecące w rozgłośniach radiowych. I tak pośród grunge'u i metalu znalazło się sporo miejsca na zagraniczny i polski rap. Od tego momentu muzyka braci Waglewskich towarzyszy mi na różnych etapach życia. I tak, jak zmieniają się owe etapy, tak zmienia się muzyka Tworzywa.
Wiele wody upłynęło w Wiśle od premiery ostatniego albumu Armii. "Toń" świętuje w tym roku swoje dziesiąte urodziny. Tak długiej przerwy wydawniczej Armia wcześniej nie miała i w zasadzie nie wiadomo było, czy w ogóle powinniśmy spodziewać się czegoś nowego od ekipy Budzyńskiego. Niby dwa lata temu ukazała się bardzo udana "Antologia", ale jednak to zbiór nagrań archiwalnych, a nie zupełnie nowy materiał. Wielki, szczery uśmiech pojawił się na mojej twarzy w momencie, gdy okazało się, że zespół zrobił fanom lekko spóźniony prezent mikołajkowy i 8 grudnia wypuścił dwa single promujące nadchodzące wydawnictwo - "Wielki Las" i "Wołanie".
Ach, co to był za rok - mówimy niemal zawsze, gdy nadchodzi kolejny. I choć wiele wydarzeń przeżywamy wspólnie, każdy zapamięta mijające dwanaście miesięcy inaczej. Dla nas, melomanów i audiofilów, jedną z ważniejszych kwestii jest naturalnie to, czy mieliśmy czego słuchać. Nie chodzi tylko o zestawy głośnikowe, wzmacniacze, słuchawki i srebrne kable, ale przede wszystkim o muzykę. Do tej nagranej wiele lat temu możemy wrócić zawsze, ale każdy kolejny sezon to szansa na nowe muzyczne odkrycia. Czy pod tym względem mijający rok był wyjątkowy? Oczywiście, bo każdy taki jest. Ostatecznie to przecież zlepek wydarzeń, które oddzielamy od siebie sylwestrową klamrą. W tej mieszaninie zaplanowanych działań i totalnych zbiegów okoliczności można ujrzeć pewne podobieństwa i snuć przypuszczenia na temat tego, co zobaczymy i usłyszymy w najbliższym czasie. Zapraszamy więc na nasze, jak zwykle skrajnie subiektywne, muzyczne podsumowanie roku!
W tym roku mija dziesięć lat mojej przygody z ekipą Sólstafir. Wszystko zaczęło się od albumu "Otta", na który trafiłem przez przypadek - zaintrygowała mnie okładka wydawnictwa. Dalszą karierę Islandczyków śledziłem już na bieżąco, widziałem ich również na żywo, na festiwalu Summer Dying Loud w Aleksandrowie Łódzkim w 2017 roku. Nie będę ukrywał, że zarówno "Otta", jak i wcześniejsze albumy bardzo wysoko postawiły poprzeczkę przed nowym wydawnictwem. Czy zespołowi z odległej, mroźnej wyspy uda się ją przeskoczyć?
Dwanaście lat temu po raz pierwszy w swojej recenzji wystawiłem płycie najwyższą notę. Ten album przemeblował mi głowę i zupełnie odmienił sposób patrzenia na muzykę. To był strzał 10/10 i punkt odniesienia do wielu późniejszych muzycznych odkryć. Pisałem wtedy o debiutanckim albumie Goat, "World Music". Nigdy nie zapomnę tego brzmienia. Słodkie, śmietankowe, po prostu pyszne. Poczułem się jak ktoś zupełnie wyjątkowy. Dziś sam jestem dziadkiem więc cóż mógłbym dać czytelnikom StereoLife jeśli nie recenzję kolejnej płyty Goat. Oni także są kimś wyjątkowym.
Jest coś przewrotnego w tym, że urządzeniami funkcjonującymi najkrócej na rynku audio są dziś te, które pod względem technologicznym wydają się najbardziej zaawansowane. Dobry wzmacniacz może pracować przez trzydzieści lat,...
Choć przetworniki cyfrowo-analogowe istniały znacznie wcześniej, na przykład jako elementy odtwarzaczy płyt kompaktowych, ich kariera rozkręciła się na dobre w erze plików. Dla wielu melomanów DAC był jednym z najbardziej...
Kilkanaście lat temu temat przesyłania i poprawiania dźwięku z komputera wydawał się znacznie prostszy niż dzisiaj. Większość laptopów miała przeciętne wyjścia słuchawkowe, telefony wyposażano jeszcze w gniazda 3,5 mm, a...
Bannery boczne
Komentarze
DJ
Proponuję opracować również wersję dla DJ-ów, taką z większą powierzchnią drgającą, aby można było ręcznie przesuwać ją pod igłą...
Założyłem sobie konto i rozpocząłem import albumów tracków ze Spotify i Tidala, głównie jazz i klasyka. Około 20% się nie pokryło, aczkolwiek zapewne również z ...
W dobie streamingu i dostępności cyfrowych plików audio mogłoby się wydawać, że słuchanie muzyki jeszcze nigdy nie było tak proste. W praktyce jednak, szczególnie dla bardziej wymagających użytkowników, to wciąż zaskakująco skomplikowana sprawa, zwłaszcza gdy chcemy połączyć wygodę korzystania ze smartfona z możliwościami bardziej zaawansowanego sprzętu audio. Jeśli chodzi o...
Nothing has never been particularly interested in making products that look like everyone else's. From transparent smartphones to earbuds that resemble tiny pieces of industrial machinery, the London-based company has built much of its identity around doing things differently, sometimes...
For years, we've been told that the future of home audio belongs to wireless speakers, streaming services, and devices controlled entirely through smartphone apps. And yet, somehow, the traditional micro hi-fi system refuses to disappear. It's not particularly difficult to...
Power supplies are rarely the most exciting part of a hi-fi system. Nobody invites friends over to admire a particularly impressive wall adapter, and even the most enthusiastic audiophiles probably spend more time discussing DAC chips, amplifier topologies, and speaker...
Rega - nazwa znana i ceniona w całym świecie audio, głównie z powodu znakomitych gramofonów, ale także innych komponentów hi-fi. Każdy, kto choć trochę interesuje się sprzętem grającym, doskonale woe, że produkty brytyjskiej legendy są uważane za jedne z najlepszych na świecie i chyba każdy marzy, aby chociaż raz sprawdzić...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.