Ciężko uwierzyć, że od wydania "Titans Of Creation" minęło już pięć lat. Jeszcze trudniej w to, że występ w Kostrzynie na Pol'And'Rocku odbył się rok wcześniej. Już wtedy członkowie zespołu kręcili na liczniku w okolicach sześćdziesiątki, ale nie przeszkodziło im to w zagraniu świetnego, bardzo żywiołowego, prawie 80-minutowego seta. Na scenie wyglądali, jakby byli w pełni wieku produkcyjnego, a nie zbliżali się do emerytury. W studiu na "Titans Of Creation" również wypadli bardzo dobrze, dając kolejny argument osobom twierdzącym, że Testament nie ma w swojej dyskografii słabego albumu. Jedna z najdłuższych przerw studyjnych przyniosła w końcu "Para Bellum" - album udowadniający starym dziadom z Metalliki, Kreatora czy Destruction, że mimo wieku można wciąż grać ciężko, świeżo, brutalnie, kreatywnie i z werwą.
Paradise Lost jest jednym z moich osobistych dowodów na to, że do niektórych rzeczy trzeba zwyczajnie dojrzeć. Podchody do twórczości tej ekipy robię od prawie ćwierć wieku (okolice "Believe In Nothing"), ale jakoś nigdy nie było mi z nią po drodze. Oczywiście słuchałem nowych wydawnictw po ich premierze (szczególnie pamiętam "Faith Divides Us - Death Unites Us" i "Tragic Idol"), ale przygoda z nimi kończyła się po pierwszym kontakcie, ponieważ ich styl nijak współgrał z moim gustem opartym między innymi o thrash czy stoner. Muzyka Anglików wydawała mi się zbyt monotonna i momentami zwyczajnie nudna. W czerwcu tego roku mijała okrągła, trzydziesta rocznica wydania "Draconian Times", czyli albumu ogólnie przyjętego za najlepszy w dorobku Paradise Lost. W mediach społecznościowych nie dało się uniknąć zdjęć, opinii, recenzji i historii związanych z tym albumem. Z ciekawości odpaliłem i tym razem zaskoczyło. I to do tego stopnia, że po miesiącu na półce pojawiła się pełna dyskografia zespołu.
Do niektórych rzeczy trzeba po prostu dojrzeć. Jestem na to żywym dowodem. Tak było choćby z ciemnymi piwami, których do pewnego momentu nie byłem w stanie przełknąć, a dziś należę do ich największych fanów. Podobnie sprawy miały się z kilkoma zespołami, a jednym z nich jest Suffocation. Do ich twórczości podchodziłem wielokrotnie na przestrzeni lat, ale nigdy nie potrafiłem się w nią wciągnąć. I pewnie nic by się w tej kwestii nie zmieniło, gdyby nie to, że wydany w 2023 roku album "Hymns From The Apocrypha" zebrał znakomite recenzje w prasie branżowej i wśród fanów. To właśnie te głosy, a także świetna okładka, przekonały mnie, by dać zespołowi jeszcze jedną szansę. Włączyłem płytę i zakochałem się od pierwszych dźwięków. A potem poszło już łatwo - kolejne albumy Suffocation szybko trafiły na stałą rotację w mojej playliście.
W tym roku mija dokładnie dwadzieścia lat od premiery albumu, do którego regularnie i chętnie wracam. Był to jednocześnie wielki powrót, ponieważ od momentu wydania "The Red Shoes" Kate Bush milczała dwanaście lat, jednak prezentując "Aerial", bardzo dobitnie udowodniła, że w muzyce popularnej gra w nieosiągalnej dla innych artystów lidze magicznych dźwięków i niezapomnianego klimatu. To monumentalne, dwupłytowe dzieło, w którym codzienność miesza się ze stroną duchową, a zwyczajne chwile zyskują drugie dno. Ta filozofia zaczyna się już na okładce albumu, gdzie artystka umieściła zapis graficzny fali dźwiękowej śpiewu kosa. Ptak ten będzie towarzyszył słuchaczom w wielu miejscach wydawnictwa.
Nowy album Deftones - "Private Music", to bez wątpienia jedno z najbardziej wyczekiwanych wydarzeń muzycznych tego roku. Od premiery "Ohms" minęło już pięć lat, co stanowi najdłuższą przerwę wydawniczą w historii zespołu. W tym czasie pojawiały się plotki o zmianach personalnych, spekulacje na temat kierunku brzmienia i przede wszystkim pytanie, czy Deftones "dowiezie" i jeszcze nas czymś zaskoczy. "Private Music" jest nie tylko potwierdzeniem statusu zespołu, ale też pokazuje, że nawet po trzech dekadach na scenie można brzmieć świeżo i intensywnie bez odkrywania koła na nowo.
Trudno uwierzyć, że od wydania "The Seer", czyli rozpoczęcia mojej przygody z twórczością Swans, minęło już 13 lat. Obecnie nieuchronnie puka do mnie czterdziestka i z każdym rokiem i kolejnym albumem coraz bardziej wciągałem się i angażowałem w twórczość Łabędzi, za każdym razem niecierpliwie wyczekując kolejnego wydawnictwa. Tutaj sprawa była o tyle łatwa, że Michael Gira jest artystą bardzo aktywnym i co 2-4 lata otrzymywaliśmy nowy album pod szyldem Swans. Lider przy tej swojej systematyczności jest również człowiekiem konsekwentnie niekonsekwentnym - po wydaniu "The Glowing Man" zapowiedział odejście od konwencji płyt-molochów trwających po dwie godziny i składających się z utworów co najmniej kilkunastominutowych. Po drodze coś poszło nie tak. bo zarówno "Leaving Meaning." jak i "The Beggar" nie odbiegają drastycznie od swoich poprzedników i przynoszą raczej kosmetyczne zmiany niż rewolucję. I w zasadzie chwała Girze za to, bo ta konwencja się sprawdza i każde kolejne wydawnictwo Swans to takie małe (dziwne stwierdzenie w kontekście dwóch godzin muzyki) dzieło sztuki i swoista podróż przez wizjonerski umysł lidera zespołu.
"Genesis XIX" i jego następcę dzieli kalendarzowo pięć lat i jest to jedna z najdłuższych przerw wydawniczych w historii niemieckiej legendy. Fakt faktem, po drodze premierę miały jeszcze dwie EP-ki, ale były to wydawnictwa kilkunastominutowe, które dodatkowo jakoś szczególnie nie powalały. Trzy lata temu ukazał się jeszcze "40 Years At War", na którym zespół odgrzał utwory z przekroju całej dotychczasowej kariery. Od pięciu lat Sodom serwuje nam zatem mało nowego materiału. Czas ten pozwolił jednak na dotarcie się muzyków po dużych roszadach w składzie, które nastąpiły jeszcze przed wydaniem "Genesis XIX". Swoją drogą, album ten został bardzo ciepło przyjęty przez krytyków i fanów. Chwalono go za wprowadzenie powiewu świeżości, co było spowodowane w dużej części wymianą wszystkich muzyków poza Angelripperem. Zatem jeśli poprzednik wypadł tak dobrze, śmiało można było liczyć na to, że "The Arsonist" przynajmniej dorówna mu poziomem lub go przeskoczy.
Do serwisów strumieniowych można mieć wiele zastrzeżeń, ale trzeba przyznać, że ich algorytmy sugerujące nową muzykę często przynoszą "złote strzały". Sam wielokrotnie trafiłem w ten sposób na albumy, po przesłuchaniu których szybko zapoznawałem się z całą dyskografią i ta prędzej czy później lądowała u mnie na półce w wersji fizycznej. Ostatnim takim przypadkiem był Sadist, na który trafiłem właśnie ze streamingowych sugestii i to kompletnie przez przypadek, ponieważ docelowo chciałem włączyć inny album. Moją uwagę przykuła świetna okładka. Z ciekawości odpaliłem i przepadłem. Dopiero po przesłuchaniu całego "Something To Pierce" zainteresowałem się zespołem i okazało się, że Włosi są na scenie już od 34 lat, a najnowszy krążek jest już jedenastym w ich dyskografii. Jakim cudem wcześniej nie trafiłem na ten zespół? Nie mam pojęcia.
Ekipa Deafheaven jest niewątpliwym fenomenem na scenie ciężkiego grania. Zespół powstał w 2010 roku, a już trzy lata później podbił rynek, nagrywając swój drugi album, o którym głośno mówi się nadal, po kilkunastu latach od premiery. Mowa tu oczywiście o krążku "Sunbather", który mocno namieszał nie tylko w gatunku, ale też w podsumowaniach 2013 roku. Mnie w tamtym czasie album do siebie nie przekonał, serwując blackgaze czy też post metal w wersji "user friendly". Kilkukrotnie spotkałem się z terminem "hipsterski black metal" i jakoś było mi z tym gatunkiem nie po drodze, zatem album odłożyłem do przegródki "nie wracać". Podobnie było z kolejnymi wydawnictwami, gdzie słuchałem fragmentów zapowiedzi, ale po całość nie sięgałem. Tak samo miało być w przypadku "Lonely People With Power", jednak bardzo wysoka ocena na RateYourMusic oraz szereg pozytywnych recenzji zachęciły mnie do włączenia tego wydawnictwa,bo przecież od mojego ostatniego w pełni świadomego kontaktu z Deafheaven minęło już 12 lat.
Krótko po premierze poprzedniego albumu Behemotha trafiłem w Internecie na opinię, że świat zaczął interesować się zespołem w momencie, gdy tak naprawdę nie ma już czym. Oczywiście pod komentarzem rozpoczęła się zagorzała dyskusja, gdzie pełno było zarówno entuzjastów, jak i antyfanów twórczości Gdańszczan. Sama wypowiedź może i była trochę nieszczęśliwa, ale jednak dawała do myślenia. Metalowy świat Behemotha znał już dużo wcześniej, przeciętny Kowalski też - głównie ze względu na związek Nergala z Dodą i procesy o obrazę uczuć religijnych. Był też oczywiście album "The Satanist", który namieszał w 2014 roku, zdobywając wiele wyróżnień, również na rodzimym rynku. Jednak ten "przeciętny Kowalski" często nie zdawał sobie sprawy, że Behemoth był już wtedy pełnoletnią grupą i miał na koncie prawie 10 wydawnictw cieszących się uznaniem w świecie black i death metalu. Albumy te weszły do gatunkowych kanonów i sprawiły, że Behemoth mógł jechać na tournée po świecie bez obaw o zapełnienie sal koncertowych. Z rodzimego podwórka chyba jedynie Vader mógł i nadal może cieszyć się taką renomą.
Są w świecie audio produkty, których kolejne generacje pojawiają się tak regularnie, że właściwie można ustawiać według nich kalendarz. Co rok nowy smartfon, co dwa lata nowa wersja przetwornika, co...
Przymierzając się do zakupu hi-endowego systemu stereo, zwykle zaczynamy przeglądać katalogi producentów amerykańskich, niemieckich, brytyjskich, włoskich, francuskich, japońskich albo skandynawskich. W ostatnich latach do tego grona dołączyły także firmy chińskie,...
Jeszcze kilka lat temu kierunek rozwoju cyfrowego audio wydawał się całkowicie oczywisty. Skoro odtwarzacz sieciowy i tak potrzebuje przetwornika, a ten coraz częściej otrzymuje regulację głośności, wyjście słuchawkowe i kilka...
Bannery boczne
Komentarze
Piort
Ortofon OM 10 i M2 Red to w sumie ta sama wkładka, więc nie wiem, skąd pomysł na podmiankę :P
Pięknie wykonane słuchawki, prawdziwe dzieło sztuki. Dosyć długo szukałem słuchawek dla siebie i po przesłuchaniu planarów i dynamików stwierdziłem, że jednak t...
Formatów już było wiele. Ustaliły się te, które są. Parametry coraz wyższe są już tylko liczbami, bo jakości jeszcze lepszej się fizycznie zrobić nie da. Firmy ...
Mam Venere 2.5, ale po przeczytaniu tego artykułu przerabiam je na Olimpicę II 1/2. To nie będzie III, ale w moim przedziale możliwości dam radę i nie obrażą si...
W świetle tego, co podziało się z Auralikiem, przydałoby się takie urządzenie stworzone przez inną firmę, żeby moja S1 za 1-2 lata nie odmówiła współpracy.
Z badań i raportów dotyczących udziału poszczególnych nośników i platform w rynku muzycznym wynika, że pliki i serwisy streamingowe wyprzedzają konkurencję o kilka okrążeń. Temat nośników fizycznych wydaje się zamknięty i nawet ogarniająca cały świat moda na winyle i gramofony nie jest w stanie odwrócić losów tej wojny. O ile...
One of the traditional arguments against active loudspeakers is that their electronics age faster than their cabinets and drivers. An amplifier module can become outdated, streaming standards change and DSP platforms improve, while the acoustic part of a well-designed speaker...
AudioQuest DragonFly is one of those products that hardly needs an introduction. The original model appeared in 2012 and helped turn the USB dongle DAC from a niche computer-audio accessory into a genuinely mainstream hi-fi product, with more than 300,000...
Fyne Audio has spent almost a decade building its reputation around conventional passive loudspeakers, from relatively affordable bookshelf models to imposing high-end designs made in Scotland. Cubitt 5 marks a rather important change of direction. It is the company's first...
Co przychodzi nam do głowy, kiedy myślimy o Francji? Wiadomo - świetna kuchnia, doskonałe wina i sery, luksusowe perfumy, nowoczesna architektura, pokazy mody, festiwale filmowe, słynni malarze i wiecznie zakorkowane uliczki Paryża. Dla amatorów sprzętu hi-fi jest to także jeden z najważniejszych krajów na audiofilskiej mapie świata. To właśnie tutaj...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.