Podczas pierwszego przesłuchania "The World Under Unsun" próbowałem sobie przypomnieć, ile lat minęło od ostatniego wydawnictwa tego projektu Mariusza Dudy. Wydawało mi się, że było to całkiem niedawno - i faktycznie, "AFR AI D" oraz "Lockdown Trilogy" ukazały się odpowiednio dwa i trzy lata temu. Tamte płyty sygnowane były jednak nazwiskiem artysty. Tymczasem "Through Shaded Woods" Lunatic Soul ma już pięć lat. Trudno uwierzyć, że czas upływa tak szybko. Nie będę ukrywał, że należę do grona wielbicieli wszystkiego, w czym Mariusz Duda macza palce. Podobnie mam ze Stevenem Wilsonem, choć w ostatnich latach to właśnie twórczość Dudy jest mi znacznie bliższa. Często wracam zarówno do Riverside, jak i Lunatic Soul, dlatego wiadomość o nowym albumie przyjąłem z ogromną radością. Pięć lat bez świeżego materiału to przecież szmat czasu.
Slowdive poznałem przy okazji reaktywacji zespołu w 2017 roku. Z miejsca zakochałem się w "beztytułowym" albumie i po pewnym czasie zacząłem zgłębiać wcześniejsze wydawnictwa z dyskografii Brytyjczyków. Podejrzewam, że moje zaskoczenie po pierwszym usłyszeniu "Pygmalion" było identyczne jak to, którego doświadczyli fani krótko po premierze albumu w 1995 roku. Zespół, znany dotąd z gęstego shoegaze'u i ogromnej ilości melancholii ukrytej w muzyce, całkowicie odciął się od tej stylistyki, porzucając ją na rzecz ambientu, minimalizmu i odważnych eksperymentów. Trzydzieści lat temu album z pewnością spotkał się ze sporym zdziwieniem i niezrozumieniem. Jednak z perspektywy czasu "Pygmalion" wydaje się najodważniejszym i najbardziej wizjonerskim albumem w dorobku Slowdive - nawet biorąc pod uwagę późniejsze wydawnictwa.
Na przełomie wieków w telewizjach muzycznych można było trafić na bloki z cięższym brzmieniem. MTV miało swoje "Headbangers Ball", Viva zaś "Hell's Kitchen". W czasach Internetu "na kartki" programy te były źródłem inspiracji i kopalnią nowych zespołów, których muzyki szukało się później na różne sposoby. W ten sposób poznałem Nirvanę czy Alice In Chains. Któregoś dnia trafiłem na teledysk do "Shades Of Grey" grupy Biohazard. Zrobił na mnie ogromne wrażenie. Było to coś innego niż wszystko, co znałem do tej pory - bardziej agresywne, brutalne. Idealnie pasowało do etapu "buntu nastolatka". Do czasu premiery "Uncivilization" w 2001 roku znałem już całą wcześniejszą dyskografię zespołu, a kolejne albumy poznawałem już na bieżąco. Do dziś olbrzymim sentymentem darzę wspomniany krążek, jak i jego następcę, czyli "Kill Or Be Killed", który (mimo ogólnej krytyki) uważam za świetny album - najcięższy i najbardziej brutalny w całej dyskografii Nowojorczyków.
Ciężko uwierzyć, że od wydania "Titans Of Creation" minęło już pięć lat. Jeszcze trudniej w to, że występ w Kostrzynie na Pol'And'Rocku odbył się rok wcześniej. Już wtedy członkowie zespołu kręcili na liczniku w okolicach sześćdziesiątki, ale nie przeszkodziło im to w zagraniu świetnego, bardzo żywiołowego, prawie 80-minutowego seta. Na scenie wyglądali, jakby byli w pełni wieku produkcyjnego, a nie zbliżali się do emerytury. W studiu na "Titans Of Creation" również wypadli bardzo dobrze, dając kolejny argument osobom twierdzącym, że Testament nie ma w swojej dyskografii słabego albumu. Jedna z najdłuższych przerw studyjnych przyniosła w końcu "Para Bellum" - album udowadniający starym dziadom z Metalliki, Kreatora czy Destruction, że mimo wieku można wciąż grać ciężko, świeżo, brutalnie, kreatywnie i z werwą.
Paradise Lost jest jednym z moich osobistych dowodów na to, że do niektórych rzeczy trzeba zwyczajnie dojrzeć. Podchody do twórczości tej ekipy robię od prawie ćwierć wieku (okolice "Believe In Nothing"), ale jakoś nigdy nie było mi z nią po drodze. Oczywiście słuchałem nowych wydawnictw po ich premierze (szczególnie pamiętam "Faith Divides Us - Death Unites Us" i "Tragic Idol"), ale przygoda z nimi kończyła się po pierwszym kontakcie, ponieważ ich styl nijak współgrał z moim gustem opartym między innymi o thrash czy stoner. Muzyka Anglików wydawała mi się zbyt monotonna i momentami zwyczajnie nudna. W czerwcu tego roku mijała okrągła, trzydziesta rocznica wydania "Draconian Times", czyli albumu ogólnie przyjętego za najlepszy w dorobku Paradise Lost. W mediach społecznościowych nie dało się uniknąć zdjęć, opinii, recenzji i historii związanych z tym albumem. Z ciekawości odpaliłem i tym razem zaskoczyło. I to do tego stopnia, że po miesiącu na półce pojawiła się pełna dyskografia zespołu.
Do niektórych rzeczy trzeba po prostu dojrzeć. Jestem na to żywym dowodem. Tak było choćby z ciemnymi piwami, których do pewnego momentu nie byłem w stanie przełknąć, a dziś należę do ich największych fanów. Podobnie sprawy miały się z kilkoma zespołami, a jednym z nich jest Suffocation. Do ich twórczości podchodziłem wielokrotnie na przestrzeni lat, ale nigdy nie potrafiłem się w nią wciągnąć. I pewnie nic by się w tej kwestii nie zmieniło, gdyby nie to, że wydany w 2023 roku album "Hymns From The Apocrypha" zebrał znakomite recenzje w prasie branżowej i wśród fanów. To właśnie te głosy, a także świetna okładka, przekonały mnie, by dać zespołowi jeszcze jedną szansę. Włączyłem płytę i zakochałem się od pierwszych dźwięków. A potem poszło już łatwo - kolejne albumy Suffocation szybko trafiły na stałą rotację w mojej playliście.
W tym roku mija dokładnie dwadzieścia lat od premiery albumu, do którego regularnie i chętnie wracam. Był to jednocześnie wielki powrót, ponieważ od momentu wydania "The Red Shoes" Kate Bush milczała dwanaście lat, jednak prezentując "Aerial", bardzo dobitnie udowodniła, że w muzyce popularnej gra w nieosiągalnej dla innych artystów lidze magicznych dźwięków i niezapomnianego klimatu. To monumentalne, dwupłytowe dzieło, w którym codzienność miesza się ze stroną duchową, a zwyczajne chwile zyskują drugie dno. Ta filozofia zaczyna się już na okładce albumu, gdzie artystka umieściła zapis graficzny fali dźwiękowej śpiewu kosa. Ptak ten będzie towarzyszył słuchaczom w wielu miejscach wydawnictwa.
Nowy album Deftones - "Private Music", to bez wątpienia jedno z najbardziej wyczekiwanych wydarzeń muzycznych tego roku. Od premiery "Ohms" minęło już pięć lat, co stanowi najdłuższą przerwę wydawniczą w historii zespołu. W tym czasie pojawiały się plotki o zmianach personalnych, spekulacje na temat kierunku brzmienia i przede wszystkim pytanie, czy Deftones "dowiezie" i jeszcze nas czymś zaskoczy. "Private Music" jest nie tylko potwierdzeniem statusu zespołu, ale też pokazuje, że nawet po trzech dekadach na scenie można brzmieć świeżo i intensywnie bez odkrywania koła na nowo.
Trudno uwierzyć, że od wydania "The Seer", czyli rozpoczęcia mojej przygody z twórczością Swans, minęło już 13 lat. Obecnie nieuchronnie puka do mnie czterdziestka i z każdym rokiem i kolejnym albumem coraz bardziej wciągałem się i angażowałem w twórczość Łabędzi, za każdym razem niecierpliwie wyczekując kolejnego wydawnictwa. Tutaj sprawa była o tyle łatwa, że Michael Gira jest artystą bardzo aktywnym i co 2-4 lata otrzymywaliśmy nowy album pod szyldem Swans. Lider przy tej swojej systematyczności jest również człowiekiem konsekwentnie niekonsekwentnym - po wydaniu "The Glowing Man" zapowiedział odejście od konwencji płyt-molochów trwających po dwie godziny i składających się z utworów co najmniej kilkunastominutowych. Po drodze coś poszło nie tak. bo zarówno "Leaving Meaning." jak i "The Beggar" nie odbiegają drastycznie od swoich poprzedników i przynoszą raczej kosmetyczne zmiany niż rewolucję. I w zasadzie chwała Girze za to, bo ta konwencja się sprawdza i każde kolejne wydawnictwo Swans to takie małe (dziwne stwierdzenie w kontekście dwóch godzin muzyki) dzieło sztuki i swoista podróż przez wizjonerski umysł lidera zespołu.
"Genesis XIX" i jego następcę dzieli kalendarzowo pięć lat i jest to jedna z najdłuższych przerw wydawniczych w historii niemieckiej legendy. Fakt faktem, po drodze premierę miały jeszcze dwie EP-ki, ale były to wydawnictwa kilkunastominutowe, które dodatkowo jakoś szczególnie nie powalały. Trzy lata temu ukazał się jeszcze "40 Years At War", na którym zespół odgrzał utwory z przekroju całej dotychczasowej kariery. Od pięciu lat Sodom serwuje nam zatem mało nowego materiału. Czas ten pozwolił jednak na dotarcie się muzyków po dużych roszadach w składzie, które nastąpiły jeszcze przed wydaniem "Genesis XIX". Swoją drogą, album ten został bardzo ciepło przyjęty przez krytyków i fanów. Chwalono go za wprowadzenie powiewu świeżości, co było spowodowane w dużej części wymianą wszystkich muzyków poza Angelripperem. Zatem jeśli poprzednik wypadł tak dobrze, śmiało można było liczyć na to, że "The Arsonist" przynajmniej dorówna mu poziomem lub go przeskoczy.
Jest coś przewrotnego w tym, że urządzeniami funkcjonującymi najkrócej na rynku audio są dziś te, które pod względem technologicznym wydają się najbardziej zaawansowane. Dobry wzmacniacz może pracować przez trzydzieści lat,...
Choć przetworniki cyfrowo-analogowe istniały znacznie wcześniej, na przykład jako elementy odtwarzaczy płyt kompaktowych, ich kariera rozkręciła się na dobre w erze plików. Dla wielu melomanów DAC był jednym z najbardziej...
Kilkanaście lat temu temat przesyłania i poprawiania dźwięku z komputera wydawał się znacznie prostszy niż dzisiaj. Większość laptopów miała przeciętne wyjścia słuchawkowe, telefony wyposażano jeszcze w gniazda 3,5 mm, a...
Bannery boczne
Komentarze
Marek
@Piotr - Słuchałeś? Porównywałeś je z takimi, które mają kilka mniejszych przetworników zamiast jednego dużego? Przecież premiera jest za tydzień na Audio Video...
Poczekamy aż będzie w sklepach i zobaczymy, czy warto. Miałem kiedyś starszy model i jak dokupiłem podstawki od Elaca, to grało to super. Brakowało tylko strea...
Popierajmy polski przemysł. Potrafimy wyprodukować produkty na poziomie światowym. Tylko mi nie piszcie, że skoro polskie, to powinno kosztować znacznie mniej n...
Osoby czytające StereoLife trochę dłużej doskonale wiedzą, że jestem "mastodonowym ortodoksem" - wszystkie albumy do "Crack The Skye" włącznie uwielbiam...
Regulacja głośności jest jedną z najważniejszych funkcji każdego systemu audio. Prawidłowe działanie tego elementu naszego sprzętu ma ogromny wpływ na przyjemność płynącą z jego użytkowania. Kiedy potencjometr zaczyna tracić swoją funkcjonalność, nawet w niewielkim stopniu, jest to niezwykle kłopotliwe, a może też być niebezpieczne dla innych elementów zestawu, takich jak...
Most stereo equipment manufacturers would like us to associate their brands with the products at the very top of their catalogs - the finest, most visually striking models, packed with the most advanced technology. When we buy an affordable pair...
Tiglon, a Japanese manufacturer specializing in high-end audio cables, vibration-control products, equipment supports and related accessories, is establishing a much stronger presence in the United States through Tiglon USA. Headquartered in Yamato, Kanagawa Prefecture, the company is led by founder...
Digital audio has come a long way in recent years. There was a time when all you needed was a computer, a modest collection of files on a hard drive and a DAC connected over USB. Today, we have music...
O historii sprzętu audio można się wiele nauczyć przeglądając dzieje firm, które tworzą go od wielu, wielu lat. Korzeni większości wynalazków stanowiących swoiste kamienie milowe w rozwoju technologii nagrywania i odtwarzania dźwięku należy oczywiście szukać w Europie i USA, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że życie dzisiejszych audiofilów nie...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.