Naśladowców Black Sabbath można liczyć w setkach, jeśli nie tysiącach, żaden jednak nie jest tak bezczelny, jak Black Label Society. Jest to po części zrozumiałe - Zakk Wylde jest muzycznym wychowankiem Ozzy'ego Osbourne'a (przez ponad 15 lat grał na jego solowych albumach). Jednak granica między inspiracją a zwykłym kopiowaniem jest bardzo cienka, a BLS przekroczył ją wielokrotnie. Tu już nie ma mowy o zrzynaniu, lecz stuprocentowym naśladownictwie. Na wczesnych albumach grupy nie było to aż tak wyraźne ze względu na pewne wpływy southern rocka, nadające tej muzyce jakiegokolwiek charakteru. Obecnie są one już tak znikome, że nie są w stanie uratować zespołu przed byciem jedynie bladym odbiciem wspaniałego Black Sabbath. Szczególnie mowa tu o wokalu Wylde'a (barwa głosu i sposób śpiewania to stuprocentowy Osbourne) i riffach w postaci miażdżących, powolnych walców, niemalże wymyślonych przez Tony'ego Iommiego. Sekcja rytmiczna, która mogłaby wnieść cokolwiek własnego, gra w całkowicie schematyczny i prosty sposób, tak żeby przypadkiem nie zagłuszyć gitarowych popisów gwiazdora programu.
Powód, dla którego przypominam ten album, jest bardzo smutny. 12 czerwca zmarł Jon Hiseman - brytyjski perkusista, znany przede wszystkim z grupy Colosseum. Właśnie na czas pierwszego okresu działalności zespołu, na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku, przypadł szczytowy okres twórczości Hisemana, zarówno pod względem komercyjnym, jak i przede wszystkim artystycznym. Colosseum był jednym z pierwszych zespołów, które w dojrzały sposób łączyły muzykę rockową z jazzem i bluesem. Oficjalnym debiutem zespołu jest wydany na początku 1969 roku album "Those Who Are About to Die Salute You". Styl zespołu narodził się jednak nieco wcześniej, na innym wydawnictwie. W 1968 roku Jon Hiseman, saksofonista Dick Heckstall-Smith i basista Tony Reeves byli członkami Bluesbreakers Johna Mayalla i wzięli udział w nagraniu albumu "Bare Wires", który wyraźnie zapowiadał ich późniejsze dokonania pod szyldem Colosseum.
Chyba nikt się nie spodziewał, że w 2018 roku światło dzienne ujrzy nowy studyjny album Johna Coltrane'a. Jakiś czas temu rodzina Naimy Coltrane - pierwszej żony saksofonisty - odnalazła taśmę z niepublikowanym wcześniej materiałem. Przekazano ją wytwórni Impulse!, gdzie pod okiem Raviego Coltrane'a (syna Johna i jego drugiej żony, Alice) i Kena Drukera przygotowano jej zawartość do wydania. "Both Directions at Once: The Lost Album" ukazał się 29 czerwca w dwóch wersjach, każda jest dostępna w wydaniu winylowym i kompaktowym. Podstawowa zawiera siedem utworów, a rozszerzona czternaście (bonusy to alternatywne podejścia do części nagrań z podstawowego wydania).
Do niedawna nawet bym nie pomyślał, że napiszę na temat Bullet For My Valentine choć jedną linijkę recenzji. To zespół, który z nawiązką przekroczył granicę tego, co rozpatruję w kategorii znośnego "guilty pleasure". Jednak zapowiedzi nowego krążka grupy, obiecujące zmianę stylistyczną, przyprawiły mnie o niekontrolowane ataki śmiechu i sprawiły, że nie mogłem przejść obok tego obojętnie. Gdy dodatkowo przeczytałem kilka pozytywnych recenzji (!) tego, co Walijczycy tym razem zaproponowali, było już pewne, że nie mogę tej sprawy przemilczeć. Na "Gravity" faktycznie mamy do czynienia z pewnymi zmianami. Artyści jeszcze bardziej przeprodukowali muzykę, odsuwając na dalszy plan agresywne riffy na rzecz okropnych melodyjek, w których tworzeniu są mistrzami. Ten album jest nieco łagodniejszy od poprzednich, co i tak nie zmienia zasadniczej istoty Bullet For My Valentine - to wciąż tandetny pop udający metal. A robi to tak nieudolnie, że chyba nawet najwięksi metalowi laicy już nie dają się nabrać. Wokalista na zmianę jęczy i się wydziera, gitary bezmyślnie łomoczą, sekcja rytmiczna bezmyślnie łomocze razem z nimi, brzmienie potęguje poczucie żenady. Wszystko jest tu na swoim miejscu, tak samo okropne jak zawsze, a może nawet bardziej.
John Mayall jest już niestety muzykiem mocno zapomnianym. I jest to cholernie niesprawiedliwe. Mówimy tu bowiem o jednej z najważniejszych postaci w historii muzyki. Gdyby stworzyć choćby uproszczony schemat historii powstawania gatunków muzycznych i powiązań między nimi, to nazwisko Mayalla można by połączyć grubą kreską nawet z hard rockiem, a tym samym także z heavy metalem. Jest on bowiem ojcem brytyjskiego bluesa, tudzież blues rocka. Oczywiście jest to pewne uproszczenie. Jeden z najwspanialszych gatunków muzycznych nie mógł powstać za sprawą tylko jednej osoby. Pokłony należą się także choćby grupie Paul Butterfield Blues Band. Jednak to właśnie Mayall był głównym nestorem całego ruchu, jako najstarszy (a z pewnością jeden z najstarszych) przedstawiciel pokolenia brytyjskich rockmanów zafascynowanych bluesem i zdefiniował, jak grać go "po angielsku". W jego zespole Bluesbreakers grało wielu znamienitych muzyków, przy czym niektórzy dosłownie wyszli spod jego skrzydeł. Wyliczenie ich wszystkich wydłużyłoby tę recenzję dwukrotnie, ograniczę się więc tylko do kilku. Eric Clapton i Jack Bruce - Cream. Peter Green - współtwórca i pierwszy lider Fleetwood Mac, dziś znanego niestety głównie ze swej późniejszej, pop-rockowej twórczości. Mick Taylor - najlepszy instrumentalista, jaki kiedykolwiek grał w The Rolling Stones. Mick Fleetwood i John McVie - Fleetwood Mac. Keef Hartley i Aynsley Dunbar - wybitni perkusiści, którzy po odejściu z Bluesbreakers założyli własne zespoły blues-rockowe. Freddy Robinson - zapewne najmniej znany spośród tych muzyków fantastyczny gitarzysta. Czy komuś potrzeba więcej?
Ornette Coleman to, obok Johna Coltrane'a, Milesa Davisa i Herbiego Hancocka, najważniejsza i najpopularniejsza postać współczesnego (powojennego) jazzu. Prawdziwy innowator, jeden z prekursorów free jazzu. Już nagrany i wydany w 1959 roku album "The Shape of Jazz to Come" przyniósł zaskakującą i bardzo wówczas kontrowersyjną muzykę. Coleman rozluźnił na nim struktury utworów i zrezygnował z harmonicznego instrumentu, jakim jest pianino, dzięki czemu instrumentaliści mieli znacznie większe możliwości improwizacji. Z perspektywy czasu album nie wydaje się jednak aż tak szokujący – to wciąż granie silnie zakorzenione w jazzie lat pięćdziesiątych i ograniczone typowym dla niego schematem temat-solówki-temat. Prawdziwa rewolucja nastąpiła dwa lata później.
Polska scena muzyczna ostatnimi czasy bardzo dobrze się rozwija. Wacław Zimpel, Jakub Ziołek, Alameda Organisation, Lonker See, Light Corporation - naprawdę mamy kim się pochwalić. Kolejną z interesujących, nowych polskich grup jest Miłosz Bazarnik Trio, która kilka dni temu zadebiutowała albumem "Trip Of A Lifetime". Nie jest to dzieło wybitne, ale na pewno godne uwagi. Zespół tworzą pianista Miłosz Bazarnik (lider i założyciel), basista Krystian Teliżyn i perkusistka Liliana Zieniawa. Muzycy współpracują ze sobą już od co najmniej sześć lat, wcześniej jednak skupiali się na koncertowaniu i braniu udziału w konkursach muzycznych. Na początku współtworzyli Voodoo Mob, którego Miłosz Bazarnik Trio jest w zasadzie logiczną kontynuacją. Przyczyną założenia nowego zespołu o innej nazwie było prawdopodobnie wyłącznie rozstanie z perkusistą Tomaszem Czaderskim. Jako główne inspiracje tria wskazuje się modern jazz (można pod to podpiąć właściwie każdą odmianę jazzu powstałą po 1945 roku), Milesa Davisa i jazz skandynawski spod znaku Esbjörna Svenssona. Osobiście słyszę najwięcej podobieństw do tego ostatniego. To ten sam rodzaj klarownej, bardzo dokładnej muzyki, tyle że jeszcze bardziej (momentami wręcz matematycznie) wykalkulowanej i pozbawionej tak wyraźnego kontrastu między momentami spokojnymi i dynamicznymi. Trio Bazarnika ma bardzo "białe" (mało ekspresyjne) podejście do jazzu. Doskonale słychać to w dwuczęściowym utworze tytułowym. O ile pierwsza część jest całkiem energiczna, tak druga wydaje się zagrana ze stoickim spokojem.
"Come With Me" to debiut wrocławskiego Symptomu Izera. Jednak od pierwszych dźwięków albumu słychać, że nie mamy do czynienia z debiutantami, lecz doświadczonymi muzykami. I tak faktycznie jest. Członkowie zespołu przez lata zbierali doświadczenie w innych formacjach. Dzięki temu Symptom Izera startuje z wysokiego pułapu i wskakuje do czołówki najciekawszych gitarowych albumów wydanych w tym roku. Gitarowych? No właśnie... Już na samym starcie "Come With Me" pojawia się problem z zaszufladkowaniem tego wydawnictwa. Niby to rock, ale nie taki zwyczajny. Czuć tu elementy progresji, nawiązań do lat dziewięćdziesiątych polskiej i amerykańskiej sceny. Gdzieś przewija się Deftones, w innym miejscu Tool, jeszcze innym coś z grunge'u. Zespół płynnie przeskakuje między lekkością i ciężarem, dynamiką i spokojem. Efekt brzmi nadzwyczaj dobrze.
Bydgoski projekt Alameda Organisation występował już w różnych konfiguracjach - jako trio, kwintet i duet (za każdym razem odpowiednio modyfikując nazwę). "Czarna woda", czwarty album kolektywu, nagrany został w kwartecie. Podstawą składu są, jak zwykle, Jakub Ziołek i Mikołaj Zieliński. W najnowszym wcieleniu dołączył do nich perkusista Tomasz Popowski, znany już z Alamedy 3, a także zupełnie nowy muzyk - gitarzysta Krzysztof Kaliski (początkowo w projekt zaangażowany był jednak Raphael Rogiński, który musiał zrezygnować z powodu innych zobowiązań). W nagraniach wzięło udział także kilkoro gości, w tym Łukasz Jędrzejczak ze składu Alamedy 5. Dotychczasowe albumy Alamedy różnią się nie tylko składem i numerkami w nazwie, ale także pod względem stylistycznym. Debiutancki "Późne królestwo" z 2013 roku, nagrany w trio, to mieszanka noise'u, psychodelii i shoegaze'u, z momentami o nieco folkowym charakterze. Później przyszła pora na bardziej elektroniczny "Duch tornada" (2015), nagrany jako Alameda 5. A w zeszłym roku ukazał się akustyczny, inspirowany starożytną muzyką grecką i amerykańskim prymitywizmem "The Luminous Guitar Craft", sygnowany nazwą Alameda Duo.
Jeśli miałbym do czegoś przyrównać muzykę Saxon, to do torebki herbaty. Tej samej, parzonej w kółko. Wiadomo, przy odpowiedniej zręczności da się to zrobić wiele razy, ale przy każdym kolejnym zalewie jej zawartość będzie coraz bardziej rozwodniona. Sasi są wielką, uznaną legendą brytyjskiego heavy metalu i tego nikt, a już na pewno ja, im nie odbierze, lecz to nie zmienia faktu, że oni swoją torebkę parzą co najmniej po raz dziesiąty. "Thunderbolt" to już ten etap, gdy w szklance jest więcej wody niż herbaty.
Jest coś przewrotnego w tym, że urządzeniami funkcjonującymi najkrócej na rynku audio są dziś te, które pod względem technologicznym wydają się najbardziej zaawansowane. Dobry wzmacniacz może pracować przez trzydzieści lat,...
Choć przetworniki cyfrowo-analogowe istniały znacznie wcześniej, na przykład jako elementy odtwarzaczy płyt kompaktowych, ich kariera rozkręciła się na dobre w erze plików. Dla wielu melomanów DAC był jednym z najbardziej...
Kilkanaście lat temu temat przesyłania i poprawiania dźwięku z komputera wydawał się znacznie prostszy niż dzisiaj. Większość laptopów miała przeciętne wyjścia słuchawkowe, telefony wyposażano jeszcze w gniazda 3,5 mm, a...
Bannery boczne
Komentarze
DJ
Proponuję opracować również wersję dla DJ-ów, taką z większą powierzchnią drgającą, aby można było ręcznie przesuwać ją pod igłą...
Założyłem sobie konto i rozpocząłem import albumów tracków ze Spotify i Tidala, głównie jazz i klasyka. Około 20% się nie pokryło, aczkolwiek zapewne również z ...
Przez wieki jedynym sposobem na delektowanie się muzyką było udanie się osobiście na koncert, recital lub jakiś mniejszy występ. Oczywiście zwykłemu zjadaczowi chleba nie dane było usłyszeć niczego oprócz karczemnych zespołów biesiadnych. Na takie ekscesy jak pełnoprawny koncert w operze, teatrze lub sali koncertowej pozwolić sobie mogli jedynie najbardziej zamożni,...
Nothing has never been particularly interested in making products that look like everyone else's. From transparent smartphones to earbuds that resemble tiny pieces of industrial machinery, the London-based company has built much of its identity around doing things differently, sometimes...
For years, we've been told that the future of home audio belongs to wireless speakers, streaming services, and devices controlled entirely through smartphone apps. And yet, somehow, the traditional micro hi-fi system refuses to disappear. It's not particularly difficult to...
Power supplies are rarely the most exciting part of a hi-fi system. Nobody invites friends over to admire a particularly impressive wall adapter, and even the most enthusiastic audiophiles probably spend more time discussing DAC chips, amplifier topologies, and speaker...
Rega - nazwa znana i ceniona w całym świecie audio, głównie z powodu znakomitych gramofonów, ale także innych komponentów hi-fi. Każdy, kto choć trochę interesuje się sprzętem grającym, doskonale woe, że produkty brytyjskiej legendy są uważane za jedne z najlepszych na świecie i chyba każdy marzy, aby chociaż raz sprawdzić...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Michał