Belgijska grupa Hooverphonic to już prawdziwi wyjadacze. Goszczą na rynku muzycznym od dziewiętnastu lat i zdaje się, że nie mają zamiaru kończyć swojej przygody z muzyką. Niestraszne im wielokrotne zmiany ani składu grupy, ani pomysłów na tworzoną muzykę. Aktualnie promują nowy, ósmy w ich karierze album studyjny. Jednocześnie jest to drugi krążek nagrany z nową wokalistką Noémi Wolfs, która dołączyła do zespołu w 2010 roku. Świeża krew wniosła też całkiem ciekawą ideę realizacyjną. Muzycy zdecydowali się na powrót do analogowych brzmień, jakie prezentowali w początkowych latach działalności zespołu. Choć właściwie kto po to tylu latach pamięta, jak to było na początku... Jako, że wszystkie nagrane dźwięku mają być całkowicie naturalne, podjęto decyzję o porzuceniu komputera. Zrezygnowano również ze studiów nagraniowych dysponujących najnowocześniejszych wyposażeniem. Tak powstał projekt "Hooverdomestic". Zespół odwiedzał ludzi, którzy zgłosili, że w ich domu można osiągnąć właśnie naturalnie, ciekawe dla artystów dźwięki. Wszystko było skrzętnie nagrywane, a obecnie dostępne jest na YouTubie pod nazwą "Hooverdomestic Diary". Niewątpliwie dużo zachodu, a czy album jest tego wart?
Osoba postronna, której puściłoby się debiutancki i ostatni album Blindead, miałaby zapewne problemy z identyfikacją, że to ten sam zespół. "Devouring Weakness" i "Absence" dzieli 7 lat i przepaść muzyczna. W żadnym wypadku nie jest to przepaść jakościowa, raczej gatunkowa. Krążek z 2013 roku można podciągnąć pod granie progresywne, natomiast debiut z 2006 roku to rasowy sludge/post metal. I to w tej cięższej odsłonie. W swojej kolekcji mam kilkadziesiąt krążków z obu gatunków i ciężko mi przyrównać "Devouring Weakness" z którymkolwiek z nich. Ani to czysty Neurosis ani Isis, Cult Of Luna też nie bardzo. Nawiązania do filarów gatunku czuć, ale trudno mówić o kopiowaniu. Świadczy to o tym, że już na debiucie ekipa Blindead wypracowała swój własny styl, który na późniejszych wydawnictwach dalej doszlifowywała. "Devouring Weakness" to przede wszystkim miażdżące riffy tworzące ścianę dźwięków i wwiercające się słuchaczowi w głowę (przeważnie w wolnym, walcowatym tempie). Do tego dochodzi dominujący na krążku growling Zwolińskiego.
Żyjemy w ciągłym biegu, pośpiechu. Dzień w dzień gonimy nie wiadomo za czym. Wszystko dąży do minimalizacji, maksymalnego skracania i okrajania ile wlezie. A tu nagle pojawia się (a właściwie pojawiła w 2006 roku) ekipa Mouth Of The Architect ze swoim drugim krążkiem "The Ties That Blind", który idzie na przekór światowym tendencjom. Zamiast minimalizacji maksymalizuje, nie skraca i w żadnym wypadku nie próbuje niczego okroić. Przy pierwszym przesłuchaniu możemy się lekko zdziwić. Po dwóch pierwszych utworach "Baobab" i "No One Wished To Settle Here" mamy już 25 minut krążka za sobą. Jak to się stało? Jak to możliwe, że to tak szybko zleciało? Otóż sprawa jest prosta - The Ties That Blind to muzyka inteligentna, wielowarstwowa i niesamowicie bogata. Wiadomo czym charakteryzuje się post metal - spokojne, muzyczne pejzaże przeplatają się z fragmentami ciężkimi i darciem ryja. Nie inaczej jest i w tym przypadku. O ile darcie ryja wydaje się być standardowe i niczym się nie wyróżnia, o tyle spokojne fragmenty to zdecydowanie gwóźdź programu.
Kolejne ekskluzywne wydanie specjalne wytwórni Audio Cave to rzecz bardzo oryginalna, wręcz dziwna. Na okładce oprócz nazwy zespołu i tytułu albumu widnieje tylko czerwone oko w trójkącie. Jeżeli trochę poszperacie, dowiecie się, że symbol ten często pojawia się na okładkach, w książeczkach i teledyskach. Zaintrygowany otwieram więc grubą pokrywę pudełka, a tam winylowa wersja albumu, duża wkładka od wytwórni Audio Cave, a pod spodem wydanie kompaktowe i specjalny prezent - niewielki witraż z motywem czerwonego trójkąta z okiem w środku. W wydaniu winylowym znajdziemy dodatkowo coś w rodzaju plakatu - baranki stojące pod czymś w rodzaju ołtarza, kielich liturgiczny i ponownie czerwone oko w trójkącie. Jeżeli ten symbol ma coś oznaczać, to jedno jest pewne - nie da się go przegapić. Płyta jest dziełem Duncana Pattersona, który wcześniej działał między innymi w grupie Anathema. Co ciekawe, jeden z jej albumów nosił tytuł "Alternative 4" i właśnie na tym krążku Patterson udzielał się tam po raz ostatni.
Gdy w ciemno podejmuję się recenzowania płyt, często miewam złe przeczucia. Tak właśnie było w przypadku tego krążka. Już po pierwszych kilku dźwiękach okazało się, że te przeczucia były całkowicie nieuzasadnione. Atek Radej to swego rodzaju człowiek instytucja - gitarzysta, keyboardzista, kompozytor, realizator i producent. "Not Too Old" to efekt zebrania do kupy jego pomysłów z ostatnich lat. Trzeba przyznać, że efekt jest co najmniej dobry. Elektroniczne wprowadzenie "Introminium" nie powala i może wprowadzić słuchacza w błąd, ale już drugi w kolejce "Wawasek" naprowadza odbiorcę na właściwe tory - jest gitarowo, ciężko, klimatycznie. Świetnie prezentuje się chwilowe zwolnienie i wyciszenie w drugiej części utworu. "Four Death Metal" to jeszcze cięższe granie i jednocześnie popis umiejętności gitarowych wykonawcy. Co jak co, ale trzeba przyznać, że Atek umie posługiwać się tym instrumentem. W konwencji rockowej czy też nawet metalowej utrzymane są jeszcze "Drama & Grama", "Creatura" i "DB Gui". Po nich następuje krótki przerywnik - "Trominium" - po którym jest już tylko szok i niedowierzanie.
Końcówka roku zawsze jest okazją do produkowania różnego rodzaju bilansów i podsumowań. Postanowiliśmy więc sporządzić listę najlepszych i najgorszych płyt wydanych w 2013 roku. Ocenialiśmy je na bieżąco publikując recenzje, których ukazało się aż 120. Jednak nie wszystkie z opisywanych przez nas krążków spełniały wymóg dotyczący roku wydania. Musieliśmy więc przesiać teksty w poszukiwaniu największych hitów i porażek, które zostały wydane na świat w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Dodatkowych kategorii nie wprowadzamy, bo nie ma sensu dzielić muzyki na polską i zagraniczną, ciężką i lekką albo zdrową i niezdrową. Ostatecznie liczy się przecież to, czy muzyka nam się podoba czy nie.
Jak zawsze, muszę dorzucić swoje trzy grosze. Tutaj dosłownie trzy. Mianowicie, chodzi o albumy które wybitnie pasują do uplasowania się na każdej szanującej się liście. Arctic Monkeys - AM, David Bowie - The Next Day, The National - Trouble Will Find Me. Wydaje mi się, że są to wydawnictwa na tyle ...
Dawno żaden nowo poznany zespół nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak ekipa Obscure Sphinx. Wszystko zaczęło się bardzo niepozornie, od okładki - z jednej strony odpychającej i przerażającej, z drugiej zaś intrygującej i przyciągającej uwagę. Obraz pojawił się przy recenzji wychwalającej "Void Mother" pod niebiosa. Zacząłem drążyć i okazało się, że nie jest to odosobniona opinia. Po przesłuchaniu dwóch utworów w sieci, dorwałem cały krążek i szybko dołączyłem do grona jego wielbicieli. "Void Mother" to drugie wydawnictwo warszawskiego zespołu, który został założony niedawno, bo w 2008 roku. Ich pierwszy album nie narobił wielkiego zamieszania, ale jego następca ma na to spore szanse. A to dlatego, że Void Mother to jeden z najlepszych albumów sludge/post metalowych, które powstały w naszym kraju. I wcale nie rzucam słów na wiatr. Obscure Sphinx to ekipa, która ma łeb na karku i wie czego chce, a efekt ich prac powala. Jest to dzieło spójne, przemyślane, intrygujące, hipnotyzujące, uzależniające.
Klimat Świąt Bożego Narodzenia jest mi obcy mniej więcej w takim samym stopniu co język mandaryński. Jako, że muzycznym symbolem tego, bądź co bądź, radosnego czasu jest rzewna piosenka o nieodwzajemnionej miłości oraz pianie pani, która na swoje operacje plastyczne wydała więcej, niż ja potrzebowałabym na swoje wymarzone Ferrari, postanowiłam uduchowić się w inny sposób. W ręce wpadła mi ostatnia propozycja wydawnictwa DUX, a jednocześnie ósma płyta Chóru Katedry Warszawsko-Praskiej Musica Sacra, stanowiąca antologię polskiej i światowej muzyki chóralnej, w większości o tematyce religijnej. Na krążku zarejestrowano 19 dzieł autorstwa czołowych dwudziestowiecznych twórców polskich, kompozytorów młodego pokolenia, a także twórców należących do światowej elity muzyki chóralnej. Najciekawszym aspektem tego wydawnictwa jest obsada chóru żeńskiego w zróżnicowanych konfiguracjach, w towarzystwie fortepianu i organów. Pierwsze dźwięki usłyszane tuż po włączeniu "Prayer" przywodzą na myśl utwory belgijskiego chóru żeńskiego Scala & Kolacny Brothers.
Skoro mój stosunek do klimatu świątecznego okazał się tak istotnym tematem, śpieszę z wytłumaczeniem. Jeśli piszę, że jest mi obcy to można spodziewać się, że jest mi obcy :) I nie, nie znam w ogóle języka mandaryńskiego.
Zazwyczaj instynktownie uciekam na widok wszelkiego rodzaju produktów oblepianych na siłę gwiazdeczkami, reniferami i kolesiem z białą brodą. Czy są to perfumy czy czekoladki, zawsze myślę sobie, że za dwa miesiące będą stały na tych samych półkach z serduszkami, potem w komplecie z goździkiem i pończochami, a następnie z jajeczkiem i czekoladowym zajączkiem. Nie jestem porządnym obywatelem wykupującym ze sklepów wszystko jak leci pod pretekstem jakichkolwiek świąt. Zwróciłem jednak uwagę na płytę Włodka Pawlika, bo po pierwsze mam do niego duży szacunek, po drugie jest to krążek z kolędami zaaranżowanymi na jazzowo (chyba nie sprawdzi się jako upominek na walentynki), a po trzecie - to muzyka, więc ani się tym nie można spaść jak świnia ani też nikt nie powie, że człowiek pod pretekstem urodzin Jezusa kupuje sobie PlayStation i od razu po wigilii będzie napierniczał karabinem w potwory z Czarnobyla. Z odsłuchem poczekałem do momentu, kiedy śledzik zamieszkał w lodówce i wszystko było już wstępnie dopięte. Donoszę więc, że Włodek wykonał kawał dobrej roboty.
Czy tego chcemy, czy nie, święta zbliżają się nieuchronnie. Niektórzy przygotowują się do nich już od dawna - recenzowana tu EP-ka ukazała się we wrześniu. Jest to zbiór ośmiu tradycyjnych pieśni bożonarodzeniowych w wykonaniu grupy Bad Religion. Czego można się spodziewać po zespole z taką nazwą? Parodii świątecznych utworów, z poprzekręcanymi tekstami? Cóż, takie rzeczy już nagrywali w przeszłości... Tym razem zaproponowali coś odmiennego. Teksty pozostały bez zmian, za to podkład muzyczny został zaaranżowany w typowym dla Bad Religion stylu.
Sennheiser w swojej historii wydał na świat tyle świetnych słuchawek, że gdyby ktoś chciał ułożyć listę najważniejszych modeli wszech czasów, spokojnie mógłby stworzyć ją wyłącznie z produktów tej jednej firmy....
Niektóre firmy wchodzą do świata hi-fi frontowymi drzwiami, budując swoją legendę przez dekady wokół kilku wysokiej klasy wzmacniaczy, kolumn albo gramofonów, a potem ostrożnie poszerzając katalog o kolejne segmenty. Inne...
Advance Paris nie jest marką nową, choć przez długi czas funkcjonowała na rynku trochę obok głównego nurtu audiofilskich rozmów. Firma wystartowała w 1995 roku jako Advance Acoustic. Początkowo oferowała zestawy...
Bannery boczne
Komentarze
stereolife
@Artur - To jest raczej uzależnione od źródła. Jeżeli odtwarzacz ma konstrukcję symetryczną, prawdopodobnie warto będzie sprawdzić, czy połączenie XLR okaże się...
@Artur - Trzeba to sprawdzić na słuch i nie instalować w ciemno. Niestety znakomita większość wzmacniaczy z wejściami zbalansowanymi (obojętne, tranzystor czy l...
Jako były posiadacz Charybdis podpisuję się pod całym testem recenzji. Już wkrótce naprawię swój błąd i powrócę do nich ;) Nie słyszałem obiektywnie nic co grał...
Podczas jednej z ostatnich rodzinnych wizyt prezentowałem zainteresowanemu członkowi rodziny swój zestaw grający. Usłyszałem wtedy dość intrygujące pytania: "A wzmacniacz nie powinien mieć korektora? Ma tylko pokrętło głośności?". Padły one z ust osoby, dla której czymś całkowicie naturalnym jest, że nawet współczesny amplituner kina domowego, z którego zresztą obecnie korzysta,...
Co przychodzi nam do głowy, kiedy myślimy o Francji? Wiadomo - świetna kuchnia, doskonałe wina i sery, luksusowe perfumy, nowoczesna architektura, pokazy mody, festiwale filmowe, słynni malarze i wiecznie zakorkowane uliczki Paryża. Dla amatorów sprzętu hi-fi jest to także jeden z najważniejszych krajów na audiofilskiej mapie świata. To właśnie tutaj...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
Harmony Korine