Płytowe Podsumowanie Roku 2016
- Kategoria: Płyty
- StereoLife

Rozmaite podsumowania mijającego roku pojawiające się w mediach chyba nie są zbyt pozytywne. Stacje telewizyjne prześcigają się w przypominaniu nam największych tragedii, zamachów, kryzysów i katastrof naturalnych, jakie nawiedziły naszą planetę w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Na szczęście, podobnie jak w życiu codziennym, tak i pod koniec roku można oderwać się od tego wszystkiego i uciec w świat muzyki. A tu również działo się niezwykle dużo. Były premiery długo wyczekiwanych albumów i reedycji, były powroty i zaskoczenia, a także ciekawe albumy, które początkowo pachniały kichą, a okazały się być całkiem ciekawymi wydawnictwami. Tradycyjnie więc postanowiliśmy zrobić małe podsumowanie zawierające zarówno płyty, które opisywaliśmy, jak i te, których recenzje z jakichś powodów nie ukazały się na łamach naszego portalu.
2016 rok w muzyce to przede wszystkim premiery nowych płyt takich gwiazd, jak David Bowie, PJ Harvey, Tides From Nebula, Die Antwoord, Leonard Cohen czy Sting. Wyszaleć mogli się także fani muzyki granej na żywo. Do Polski zawitali między innymi Ellie Goulding, Ennio Morricone, Mariah Carey, Armin van Buuren, Rod Stewart, Maroon 5, The Cranberries, David Gilmour, Iron Maiden, Lionel Richie, Sting, Rihanna, Kings of Leon, The Cure, Placebo, Jean Michel Jarre czy Killing Joke. Niezwykle długa jest niestety lista artystów, którzy odeszli od nas w mijającym roku. David Bowie, Piotr Grudziński, Leonard Cohen, Bohdan Smoleń, Rick Parfitt i George Michael to tylko kilka bardzo zasłużonych postaci. Szkoda, że nie możemy zajrzeć w przyszłość i powiedzieć kto taki nam się w 2016 roku urodził. Miejmy nadzieję, że nie będą to tylko gwiazdy pokroju Justina Biebera. Co ciekawe, dotychczas w naszych podsumowaniach umieszczaliśmy zarówno hity, jak i kity zebrane z całego roku, jednak tym razem kitów było na tyle mało, że postanowiliśmy w ogóle o nich nie wspominać. Zresztą po co, skoro i tak nie ma sensu abyście sięgali po te wydawnictwa. Lecimy więc z najlepszymi płytami 2016 roku, oczywiście w kolejności alfabetycznej!
Hity
Acid Drinkers - Peep Show
Lata lecą ale w przypadku Kwasożłopów w ogóle tego nie widać i nie słychać. Co więcej, "Peep Show" jest najlepszym albumem jaki nagrali na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. Krążek jest niesamowicie energiczny, różnorodny i przebojowy, będący podróżą przez praktycznie całą wcześniejszą twórczość zespołu. Tak, jak przed premierą obawialiśmy się tego krążka, tak teraz bez cienia wątpliwości możemy stwierdzić, że Acidzi nagrali najlepszy krążek od kilkunastu lat. Świetny album.
Beyoncé - Lemonade
Kiedy życie daje Ci cytryny, zrób z nich lemoniadę, albo - gdy podobnie jak Beyoncé masz talent muzyczny - nagraj cały album, przekształcając swoje niezbyt optymistyczne emocje w garść piosenek. Amerykańska diva po raz kolejny postawiła Internet na głowie, wydając z zaskoczenia szósty solowy krążek "Lemonade". Beyoncé nagrała najmniej "piosenkową" płytę w swojej karierze. O ile na poprzednim wydawnictwie potencjał, by zostać przebojem miało kilka piosenek ("Pretty Hurts" i "Drunk in Love"), tak tu na próżno szukać wpadających w ucho refrenów. Mimo to, płyta jest znakomita, a wiele kompozycji można męczyć cały dzień.
Blindead - Ascension
Zmiana wokalisty, której się obawialiśmy, wcale nie wpłynęła na poziom twórczy zespołu, dzięki czemu otrzymaliśmy kolejną świetną pozycję w dyskografii Blindead. Czasy rasowego post metalu z pierwszych trzech albumów odeszły chyba bezpowrotnie, ale to, co prezentuje zespół od wydania "Absence" również chwyta za serce. "Ascension" to album bardziej różnorodny od poprzednika (chociażby "Fall" nawiązujący do najmroczniejszych zakamarków świadomości, w które zagłębia się twórczość Swans) ale równie emocjonalny i wciągający. Ponadto odrobinę cięższy.
Blues Pills - Lady in Gold
Jedna z największych nadziei muzyki rockowej ostatnich lat, powróciła z drugim albumem studyjnym. Choć od wydania debiutu, zatytułowanego po prostu "Blues Pills", minęły zaledwie dwa lata, zespół zdążył zmienić skład i przejść zaskakującą metamorfozę stylistyczną. Dominująca na debiucie inspiracja blues rockiem ustąpiła miejsca wpływom... Soulowym. Cieszy, że muzycy Blues Pills nie chcą stać w miejscu, tylko rozwijają swój styl - i to w dość zaskakującym i nietypowym, ale bardzo interesującym kierunku. "Lady in Gold" jest na pewno albumem bardziej dojrzałym od swojego poprzednika, choć pod względem kompozytorskim oba prezentują podobny poziom.
Chance The Rapper - Coloring Book
2016 był dobrym rokiem dla muzyki rapowanej. Danny Brown przebił się do pierwszej ligi hip-hopu, Frank Ocean dostarczył bardzo satysfakcjonujący drugi album solowy, a Kanye West znów podbił końcowo roczne rankingi krytyków pomimo kontrowersyjnego materiału, ale to Chancellor Bennett w tym roku usiadł na rapowym tronie. Trzeci mixtape Chance'a to sukces niezależności artystycznej - skierowany przeciwko wielkim wytwórniom, które raper bezwzględnie kontestuje, i udostępniony za darmo w Internecie, "Coloring Book" to znakomity zestaw świetnie napisanych, znakomicie zarapowanych i dobrze wyprodukowanych kawałków od gościa, który jest aktualnie na szczycie w swoim fachu. W dodatku album promienieje pozytywną energią, którą Chance nasycił te kawałki o potędze miłości, wiary i oddania dla muzyki. Może i to brzmi banalnie, ale Amerykaninowi udało się uniknąć patosu i kiczu dzięki wielkim pokładom emocjonalnej szczerości, uczciwej wrażliwości i fragmentom autobiograficznym.
Daughter - Not to Disappear
Nie byłoby Daughter, gdyby nie Elena Tonra. Wokalistka muzyką zainteresowała się w młodym wieku, kiedy w jej ręce trafił album "Grace" Jeffa Buckley'a. Zaczęła pisać, komponować. Chwilę później i występować, lecz szybko stwierdziła, że nie interesuje jej solowa kariera. Nawiązała współpracę z Igorem Haefeli i Remim Aguilellą, tworząc trio, w którym członkowie pochodzą z rożnych państw, lecz ich muzyczne inspiracje są podobne. Daughter nie tylko konsekwentnie budują swój wizerunek jako zespołu, którego piosenki nie mają ani trochę komercyjnego pierwiastka, ale i ponownie na swoim wydawnictwie umieścili dziesięć utworów. W przypadku muzyki, jaką grupa nam serwuje, taka liczba to przemyślane zagranie - ani się nie znudzimy, ani nie odczujemy niedosytu.
David Bowie - Blackstar
2016 był rokiem mocno nacechowanym tragicznie, ale jak mogło być inaczej, skoro pierwszym wielkim albumem tych dwunastu miesięcy był krążek dosłownie przesiąknięty śmiercią? Finalny longplej Davida Bowiego to materiał ideologicznie ciężki, lecz nad wyraz intrygujący brzmieniowo, przez co interesuje nawet bez pożegnalnego kontekstu. Dzięki frapującej miksturze eksperymentalnego rocka, awangardowego popu i alternatywnego jazzu, "Blackstar" jest fascynującą ostatnią płytą jednego z najbardziej niebanalnych artystów dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku.
Dinosaur Jr. - Give A Glimpse Of What Yer Not
W Internecie zdania na temat tego albumu są bardzo podzielone. My należymy do grupy wychwalającej i słuchanie "Give A Glimpse Of What Yer Not" sprawia nam o wiele większą frajdę, niż na przykład poprzedniego albumu, chociażby ze względu na większą chwytliwość i przebojowość.
Droids Attack - Sci-Fi Or Die
To, co nie wyszło w przypadku nowego albumu Red Fang, udało się w 100% ekipie Droids Attack. Ich album jest energiczną, stonerową petardą, która porywa od pierwszych do ostatnich dźwięków. Jest moc, jest dynamika, jest przebojowość i potężne brzmienie - czego chcieć więcej? Świetnej poligrafii wydawnictwa? Tę też tutaj mamy!
Godbite - The Aristocrats
Szalonych szczecinian mieliśmy na tapecie od dawna - od kiedy usłyszeliśmy rozwalający na łopatki "You Can Lead a Horse", który do dziś uważamy za najbardziej niedoceniony polski singiel ostatnich lat. Ciężka i surowa produkcja otacza zaskakująco przystępne wnętrze odznaczające się potężnym wokalem, a elektryzujący finał zachęca do kliknięcia "repeat". W tym roku chłopaki dostarczyli debiutancki longplej, który nie zawiódł, bowiem przyniósł konkretną porcję przyjemnie odjechanego i uczciwie nieszablonowego grania zanurzonego w ostrych klimatach i agresywnej estetyce, obdarzonego niebanalnymi tekstami śpiewanymi nie tylko świetnym głosem, ale i dobrym angielskim (co wcale nie jest tak oczywiste nawet w roku 2016). Na duży plus zasługuje opakowanie fizycznego nośnika, bo to jedna z najładniej wydanych płyt roku. Świetna kapela, którą należy jak najprędzej nadrobić, jeśli ktoś jeszcze się z nią nie zetknął.
Gojira - Magma
Najłatwiejszy album w dorobku grupy. Jednocześnie charakterystyczny styl został zachowany i doszła do niego swego rodzaju przebojowość dzięki czemu Gojira mogła zaistnieć w szerszych mediach niż do tej pory. Nie jest to najmocniejsza pozycja w dyskografii Gojiry, ale poziom nieosiągalny dla wielu zespołów utrzymano.
Greenleaf - Rise Above The Meadows
Nie wiemy jakim cudem do tej pory twórczość Szwedów nam umykała, ale całe szczęście, że w końcu na nią trafiliśmy. "Rise Above The Meadows" to energiczna dawka stonera połączonego z klimatami lat, które dawno temu przeminęły. Do tego dochodzi wokal przenoszący słuchacza w czasy Morrisona czy też Planta. Świetna rzecz!
Gwen Stefani - This Is What the Truth Feels Like
Kiedyś często nagrywała płyty ze swoją kapelą No Doubt, a także chętnie dzieliła się z nami solowymi utworami. Dziś Gwen Stefani bardziej znana jest jako jurorka talent show "The Voice", projektantka mody i kobieta, która przez swój młody wygląd podejrzewana jest o przywłaszczenie sobie kamienia filozoficznego. Do trzeciej solowej płyty Stefani podchodziliśmy bez żadnych oczekiwań, ale świetnie jest się czasem tak miło zaskoczyć. Gwen ponownie udowodniła, że jest w stanie robić muzykę, której chce się słuchać. Na "This Is What the Truth Feels Like" pop jest podstawą do eksperymentów. Może mniej odważnych aniżeli na "L.A.M.B.", ale wciąż potrafiących postawić Amerykankę w gronie najciekawszych kobiecych postaci na światowej scenie.
Iggy Pop - Post Pop Depression
9-trackowe wydawnictwo wyprodukowane zostało przez Homme'a, który dla Iggy Popa stworzył materiał, przypominający wydany w 2013 roku album Queens of the Stone Age "...Like Clockwork". Na "Post Pop Depression" również trafiły dopracowane, wyszlifowane numery spod szyldu "alternatywny rock". Jednak mniej tu piosenek, które tak jak "The Vampyre of Time and Memory" czy "...Like Clockwork" potrafią zagrać na emocjach. Iggy i jego kumple postawili na dobrą zabawę, nagrywając przy tym płytę, która na długo pozostaje w odtwarzaczu.
Łona i Webber - Nawiasem Mówiąc
Łona jest jak Zawisza - zawsze można na nim polegać. Niektórzy zarzucają mu wtórność i jechanie na tych samych patentach od lat. Ale spójrzmy prawdzie w oczy - kto chciałby aby Łona z Webberem się zmienili? "Nawiasem Mówiąc" to kolejna trafna i inteligentna ocena otaczającego nas świata ubrana w świetne podkłady, których zamawiający pre-ordera mogą posłuchać bez udziału Łony.
Meshuggah - The Violent Sleep Of Reason
Ciężki, toporny, specyficzny, odstraszający, fascynujący. Dodatkowo niesamowicie wymagający - chyba najbardziej obok "Catch 33". Przebrnięcie przez całość "na raz" jest dość dużym wyzwaniem ale jednocześnie ciekawym przeżyciem dla fanów połamanych dźwięków spod szyldu "djent".
Mouth Of The Architect - Path Of Eight
Album, w przypadku którego pierwsze wrażenie ewidentnie kuleje. Z każdym kolejnym jest jednak zdecydowanie lepiej a po kilkunastu kontaktach krążek ten wyrasta na jedną z ciekawszych rzeczy, jaka powstała w tym roku w post metalowym świecie. Chociaż nie jest to tak rasowy post do jakiego zespół przyzwyczaił słuchaczy na trzecg pierwszych albumach.
Nick Cave & The Bad Seeds - Skeleton Tree
Najnowszy album Nicka Cave'a i jego Złych Nasion to dzieło zrodzone w smutku. Choć "Skeleton Tree" zaczął powstawać przed tym wydarzeniem, tragiczna śmierć syna Cave'a odcisnęła bolesne piętno na nowym krążku Australijczyka, nadając jej przejmująco intymny i emocjonalnie wiarygodny charakter. W teksty na "Skeleton Tree" wpleciono wręcz niezręcznie osobiste elementy autobiograficzne, zaś dla wzmocnienia przekazu kompozycje ubrano w oszczędne, chwilami minimalistyczne aranżacje. Z twórcy niepokojących opowieści fikcyjnych, Nick Cave przekształcił się w autora strasznej historii o swoim własnym życiu.
Obscure Sphinx - Epitaphs
Najtrudniejszy album w dorobku grupy, najcięższy do przetrawienia i do zaakceptowania. Sami na początku mieliśmy problemy z jego przyswojeniem. Jednak po wielokrotnym przesłuchaniu okazuje się być dziełem najbardziej dojrzałym i dopracowanym i w zasadzie po kilku miesiącach od premiery powinniśmy napisać recenzję od nowa, bo tamta nie odzwierciedla uczuć po kilkudziesięciu przesłuchaniach. Monumentalna klamra spinająca krążek ("Nothing Left" i "At The Mouth Of The Sounding Sea") jest jedną z najlepszych rzeczy jakie przydarzyły się polskiemu post metalowi. Mamy nadzieję, że ktoś w końcu doceni zespół (Nuclear Blast, Earache?) i pozwoli mu wypłynąć na szerokie wody, bo ekipa Obscure Sphinx w pełni na to zasługuje - zarówno pod względem poziomu artystycznego w studio, jak i na scenie - Wielebna jest demonem.
Pelander - Time
Podobno w dzisiejszych czasach muzycy nie zarabiają na wydawaniu nowych albumów, a tylko na koncertowaniu - stąd też więcej czasu spędzają na trasach, niż w studiu. W tym kontekście dziwić może podejście Szwedów z Witchcraft, którzy ostatni koncert zagrali trzy lata temu - wydanego na początku bieżącego roku longplaya "Nucleus" nie promował ani jeden występ. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. "Time" to album niewymuszony i szczery. Dobrze, że Pelander zdecydował się zrealizować swoje prawdziwe ambicje pod innym szyldem.
Radiohead - A Moon Shaped Pool
W momencie, kiedy Thom Yorke zaczął wykazywać oznaki zmęczenia twórczego po kilku latach przynudzania brnąwszy bezcelowo w monotonną elektronikę, Anglik zarazem zaskoczył i zachwycił najświeżej brzmiącym materiałem Radiohead od bardzo dawna (może nawet od czasu "Kid A"?). "A Moon Shaped Pool" to album żywy instrumentalnie i pięknie wyprodukowany, o ślicznym brzmieniu i wyjątkowo urokliwych - nawet jak na wrażliwość Yorke'a - piosenkach. Tak, tak - piosenkach! To najbardziej piosenkowa płyta grupy od połowy lat dziewięćdziesiątych. "A Moon Shaped Pool" to trudny materiał, bo w warstwie dramatycznej traktujący o rozstaniu lidera Radiohead z jego kilkanaście dni temu zmarłą żoną, co nadaje tym otwartym na interpretacje utworom niemały ciężar emocjonalny. Co ciekawe, jest to zestaw zbudowany po części z utworów, które zalegały w szufladzie muzyka przez lata (największa perełka w zestawie, "True Love Waits", na wersję studyjną czekała bagatela ponad dwadzieścia lat!). Nowa płyta Radiohead otula cierpliwego słuchacza niczym ciepły koc, a zarazem pochłania go jak bezlitosne bagno i przytłacza jak bezkres ciemności w nocy.
Swans - The Glowing Man
"The Glowing Man" symbolicznie zakończył obecny etap działalności Swans i dał imponujący dowód wyjątkowej konsekwencji wizjonerskiej Michaela Giry. "The Glowing Man" w dalszym ciągu rozbrzmiewa wściekłą post-rockową estetyką znaną z ostatnich krążków grupy, lecz upraszcza ją, zastępując bezpardonową przemoc "The Seer" i szaleństwa "To Be Kind" hipnotyzującą prostotą niekończących się kompozycji na pograniczu improwizacji. Album testuje cierpliwość słuchacza monotonnie serwowaną surowizną, pogłębiając charakterystyczną dla Giry duchowość muzyki, a tym samym nadając płycie niemalże religijny charakter.
Solange - A Seat at the Table
Rok 2016 w mainstreamowym popie należał do Beyoncé, ale to jej siostra została królową muzyki mniej komercyjnej. Trzeci album Solange Knowles to stylowy zestaw ślicznych piosenek w klimatach R&B i soul z naleciałościami, równie ładnie zaaranżowany, co zaśpiewany i wyprodukowany. Żeby jednak nie było zbyt słodko, płyta zawiera drugie dno - pośród tych uroczych utworów umieszczono dosadny przekaz społeczno-polityczny, a sam krążek jest dla Solange okazją do celebracji kultury afro-amerykańskiej. W tym względzie "A Seat at the Table" to tegoroczny "To Pimp a Butterfly", z tym że oferujący mniej brutalną odmianę kontestacji amerykańskiej polityki społecznej.
The Rolling Stones - Blue & Lonesome
Premiera nowego albumu tak zasłużonej grupy, jak The Rolling Stones, to wielkie muzyczne wydarzenie. Zwłaszcza, że od opublikowania poprzedniego wydawnictwa z premierowym materiałem minęło jedenaście lat. Nie da się jednak ukryć, że muzycy poszli na maksymalną łatwiznę. Cała sesja nagraniowa trwała zaledwie trzy dni, a na repertuar złożyły się wyłącznie przeróbki starych kawałków bluesowych. Naprawdę słychać tutaj panującą podczas sesji swobodną atmosferę. I być może dlatego słucha się tego materiału naprawdę przyjemnie. Kompozycje zachowały swój bluesowy charakter, ale nabrały większej energii. Mnóstwo tutaj świetnej harmonijki i do bólu klasycznych, ale pewnie dzięki temu tak udanych gitarowych zagrywek i solówek. A wprost powalający jest wokal Micka Jaggera, który mimo swoich 73 lat śpiewa z witalnością, jakiej pozazdrościć mogą niezliczeni młodsi wokaliści.
Tom Odell - Wrong Crowd
Tom Odell zakłada marynarkę i jak gdyby nigdy nic udaje się na imprezę. Dojrzał, obmyślił siebie na nowo i zapragnął zmiany. Ale nie zapomniał i o starych wielbicielach. Brytyjczyk nad nowymi utworami pracował bowiem z osobą odpowiedzialną za sukcesy Arctic Monkeys, Adele i Kasabian. W pisaniu tekstów wsparli go zaś ludzie mający na koncie takie przeboje, jak "Story of My Life" One Direction, "White Flag" Dido czy "Falling Into You" Céline Dion. Z ich pomocą powstał album, który zadziwi nawet największego fana Odella.
Wo Fat - Midnight Cometh
Druga stonerowa bomba w zestawieniu, ale zdecydowanie inna niż Droids Attack. Tu zamiast dynamiki i przebojowości mamy do czynienia z budowaniem klimatu a taki utwór jak "Of Smoke And Fog" jest jedną z ciekawszych rzeczy jakie zostały nagrane w tym roku. Do tego dochodzi genialna okładka.







Komentarze