Warbringer jest moim faworytem jeśli chodzi o "nową szkołę" thrash metalu. Jednak czy w przypadku zespołu z 16-letnim stażem scenicznym można w ogóle mówić o nowej szkole? To kwestia gustu i temat do dłuższej dyskusji. Już pod koniec września pojawiła się pierwsza zapowiedź albumu w postaci "Firepower Kills". Rozbudziła ona z pewnością apetyty fanów thrashu. Utwór w bardzo wyraźny sposób nawiązuje do złotych czasów gatunku i gdyby podmienić na wokalu Johna Kevilla na Toma Arayę, moglibyśmy się zastanawiać czy to nie stuprocentowy Slayer. Wszystko się tu zgadza - tempo, dynamika, świetnie zaplanowany kompozycyjny chaos. Już wtedy można było stwierdzić, że warto czekać na "Weapons Of Tomorrow". Tylko dlaczego tak długo?
Na następcę mrocznego "Nero" Anja Orthodox z koleżeństwem kazała czekać swoim fanom aż sześć długich lat. Nie był to okres wyciszenia i lenistwa, bo klasycy polskiego rocka gotyckiego w tym czasie intensywnie udzielali się koncertowo, między innymi od 2005 roku inaugurując coroczną, jesienną trasę Abracadabra Gothic Tour, na której w towarzystwie różnorodnych gości odwiedzali największe polskie miasta, prezentując tworzone na potrzeby kolejnej płyty utwory. W drugiej połowie pierwszej dekady XXI wieku doszło też do kolejnych przetasowań w składzie Closterkellera. Marcina "Freddiego" Mentela zastapił bardzo utalentowany gitarzysta Mariusz Kumala, prywatnie kolejny partner, a później mąż Anji. Co ciekawe, jako basista powrócił Krzystof Najman, z którym wcześniej liderka zakończyła małżeństwo. Z kolei perkusistę Gerarda Klawe zastąpił znany z klimatycznych zespołów metalowych Carnal i Neolithic Janusz Jastrzębowski. W tym zestawieniu przystąpiono do nagrania ósmej płyty, którą wydano w 2009 roku, po raz kolejny - choć nie tak bardzo jak we wcześniejszych latach - zaskakując fanów.
Kapela gra już tyle lat, skład cały czas rotuje, a co płyta to lepsza. "Aurum" moim zdaniem, z perspektywy wieloletniego fana nie daje się łatwo ocenić, z tego to powodu, że każdy kolejny album ma swój własny styl, wprowadzany przez zmieniających się z płyty na płytę gitarzystów. Zdecydowanie to pły...
Podróże międzygatunkowe w muzyce to nic nowego. Pierwszym lepszym przykładem takiego zabiegu może być ekipa Spiritual Beggars złożona między innymi z członków Opeth, Carcass, Arch Enemy, Carnage, Candlemass czy Grand Magus. Przy swoich wyraźnie ekstremalnych korzeniach "Beggarsi" w latach dziewięćdziesiątych zaczynali od stoner rocka, by na ostatnich albumach otrzeć się o granie sprzed kilkudziesięciu lat. Zatem tak skrajne projekty artystów kojarzonych z nieco innym graniem są jak najbardziej możliwe i wykonalne. Jednak kto jeszcze kilka lat temu pomyślałby, że w takim eksperymencie weźmie udział jeden z polskich muzyków, któremu udało się osiągnąć olbrzymi zagraniczny sukces? Najwyraźniej gdzieś skrzyżowały się drogi Adama Darskiego i Johna Portera, czego efektem był album "Songs of Love and Death" wydany trzt lata temu pod szyldem Me And That Man. Krążek był dowodem na to, że Nergal "umie w" inne gatunki muzyki niż tylko metal ekstremalny. Jednak sam krążek zdaje się być nie do końca spójną wizją muzyczną dwóch artystów, przez co momentami się rozjeżdżał. Tak samo rozjechały się drogi Portera i Darskiego.
Po nagraniu debiutanckiego krążka muzycy Graveyard, niczym ich koledzy z Guns N' Roses dwadzieścia lat wcześniej, zrobili sobie długą, czteroletnią przerwę wydawniczą. W tym czasie doszło do zmiany w składzie formacji. Gitarzystę i drugiego wokalistę Trulsa Mörcka zastąpił w pełni skupiający się na grze na instrumentach strunowych Jonatan Larocca Ramm. Tym samym pełna odpowiedzialność za sferę wokalną spadła na Joakima Nilssona, który wyrósł na niekwestionowanego lidera Graveyard. Druga płyta formacji ukazała się w 2011 roku i mimo, że nie była, jak "Use Your Illusion" Gunsów, wydawnictwem dwupłytowym, to i tak wywołała sporo zamieszania. Z racji wypuszczenia albumu przez cenioną wytwórnię Nuclear Blast, odniosła olbrzymi sukces komercyjny i uczyniła ze Szwedów gwiazdę o popularności mocno wykraczającej poza rejony rodzinnej Skandynawii.
Wszyscy fani ciężkich brzmień, którzy zjawili się na zeszłorocznym festiwalu Pol'and'Rock, mogli przekonać się w jak świetnej formie znajdują się muzycy Testamentu. Mimo ponad pięćdziesiątki na karku, muzykom nie można odmówić werwy i tego, że granie od ponad 35 lat nadal przynosi im niesamowitą frajdę. Co więcej, żywiołowością i energią Kalifornijczycy bez problemu zawstydziliby spore grono zdecydowanie młodszych muzyków. Czy "Titans Of Creation" to potwierdza? Przed rozpoczęciem przygody z najnowszym wydawnictwem zespołu warto wyjaśnić sobie kilka spraw. Jeśli liczysz na to, że "Titans Of Creation" wytacza nowe ścieżki, jest przełomowy i innowacyjny, z pewnością się zawiedziesz. Jeśli myślisz, że Testament odkrywa tu na nowo Amerykę, poczujesz rozczarowanie. Jednak jeśli uważasz, że wszystkie albumy od czasu "The Gathering" (to już ponad 20 lat!) są co najmniej bardzo dobre, to w bardzo łatwy sposób odnajdziesz się na nowym wydawnictwie. I tu trzeba spojrzeć prawdzie w oczy - "Titans Of Creation" jest do bólu wtórny. Jeśli nie masz nic przeciwko temu, masz szczęście, ponieważ jest to jednocześnie najlepszy materiał napisany przez zespół od 1999 roku. I najdłuższy, bo brakuje mu niespełna półtorej minuty do pełnej godziny trwania.
Nie będę ukrywał, że "Fluid Existential Inversions" był jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier tego roku. Pierwsze zapowiedzi nadchodzącego wydawnictwa pojawiły się jeszcze w roku ubiegłym. "Cubensis" nie porwał mnie od razu tak, jak "Fast Worms" z poprzedniego albumu. Utwór wymagał większej liczby podejść, abym w końcu się do niego przekonał. Sytuacja może się wydawać o tyle dziwna, że pierwszy kawałek promujący nowy album w ogóle nie odbiega od tego, co ekipa z Los Angeles zaprezentowała na chociażby trzech poprzednich krążkach. "Fluid Existential Inversions" i "The Direction Of Last Things" dzieli pięć lat. "Cubensis" dawał sygnał, że w tym czasie styl grupy nie zmienił się w jakiś drastyczny sposób. W takim przekonaniu utwierdzać mógł drugi promujący utwór - "Pangloss", do którego przekonałem się zdecydowanie szybciej. Dziwne bo po kilkudziesięciu przesłuchaniach nowego albumu śmiało mogę stwierdzić, że "Cubensis" jest utworem zdecydowanie lepszym, mimo genialnego zwolnienia w tym drugim. A jak ma się sprawa z resztą nowego materiału?
Nowy album Pearl Jam mógłbym w zasadzie zrecenzować jednym zdaniem - jest to bardzo solidne wydawnictwo, o którym za rok nie będzie pamiętał nikt poza zagorzałymi fanami zespołu. Sęk w tym, że nowej płycie tak legendarnego zespołu wypadałoby poświęcić dłuższą chwilę, zatem spróbujmy powoli, na spokojnie zmierzyć się z "Gigatonem". Od premiery "Lightning Bolt" w Wiśle, Odrze i pozostałych rzekach świata upłynęło wiele wody, a przez siedem lat studyjnej ciszy w grunge'owym świecie wiele się zmieniło. Przede wszystkim musieliśmy pożegnać się z dwoma filarami gatunku czyli Chrisem Cornellem oraz Scottem Weilandem. Trudno w to uwierzyć, ale na przestrzeni niecałych trzydziestu lat od eksplozji szału na grunge, Pearl Jam pozostał jedynym zespołem z oryginalnym wokalistą. Poza Vedderem jest jeszcze oczywiście Mark Lanegan. Nie ma natomiast jego macierzystej kapeli, Screaming Trees.
Jestem fanem Pearl Jam (mam najwięcej płyt tej kapeli w swojej skromnej bibliotece CD), ale tej płyty nie byłem w stanie wysłuchać w całości. Jak dla mnie nic tam się nie spina. Gdyby nie fakt, że uwielbiam ten zespół, nic bym nie napisał, szkoda czasu. Polecam za to nową płytę Morrisseya (The Smith...
Po dobrze przyjętym debiucie, Nick Cave z kolegami nie próżnowali i nie kazali długo czekać swoim fanom na następcę tej płyty. Już w 1985 roku, zaledwie rok po "From Her To Eternity", ukazała się kolejna płyta nagrana wspólnie z The Bad Seeds. I podobnie, jak jej poprzedniczka, okazała się pozycją kształtującą styl nowej formacji w kierunku powolnego odchodzenia od punkowych korzeni charakterystycznych dla twórczości The Birthday Party. Nie zabrakło przy tym zaskoczeń, czego efektem okazało się dość oryginalne wydawnictwo, wyróżniające się na tle dyskografii zespołu.
Przy okazji każdego kolejnego albumu Sepultury pojawia się multum komentarzy podważających sens istnienia zespołu pod tym szyldem, gloryfikujących Maxa i mieszających z błotem obecnych muzyków. I tak, jak w przypadku nazwy można jeszcze dyskutować, tak pozostałe dwa rodzaje komentarzy to szukanie dziury w całym. Warto także pamiętać o tym, że z każdym kolejnym albumem rośnie i tak duża już przewaga stażu Greena w stosunku do Cavalery. W tym roku wynosi ona 23 do 12 lat. A pozostali muzycy? Faktycznie rotują, ale ma to miejsce w wielu zespołach, a trzon w postaci Andreasa Kissera i Paulo Jr'a został zachowany. I z tym właśnie trzonem Sepultura od wielu lat nagrywa raz lepsze, raz trochę słabsze albumy, nigdy jednak nie schodząc poniżej pewnego poziomu. A poprzednie wydawnictwo zawiesiło poprzeczkę naprawdę wysoko.
Po sukcesie albumu "Still Life" Mikael Åkerfeldt postanowił podążyć drogą wytyczoną wcześniej przez takie zespoły, jak Paradise Lost czy Anathema i zamienił prężną, choć niezbyt dużą angielską wytwórnię Peaceville na trochę większą, również mającą siedzibę na Wyspach Music For Nations. Zabieg ten - tak, jak w przypadku starszych kolegów - okazał się strzałem w dziesiątkę, bo nie tylko kariera Opeth nabrała rozpędu, ale jednocześnie muzykom udało się nagrać "Blackwater Park" czyli swoje opus magnum. Album ten przez zdecydowaną większość fanów jest uważany za najlepsze osiągnięcie w historii zespołu i, co trzeba podkreślić, idealnie podsumowuje dotychczasową ewolucję stylu zespołu, wciągając go na najwyższy z możliwych poziom artystyczny.
Są w świecie audio produkty, których kolejne generacje pojawiają się tak regularnie, że właściwie można ustawiać według nich kalendarz. Co rok nowy smartfon, co dwa lata nowa wersja przetwornika, co...
Przymierzając się do zakupu hi-endowego systemu stereo, zwykle zaczynamy przeglądać katalogi producentów amerykańskich, niemieckich, brytyjskich, włoskich, francuskich, japońskich albo skandynawskich. W ostatnich latach do tego grona dołączyły także firmy chińskie,...
Jeszcze kilka lat temu kierunek rozwoju cyfrowego audio wydawał się całkowicie oczywisty. Skoro odtwarzacz sieciowy i tak potrzebuje przetwornika, a ten coraz częściej otrzymuje regulację głośności, wyjście słuchawkowe i kilka...
Sensu takich rozwiązań nie będę komentował, bo każdy musi przetestować to u siebie i zdecydować, czy jest różnica i czy jest warta wydania kolejnych pieniędzy. ...
Wiele lat temu nie wierzyłem w cyfrowe audio. Cyfra to cyfra, więc bit to bit, a więc niech nikt nie p...., że jest inaczej. Nie ma prawa być inaczej. Ale pewne...
No, Panie Tomaszu, w końcu czyta się przyjemnie bez niepotrzebnego nadęcia czy palenia mózgu. Brzytwa Ockhama dobrze zastosowana :) Gratuluję świetny artykuł, b...
Podczas jednej z ostatnich rodzinnych wizyt prezentowałem zainteresowanemu członkowi rodziny swój zestaw grający. Usłyszałem wtedy dość intrygujące pytania: "A wzmacniacz nie powinien mieć korektora? Ma tylko pokrętło głośności?". Padły one z ust osoby, dla której czymś całkowicie naturalnym jest, że nawet współczesny amplituner kina domowego, z którego zresztą obecnie korzysta,...
Davis Acoustics is celebrating its 40th anniversary in 2026. The company was founded by Michel Visan, an engineer who had previously worked with brands including Audax and Siare Acoustique. From the beginning, his ambitions extended beyond building complete loudspeakers, with...
While much of the high-end IEM market seems determined to fit ever more drivers and technologies into increasingly elaborate shells, Noble Audio has decided to move in the opposite direction. Iris is a new universal in-ear monitor built around a...
Q Acoustics has spent the last two years filling out the latest generation of its most affordable loudspeaker family, but one obvious model was missing. When 3000c debuted at High End Munich 2024, the range included three standmounts, the large...
Lata osiemdziesiąte były dla branży hi-fi czymś w rodzaju złotego wieku - półki sklepów uginały się pod ciężarem urządzeń, z których wiele nazywamy dziś kultowymi, a każda licząca się firma miała w ofercie wzmacniacz, który może nie był najpiękniejszy i wykonany niczym szwajcarski zegarek, ale nie kosztował majątku i grał...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
worek