Kurta Vile'a można bez wątpienia uznać za bezpośredniego spadkobiercę amerykańskiego folk rocka spod szyldu Boba Dylana lub Neila Younga. Choć można się spierać przy porównywaniu klasy tych artystów, trzeba przyznać, że Vile kultywuje muzyczną tradycję zapoczątkowaną kilkadziesiąt lat temu przez legendy gatunku. O przywiązaniu do danych czasów świadczy już sama okładka nowego wydawnictwa. Kurt Vile jest artystą wyjątkowo płodnym. "Bottle It In" jest jego siódmym albumem w solowej karierze zapoczątkowanej w 2008 roku. Po drodze pojawiła się również bardzo dobra kolaboracja z Courtney Barnett. Do tej pory jakość szła w parze z prędkością nagrywania nowych albumów. Czy po wydaniu "Bottle It In" coś się zmieniło?
Choć scena retro-rockowa pełna jest pozbawionych pomysłu na siebie naśladowców, to właśnie z niej wyłonił się jeden z najoryginalniejszych i najlepszych zespołów tego stulecia. Ghost to zresztą nie tylko prawdziwa perła współczesnej muzyki, ale też jeden z największych jajcarzy w historii rocka, który z kiczu i kontrowersji uczynił narzędzie zabawy ze słuchaczami. Niejeden metalowiec łapał się za głowę przy kontakcie z muzyką tej grupy i do dziś to środowisko jest w jej kwestii spolaryzowane. Trudno się dziwić takiemu zaskoczeniu słuchaczy, bo image zespołu kompletnie nie współgra (celowo) z samą jego twórczością. Kardynalski strój i demoniczna maska lidera Papy Emeritusa (już dawno zidentyfikowanego jako Tobias Forge), towarzyszące mu zakapturzone "ghoule" (czyli muzycy, których tożsamości w większości też są znane), a także okładki, teksty, satanistyczna otoczka i nieraz skrajnie infantylne tytuły wskazują na takie style, jak doom metal, death metal, black metal czy gothic metal. W zasadzie tylko pierwszy z tych tropów jest prawdą, ale stanowi wyłącznie jeden z wielu elementów. Styl grupy to bowiem wyjątkowo osobliwa, zwłaszcza jak na dzisiejsze czasy, mieszanka doom-metalowych riffów, psychodelicznych klawiszy i popowego wokalu.
Słowo "kicz" to jak najbardziej pasujący opis tej płyty. Tylko czy kicz to styl, jak sugeruje autor powyższego tekstu? Jak dla mnie to nie. Rozumiem, że muzycy tej grupy robią to świadomie i mają swoich fanów (każdy słucha tego, co lubi), ale niestety żyjemy w czasach, w których kicz dostąpił miana ...
W ostatnich latach kariera All Them Witches rozwija się w iście ekspresowym tempie. Ekspresowe jest też tempo tworzenia i nagrywania nowej muzyki. Od momentu powstania w 2012 roku zespół wydał pięć albumów studyjnych (do tego dochodzą epki). Co ciekawe - każdy z nich jest inny i ukazuje różne oblicza zespołu. Tak było przynajmniej w przypadku czterech pierwszych albumów. Czy w przypadku najnowszego coś się zmieniło?
Po zrecenzowaniu jednego z najlepszych archiwalnych albumów z występem Band Of Gypsys, wypada, by swoją reprezentację miał też pierwszy zespół Jimiego Hendrixa. W przypadku Experience wybór był jeszcze trudniejszy. Choć potężnie grający duet Redding/Mitchell świetnie sprawdzał się w studiu, to - delikatnie mówiąc - nie był najlepszy w improwizowaniu na koncertach. A dla mnie właśnie takie mają największą wartość, w nich też Hendrix był w stanie pokazać pełnię swoich możliwości. Mimo wszystko, w bogatych zbiorach nagrań, jakie pozostawił gitarzysta, znalazły się ciekawe pozycje także z tego okresu. Padło na występ, który grupa dała 18 czerwca 1967 roku na Monterey Pop Festiwal. Tak jak w przypadku opisanego wcześniej koncertu w Fillmore East, był on ważny z dwóch powodów. Przede wszystkim, to właśnie w Monterey Hendrix odprawił na scenie słynny, narkotyczny rytuał, zakończony ostentacyjnym spaleniem i zniszczeniem gitary (co zostało pokazane na zdjęciu, będącym jedynym logicznym wyborem na okładkę tego albumu). Ale jest to także jedna z najlepszych wizytówek Experience. Nie ma tu oczywiście wielu improwizacji, jest za to olbrzymia dawka energii. To materiał zgoła inny, niż ten na "Machine Gun: The Fillmore East First Show", stawiający raczej na zwartą grę i konkretne riffowanie.
Najlepszy koncert The Jimi Hendrix Experience. Osobiście wolę anarchiczne bębnienie Mitcha Mitchela, bardziej pasujące do Experience niż rytmiczne i sterylne Buddyego Milesa
Erik Schrody to niezwykle ciekawa postać. Na przestrzeni trzech albumów studyjnych w znacznym stopniu przyczynił się do wypromowania i zbudowania legendy House Of Pain. Co ciekawe, studyjna kariera tej grupy zamyka się w czterech latach, natomiast Everlast solowo na scenie występuje już od ponad dwóch dekad. W zeszłym roku wraz z DJ-em Lethalem wystąpił na Przystanku Woodstock, prezentując świetną formę i dając jeden z fajniejszych koncertów w historii festiwalu. Złożyły się na niego utwory zarówno z twórczości solowej, jak i czasów House Of Pain. Pewnie nie tylko we mnie koncert wywołał szereg wspomnień z czasów, kiedy dopiero poznawałem twórczość tego artysty. Przywołuje je też "Whitey Ford's House Of Pain" ponieważ jest to swego rodzaju przekrój przez solową dyskografię Everlasta, i to tę w lepszym wydaniu.
W końcu musiał przyjść taki moment, gdy nie pochwalę, a skrytykuję jakiś zespół retro-rockowy. Nie jest to jednak pierwsza lepsza grupa. Niewielu przedstawicieli tego nurtu zdobyło taką popularność i uwagę mediów jak bohater tej recenzji. Greta Van Fleet niemal dosłownie podzielił środowisko słuchaczy i krytyków na dwie grupy - tych, którzy nie mogą się opędzić od zachwytów nad zespołem i wskazują go jako zbawcę i renesans współczesnego rocka i tych, którzy ganią go za maksymalną wtórność, a wręcz zrzynanie z Led Zeppelin. Nie będę się silił na oryginalność, bo od początku byłem po drugiej ze stron tej barykady, według moich obserwacji nieco mniej licznej. Jednocześnie aż trudno mi zrozumieć, że jest tak wiele osób niedostrzegających tego powiązania. Greta Van Fleet to nie naśladowca, ani nawet epigon, a stuprocentowa kopia Led Zeppelin. Dobitnie uświadczyła mnie o tym już zeszłoroczna EP-ka "From The Fires", jednak nie mam zamiaru się nad nią rozwodzić, bo napisano o niej już wystarczająco dużo. Skupię się na pełnoprawnym debiucie zespołu, który był dla niego niepowtarzalną szansą na pokazanie choć zalążków własnego stylu. Nigdy tak gorliwie nie unikałem słuchania choćby fragmentów przedpremierowych singli, niezmiernie ciekawe, co muzycy zaoferują. Cóż, w zasadzie nie zaoferowali kompletnie nic.
W pełni się z Panem zgadzam i... Podziwiam za wytrwałość;) Znajomy podesłał mi na nich namiary kilka dni temu, ale nie byłem w stanie przejść przez całą płytę. Wtórność do sześcianu, przy nich Kingdom Come byli świeży i odkrywczy. Gdzieś w telewizjach straszy potworek "Twoja twarz brzmi znajomo". Ki...
Można śmiało stwierdzić, że scena retro-rockowa, zwłaszcza europejska, jest już mocno przepchana. Tym bardziej warto wyławiać z tego wielkiego stawu prawdziwe perełki, które w większości wprawdzie nie mają szans dorównać swoim klasycznym inspiracjom, ale za to na tle współczesnego rocka wyróżniają się na duży plus. Z przyjemnością stwierdzam, że włoski Witchwood jest kolejną z takich grup. Zespół ma w zasadzie bardzo podobne wzorce do opisywanego tu wcześniej Blood Ceremony. Należy tylko zamienić doom metal na klasyczny hard rock, zwłaszcza spod znaku Deep Purple. Mnóstwo tu też folku, w tym wszechobecnych partii fletu, które jednak często nawiązują nie do stylu Jethro Tull, a bardziej "klasycznej" szkoły gry na tym instrumencie. Na tym kończą się wyraźne podobieństwa, bo muzyka Witchwood jest znacznie mniej subtelna, a w mocnych momentach wręcz nachalna. Dotyczy to zwłaszcza aż nazbyt ekspresyjnego śpiewu gitarzysty Riccarda Dal Pane, co może wynikać z typowego dla Włochów temperamentu. Facet barwę głosu jakąś ma, za to dysponuje bardzo niską skalą. We właściwych dla siebie tonacjach radzi sobie całkiem nieźle i tym bardziej niepotrzebne jest usilne zdzieranie sobie gardła przez wrzaski, których trochę tu usłyszymy. Nie jest to jednak nic, przez co nie da się przebrnąć, a sama muzyka nie jest już tak drażniąca.
Najlepszy gitarzysta w historii muzyki działał jako profesjonalny muzyk mniej niż 10 lat i choć w tym czasie był bardzo aktywny, to nie był w stanie zostawić po sobie tyle wartościowego materiału, ile niektórzy by sobie życzyli. Zwłaszcza albumy studyjne wydane po jego śmierci z czasem stawały się coraz bardziej kuriozalne, przybierając formę składanek na siłę pozapychanych niedokończonymi utworami i zalążkami kompozycji, wydobytymi z najciemniejszych kątów. Kilka ostatnich wydawnictw prezentuje się już nieco lepiej, wciąż jednak wciskano na nie kolejne wersje utworów, które wcześniej zdążyły się ukazać w kilku lepszych wykonaniach. Najsensowniejszym albumem pośmiertnym Hendrixa od wielu lat jest "Both Sides Of The Sky".
Z takim graniem Hendrix powinien być kojarzony, a nie z piosenkami typu "Hey Joe", "Little Wing". Bo mam wrażenie, że w Polsce jego twórczość jest nieco pomijana. Pewnie, każdy słuchacz rocka powie, że szanuje Jimiego, ale ze znajomością czegoś więcej, niż największych przebojów, może być kiepsko. T...
W ramach wycieczki po ciekawym świecie retro rocka do tej pory odwiedziliśmy kilka rejonów Skandynawii, Holandię, a ostatnio Stany Zjednoczone. Kolejny przystanek znajdziemy w Kanadzie - kraju, w którym, podobnie jak w Szwecji, scena rockowa nigdy nie zdołała się odpowiednio rozrosnąć (choć nie można nie wspomnieć o Neilu Youngu, Rush czy Steppenwolf). Blood Ceremony to zespół żywcem wyjęty z lat 70. Nie tylko ze względu na nawiązujące do tamtych czasów brzmienie, ale także od razu rozpoznawalne inspiracje. Zespół miał dwa główne wzorce, które postanowił ciekawie połączyć - najmroczniejsza, wręcz doom-metalowa strona Black Sabbath i najbardziej folkowe wcielenie Jethro Tull. Z tej mieszanki narodziła się interesująca i całkiem oryginalna, jak na dzisiejsze czasy, muzyka. Do tej pory zespół nagrał cztery albumy, z czego moim zdaniem najbardziej godny uwagi jest drugi w kolejności "Living With The Ancients" - najlepsza wizytówka grupy i kwintesencja jej stylu. To także jedna z najlepszych płyt retro-rockowych, jakie powstały.
Riverside to dość wyjątkowy okaz w młodym polskim środowisku muzycznym. W przeciwieństwie do większości rodzimych zespołów powstałych już w tym stuleciu, działa nie tylko poza podziemiem, ale także wyłącznie polskim mainstreamem. Jego popularność za granicą jest w zasadzie większa niż u nas, a to nawet w czasach świetności polskiego jazzu, stojącego na światowym poziomie, nie zdarzało się zbyt często. Muszę przyznać, że zdumiewa mnie tak duże uznanie dla tej właśnie grupy. Nie znaczy to, że uważam ją za całkowicie bezwartościową. Podejrzewam, że jako nieliczny plasuję się dokładnie pomiędzy częstymi zachwytami a rzadką miażdżącą krytyką wobec Riverside. Dla mnie jest to zespół z bardzo dużym, ale źle ukierunkowanym potencjałem, pozbawiony przede wszystkim własnej tożsamości, świeżości i szerszych inspiracji. Te czerpią głównie z twórczości Deep Purple i Stevena Wilsona, uznawanego często za zbawcę rocka progresywnego i jedno z największych muzycznych objawień lat 90. Wzorce bardzo zacne (choć w przypadku Wilsona nie jest to oczywiste), jednak nasi rodacy przetwarzają je w maksymalnie wtórny sposób, mieszając charakterystyczne dla tych artystów elementy, bez jakiegokolwiek własnego wkładu. A należy dodać, że sam Wilson nie tworzy rocka progresywnego w ścisłym tego wyrażenia znaczeniu, więc odtwórcze czerpanie z jego twórczości jest bardzo niebezpieczne. Również Riverside nie uniknął popadnięcia w tak zwaną neoprogresywę, wypaczającą założenia pierwowzoru niemal pod każdym względem.
No proszę, jeszcze kilka godzin temu pisałem, że czekam na recenzję tej płyty a tu proszę już jest ;) ''Przeciąganie utworów, sklejanie ze sobą niepasujących do siebie motywów...'' - osobiście mam wrażenie, że bardzo dużo kapel grających progresywnego rocka w ten właśnie sposób wykonuje ten rodzaj m...
Są w świecie audio produkty, których kolejne generacje pojawiają się tak regularnie, że właściwie można ustawiać według nich kalendarz. Co rok nowy smartfon, co dwa lata nowa wersja przetwornika, co...
Przymierzając się do zakupu hi-endowego systemu stereo, zwykle zaczynamy przeglądać katalogi producentów amerykańskich, niemieckich, brytyjskich, włoskich, francuskich, japońskich albo skandynawskich. W ostatnich latach do tego grona dołączyły także firmy chińskie,...
Jeszcze kilka lat temu kierunek rozwoju cyfrowego audio wydawał się całkowicie oczywisty. Skoro odtwarzacz sieciowy i tak potrzebuje przetwornika, a ten coraz częściej otrzymuje regulację głośności, wyjście słuchawkowe i kilka...
Sensu takich rozwiązań nie będę komentował, bo każdy musi przetestować to u siebie i zdecydować, czy jest różnica i czy jest warta wydania kolejnych pieniędzy. ...
Wiele lat temu nie wierzyłem w cyfrowe audio. Cyfra to cyfra, więc bit to bit, a więc niech nikt nie p...., że jest inaczej. Nie ma prawa być inaczej. Ale pewne...
No, Panie Tomaszu, w końcu czyta się przyjemnie bez niepotrzebnego nadęcia czy palenia mózgu. Brzytwa Ockhama dobrze zastosowana :) Gratuluję świetny artykuł, b...
Podczas jednej z ostatnich rodzinnych wizyt prezentowałem zainteresowanemu członkowi rodziny swój zestaw grający. Usłyszałem wtedy dość intrygujące pytania: "A wzmacniacz nie powinien mieć korektora? Ma tylko pokrętło głośności?". Padły one z ust osoby, dla której czymś całkowicie naturalnym jest, że nawet współczesny amplituner kina domowego, z którego zresztą obecnie korzysta,...
Davis Acoustics is celebrating its 40th anniversary in 2026. The company was founded by Michel Visan, an engineer who had previously worked with brands including Audax and Siare Acoustique. From the beginning, his ambitions extended beyond building complete loudspeakers, with...
While much of the high-end IEM market seems determined to fit ever more drivers and technologies into increasingly elaborate shells, Noble Audio has decided to move in the opposite direction. Iris is a new universal in-ear monitor built around a...
Q Acoustics has spent the last two years filling out the latest generation of its most affordable loudspeaker family, but one obvious model was missing. When 3000c debuted at High End Munich 2024, the range included three standmounts, the large...
Co przychodzi nam do głowy, kiedy myślimy o Francji? Wiadomo - świetna kuchnia, doskonałe wina i sery, luksusowe perfumy, nowoczesna architektura, pokazy mody, festiwale filmowe, słynni malarze i wiecznie zakorkowane uliczki Paryża. Dla amatorów sprzętu hi-fi jest to także jeden z najważniejszych krajów na audiofilskiej mapie świata. To właśnie tutaj...
Cytaty
Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.
1piotr13