Bannery górne wyróżnione

Bannery górne

A+ A A-

Płytowe Podsumowanie Roku 2025

  • Kategoria: Płyty
  • StereoLife

Płytowe Podsumowanie Roku 2025

Kiedy zaczynaliśmy bawić się w roczne podsumowania płyt, świat wydawał się tylko odrobinę mniej absurdalny niż dziś. Teraz chyba wszyscy przyzwyczailiśmy się do tego, że co kilka miesięcy pojawia się nowe źródło niepokoju, a codzienność coraz częściej przypomina połączenie informacyjnego szumu z niekończącą się listą spraw do ogarnięcia. W takiej rzeczywistości muzyka przestała być wyłącznie ładnym tłem. Stała się czymś w rodzaju prywatnego schronu, do którego można zejść na godzinę lub dwie - z płytą puszczoną od pierwszego do ostatniego utworu. Idiotyczna moda na dostosowywanie muzyki do potrzeb trwających kilkanaście sekund filmików wciąż ma się dobrze, ale sporej części melomanów taka "konsumpcja" treści zwyczajnie nie interesuje. Szukają czegoś lepszego, prawdziwego - muzyki niosącej treść i emocje. A ponieważ nie jest to wcale mała grupa, udało jej się wytworzyć odwrotny trend, co wyraźnie widać w muzycznych premierach mijającego roku. Wróciły długie formy, koncepty, albumy traktowane jak opowieści, a nie tylko magazyn singli do wrzucenia na playlistę. Na co dzień człowiek nawet o tym nie myśli, bo teoretycznie mijający rok nie różnił się od poprzednich. Streaming mielił jak zawsze, wytwórnie dorzucały kolejne reedycje, a algorytmy grzecznie proponowały "coś, co na pewno nam się spodoba". Dopiero gdy przychodziło do spisywania wrażeń, okazywało się, że ten rok układa się w zaskakująco spójną historię.

Pierwszym rozdziałem owej historii były powroty. Do studia wracali artyści, o których nowym materiale zaczynaliśmy już myśleć jak o czymś czysto teoretycznym. Rwake, Pentagram, Biohazard czy Swans pokazali, że po latach ciszy da się wrócić z czymś więcej niż nie wnoszącym nic nowego muzycznym przypomnieniem o swoim istnieniu. Deftones, Testament, Sodom, Messa, Sadist, Ghost, Dax Riggs albo Octotanker dopisywali kolejne rozdziały do swoich historii, raz stawiając na dopracowaną ewolucję, raz na bezczelne grzebanie w własnym micie - często z zaskakująco dobrym skutkiem. Mariusz Duda zrobił z Lunatic Soul coś w rodzaju autorskiego "the best of" złożonego wyłącznie z premierowego materiału. Deafheaven nagrali płytę, która wygląda jak przekrój przez całą dotychczasową drogę zespołu, a Fisz Emade Tworzywo symbolicznie spięli ćwierćwiecze wspólnego grania albumem, do którego wraca się jak do dobrze znanej książki. Wspólnym mianownikiem nie był gatunek, lecz sposób myślenia o płycie jako całości - czy to w formie monumentalnego molocha, czy półgodzinnego minialbumu, który zostaje w głowie na dłużej niż niejeden "duży" projekt.

Drugim wątkiem była różnorodność - i to taka, która wyraźnie wykracza poza gitarową bańkę. Po jednej stronie mieliśmy mocną grupę polskich wydawnictw - trudny i bardzo osobisty powrót Starej Rzeki, imponujące "Emovere" Obscure Sphinx, nowe piosenki Walusia, Wiraszki, Bielizny i Błażeja Króla, a także świąteczno-zimowe spojrzenie na polską codzienność i własną, nieco zapomnianą już historię w wykonaniu Taco Hemingwaya. Po drugiej stronie znalazły się płyty, które budowały obraz roku w skali bardziej globalnej - intensywny, gęsty pop Bad Bunny'ego i Rosalíi, melancholijne R&B i art pop Blood Orange i Dijona, eleganckie, pełne napięcia piosenki Perfume Geniusa, transowe spotkania jazzu z elektroniką u Jamesa Holdena i Wacława Zimpla czy w duecie Patrick Shiroishi & Piotr Kurek, wreszcie jazzowe i rapowe hybrydy OMASTY i Ziomców, pastelowe anime'owe światy hoshii, klubowo-hyperpopowe eksplozje Ninajirachi czy koncertowe szaleństwo tria Michaela Wollnego. W efekcie zamiast jednego, spójnego obrazu dostajemy raczej mozaikę. Obok płyt monumentalnych stoją te kameralne, obok rzeczy powracających do lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych - projekty zanurzone po uszy w teraźniejszości, obok albumów nagranych z myślą o dużych scenach - wydawnictwa, które najlepiej smakują w nocy, na słuchawkach. Łączy je jedno. To płyty, które w 2025 roku naprawdę graliśmy, które wywoływały dyskusje, wchodziły nam pod skórę, kazały przesuwać inne krążki na półce, żeby zrobić im miejsce.

Nasze podsumowanie nie jest rankingiem ani próbą wskazania "najlepszej dziesiątki". To po prostu zestawienie płyt, które w 2025 roku najczęściej wracały do naszych odtwarzaczy albo wywarły na nas największe wrażenie. Albumów, przy których pracowaliśmy, odpoczywaliśmy, nadrabialiśmy zaległości i testowaliśmy sprzęt, ale też takich, które wymagały pełnej uwagi. Niektóre są całkiem przewidywalne, inne ryzykowne, ale w swoim świecie każdy z nich jest dopięty na ostatni guzik. Na koniec kilka słów o płytach, których w tym zestawieniu nie ma. Nie dlatego, że były słabe albo niegodne uwagi, tylko dlatego, że doba ma nadal dwadzieścia cztery godziny, a roczny bilans odsłuchów jest z definicji ograniczony. Część albumów po prostu prześlizgnęła się gdzieś bokiem, inne zdążyły wybrzmieć raz czy dwa i trafiły na listę "do ponownego sprawdzenia", z której nie udało się już ich odzyskać przed końcem roku. Są też takie, które pojawiały się w rozmowach, rankingach i czatach, ale ostatecznie przegrały z tymi, które częściej lądowały w odtwarzaczu. Brakuje też tych, które okazały się całkowicie nieudane i zwyczajnie zawiodły nasze oczekiwania. Po raz kolejny doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu się z nimi szarpać. Skoro dobrych płyt nie brakowało, wolimy poświęcić miejsce właśnie im. Szczęśliwego Nowego Roku!

Hity

Bielizna - Bagno
Bielizna przypomina, dlaczego trójmiejska alternatywa ma w Polsce status kultowej. Z jednej strony to płyta bardzo świadoma własnej historii - są charakterystyczne melodie, jest absurdalny humor, jest znana od lat maniera wokalna, która potrafi jednym zdaniem przejść od komentarza politycznego do żartu. Z drugiej słychać, że zespół nie zamierza odcinać kuponów od przeszłości. Utwory mają wyraźny nerw, teksty nie chowają głowy w piasek, tylko nazywają rzeczy po imieniu. Pojawiają się odniesienia do współczesnej Polski, do konfliktów społecznych, do tego, jak bardzo bagno wylewa się dziś na powierzchnię. Muzycznie to rockowa płyta z wyraźnymi ciągotami do prog rockowej rozbuchaności, co najbardziej słychać w dłuższych kompozycjach. To album, który można docenić zarówno jako powrót zasłużonej formacji, jak i po prostu dobrze napisaną, aktualną wypowiedź.

Biohazard - Divided We Fall
Nowy album Biohazard wisiał w powietrzu od momentu, gdy okazało się, że zespół wraca w oryginalnym składzie i zagra w Polsce koncert, który dla wielu fanów był jednym z wydarzeń roku. Na "Divided We Fall" czekaliśmy jednak jeszcze ponad dwa lata. Po trzynastu latach studyjnej ciszy nowojorska ekipa wraca materiałem, który można potraktować jak przekrój przez całą dotychczasową twórczość. Są tu szybkie numery przywodzące na myśl "Mata Leao", są utwory, które bez problemu odnalazłyby się na "Kill Or Be Killed", są wolniejsze, walcowate fragmenty w duchu "Reborn In Defiance". Wtórność? Oczywiście, że tak. Odcinanie kuponów od dawnej chwały? Można to tak nazwać. Tyle że jeśli ktoś wychował się na "Urban Discipline" i "State of the World Address", trudno mu będzie narzekać. "Divided We Fall" to rasowy nowojorski hardcore zagrany przez zespół, który nie udaje, że nagle odkrył potrzebę rewolucji. Zamiast tego przypomina, dlaczego te kilka liter w logo kiedyś znaczyło tak dużo.

Blood Orange - Essex Honey
Dev Hynes na "Essex Honey" wraca do wspomnień z młodości i robi z nich materiał na jedną z najbardziej osobistych płyt w swojej karierze. Zostajemy przeniesieni do angielskiego Essex, do bloków, osiedli, parków, pierwszych imprez i nieśmiałych romansów, ale wszystko jest przepuszczone przez filtr współczesnej świadomości. Muzycznie to klasyczny Blood Orange - eleganckie, miękkie R&B z elementami art popu, soulu, jazzowych harmonii, gitarowych ozdobników. Dużo tu przestrzeni, pastelowych syntezatorów i ciepłych, analogowych barw. Pojawiają się goście, ale służą raczej jako kolejne głosy w wielogłosowej opowieści niż element "dla zasięgów". Teksty są pełne obrazów, krótkich scen, niedopowiedzianych relacji. Jest w nich miejsce na nostalgię, żal, ale też wdzięczność za to, że te wszystkie doświadczenia zbudowały artystę takim, jakim jest dzisiaj. To płyta, która nie krzyczy, nie szuka tanich efektów, tylko konsekwentnie snuje opowieść, idealną do wieczornych odsłuchów na spokojnie.

Błażej Król - Popiół
Król kolejny raz zmienia skórę. Po okresie zdominowanym przez syntezatory i mglistą elektronikę sięga po bardziej "mięsiste" brzmienia - w miksie pojawia się więcej gitar, żywej perkusji, całość jest mniej wygładzona. Ta zmiana dobrze koresponduje z treścią płyty. Teksty są surowe, często bardzo bezpośrednie, pełne autoanalizy. Błażej mówi o wypaleniu, rutynie, o tym, jak trudno pogodzić kolejne role, które narzuca życie, z potrzebą zachowania własnego "ja". Nie ma tu łatwego pocieszania, jest raczej spokojne przyglądanie się zgliszczom i szukanie w nich jakiejś formy sensu. Mimo ciężaru tematów płyta nie przytłacza - pomaga w tym jego typowe poczucie humoru, gdzieś wplecione między gorzkie zdania, oraz melodie, które potrafią nieoczekiwanie rozjaśnić całość. "Popiół" to jeden z tych albumów, które rosną z każdym przesłuchaniem i układają się w spójny obraz dopiero po czasie.

Coroner - Dissonance Theory
Do twórczości Coronera podchodziliśmy wielokrotnie. Znane nazwy, dobre opinie, klasyczny status, a jednak za każdym razem coś się rozjeżdżało. Paradoksalnie pomógł dopiero prozaiczny impuls - amazonowa promocja i bardzo atrakcyjne ceny na większość dyskografii zespołu. Nagle okazało się, że kiedy kilka płyt ląduje na półce obok siebie, ten świat zaczyna mieć sens. Podobnie było z "Dissonance Theory" - powrotem po 32 latach, przy którym nawet Tool ze swoimi trzynastoma latami przerwy może się poczuć lekko zawstydzony. Nie jest to materiał, w którym zakochujemy się od pierwszego przesłuchania. To raczej płyta, która stawia opór i wyraźnie domaga się czasu. Nowy Coroner jest albumem wielowarstwowym i wymagającym. Dużo tu gęstych riffów, nieoczywistych rozwiązań rytmicznych, nagłych zwrotów, które za pierwszym razem wydają się przypadkowe, a dopiero później zaczynają układać się w logiczny ciąg. Nie jest to materiał łatwy w odbiorze, ale właśnie dzięki temu trudno wyobrazić sobie sytuację, w której szybko się znudzi. Przy kolejnych odsłuchach wychodzą na wierzch kolejne smaczki, a utwory, które początkowo wydawały się trochę za długie, zaczynają działać jak osobne, małe opowieści. "Dissonance Theory" to powrót bez taniego sentymentu. Raczej deklaracja, że Coroner nadal interesuje muzyka wymagająca uwagi i cierpliwości, nawet kosztem tego, że część słuchaczy odpadnie po drodze.

Dax Riggs - 7 Songs for Spiders
Dax Riggs od lat funkcjonuje gdzieś na styku sludge'u, grunge'u, gotyckiego bluesa i alternatywnego rocka. Po rozwiązaniu Acid Bath i kolejnych pobocznych projektach zamilkł na piętnaście lat. "7 Songs for Spiders" to powrót, którego mało kto się spodziewał. Niespełna dwadzieścia osiem minut muzyki, siedem utworów i koncentracja wszystkiego, co u Riggsa najlepsze. Otwierający całość "Deceiver" zaczyna się skromnym, przesterowanym basem, żeby po chwili rozrosnąć się do majestatycznego, niemal hymnicznego kawałka z wokalem, który brzmi jak echo dawnych lat dziewięćdziesiątych. "Sunshine Felt the Darkness Smile" przywołuje na myśl beatlesowskie klimaty mellotronowe, przefiltrowane przez mrok Nowego Orleanu. Reszta materiału porusza się między powolnymi, dusznymi balladami a cięższymi fragmentami, które jednak nigdy nie zamieniają się w prostą łupaninę. Riggs składa tu hołd czasom, z których wyrósł, ale nie popada w tani sentymentalizm. Jedynym realnym minusem jest nieco płaska produkcja wersji cyfrowej, szczególnie jeśli zestawić ją z podobno znacznie lepiej brzmiącą edycją winylową. Mimo tego "7 Songs for Spiders" to mała perła dla wszystkich, którym bliskie są ciemniejsze odcienie lat dziewięćdziesiątych.

Deafheaven - Lonely People With Power
"Lonely People With Power" to album, który naprawdę przekonał nas do twórczości Deafheaven. Do tej pory ich poprzednie płyty często lądowały w szufladce "szanujemy, ale to jednak nie do końca nasze klimaty". Tutaj coś przeskoczyło. Materiał jest wielowarstwowy, a sposób, w jaki zespół przechodzi pomiędzy blackgaze, screamo, klasycznym black i post metalem, momentami skręcając w stronę post rocka, sprawia, że ta godzina z hakiem mija zaskakująco szybko. Zamiast jednolitej ściany dźwięku mamy płytę, która oddycha. Są fragmenty bardzo intensywne, są długie, przestrzenne pasaże, są momenty wręcz kontemplacyjne, ale wszystko spina się w jedną, przemyślaną całość. Deafheaven świetnie wykorzystują tu to, z czego byli znani wcześniej, ale robią to z większym wyczuciem proporcji. Jest miejsce na melodyjne motywy, jest miejsce na agresję, a screamowany wokal, który kiedyś potrafił odstraszać, tym razem po prostu dobrze wpasowuje się w muzykę. Sporo tu świetnych fragmentów, w tym kawałki wypuszczone jako zapowiedzi jeszcze przed premierą, które po osadzeniu w kontekście całego albumu tylko zyskały. Do tego dochodzi typowo blackowa, minimalistyczna okładka, która bardzo ładnie domyka klimat płyty. Całość robi wrażenie materiału dopracowanego, różnorodnego i tak dobrze poukładanego, że trudno się od niego oderwać. Miód.

Deftones - Private Music
"Private Music" to powrót Deftones po najdłuższej przerwie w historii zespołu. Pięć lat od "Ohms" wystarczyło, żeby w sieci urosła cała góra oczekiwań i prognoz, z których większość dotyczyła jednego pytania - czy ekipa z Sacramento jest jeszcze w stanie zaskoczyć. Odpowiedź nie jest prosta, ale na pewno nie jest przecząca. Za sterami ponownie stanął Nick Raskulinecz, co słychać od pierwszych sekund. Brzmienie jest dopieszczone, ale nie wyprane z emocji. "My mind is a mountain" rozpoczyna album masywnym riffem i charakterystyczną dla Deftones mieszanką ciężaru i melancholii. "Cut Hands" pokazuje pełną amplitudę wokalu Chino Moreno, od szeptu po wrzask. "Infinite Source" przypomina, że zespół nadal potrafi pisać refreny zostające w głowie na długo. Po drugiej stronie mamy utwory w rodzaju "I think about you all the time" czy "Departing the body", gdzie shoegaze'owy nastrój i ambientowe plamy pozwalają odetchnąć. "Souvenir" spaja te światy w dłuższej, filmowo rozwijającej się formie. Deftones korzystają tu z własnych patentów, chwilami aż za bardzo, ale robią to tak, że trudno mówić o odcinaniu kuponów. To płyta, która raczej utwierdza dotychczasowych fanów niż nawraca sceptyków, ale robi to z klasą.

Dijon - Baby
"Baby" to album, który wymyka się prostym kategoriom. Niby można go wrzucić do szufladki "alternatywne R&B", ale już po kilku minutach słychać, że Dijon interesuje przede wszystkim atmosfera, a dopiero później gatunek. Większość numerów brzmi tak, jakby powstała w nocy, w małym pokoju, na szybko, z tym co akurat było pod ręką - gitarą, prostą perkusją, tanim syntezatorem - a potem została delikatnie doszlifowana, żeby zachować ten intymny charakter. Wokal jest często chropowaty, przepuszczony przez efekty, chwilami bardziej przypomina nieśmiałe mruczenie niż klasyczne śpiewanie, ale właśnie to buduje napięcie. Teksty są fragmentaryczne, jak wyrwane z dziennika notatki, w których miesza się tęsknota, zmęczenie, drobne codzienne obserwacje. Muzycznie wszystko to utrzymane jest na granicy kontrolowanego chaosu - beaty potrafią nagle się urwać, melodia skręcić w dziwnym kierunku, pojawia się szum, brud, zakłócenia. Ten pozorny bałagan jest jednak świetnie przemyślany, dzięki czemu "Baby" działa jak zapis jednej długiej, emocjonalnej rozmowy ze sobą samym. To materiał, który z każdym odsłuchem odsłania nowe detale i wciąga coraz mocniej.

Fisz Emade Tworzywo - 25
Ćwierć wieku Fisza na scenie to nie tylko pretekst do wydania nowego albumu, ale też dobry moment, żeby spojrzeć na całą tę drogę z większego dystansu. "25" jest właśnie takim spojrzeniem. To płyta, która nie próbuje na siłę streszczać wszystkich wcieleń Tworzywa, ale wyraźnie nawiązuje do najważniejszych etapów. "Niemoc" przenosi nas do czasów nastoletnich wspomnień i początków kariery, zarówno tekstowo, jak i klimatem bliskim pierwszym płytom. "Zaćmienie" przypomina o późniejszej, bardziej piosenkowej odsłonie zespołu, z rozbudowaną, siedmiominutową formą i długim instrumentalnym finałem, który kojarzy się z The War On Drugs. Dalej mamy prawie siedemdziesiąt minut muzyki, w której odbijają się różne wcielenia Fisza i Emade. "Nie Widzimy Chmur", "Ogień i Woda", "Spływacz" - tych fragmentów, które od razu wpadają w ucho, jest sporo. Co ciekawe, zabrakło tu tylko najbardziej eksperymentalnego, "beastieboysowego" etapu w rodzaju "Hevi Metal" czy "Zwierzę Bez Nogi". Można tego trochę żałować, ale w praktyce "25" broni się jako bardzo udane podsumowanie, które pokazuje, że duet wciąż ma sporo do powiedzenia. To album, który prawdopodobnie jeszcze długo będzie wracał na odtwarzacze, nie tylko z sentymentu.

Ghost - Skeletá
Ghost dawno przestali być zespołem "od okultystycznego retro-doomu dla wtajemniczonych". Tobias Forge zbudował wokół nich pełnoprawne uniwersum, w którym kolejne inkarnacje Papieży, komiksy, teledyski i filmowe koncerty są równie ważne jak same piosenki. "Skeletá" to kolejny rozdział tej opowieści, ale przede wszystkim hołd dla muzyki lat osiemdziesiątych. Forge porzuca bombastyczną, momentami zbyt plastikową estetykę "Impera" i nagrywa płytę, w której aż roi się od mniej i bardziej oczywistych nawiązań do klasyków AOR, hard rocka i soundtracków z tamtej dekady. "Peacefield" puszcza oko do "Separate Ways" Journey, "Missilia Amori" przypomina solowego Ozzy'ego, "De Profundis Borealis" jedzie na galopadzie, którą mogłoby podpisać niejedno hairmetalowe arcydzieło, a "Guiding Lights" jest podręcznikową ejtisową balladą. Do tego dochodzą syntezatorowe intra w duchu Johna Carpentera, deep-purplowskie pojedynki gitary z organami, charakterystyczne dla Ghost połączenia radosnych melodii z mroczniejszą treścią. "Skeletá" jest jednocześnie bardzo świadomym pastiszem i nowoczesnym albumem, który bez problemu podbił mainstreamowe listy. Mniej tu otwarcie satanistycznego przymrużenia oka, więcej piosenek o miłości i przemijaniu, ale esencja Ghost wciąż jest wyczuwalna.

Hinode Tapes - Ita
W ostatnich kilkunastu miesiącach dość mocno zaniedbaliśmy katalog Instant Classic. W natłoku premier płyty tej wytwórni zaczęły nam trochę umykać, co w pewnym momencie samo zaczęło uwierać. Szybkie odświeżenie przyszło przy okazji pierwszych zapowiedzi nowej Starej Rzeki - i tak trafiliśmy na gdański projekt Hinode Tapes. "Ita", nagrana we współpracy z Hirokim Chibą, okazała się idealnym przypomnieniem, że nie zawsze więcej znaczy lepiej. To album, który bardzo świadomie pokazuje, że piękno można odnaleźć w minimalizmie, w oszczędnych środkach, ale użytych z dużą uważnością. Na "Ita" mamy do czynienia z ambientem z elementami awangardowego jazzu. Delikatne drony, subtelne interwencje kontrabasu, pojedyncze dźwięki, które pojawiają się i znikają, tworzą muzykę, która przez prawie czterdzieści minut doskonale wycisza, a jednocześnie nie pozwala całkowicie odpłynąć. To nie jest ambient, który znika w tle. Raczej taki, który delikatnie, ale konsekwentnie przyciąga uwagę do tego, co dzieje się w środku. Przy odpowiednim nastawieniu można tu wsiąknąć na cały album, ale równie dobrze działa jako płyta na wieczór, kiedy po prostu potrzebujemy oddechu. Po takiej pozycji trudno nie mieć ochoty sprawdzić, co jeszcze w ostatnim czasie Instant Classic wypuściło.

Hoshii - Her Name Was Yumi
"Her Name Was Yumi" to jeden z najbardziej urokliwych i jednocześnie najbardziej pomysłowych polskich albumów, jakie pojawiły się w ostatnich miesiącach. Projekt Hoshii, współtworzony przez Kubę Więcka, wykorzystuje język współczesnego jazzu, elektroniki i popu, ale filtruje go przez estetykę anime, gier wideo, japońskiej popkultury. Mnóstwo tu pastelowych melodii, lekkich syntezatorów, delikatnych beatów, które momentami kojarzą się z muzyką do serialu, którego jeszcze nie widzieliśmy, ale chętnie byśmy obejrzeli. Saksofon nie jest tu narzędziem do solówek, raczej postacią w tej opowieści - komentuje, dopowiada, czasem po prostu snuje się jak kolejny bohater. Całość sprawia wrażenie bardzo przemyślanej, ale równocześnie pozbawionej zadęcia. To płyta, która potrafi rozchmurzyć dzień, nie popadając przy tym w banał.

James Holden & Wacław Zimpel - The Universe Will Take Care of You
Duet Jamesa Holdena i Wacława Zimpla na papierze wyglądał jak marzenie fanów transowej elektroniki i współczesnego jazzu. W praktyce wyszło jeszcze ciekawiej. "The Universe Will Take Care of You" to materiał, w którym trudno wskazać, gdzie kończy się struktura, a zaczyna improwizacja. Klarinety, saksofony i inne dęciaki Zimpla oplatają modulowane sekwencje Holdena, tworząc gęstą, ale zaskakująco przejrzystą tkankę dźwiękową. Kompozycje rozwijają się powoli, na zasadzie narastającego pulsu. Zamiast klasycznych zwrotek i refrenów mamy tu fale, przypływy i odpływy, delikatne zmiany, które z czasem prowadzą do transu. Miejscami przypomina to współczesną wersję minimalizmu kojarzonego z Rileyem czy Reichem, ale podbitego doświadczeniem klubowych nagrań. To album, który świetnie działa jako całość, słuchany od początku do końca, najlepiej w ciszy i spokoju. Tytuł nie jest przypadkowy - jest w tej muzyce coś kojącego, sugerującego, że mimo chaosu dookoła jakiś rytm jednak to wszystko porządkuje.

Loveworms - Loveworms
Debiutancki album Loveworms sprawia wrażenie, jakby ktoś wpuścił do polskiej alternatywy trochę świeżego powietrza. Zespół stawia na oszczędne aranże - gitary, bas, perkusja, gdzieniegdzie klawisze - ale gra nimi tak, że powstaje rozpoznawalny, własny język. Wokal, często bardziej mówiony niż śpiewany, prowadzi opowieści, które balansują między codziennością a lekkim absurdem. Pojawia się temat relacji, miasta, oczekiwań, które nie przystają do rzeczywistości, ale wszystko podane jest bez patosu, z dużą dawką autoironii. Muzycznie to gdzieś na przecięciu post punka, crank wave'u i indie, ale bez ślepego kopiowania zachodnich wzorców. "Loveworms" to płyta, która może nie zadziała na wszystkich od pierwszego przesłuchania, ale jeżeli ktoś złapie ten klimat, szybko zacznie wracać do poszczególnych numerów, bo niewiele jest u nas zespołów, które tak sprawnie łączą lekkość z inteligentnym tekstem.

Lunatic Soul - The World Under Unsun
Nowy Lunatic Soul to rzadki dziś przypadek podwójnego albumu, który nie służy jako pretekst do upchnięcia wszystkiego, co zostało po sesjach, ale jest w pełni przemyślaną, dziewięćdziesięciominutową opowieścią. Mariusz Duda zebrał tu właściwie cały swój dotychczasowy język - od progresywnego rocka, przez ambient i organiczną elektronikę, po bardziej piosenkowe, delikatne formy - i ułożył z niego coś, co przypomina autorskie "the best of" złożone wyłącznie z premierowych kompozycji. Z jednej strony mamy rozbudowane formy w rodzaju "Mind Obscured, Heart Eclipsed", które potrafią trzymać za gardło przez dwanaście minut, z drugiej utwory pokroju "Good Memories Don't Want To Die" czy "The New End", w których liczy się subtelność i melancholia. Kto zechce szukać, znajdzie tu echa wczesnego Riverside i wcześniejszych inkarnacji Lunatic Soul. Kto chce po prostu dobrego, angażującego albumu, dostanie jedną z najbardziej dojrzałych i osobistych płyt w dorobku Dudy, a przy okazji jedno z najważniejszych polskich wydawnictw tego roku.

Messa - The Spin
Messa od początku kariery konsekwentnie wymyka się gatunkowym szufladkom. Po "Close", które uchodziło za jeden z najciekawszych albumów na styku doom metalu, psychodelii i jazzu, "The Spin" przynosi wyraźny zwrot w stronę gotyckiego rocka, post punku i nowej fali, bez porzucania ciężaru. Już singlowe "At Races" z klipem kręconym na Bałkanach pokazało, że zespół nie boi się bardziej przebojowych struktur. Dalej jest tylko ciekawiej. "Void Meridian" wprowadza nerwowy, niepokojący klimat, "Fire On The Roof" łączy spory ciężar z refrenem, który mógłby spokojnie polecieć w radiu, "Immolation" daje chwilę wytchnienia w balladowym tempie, a rozbudowane "The Dress" buduje napięcie tak, że osiem minut mija niezauważalnie. "Reveal" i "Thicker Blood" domykają całość z przytupem. Siedem utworów, niespełna czterdzieści dwie minuty, zero zapychaczy. Ogromną rolę odgrywa jak zwykle Sara Bianchin, której głos scala różne odcienie tej muzyki w jedną, spójną całość. "The Spin" to kolejny dowód na to, że Messa nie stoi w miejscu i wciąż potrafi zaskoczyć, nie gubiąc przy tym własnej tożsamości.

Michael Wollny Trio - Living Ghosts
Michael Wollny znany jest z tego, że na żywo potrafi zamienić koncert w coś na pograniczu spektaklu i seansu spirytystycznego. "Living Ghosts" świetnie to dokumentuje. Trio pianisty gra jazz, który ma niewiele wspólnego z jednym konkretnym nurtem. Raz brzmi jak współczesna kameralistyka, raz jak rozbuchany free, chwilami zahacza wręcz o rockowe granie. Wollny z łatwością przechodzi od delikatnych, impresjonistycznych fraz do perlistej kaskady dźwięków, sekcja rytmiczna nie tyle "akompaniuje", co współtworzy narrację. W repertuarze obok autorskich kompozycji pojawiają się przetworzone motywy znanych standardów i piosenek, ale trudno mówić tu o klasycznych coverach. Każdy utwór jest raczej punktem wyjścia do długiej, nieprzewidywalnej historii. Słychać publiczność, oddech sali, ciszę między dźwiękami. To jazz, który nie zamyka się w klubowym getcie, tylko bez problemu trafi też do słuchacza rocka czy muzyki klasycznej, jeżeli tylko ten pozwoli sobie na trochę cierpliwości.

Nene Heroine - 4
"4" to złoty strzał, który trafił do nas dzięki Mysticowi i szybko okazał się jedną z najciekawszych instrumentalnych płyt roku. To kolejny dowód na to, że nie zawsze potrzebny jest wokal, żeby wyrazić pełen zestaw emocji. Czasem wystarczy muzyka - a Gdańszczanie z Nene Heroine doskonale wiedzą, jak z niej korzystać. Pierwsze nasze skojarzenie wędruje w stronę Merkabah, ale z istotnym zastrzeżeniem. Tamten zespół bardzo mocno sięgał po metal, przez co efekt końcowy był totalny, bezkompromisowy, chwilami wręcz przygniatający. Nene Heroine są zdecydowanie bardziej "user friendly". Pod nazwą, za którą zespół zdążył już dostać bana w mediach społecznościowych, skrywa się instrumentalny jazz z elementami psychodelii i post rocka. Sekcja trzyma solidny puls, gitary i dęciaki dokładają warstwy nastroju, raz bardziej mroczne, raz bardziej rozmarzone. "4" to płyta, którą bez obaw można puścić znajomym, nawet jeśli na co dzień nie siedzą głęboko w jazzie czy muzyce eksperymentalnej. Jest tu wystarczająco dużo melodii i czytelnych motywów, żeby nie odstraszyć, ale jednocześnie na tyle charakteru, że nie ma mowy o miałkim "smooth". Świetny album, który pokazuje, że na polskiej scenie dzieje się sporo ciekawych rzeczy poza głównym nurtem.

Ninajirachi - I Love My Computer
"I Love My Computer" to jedna z tych płyt, dzięki którym można zrozumieć, dlaczego młodsze pokolenia tak dobrze czują się w elektronice sklejonej z miliona bodźców. Australijska producentka łączy na niej klubowe bity, wpływy future bassu, hyperpopu, EDM, a nawet klimat wczesnych gier wideo. Utwory często zaczynają się jak niewinna popowa piosenka, po czym nagle rozpadają się na glitchujące fragmenty, powracając w zupełnie innej formie. Wokal jest mocno przetworzony, ale nie traci emocji - słychać w nim samotność, lęk, ekscytację, tę charakterystyczną mieszankę uczuć, która pojawia się, kiedy więcej czasu spędza się przed ekranem niż w realnej przestrzeni. Teksty mówią wprost o relacji z technologią, o tym, jak komputer staje się przyjacielem, lustrem, czasem też wrogiem. Mimo tej tematyki płyta nie jest ciężka - pełno w niej błysku, energii, momentów czystej euforii. To bardzo współczesny portret świata, w którym cyfrowość nie jest dodatkiem, tylko podstawowym środowiskiem życia.

Nourished By Time - The Passionate Ones
Nourished By Time nagrał płytę, która idealnie oddaje atmosferę współczesnych dużych miast, gdzie wszystko jest jednocześnie piękne i przygnębiające. "The Passionate Ones" na poziomie brzmienia miesza R&B, post punkową szorstkość, lo-fi elektronikę i synth popowe melodie, ale nie robi z tego stylizowanej retro zabawy. Beat często snuje się leniwie, bas gra swoje figury gdzieś pod skórą, a nad tym wszystkim unosi się głos, który brzmi jak spowiedź kogoś autentycznie zmęczonego rolą "zaangażowanej jednostki w późnym kapitalizmie". Teksty dotykają tematów pracy, samotności, relacji rozbijanych przez tempo życia, poczucia bycia wiecznie spóźnionym wobec oczekiwań świata. Wszystko to zostaje zamknięte w piosenkach, które potrafią być zaskakująco chwytliwe. Nie ma tu może oczywistych radiowych hitów, ale refreny wracają po kilku godzinach, a fragmenty tekstów wchodzą do głowy jak cytaty z rozmów ze znajomymi. "The Passionate Ones" to album bardzo dzisiejszy, ale nie w sensie pogoń za trendami, tylko raczej w tym, jak trafnie łapie emocjonalny klimat 2025 roku.

Obscure Sphinx - Emovere
Obscure Sphinx na "Emovere" przypominają, że w polskim ciężkim graniu nadal potrafimy robić rzeczy na absolutnie światowym poziomie. Formalnie to tylko trzy utwory, ale każdy z nich jest osobną, wieloczęściową opowieścią. Zespół mistrzowsko operuje dynamiką - długie fragmenty budowane na niemal dronowym napięciu, z delikatnym wokalem i oszczędną perkusją, przechodzą w potężne erupcje gitarowego hałasu. Bas dudni, ale nigdy nie rozlewa się w bezkształtną masę. Nad tym wszystkim unosi się głos Zofii Fraś, która wciąż potrafi przejść od szepczącej delikatności do krzyku rozrywającego słuchacza na pół. Teksty są enigmatyczne, bardziej sugerują emocje niż opowiadają wprost jakąś historię, ale to dobrze współgra z muzyką, która działa przede wszystkim na poziomie ciała i intuicji. "Emovere" zostawia po sobie wrażenie obcowania z czymś bardzo intensywnym, nawet jeśli trwa "tylko" pół godziny.

Octotanker - Voidhopper
Octotanker na papierze debiutuje, ale "Voidhopper" jest w praktyce kontynuacją historii, która zaczęła się w zespole Prąd i na albumie "Octotanker". Skład, klimat, a nawet nazwa zdradzają ciąg dalszy, nie nowy rozdział. Tym razem muzycy dorzucili do pakietu coś, co coraz rzadziej zdarza się w ciężkim graniu. Obok płyty dostajemy czterdziestodwustronicowy komiks, wydany z dbałością o detale, który z muzyką tworzy spójną całość. Świat przesterowanych tankowców przemierzających skażone oceany i kosmicznych pustkowi nie jest tu dodatkiem, ale równorzędnym elementem. Dźwiękowo "Voidhopper" to mieszanka stonera, psychodelii, space rocka i grunge'u, z charakterystycznym, organicznym pulsem, który słuchacze Prądu doskonale pamiętają. Brzmienie jest ciężkie i gęste, a jednocześnie pełne przestrzeni. W porównaniu z wcześniejszym materiałem wyraźnie dojrzalsze. Całość działa najlepiej jako jedna, nieprzerwana wyprawa, dlatego na początku może sprawiać wrażenie hermetycznej. Z każdym kolejnym przesłuchaniem ta mgławica zaczyna się jednak rozjaśniać, pojawiają się konkretne motywy, a gdzieś w tle daje się wyczuć emocjonalną aurę z "Facelift" Alice In Chains. To jedna z tych płyt, które wymagają czasu, ale oddają go z nawiązką.

Omasta - Jazz Report from the Hood
Omasta pokazuje, jak można grać jazz, który jest zakorzeniony w tradycji, a jednocześnie bardzo mocno osadzony w miejskim, współczesnym kontekście. Sekcja rytmiczna trzyma groove, który spokojnie mógłby posłużyć za fundament rapowego numeru, dęciaki raz wychodzą do przodu z mocnymi tematami, raz rozpływają się w bardziej abstrakcyjnych pasażach. Słychać inspiracje klasyką amerykańskiego jazzu, ale też wpływy hip-hopu, soulu, funkowych basów. To album, który nie boi się brudu, przesterów, szumu miasta w tle. Tytułowy "raport z osiedla" nie jest tu realizowany wprost tekstem, tylko nastrojem. To raczej opowieść o chodzeniu nocą po dzielnicy, zaglądaniu w boczne uliczki, podsłuchiwaniu fragmentów rozmów. Dla fanów tradycyjnych jazzowych płyt może to być lekki szok, ale dla tych, którzy szukają czegoś żywego, aktualnego, będzie to pozycja obowiązkowa.

Patrick Shiroishi & Piotr Kurek - Greyhound Days
"Greyhound Days" to album, który naprawdę brzmi jak długa podróż autobusem przez Stany, tylko że opowiedziana za pomocą saksofonów, klarnetów, syntezatorów i rozmaitych dźwięków tła. Patrick Shiroishi i Piotr Kurek spotykają się dokładnie pośrodku swoich światów. Z jednej strony mamy improwizowany, chwilami free jazzowy język saksofonisty, z drugiej charakterystyczne, hipnotyczne struktury Kurka. Utwory budowane są często wokół prostego motywu, który jest stopniowo rozszczepiany, preparowany, przetwarzany. Dużo tu ciszy, szumów, oddechów, choć kiedy trzeba, duet potrafi też uderzyć w bardziej gęste, intensywne rejony. Nie ma tu jednej, dominującej emocji - są momenty melancholii, niepokoju, poczucia bycia "pomiędzy", ale pojawia się też rodzaj pogodzenia z tym stanem. To nie jest łatwe tło do pracy, raczej płyta do świadomego słuchania, która potrafi na chwilę zawiesić czas.

Perfume Genius - Glory
"Glory" to album, na którym Mike Hadreas doprowadza swój charakterystyczny styl do formy niemal idealnej. Z jednej strony mamy tu jego typową teatralność - rozbudowane aranże, dramatyczne zwroty, odważne rozwiązania harmoniczne - z drugiej całość wydaje się bardziej opanowana, skupiona, pewna siebie. Pojawiają się smyczki, fortepian, zniekształcone gitary, elektroniczne plamy, ale wszystko ma swoje miejsce, nic nie jest wrzucone "dla efektu". Hadreas bawi się dynamiką - potrafi w jednej piosence przejść od szeptu do krzyku, od prostego akordu do wybuchu dźwięku, po czym w sekundę znowu wycofać się do intymnej formy. Tekstowo "Glory" to kolejna odsłona opowieści o cielesności, seksualności, chorobie, wstydzie i dumie, ale tym razem mniej skoncentrowanej na szoku, a bardziej na akceptacji i łagodności wobec siebie. To płyta bardzo piękna, miejscami aż przytłaczająca emocjonalnie, ale też taka, w której czuje się dojrzałość kogoś, kto przerobił już wiele etapów i teraz opowiada swoją historię z pewnej odległości.

Piotr Kurek - Songs and Bodies
Piotr Kurek od lat buduje własny język, który trudno pomylić z czymkolwiek innym. "Songs and Bodies" jest tego kolejnym świetnym przykładem. Mamy tu krótkie formy, które z jednej strony są "piosenkami" w tym sensie, że opierają się na rozpoznawalnych motywach, powracających figurach, ale z drugiej całkowicie wymykają się popowym schematom. Elektronika spotyka się z dźwiękami klarnetów, organów, instrumentów smyczkowych, czasem też z głosem, który pojawia się jak kolejny instrument. Rytm bywa wyraźny, kiedy indziej tylko zasugerowany. Utwory układają się w ciąg, w którym ciało - jego obecność, ruch, pamięć - jest głównym bohaterem. To muzyka, która momentami ociera się o abstrakcję, ale zawsze zostaje w strefie, gdzie można ją jeszcze "uchwycić uchem" i emocjami, a nie tylko intelektem. Idealna propozycja dla tych, którzy lubią, gdy eksperyment idzie w parze z wyczuciem formy.

Przemysław Rudź & Artur Wolski - Enchanted Lighthouse
"Enchanted Lighthouse" to drugi efekt współpracy Przemysława Rudzia i Artura Wolskiego i jednocześnie jedna z najbardziej obrazowych płyt, jakie ukazały się w tym roku na styku elektroniki i gitary. Już sam pomysł przeniesienia klimatów w rodzaju "Blade Runnera" nad polskie morze działa na wyobraźnię. W recenzji pojawia się wizja zasnutej smogiem Gdyni, nad którą krążą zeppeliny korporacji audiofilskich, a gdzieś w tym wszystkim pulsuje tytułowa zaklęta latarnia. Muzycznie album dryfuje między ambientowymi pejzażami szkoły berlińskiej a bardziej "ziemskimi" fragmentami, w których prym wiedzie gitara akustyczna. "Neverending Trip" i "Enchanted Lighthouse" niosą w sobie szantowo-bluesową melancholię po sztormie, "Boundless" i "Chasing the Elusive" odrywają się od lądu i wędrują w kosmiczne rejony, a "Perpetual Drift" przemyca skojarzenia z klasycznymi soundtrackami z lat osiemdziesiątych. Całość ukazała się nakładem DNA Audio, z dużą dbałością o brzmienie i wydanie. To płyta, która potrafi zastąpić najmocniejszą kawę na nocnej wachcie, ale równie dobrze sprawdza się jako muzyka do zamyślenia oczu i wpatrywania się w światło latarni.

Ropień - Fale i Wiatr
Najpierw była okładka, która wpadła nam w oko na jednej z facebookowych grup. Potem odezwał się sam zespół i tak poznaliśmy jedno z najfajniejszych tegorocznych, niezależnych, polskich wydawnictw. "Fale i Wiatr" to w wielkim skrócie post punk, ale taki, który bardzo świadomie korzysta z tradycji i jednocześnie nie zamienia się w tribute band. Znajdziemy tu fragmenty, które bez problemu moglibyśmy podciągnąć pod "Nową Aleksandrię" Siekiery czy pierwsze płyty Killing Joke - chłodne gitary, hipnotyczny bas, oszczędna, ale nośna perkusja. Ropień gra jednak ten post punk po swojemu, bez bezpośredniego zżynania. Czuć, że to muzyka, która zna swoje korzenie, ale próbuje coś dopisać od siebie. Dodatkowo mocnym punktem są teksty - wyraźnie przemyślane, dobrze osadzone w rzeczywistości, ale bez taniej publicystyki. To one sprawiają, że te utwory nie są tylko stylową zabawą w brzmienia sprzed lat, ale czymś, co ma realną treść i zostaje w głowie na dłużej. "Fale i Wiatr" to idealny przykład płyty, która zaczyna się od przypadkowego scrolla, a kończy na liście tych wydawnictw, do których naprawdę chce się wracać.

Rosalía - Lux
Rosalía na "Lux" wychodzi jeszcze dalej poza ramy tego, co zwykliśmy nazywać popem. Oczywiście słychać tu echa flamenco, które zawsze było jej znakiem rozpoznawczym, ale tym razem zostaje ono zestawione z rozbudowanymi partiami orkiestrowymi, chórami, wątkami niemal operowymi. To album, który bardziej przypomina filmową opowieść niż standardowy zestaw singli z kilkoma "wypełniaczami" pomiędzy. Kompozycje rozwijają się powoli, często od skromnego motywu wokalnego czy pojedynczej gitary, by po kilku minutach urosnąć do monumentalnych, wielowarstwowych kulminacji. Rosalía bawi się językami, w jednej piosence przechodząc przez hiszpański, kataloński, angielski, czasem tylko zaznaczając kolejne słowa, jakby były ważniejsze jako brzmienie niż nośnik znaczenia. Tekstowo 'Lux' krąży wokół wątków światła i ciemności, sacrum i profanum, duchowości i cielesności, ale nie w formie akademickiego wywodu, tylko raczej emocjonalnego strumienia. To jedna z tych płyt, które wymagają od słuchacza czasu i skupienia, ale w zamian oferują coś, czego coraz rzadziej doświadcza się we współczesnym popie - poczucie obcowania z dużym, konsekwentnie zbudowanym dziełem.

Rwake - The Return Of Magik
Rwake to zespół, który wielu fanów sludge'u i post metalu dawno postawiło na półce z napisem "legenda nieaktywna". Od "Rest" minęło czternaście lat, w międzyczasie scena zdążyła się zmienić nie do poznania. Tym większym zaskoczeniem było pojawienie się "The Return Of Magik". Sześć utworów, prawie pięćdziesiąt cztery minuty i brzmienie, które sugeruje, że dla zespołu czas zatrzymał się mniej więcej w okolicach 2011 roku. Tytułowy numer to dwunastominutowy walec, połamany rytmicznie, z licznymi przejściami i charakterystycznymi, skrzeczącymi wokalami. "You Swore We'd Always Be Together" zaczyna się niemal sielankowo, tylko po to, żeby po chwili wciągnąć słuchacza w bagienny ciężar. "Distant Constellations and the Psychedelic Incarceration" upycha tyle pomysłów w niecałe czternaście minut, że spokojnie można by z nich złożyć jeszcze jedną płytę, a finałowy "Φ" próbuje symbolicznie uprzątnąć zgliszcza po tym wszystkim. Jedyny zarzut to odrobina mniejszego szaleństwa niż w dawnym "The Cat And The Snake". Poza tym "The Return Of Magik" jest powrotem więcej niż udanym. Rwake nie zamierzają podbijać list przebojów, ale swoją niszę umacniają koncertowo.

Sadist - Something To Pierce
Sadist to jeden z tych zespołów, na które wielu słuchaczy trafia dziś nie przez polecajki znajomych, tylko przez algorytmy serwisów streamingowych. Włoska grupa istnieje od ponad trzech dekad, "Something To Pierce" jest już jedenastym albumem w ich dorobku, a jednak łatwo było do tej pory przejść obok nich obojętnie. Tymczasem to jedna z najciekawszych rzeczy, jakie wydarzyły się w ostatnim czasie w okolicach technical death metalu. Dziesięć utworów, niespełna trzydzieści dziewięć minut i praktycznie zero miejsca na oddech. Tytułowy numer łączy ciężar, growl i zawiłe riffy z nagłym zwolnieniem i niemal ambientowym fragmentem w środku. "Deprived" zaczyna się od "dziwolągów", w których gitary wchodzą dopiero po chwili, "Kill Devour Dissect" zaskakuje wplecionymi ludowymi żeńskimi zaśpiewami, a wokal Trevora Nadira w kilku miejscach przyjmuje bardzo specyficzną, niekoniecznie oczywistą formę. Sadist miesza death, industrial, prog i różne plemienne akcenty w sposób, który składa się na rozpoznawalny, własny język. W morzu przewidywalnych deathowych płyt "Something To Pierce" wybija się wyraźnie ponad średnią.

Sodom - The Arsonist
Niemiecki Sodom od zawsze był zespołem, po którym nikt nie oczekiwał stylistycznych wolt. Po bardzo dobrze przyjętym "Genesis XIX" i kilku EP-kach apetyty na nowy długogrający materiał były jednak spore. "The Arsonist" nie przynosi zaskoczeń, ale daje dokładnie to, co powinien. Otwierające i promujące płytę "Trigger Discipline", "Witchhunter" czy "Taphephobia" to Sodom w najczystszej postaci - szalone tempo, brudne, chaotyczne brzmienie i wokal Toma Angelrippera, który wciąż brzmi tak, jakby ktoś nagrał go z wnętrza pracującej huty. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy słuchamy całości za jednym zamachem. Dwanaście utworów (plus intro) w bardzo podobnym tempie sprawia, że najlepsze momenty - choćby "The Spirits That I Called", "Gun Without Groom" czy finałowy "Return To God In Parts" - trochę giną w ogólnym galopie. W mniejszych dawkach album działa znakomicie. Sodom nie odkrywa tu Ameryki, ale przypomina, że w niemieckiej wielkiej trójce to właśnie oni najczęściej nagrywają materiał, przy którym naprawdę chce się machać głową.

Stara Rzeka - Wynoś się z mojego domu
Powrót Starej Rzeki był jedną z najbardziej wyczekiwanych rzeczy na polskiej alternatywie i można powiedzieć, że oczekiwania zostały spełnione. "Wynoś się z mojego domu" rozwija styl wypracowany na "Cieniu chmury nad ukrytym polem", ale robi to w sposób bardziej osobisty, dosadny, momentami nawet brutalny. Kuba Ziołek swobodnie przeskakuje tu między folkową delikatnością, gitarowym dronem, black metalową ścianą hałasu i elektronicznymi przesterami, jakby wszystkie te języki były dla niego tak samo naturalne. Pojawiają się melodie, które mogłyby być ludowymi przyśpiewkami, zaraz potem toną w zgiełku. Teksty są pełne gniewu, ironii, absurdu, ale nie brakuje w nich też czułości i zwykłej, ludzkiej kruchości. To płyta trudna, z premedytacją nieprzyjemna w wielu momentach, ale przez to bardzo szczera. Nie ma tu chęci przypodobania się komukolwiek - jest autorski świat budowany na przekór oczekiwaniom, który albo się kupi w całości, albo odrzuci po kilku minutach.

Steven Wilson - The Overview
W naszej redakcji jest kilka osób, które muzycznie wychowały się na Porcupine Tree, więc trudno udawać, że do solowych płyt Stevena Wilsona podchodzimy z zupełnie chłodnym dystansem. Zwyczajnie lubimy jego sposób myślenia o muzyce i w praktyce podoba nam się prawie wszystko, co wydaje. "The Overview" od początku było zapowiadane jako projekt ambitny. Zamiast klasycznego zestawu utworów dostaliśmy dwie kilkunastominutowe kompozycje, które na papierze wyglądają jak duże, progresywne suity. W praktyce szybko okazuje się, że każda z nich składa się z wyraźnie zarysowanych części, które spokojnie można by potraktować jak osobne piosenki. Gdyby ktoś rozciął ten materiał na kawałki, wyszłoby z tego dziesięć normalnych tracków. Nie jest to szczytowe osiągnięcie Wilsona, nie ta liga co jego najbardziej kultowe tytuły, ale nadal dostajemy spójny, bardzo przyjemny w odbiorze album. Artysta swobodnie łączy tu swoje ulubione elementy - gitarowy prog, elektronikę, bardziej filmowe, ambientowe fragmenty - tak, że całość płynie naturalnie od początku do końca. "The Overview" najlepiej działa właśnie w takiej formie, w jakiej zostało pomyślane, jako dwie długie podróże, które można odpalić w całości i na chwilę zniknąć z obiegu. To Wilson w trybie "znam swoje patenty, ale nadal potrafię ich użyć z wyczuciem". Bez rewolucji, za to z dużą dawką tego komfortowego, rozpoznawalnego świata, do którego chce się wracać.

Swans - Birthing
Michael Gira kilka lat temu zapowiadał, że era dwugodzinnych molochów Swans dobiega końca. "Birthing" pokazuje, jak bardzo te zapowiedzi można brać na poważnie. Siedem utworów, ponad 115 minut muzyki i struktury, które znów bardziej przypominają rytuał niż "normalny" album. "The Healers" snuje się przez kilkanaście minut, żeby w końcówce eksplodować ścianą dźwięku. Utwór tytułowy mógłby spokojnie posłużyć jako ścieżka dźwiękowa do apokaliptycznego filmu, "Red Yellow" i "Guardian Spirit" podtrzymują atmosferę nerwowego niepokoju, a zamykające całość "The Merge" i "(Rope) Away" są ukłonem w stronę "The Seer" i najcięższych, dronowych wcieleń zespołu. Dla fanów Swans to kolejny album-rytuał, który pochłania na dwie godziny i zostawia słuchacza w stanie lekkiego oszołomienia. Dla osób, które nigdy nie przekonały się do tego świata, "Birthing" będzie prawdopodobnie jedną z najbardziej męczących płyt roku. W obu przypadkach trudno mówić o rozczarowaniu.

Taco Hemingway - Latarnie wszędzie dawno zgasły
"Latarnie wszędzie dawno zgasły" to Taco Hemingway w trybie "pełnometrażowego słuchowiska". To nie jest zestaw luźnych numerów, tylko gęsto spleciona opowieść o mieście, relacjach, przeszłości i teraźniejszości, osadzona w realiach świąteczno-zimowego Warszawskiego półmroku. Pojawiają się postaci znane z poprzednich płyt, wracają miejsca, motywy, zdania. Muzycznie mamy mieszankę klasycznych rapowych beatów, delikatnych gitar, syntezatorowych plam, sampli, które budują tło jak w filmie. Taco jest tu momentami bardzo intymny, kiedy indziej gra rolą narratorą obserwującego z boku całe pokolenie. Wiele wersów można spokojnie wyciągnąć jako komentarz do polskiej codzienności - od pracy w korpo przez wynajem mieszkań po poczucie zawieszenia między "już nie tak młody" a "jeszcze nie dorosły". To płyta wymagająca, bo najlepiej działa słuchana w całości, ale jeśli da się jej czas, pokazuje, że Hemingway nadal potrafi pisać rzeczy, które rezonują z doświadczeniami bardzo wielu osób.

Testament - Para Bellum
Testament od lat jest jednym z nielicznych zespołów, którym udało się przetrwać wszystkie mody i zawieruchy bez wpadek w dyskografii. "Para Bellum" tylko tę opinię wzmacnia. Po pięcioletniej przerwie studyjnej Amerykanie wracają płytą, która z łatwością wciśnie się do czołówki ich dokonań z ostatnich kilkunastu lat. Otwarcie "For The Love Of Pain" to ciężar i brutalność, jakich nie było od czasów "Demonic", z growlem i blastami w pakiecie. "Infanticide A.I." pędzi w podobnym tempie, a "Shadow People" zwalnia, żeby zrobić miejsce na bardziej rozbudowaną formę i klimat. Jest też "Meant To Be" - ballada, która w rękach innego zespołu mogłaby brzmieć patetycznie, tutaj po prostu rozszerza paletę. Reszta to już thrash bez znieczulenia. Gitary Skolnicka i Petersona znów są w znakomitej formie, perkusja Chrisa Dovasa dodaje całości dodatkowego kopa, a Chuck Billy dawno nie brzmiał tak świeżo. "Para Bellum" trwa ponad pięćdziesiąt minut, a kończy się tak, że odruchowo sięga się po przycisk "play" jeszcze raz.

Waluś Kraksa Kryzys - Tematy i wariacje
Na "Tematach i wariacjach" Sebastian Łukasz Gugulski zostaje w swojej ulubionej estetyce - gitarowej, brudnej, emocjonalnej - ale widać wyraźnie, że jego piosenki są coraz lepiej skrojone. Riffy wciąż mają siłę, wokal balansuje na granicy krzyku i szeptu, teksty są pełne skojarzeń, odniesień, wewnętrznych cytatów, ale tym razem wszystko to układa się w bardziej zwartą całość. Album krąży wokół kilku motywów, do których Waluś wraca pod różnym kątem. Jest poczucie klaustrofobii współczesnego świata, jest lęk przed przyszłością, jest autoironia w patrzeniu na własne próby "ogarnięcia życia". Muzycznie płyta ma swój naturalny flow - mocniejsze kawałki przeplatają się z tymi spokojniejszymi, przy których bardziej wybrzmiewają teksty. To materiał, który pewnie jeszcze mocniej zapracuje na koncertach, ale już na płycie słychać, że Waluś Kraksa Kryzys jest teraz jednym z najciekawszych głosów w polskiej gitarowej alternatywie.

Wiraszko - Tak młodo się nie spotkamy
"Tak młodo się nie spotkamy" to zbiór piosenek, które brzmią jak list do samego siebie sprzed lat. Wiraszko, znany z Much, w solowym wydaniu sięga po podobne środki wyrazu - gitary, proste, ale chwytliwe melodie, teksty pełne konkretnych miejsc i sytuacji - ale patrzy na to wszystko z innej perspektywy. Zamiast opowieści "tu i teraz" mamy raczej spokojną rekonstrukcję dawnych emocji, przefiltrowanych przez doświadczenie. W wielu numerach pojawia się motyw spotkań, które się nie wydarzyły, decyzji podjętych i niepodjętych, przyjaźni, które rozsypały się po drodze. Muzycznie to bardzo przyjemna mieszanka indie rocka i alternatywnego popu, z refrenami, które szybko wpadają w ucho. Jednocześnie płyta nie popada w tani sentymentalizm - jest raczej ciepłym, czasem ironicznym spojrzeniem wstecz. Dla tych, którzy dorastali przy muzyce Wiraszki, będzie to doświadczenie wyjątkowo bliskie.

Ziomcy - Skarb państwa
"Skarb państwa" to płyta, która pokazuje, jak ciekawie może dziś brzmieć polski alt-rap. Zamiast typowych trapowych schematów dostajemy produkcje, które korzystają z sampli, instrumentów, lo-fi elektroniki, budując charakterystyczny, trochę zamglony pejzaż. Bity nie pędzą, raczej snują się, jakby podkręcając wrażenie wiecznego niedospania. Rap jest bardziej "gadany" niż technicznie popisowy, ale bardzo obrazowy. W tekstach pojawiają się konkretne miejsca, uliczki, znajomi, fragmenty zdań zasłyszanych gdzieś po drodze. To opowieści o tym, jak wygląda życie "na dole" w czasach, gdy duża polityka i wielkie słowa dawno przestały kogokolwiek przekonywać. Zamiast wielkich manifestów mamy więc czułą, często gorzką kronikę zwykłej codzienności. To album, który raczej buduje własny świat, niż próbuje o coś walczyć, ale siła tych małych scen sprawia, że ciężko o nim zapomnieć.

Komentarze

  • Brak komentarzy

Skomentuj

Komentuj jako gość

0

Bannery dolne

Nowe testy

Poprzedni Następny
FiiO FT7

FiiO FT7

Niektóre firmy wchodzą do świata hi-fi frontowymi drzwiami, budując swoją legendę przez dekady wokół kilku wysokiej klasy wzmacniaczy, kolumn albo gramofonów, a potem ostrożnie poszerzając katalog o kolejne segmenty. Inne...

Advance Paris A12 Apex

Advance Paris A12 Apex

Advance Paris nie jest marką nową, choć przez długi czas funkcjonowała na rynku trochę obok głównego nurtu audiofilskich rozmów. Firma wystartowała w 1995 roku jako Advance Acoustic. Początkowo oferowała zestawy...

HiDiamond Top Bronze

HiDiamond Top Bronze

Kable audio to jeden z tych tematów, przy których emocje potrafią pojawić się szybciej niż rozsądek. Wystarczy rzucić hasło, a po chwili można mieć przy stole dwa obozy, z których...

Bannery boczne

Komentarze

stereolife
@Artur - To jest raczej uzależnione od źródła. Jeżeli odtwarzacz ma konstrukcję symetryczną, prawdopodobnie warto będzie sprawdzić, czy połączenie XLR okaże się...
Mary
A jakie to modele? Bo mnie interesuje ten temat...
słuchacz
@Artur - Trzeba to sprawdzić na słuch i nie instalować w ciemno. Niestety znakomita większość wzmacniaczy z wejściami zbalansowanymi (obojętne, tranzystor czy l...
Marcin
Jako były posiadacz Charybdis podpisuję się pod całym testem recenzji. Już wkrótce naprawię swój błąd i powrócę do nich ;) Nie słyszałem obiektywnie nic co grał...
Artur
Witam. Widzę, że dołożono kartę rozszerzeń XLR. Czy jest dużo różnica między RCA a XLR ? Warto zainwestować w to rozszerzenie?

Płyty

Blindead 23 - Deuterium

Blindead 23 - Deuterium

Gdybym miał stworzyć zestawienie dziesięciu najlepszych polskich albumów metalowych nagranych w tym milenium, "Affliction XXIX II MXMVI" byłby jednym z...

Tech Corner

Najbardziej intrygujące technicznie i koncepcyjnie gramofony w historii

Najbardziej intrygujące technicznie i koncepcyjnie gramofony w historii

Gramofony, szlifierki, odtwarzacze czarnych płyt, adaptery, patefony, odtwarzacze analogowe, fonografy... Jakkolwiek byśmy nie nazwali tych poczciwych urządzeń, które są z nami już od ponad 130 lat, możemy zawsze powiedzieć o nich to samo - od dziesięcioleci dostarczają nam niezapomnianych przeżyć związanych z odtwarzaniem ukochanych utworów. Wielu melomanów pamięta o ich...

Nowości ze świata

Prezentacje

Bez szumów, bez kabli, bez kompromisów - Sennheiser

Bez szumów, bez kabli, bez kompromisów - Sennheiser

Czy znasz firmę Sennheiser? Na to pytanie twierdząco odpowie niemal każdy, kto interesuje się szeroko pojętym sprzętem audio. DJ, prezenter radiowy, producent muzyczny, artysta, gwiazda estrady, kierownik sceny, zapalony gracz, audiofil, a nawet zwyczajny słuchacz mający chrapkę na porządne słuchawki jednej z prestiżowych marek - wszyscy oni prawdopodobnie choć raz...

Cytaty

PaulSamuelLeonJohnson.png

Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych, zapoznając się z naszą polityką prywatności.