
Soundbar Sennheisera... To ci dopiero kuriozum! Firma, która słynie z produkcji słuchawek i mikrofonów, nagle postanowiła wejść na rynek domowego sprzętu audio. Co więcej, zamiast oswoić się z tematem i przyzwyczaić klientów do nowej wizji, na przykład poprzez wprowadzenie prostego głośnika bezprzewodowego lub jednoczęściowego systemu audio w przystępnej cenie, zaatakowała z grubej rury i na dzień dobry pokazała światu potężny, zaawansowany technicznie soundbar, który pod wieloma względami - co tu ukrywać - zasługuje na miano najlepszego urządzenia tego typu na świecie. A przynajmniej spokojnie może o ten tytuł powalczyć. Szaleństwo? Teoretycznie tak, ale to byłoby do Niemców zupełnie niepodobne. Potomkowie Fritza Sennheisera nie mają w zwyczaju ładować się w idiotyczne pomysły i bawić się rodzinną firmą, której korzenie sięgają 1947 roku. Nie wydają pieniędzy na badania, w które nie wierzą i eksperymenty, z których może kilka procent zakończy się sukcesem i przyniesie takie czy inne owoce. Lubią natomiast myśleć o swej firmie jako tej, która daje światu nowoczesne technologie, niespotykane wcześniej rozwiązania i pomysły, które później naśladują inni. Jak pokazuje historia, mają do tego pełne prawo. Aby przełamywać bariery i eksplorować niezbadane terytoria, trzeba podejmować ryzyko. W świecie słuchawek, Sennheiserowi od pewnego czasu zarzuca się zbyt pasywną postawę. Firma gra bezpiecznie, korzysta z opracowanych wcześniej rozwiązań i podaje je klientom w formie nowych, opakowanych w inne obudowy produktów. Ale od czasu do czasu wali po gębie tak, że konkurencja nawet nie podejmuje walki. Kiedy wprowadzono flagowy zestaw słuchawkowy Orpheus HE 1, złożony z elektrostatycznych słuchawek i lampowego wzmacniacza z wbudowanym DAC-em, z marmurową obudową i wyjeżdżającymi zeń pokrętłami, cała branża powiedziała "okej, wygraliście". Minęły prawie cztery lata, ale nikt nie podniósł rzuconej przez Sennheisera rękawicy. Czy tak samo będzie z opisywanym soundbarem?

Gdybyście założyli firmę zajmującą się produkcją audiofilskich kolumn, jak wyobrażalibyście sobie jej przyszłość? Co chcielibyście osiągnąć w ciągu kilku pierwszych lat działalności? Do czego dążylibyście później? Intuicja podpowiada, że najlepiej byłoby wejść na rynek z przytupem, wprowadzając zestawy, w których wszyscy melomani i audiofile od razu się zakochają, a potem tylko zbierać pozytywne recenzje i nagrody, wprowadzać coraz lepsze i droższe modele, szukać dystrybutorów we wszystkich krajach na świecie, pokazywać się na wszystkich wystawach, raz na dwa lata powiększać fabrykę i wysyłać dostawy kontenerami, a przez cały ten czas zbijać takie kokosy, żeby aż nie wiedzieć czy wydać je na dziesiąty sportowy samochód czy może piąty dom w górach. Taki model, rodem z czasów rewolucji przemysłowej, w niektórych przypadkach funkcjonuje bardzo dobrze, ale sprawdza się tylko do pewnego momentu. Nadchodzi bowiem taki dzień, kiedy zdajemy sobie sprawę, że od dawna nie robimy tego, co chcieliśmy robić na samym początku. Zależało nam przecież na stworzeniu sprzętu, który pokochają audiofile, prawda? Na kuchennym stole lub w pierwszym biurze mieszczącym się obok pobliskiej restauracji tworzyliśmy odważne projekty, oddawaliśmy się swojej pasji otoczeni podobnymi sobie hobbystami i przyjaciółmi, wspierała nas cała rodzina, wspólnie jeździliśmy na pierwsze pokazy, i choć zatrudnialiśmy raptem czterech ludzi, cieszyliśmy się z każdego drobnego sukcesu. A teraz? Nową serię naszych kolumn zaprojektował znany specjalista od wzornictwa przemysłowego, a za ich strojenie odpowiadał podobno jakiś austriacki magik, którego nawet nie widzieliśmy na oczy. W nowoczesnej fabryce większość pracowników zajmuje się badaniem rynku, sprzedażą, księgowością i kontrolą jakości, a kolumny - poza kilkoma najdroższymi modelami - przyjeżdżają z Chin. Dźwięk? Ach, dźwięk... Ważne tylko, aby spodobał się ludziom, których jeszcze stać na nasze produkty. A czy będzie ciepły i muzykalny, czy szybki i precyzyjny? Jeden, za przeproszeniem, pies. Jakby ktoś w ogóle to zauważył, powiemy, że zmieniliśmy koncepcję, bo ludzie słuchają muzyki ze smartfonów i trzeba się do tego dostosować. Czekaj, który dziś? Kiedy oficjalnie będą przyznawali te nagrody, za które zapłaciliśmy? No niech już to ogłoszą, bo siada dynamika wzrostu sprzedaży...

Hegel to jedna z firm, których działalność niezmiennie mnie fascynuje. Kiedy bowiem potężna korporacja zatrudniająca setki ludzi na całym świecie i dysponująca budżetem średniej wielkości państwa wypuszcza na rynek urządzenia wyposażone w najnowsze zdobycze techniki, zdobywa najbardziej prestiżowe nagrody, pokazuje się na największych wystawach i jest traktowana jako jedna z ważniejszych firm w branży, nikogo to nie dziwi. Ale gdy takie sukcesy odnosi skromna manufaktura założona przez zdolnego studenta, zatrudniająca raptem siedem osób i mieszcząca się w biurze, które u największych graczy na rynku mogłoby pełnić co najwyżej funkcję schowka na nieużywane graty lub zapasowej sali odsłuchowej, wszyscy zaczynają drapać się po głowie i z uwagą obserwować jej każdy kolejny krok. Co takiego ma Hegel, czego nie mają inni? Pieniądze? Talent? Szczęście? Jako człowiek, który norweską firmę zna doskonale, powiedziałbym, że w jej przypadku kluczem do sukcesu jest rzadko spotykana mieszanka pomysłowości, pracowitości, skromności i dobrego zarządzania. Skandynawowie nie lubią marnotrawstwa i nie robią niczego na pokaz. Wszystko ma czemuś służyć. Uważają, że sprzęt audio powinien dobrze działać i jeszcze lepiej grać. Dlatego na każdym kroku zastanawiają się czy zmierzają właśnie w tym kierunku, czy dana decyzja przybliży ich do celu. Ekstremalnie drogie gniazda, obudowy projektowane przez światowej klasy dizajnerów lub antywbiracyjne nóżki, o których można napisać pracę magisterską to nie ich świat. Ale wysokiej klasy transformatory, przetworniki i tranzystory - tak, to ich interesuje, bo wszystko to później słychać. Norwegowie uważają, że w porównaniu z gigantami branży audio, ich firma jest niczym budka z hot-dogami. Ale chcą robić najlepsze hot-dogi na świecie.

Jaki powinien być perfekcyjny wzmacniacz? Każdy audiofil odpowie na to pytanie inaczej. Dla jednych niedoścignionym ideałem będzie potężny, tranzystorowy piec ważący pięćdziesiąt kilogramów i budzący respekt samą powierzchnią rozpostartych po bokach radiatorów, natomiast dla innych spełnieniem marzeń byłby minimalistyczny, purystyczny lampowiec z triodami 300B w układzie single-ended. Oba światy mają swoje plusy i minusy. A co by było, gdybyśmy połączyli ogień z wodą? Powstałaby hybryda. Układ będący połączeniem lampowego przedwzmacniacza i tranzystorowej końcówki mocy przez wielu miłośników wysokiej klasy sprzętu audio uznawany jest za niedościgniony. W każdym z elementów stosujemy bowiem technologię, która nadaje się do tego najlepiej. Wydawałoby się, że wśród wzmacniaczy zintegrowanych za dziesięć, piętnaście czy dwadzieścia tysięcy złotych hybryd będzie co niemiara. Ale nie. Panuje tu dość ostry podział na stuprocentowe lampy i stuprocentowe tranzystory. Zupełnie jakby ich producenci kazali nam się określić - wybrać swoją ścieżkę i trzymać się jej także podczas wyboru zestawów głośnikowych, kabli i innych elementów systemu. Nagła zmiana koncepcji mogłaby bowiem zburzyć całą układankę. Mała popularność hybryd wśród wzmacniaczy zintegrowanych z wysokiej półki zaintrygowała mnie do tego stopnia, że postanowiłem zrobić mały rekonesans.

W wariackich czasach rodzą się wariackie koncepcje i wynalazki. Często są to pomysły, które teoretycznie nie mają prawa się udać i którym początkowo nikt nie daje żadnych szans, a kiedy ktoś wreszcie podejmie ryzyko i zdecyduje się wprowadzić je w życie, okazują się spektakularnym sukcesem. Wyobraźcie sobie, że mamy rok 2013. Mieszkacie w Korei Południowej. Zajmujecie się projektowaniem i produkcją przenośnych odtwarzaczy muzycznych, zwanych potocznie empetrójkami. Niestety, zainteresowanie nimi ciągle słabnie, bo ludzie masowo przesiadają się na smartfony. Player stworzony tylko i wyłącznie z myślą o odtwarzaniu plików może oferować wyższą jakość brzmienia, tak samo, jak cyfrowa lustrzanka wciąż robi lepsze zdjęcia. Ale typowego użytkownika to nie interesuje. Wcześniej nie miał wyboru i jeśli chciał słuchać muzyki poza domem, musiał kupić sobie empetrójkę, choćby i taką najtańszą. Teraz może wszystko to mieć w telefonie, który przy okazji pozwoli mu słuchać radia albo zainstalować aplikację nowego serwisu oferującego muzykę prosto z sieci, bez ściągania plików i kupowania dodatkowych kart pamięci. Co robicie? Przerzucacie się na produkcję telefonów? Otóż nie. Zamiast tego, powołujecie do życia nową markę i wprowadzacie na rynek przenośne odtwarzacze lepsze i droższe niż wszystko, co świat widział do tej pory. Szaleństwo? Pewnie tak, ale właśnie taką decyzję podjęli wówczas właściciele firmy Iriver. Do pierwszych modeli wypuszczonych pod marką Astell&Kern wpakowali kości, które widywało się raczej w stacjonarnych, audiofilskich odtwarzaczach i przetwornikach. Cztery i pół tysiąca złotych za urządzenie, które mamy nosić w kieszeni? Wtedy wydawało się to kompletnie absurdalne, ale Koreańczycy wiedzieli, że jeśli playery w ogóle miały przetrwać w starciu ze smartfonami, nie mogły grać od nich odrobinę lepiej. Musiały zostawiać je daleko w tyle. Na pewno widzieli też rodzący się na ich oczach trend. Powstawały coraz lepsze i coraz droższe odtwarzacze takich marek, jak HiFiMAN, Colorfly, iBasso czy Monster Audio. Postanowili więc na dzień dobry wszystkich przebić, a potem poszło już z górki i przebijali tylko samych siebie.

Pamiętacie boom na kino domowe? Ja pamiętam, bo moda na dźwięk przestrzenny i przypinanie tego pojęcia do wszystkiego, od stereofonicznych głośników komputerowych po słuchawki, przypadała na okres mojej młodości, kiedy interesowałem się wszystkimi nowymi wynalazkami. W latach dziewięćdziesiątych wielu melomanów zdążyło się już przerzucić z kaset na płyty kompaktowe, a ci jeszcze młodsi polowali na empetrójki, aby tworzyć długie playlisty w Winampie. Przeżyliśmy sporą rewolucję, ale miało to być niczym w porównaniu z zamianą dwóch głośników na system 5.1. Systemy kina domowego były na fali. Reklamowały je największe gwiazdy. Uczestnicy popularnych teleturniejów płakali z radości, gdy w bramce numer trzy zamiast pluszowego kota stało pięć plastikowych głośników z aktywnym subwooferem i płaskim amplitunerem. Nie wszyscy jednak rozumieli o co w tym wszystkim chodzi. Dla sporej części użytkowników rozstawienie w pokoju tylu różnych pudełek - w taki sposób, jak chciał tego producent - było po prostu zbyt kłopotliwe. Mimo to, moda na kino domowe wcale nie skończyła się z dnia na dzień. W świadomości przeciętnego klienta buszującego po supermarkecie hasło to odcisnęło się tak mocno, że niemal całkowicie wyparło wszystko, co wcześniej kojarzyliśmy ze słuchaniem muzyki. Stereo? Panie, przeżytek! Audiofile byli przekonani, że ta zaraza w końcu minie. I mieli rację. Poniekąd...

Kilkanaście lat temu najmniejsze, oferujące niską moc wyjściową, a najczęściej też do bólu minimalistyczne wzmacniacze, które można było nazwać audiofilskimi zaczynały się mniej więcej od dwóch tysięcy złotych. Doskonale pamiętam zażarte dyskusje, a właściwie nawet otwarte konflikty między fanami Creeka i Cambridge'a. Dziś takich konstrukcji jest już coraz mniej. Melomani są wygodni i wybierają urządzenia, które mają na pokładzie przetwornik cyfrowo-analogowy z całą baterią wejść dla dekodera, telewizora i konsoli, łączność sieciową, streaming, obsługę z poziomu aplikacji, tuner radiowy i masę innych udogodnień. Gdzie w tym wszystkim wzmacniacz? Nie wiadomo. Nikt nie zastanawia się czy końcówka mocy pracuje w klasie A, AB czy D. Nikt nie pyta o współczynnik tłumienia czy wielkość pracującego w zasilaczu transformatora. Nikogo nie interesują opowieści o krótkich ścieżkach sygnałowych i dyskretnych wzmacniaczach słuchawkowych. Da się podłączyć kolumny? To spoko. Sprawa zamknięta. Gra? Gra. Jakoś... Audiofile obserwują to z boku, zaglądają różnym amplitunerom i tanim wzmacniaczom w tak zwane bebechy i załamują ręce. Zasilacz jak ładowarka do starego laptopa, płytka z przetwornikiem i kartą sieciową, a końcówka mocy ukryta gdzieś przy gniazdach, nie większa niż dwie paczki fajek. Jak to może brzmieć? Niektórzy twierdzą, że producenci sprzętu audio żerują w ten sposób na ludziach, dla których nawet podstawowe pojęcia i parametry to czarna magia, ale moim zdaniem jest to zgodne z zasadami matematyki, logiki i ekonomii. Za dwa tysiące złotych ciężko jest dzisiaj kupić wzmacniacz, który z czystym sumieniem można by było nazwać audiofilskim. Dlatego rywalizacja przeniosła się w nieco wyższe rejony - 3000-4000 zł.

Audiofilski system stereo wyobrażamy sobie najczęściej jako kilka dopasowanych do siebie komponentów elektronicznych i parę kolumn - wolnostojących lub podstawkowych. Kiedyś porządna wieża musiała składać się z trzech, czterech, a nawet pięciu klocków. Oprócz wzmacniacza, trzeba było przecież mieć magnetofon, tuner radiowy i gramofon, a później także odtwarzacz płyt kompaktowych. Dziś funkcjonalny zestaw powinien odtwarzać wychodzące z obiegu płyty, ale też pliki, muzykę z popularnych serwisów strumieniowych, a nawet dźwięk z konsoli, smartfona, telewizora lub komputera. A multiroom, a wyjście słuchawkowe, a obsługa asystentów głosowych? Wszystko to musi się gdzieś zmieścić, ale najlepiej gdyby było to jedno niewielkie pudełeczko. Najlepiej z wbudowanymi głośnikami. Jednoczęściowy głośnik sieciowy lub soundbar zamiast klasycznej wieży? Dla wielu klientów nie jest to już ciekawa alternatywa, ale jedyna opcja, która pasuje wszystkim domownikom. Urządzenia takie, jak Devialet Phantom, Naim Muso czy Dynaudio Music 7 to kwintesencja wygody i luksusu. Nie wymagają od użytkownika żadnych poświęceń. Stawiamy, włączamy do prądu, łączymy się z aplikacją i zaczynamy odsłuch. Jest tylko jeden malutki problem... Zasadniczo są to głośniki monofoniczne. W porządku, mogą mieć dwa kanały i dwa zestawy identycznych głośników, ale jeśli wszystko to zostaje wepchnięte do obudowy o szerokości kilkudziesięciu centymetrów, o normalnej stereofonii można co najwyżej pomarzyć. Kupując soundbar, głośnik bezprzewodowy lub jakiekolwiek inne urządzenie tego typu, cofamy się do czasów przedwojennych! Nie wierzycie?

Miłośnicy wysokiej jakości sprzętu grającego są przyzwyczajeni do mniej lub bardziej oficjalnych licytacji między producentami takiej aparatury. Który wzmacniacz ma większy transformator, który przetwornik obsługuje gęstsze pliki i które kolumny mają głośniki wysokotonowe z tytanu, berylu, diamentu... W dzisiejszych czasach walka przeniosła się jednak w zupełnie inny obszar. Klientów coraz mniej interesują końcówki mocy pracujące w klasie A. Nie obchodzą ich opowieści o ręcznie selekcjonowanych komponentach i krótkich ścieżkach sygnałowych, a i obudowy z egzotycznego drewna zdążyły im się znudzić. Przykładają za to ogromną wagę do funkcjonalności i kompatybilności sprzętu z formatami, serwisami, usługami i aplikacjami, które znają i które być może okażą się przydatne w codziennym życiu. Elektronika audio ma być ładna, bezinwazyjna i łatwa do zainstalowania w typowym salonie, ale przede wszystkim musi łączyć się ze wszystkim, z czego już korzystamy. Jeżeli przyzwyczailiśmy się do słuchania muzyki z komputera lub telefonu, nasz nowy sprzęt będzie musiał się z tymi źródłami porozumieć. Jeśli wieczorami oglądamy filmy z Netflixa, konieczna będzie możliwość podpięcia się do telewizora. Jeżeli nowych playlist i albumów już od kilku lat szukamy wyłącznie w aplikacji Spotify, brak kompatybilności z systemem Spotify Connect będzie ogromnym, ale to ogromnym minusem. Wszystko jedno czy upatrzyliśmy sobie amplituner, głośnik sieciowy czy soundbar. Yamaha zdała sobie z tego sprawę już dawno temu. Kiedy jeszcze nie wszyscy wyobrażali sobie jak daleko to zabrnie, Japończycy wprowadzili własny system o nazwie MusicCast i w bardzo agresywny sposób dodawali do niego kolejne urządzenia. Stworzyli aplikację, połączyli ją z różnymi źródłami muzyki, a następnie zarzucili rynek dziesiątkami głośników, zestawów mini, amplitunerów, streamerów i soundbarów, które łączą się ze sobą w jeden ekosystem. Dziś ciężko za tym nadążyć, ale Yamaha nie przestaje rozwijać swojego dzieła, wprowadzając nie tylko nowe urządzenia, ale i nowe funkcje. Jedną z nich jest MusicCast Surround czyli bezprzewodowe kino domowe.

Elektronika stworzona z myślą o profesjonalistach kusi audiofilów od dawna. Czasami nawet na tyle skutecznie, że poszczególne urządzenia przebijają się w nieco zmienionej formie na rynek amatorski. Nierzadko sami ich konstruktorzy są zaskoczeni pozytywnymi opiniami ludzi, którzy teoretycznie potrzebują tylko czegoś do słuchania muzyki w biurze, ewentualnie na spacerze lub w podróży. Czemu mieliby być zainteresowani sprzętem zaprojektowanym z myślą o wykonywaniu konkretnej pracy? Wystarczy jednak spojrzeć na problem trochę szerzej, aby zdać sobie sprawę z tego, że wszystko, co profesjonalne, sportowe, wojskowe lub ekskluzywne jest generalnie postrzegane jako lepsze. Ludzie na ulicy nie oglądają się za zwykłymi samochodami, które kupuje się po to, by spaliły jak najmniej benzyny i pomieściły pięcioosobową rodzinę, ale za usportowionym autem z ryczącym wydechem, obniżonym zawieszeniem i milionem plakietek "RS", "M" lub "Type R" - już tak. Komputer stacjonarny lub laptop może być bardzo fajny, ale będzie jeszcze fajniejszy jeśli producent wyraźnie zaznaczy, że został stworzony z myślą o grafikach komputerowych, programistach, a nawet graczach startujących w różnego rodzaju turniejach. Oczywiście w sklepie nie trzeba nikomu udowadniać, że faktycznie będziemy wykorzystywać taki komputer do pracy. Możemy nawet grać na nim w pasjansa, ale niewątpliwie dobrze jest wiedzieć, że nasz sprzęt potrafi o wiele, wiele więcej. Audiofile także uwielbiają profesjonalne zabawki. Nawet ci, którzy nie grają na żadnym instrumencie, nigdy nie stali na scenie i nie wiedzą jak wygląda studio nagraniowe. Wystarczy zobaczyć jakimi hasłami i obrazkami kuszą ich niektórzy producenci wzmacniaczy albo zestawów głośnikowych. Hi-endowe kolumny stojące za ogromną konsoletą? Końcówki mocy z kondensatorami spełniającymi standardy militarne? Po co to normalnemu melomanowi, który chce po prostu posłuchać muzyki? To proste - "profesjonalne" czasami naprawdę znaczy "lepsze". Czy jednak sprawdzi się to w przypadku słuchawek dokanałowych?
Sławek