Bannery górne wyróżnione

Bannery górne

A+ A A-

Testy sprzętu audio to jedna wielka ściema. I reklama!

  • Kategoria: Felietony
  • Tomasz Karasiński

Testy sprzętu audio to jedna wielka ściema. I reklama!

Od dłuższego czasu przyglądam się grupom zakładanym przez audiofilów na portalach społecznościowych i powszechnemu już zjawisku szukania porad i informacji o wybranych urządzeniach nie w działających od wielu lat magazynach, nie na stronach prowadzonych przez ekspertów, nie u doświadczonych sprzedawców i instalatorów, ale w gronie amatorów. O ile rozumiałem jeszcze udzielanie się na forach i grupach dyskusyjnych dla zabicia czasu, tak zupełnie nie byłem w stanie pojąć, że ktoś mógłby traktować wpisy anonimowych ludzi zupełnie serio. Wiadomo, że w sieci ludzie wymieniają się najróżniejszymi doświadczeniami. Piszą recenzje książek, dzielą się swoimi pomysłami na urządzenie sypialni, wstawiają swoje przepisy na żurek i filmy ze sprawdzonymi patentami na szybkie mieszanie kleju do glazury. Najczęściej robią to hobbystycznie. O ile jednak książka może okazać się nudna, a żurek niedobry i nikt nie będzie z tego powodu płakał, tak kupno audiofilskiego wzmacniacza lub kolumn na podstawie wpisu anonimowego gościa z grupy dyskusyjnej wydaje się co najmniej ryzykowne. Postanowiłem jednak przyjrzeć się sprawie bliżej, a potem zadać sobie jedno, bardzo ważne pytanie - dlaczego mielibyśmy ufać testom publikowanym w specjalistycznych czasopismach, portalach i blogach? I wiecie co? Nie mam zielonego pojęcia.

Zacznijmy od dość oczywistego faktu, że jakość publikowanych w sieci recenzji jest bardzo różna. Największe szanse na znalezienie dobrych, fachowych testów mamy na stronach magazynów drukowanych (gdzie materiały te pojawiają się oczywiście ze sporym opóźnieniem), a także na portalach i blogach prowadzonych przez ludzi, którzy wiedzą jak to się robi i traktują temat naprawdę poważnie. Cała reszta to amatorszczyzna. Testy pisane na kolanie, informacje przeklejane z broszurek reklamowych i zdjęcia zrobione smartfonem wieczorową porą (bo w ciągu dnia recenzent siedzi w pracy). Wrażenia odsłuchowe można streścić w dwóch zdaniach. W oczy rzuca się przede wszystkim brak wiedzy i doświadczenia. Autor unika zagłębiania się w kwestie techniczne, bo nie ma o tym bladego pojęcia. Nie robi też żadnego podejścia do rozkręcania sprzętu, bo jeszcze by coś uszkodził, a wtedy musiałby zapłacić za naprawę sprzętu i miałby spore problemy z wypożyczeniem kolejnego. W rezultacie strona przypomina pamiętnik ze wspomnieniami początkującego audiofila, który do tej pory miał u siebie może z pięć wzmacniaczy, trzy pary kolumn i dwa komplety kabli ze średniej półki. Na szczęście większości takich specjalistów zabawa w testowanie sprzętu nudzi się maksymalnie po kilku miesiącach. W sieci przez jakiś czas straszą jeszcze strony aktualizowane pół roku temu, ale później kończy się ważność domeny i temat mamy z bani.

Jakość publikowanych w sieci artykułów nie jest jednak największym problemem. Problemem jest to, czy któremukolwiek recenzentowi lub blogerowi naprawdę możemy zaufać. Możemy bowiem trafić na profesjonalnie napisany tekst z dokładnym opisem brzmienia w różnych konfiguracjach, galerią zdjęć ze zbliżeniami na każdy kondensator, pomiarami i ocenami uwzględniającymi tysiąc różnych kryteriów, ale pytanie dotyczące wiarygodności pozostaje bez odpowiedzi. Aż do momentu, kiedy postanowimy sprawdzić dany sprzęt sami i skonfrontujemy swoje wrażenia z testem. Czasami faktycznie nadarza się ku temu okazja. A to uda nam się sprawdzić opisywane urządzenie w sklepie, a to zobaczymy i usłyszymy je w akcji na wystawie, a może nawet kupimy je i przekonamy się czy było warto. Ale w znakomitej większości przypadków ten moment nie nastąpi nigdy. Powtarzam - nigdy. Audiofilski wzmacniacz to nie baton z orzechami, który można kupić w każdym kiosku. Czytelnicy mają więc ograniczone możliwości weryfikacji wrażeń recenzentów. A jeśli okaże się, że nasza ocena jest całkowicie sprzeczna z tym, co przeczytaliśmy w teście? Cóż na to poradzić? Obsmarować autora na forum? Napisać mu maila z "podziękowaniem" za rzetelnie wykonaną pracę? Fajnie, ale przecież za przeczytanie artykułu nie zapłaciliśmy ani grosza. "Ogromnie współczuję. Reklamacja uznana. Niniejszym zwracam Panu/Pani zero złotych." - mógłby odpisać ów recenzent, gdyby w ogóle mu się chciało. I miałby, niestety, stuprocentową rację. A skoro ludzie czytający testy nic za to nie płacą, dla kogo on to właściwie robi?

Na chłopski rozum, sytuacja powinna wyglądać tak - mamy świetną stronę, na której publikujemy interesujące artykuły i ludzie czytają je na potęgę, w związku z czym kontaktuje się z nami mnóstwo firm, które chcą zamieścić na owej stronie reklamę. Autorzy dalej robią swoje, a reklamodawcy są zadowoleni, bo ich bannery nabijają tysiące wyświetleń i kliknięć, docierając do ludzi faktycznie zainteresowanych sprzętem hi-fi, a nie okrętami podwodnymi, które algorytm wyszukiwarki wziął za subwoofery. Czytelnicy dostają coraz lepsze materiały, bo redakcja się rozwija. W dzisiejszym świecie takie proste mechanizmy są jednak uznawane za przestarzałe. Twórcy mogą zarabiać nawet na zamieszczaniu zdjęć i filmów na Instagramie. Niestety, bloger piszący o wzmacniaczach lub magazyn o audiofilskim sprzęcie nigdy nie będzie miał takiej wartości i siły przebicia. Zdjęcia gramofonu nie zbiorą tylu lajków, co fotka znanej modelki z luksusową torebką na szyi. O ile jednak tam nie mamy żadnych wątpliwości, że wpis powstał na zamówienie agencji reklamowej, to test wzmacniacza powinien być rzetelny, autentyczny i wyważony. Ale... Tak właściwie, dlaczego? Skoro celebryci, blogerzy i youtuberzy biorą pieniądze za opowiadanie o tym, że używają jakiegoś kremu do rąk albo pieką ciasta w piekarniku z dzielonymi drzwiami, czemu niby autorzy testów mieliby nie zgarniać bonusów za ubarwienie swoich recenzji lub przyznawanie nagród zupełnie przeciętnym słuchawkom? Kto im zabroni? Więcej - kto ich w ogóle na tym nakryje? Może u nich te słuchawki zagrały świetnie? W końcu oni się na tym znają, a przeciętny klient - niekoniecznie.

Zarabianie na reklamach pozostaje bez wpływu na rzetelność testów tylko wtedy, gdy oba procesy są zupełnie niezależne - testy są przygotowywane bez żadnych instrukcji czy nacisków, a reklamodawcy kupują bannery dlatego, że podobają im się statystyki i profil odbiorców danego serwisu. Jedno sobie, drugie sobie. Niestety, potrafią to ogarnąć tylko ci autorzy, którzy w razie czego potrafią powiedzieć "nie" i postawić pewne granice. Intuicja podpowiada, że jeszcze bardziej rzetelne powinny być testy publikowane na stronach bez reklam, utrzymywanych z wpłat przekazywanych przez samych czytelników. Temat był jednak badany wielokrotnie i raczej się nie przyjął. Przykład? Załóżmy, że mamy do wyboru stuprocentowo niezależny test, za który musimy zapłacić 5 zł i darmową stronę, na której opublikowano już pięćset albo tysiąc podobnych recenzji. Obstawiam, że dostęp do testu wykupiłoby może z 10 osób (w tym producent i dystrybutor), co daje oszałamiające 50 zł. To się po prostu nie uda. Więcej zapłacimy za transport sprzętu, nie mówiąc już o wykonaniu zdjęć, opłaceniu serwerów czy rachunków za prąd. Jest jeszcze trzeci model, polegający na utrzymywaniu redakcji z dwóch źródeł - reklam i opłat pobieranych od czytelników. To przynosi najwięcej pieniędzy, ale czy gwarantuje rzetelność i niezależność? Chyba niekoniecznie. Pozostaje więc model czwarty - robić wszystko za darmo, mieszkać pod mostem (beton jest ostatnio w modzie), jeść szczaw, umawiać się na odsłuchy w sklepach, a wieczorami, w kafejce internetowej przy dworcu kolejowym pisać testy, bo Janek z Facebooka pytał czy do jego kolumn lepszy będzie amplituner takiej, czy może takiej firmy.

Wyobraźmy sobie zatem, że porzucamy moralne wątpliwości, zwalniamy hamulce i robimy wszystko, aby wycisnąć ze swojej działalności jak najwięcej pieniędzy, mając nadzieję, że odbiorcy albo tego nie zauważą, albo nie będą mieli nam tego za złe (coraz częściej tak właśnie jest). Wówczas trafiamy w ręce specjalistów od marketingu, dla których nasza gazeta lub strona internetowa jest po prostu tablicą ogłoszeniową, nasze nazwisko - wzmacniaczem siły reklamowej, a nasze profile w mediach społecznościowych - workiem z użytkownikami, którzy za chwilę dowiedzą się, że powinni kupić soundbar albo słuchawki do biegania. Naturalnie, speców od reklamy interesują także testy, ale tylko wtedy, gdy spełnione będą dwa bardzo ważne warunki. Po pierwsze - test ma być dobry. Nawet jedno zdanie na temat słabszych cech danego urządzenia nie wchodzi w grę. To może odstraszyć klienta, bo klient chce kupić sprzęt najlepszy i najtańszy. Po drugie - recenzent nie może samodzielnie wybierać sprzętu. Wytypowane przez zleceniodawcę modele będą mu wtedy dostarczane w odpowiednim momencie, z terminem publikacji artykułu wpisującym się w kampanię zaplanowaną dwa tygodnie temu. Jeden soundbar w ciągu dwóch tygodni obskakuje siedem redakcji, bo za chwilę ruszają bannery, spoty i promocje w mediach społecznościowych. Następnie PR-owcy poproszą o dostęp do dokładnych statystyk i zapytają o możliwość wstawienia na stronę specjalnego kodu, którego działanie nie jest do końca jasne. Ostatecznie dochodzimy do punktu, w którym recenzent nie jest im do niczego potrzebny. Sami będą sobie pisać testy i publikować na takiej stronie idiotyczne newsy o tym, że na walentynki trzeba kupić głośnik bezprzewodowy. Recenzja porządnego, audiofilskiego wzmacniacza lub hi-endowego streamera? Rzetelny artykuł o ustawianiu wkładek gramofonowych, bez agresywnych reklam i linków do strony jedynego słusznego sklepu? Zapomnijcie! To jest bardzo mały, hobbystyczny rynek. Nikogo nie interesuje. Dlatego kolejnym krokiem byłoby stopniowe zbaczanie z kursu i opisywanie urządzeń, które nie mają nic wspólnego z hi-fi. Testy telewizorów i smartfonów? Żaden problem. A gdyby ktoś narzekał, że to nie ten profil? Zawsze można powiedzieć, że audiofile też korzystają z telewizorów i smartfonów, więc ten test jest jak najbardziej dla nich.

Powiecie, że dramatyzuję? W takim razie zajrzyjcie na strony dużych sklepów, dystrybutorów i producentów sprzętu audio. Niektórzy z nich skumali już, że wielu ludzi nie wpisuje w wyszukiwarce symboli konkretnych urządzeń, ale pytania o bardziej ogólnym charakterze. Trafiają więc na poradniki - na przykład takie, jakie publikujemy w naszym serwisie od samego początku. Najnowszy trend polega więc na wlepianiu odbiorcom odpowiednich treści poprzez różnego rodzaju artykuły, które dotychczas publikowały tylko magazyny drukowane lub specjalistyczne portale. Marketingowcy przez dłuższy czas miała to w nosie. Rozpowszechnianie wiedzy było im nawet trochę nie na rękę, bo wyedukowany klient zadaje niewygodne pytania i opowiada o transformatorach, zamiast oglądać i kupować. Sytuacja zmieniła się wraz z wprowadzeniem nowych algorytmów promujących artykuły trafiające w potrzeby użytkowników. W tym momencie rozpoczęła się szeroko zakrojona akcja owijania reklam w kamuflaż, który na pierwszy rzut oka przypomina przewodnik po świecie technicznych i praktycznych aspektów korzystania ze słuchawek lub gramofonu. Stąd już tylko krok do wpisów w stylu "Jak ugotować zupę? Garnek masz? To opalasz cebulę i dodajesz sekretny składnik widoczny na załączonym obrazku!" (bez niego żadna zupa nie wyjdzie).

Tutaj znów należałoby uderzyć do dziennikarzy, którzy dokładnie tym się zajmują. Ale zaraz, zaraz... Przecież w biurze dystrybutora siedzi pan Kamil i widać, ze ma za mało roboty. Panie Kamilu, będzie pan teraz pisał artykuły o tym jak wybrać kolumny albo jak podłączyć soundbar do telewizora. Schemat jest zawsze ten sam - tekst zaczyna się od postawienia pytania lub prezentacji problemu, później jest króciutka część techniczna, a potem zaczyna się rajd po kolejnych produktach, które akurat są teraz dostępne w promocji. Producenci, dystrybutorzy i sprzedawcy postanowili wejść w buty dziennikarzy i publikują na swoich stronach artykuły w stylu "Klasa A czy D? Tak właściwie, to obie są fajne, więc kup wzmacniacz firmy..." albo "Jakie słuchawki dokanałowe wybrać? Wszystko jedno, ale pamiętaj, że najlepsze są...". Ba! Sami zaczęli kręcić wideorecenzje. Jeszcze chwila, a będą pisać własne testy. Najlepiej porównawcze, bo zamiast jednego wzmacniacza można wtedy opisać cztery. Na końcu okaże się, że wszystkie są najlepsze i cała czwórka wygrywa. Jesteśmy o krok od momentu, w którym producenci, dystrybutorzy i sprzedawcy zaczną przyznawać urządzeniom własne nagrody. Serio. Teraz, tak dla równowagi, dziennikarze powinni założyć firmę dystrybucyjną i handlować kolumnami i wzmacniaczami, którym każdy z nich przyzna rekomendację. To by dopiero była paranoja... Ale czy w tych zwariowanych czasach kogoś naprawdę by to zdziwiło? Gdyby interes zaczął się kręcić, dziennikarze w pewnym momencie mogliby zablokować innym dystrybutorom (swojej nowej konkurencji) możliwość zamieszczania reklam w swoich czasopismach i portalach. Opisywaliby wyłącznie urządzenia z oferty własnej spółki. Niejeden producent audiofilskiego sprzętu mógłby w tym momencie zmienić barwy i postawić na firmę, która kontroluje wszystkie liczące się media. No co? Jeśli bawimy się w zamianę ról, to może lećmy z tym tematem po całości?

Jeśli macie cierpliwość, zajrzyjcie chociażby na YouTube'a. Mechanizm działania filmików wstawionych niemal w jednym momencie przez wielu różnych youtuberów dobitnie wytłumaczył niedawno Kuba Klawiter. Autorzy dostają od agencji reklamowych konkretne wytyczne - w filmie trzeba powiedzieć o tym, o tym i o tym, a nie można mówić o tym, o tym i o tym. Zmienia się tylko tło i twarz. Każda taka wideorecenzja jest taka sama, bo powstaje według scenariusza dostarczonego przez zamawiającego. Naturalnie, każda osoba zrobi to po swojemu, jednak plan musi zostać zrealizowany. Szczytem fantazji były naklejki umożliwiające personalizację jakiegoś tam drona. Totalna głupota, ale producent uznał, że to świetny pomysł, więc instrukcje zostały przekazane dalej. I potem wszyscy, jak jeden mąż - cześć kochani, oto nowy dron firmy takiej i takiej, tak się rozkłada, tak lata, tyle wytrzymuje na baterii, tak się nim steruje, aaaaha, no i ma naklejki do personalizacji! Agencje reklamowe nie muszą nawet "kreować kontentu". Znajdą sobie dziesięciu albo dwudziestu statystów, którzy powiedzą wszystko, co im napisano, ładnie się przy tym uśmiechając i przekonując widzów, że cała akcja jest ich własnym wymysłem. Ja akurat nie znam się na dronach, ale ten sam mechanizm widać doskonale w filmikach o samochodach. Serwis puszcza nam jeden za drugim, a na wszystkich jest ten sam samochód, w tym samym kolorze, z tym samym silnikiem i w tej samej wersji wyposażenia. Zmieniają się tylko kierowcy i kamerzyści, ale mówią w zasadzie jednym głosem. Jeżeli dobrze traficie, takich "testów" możecie obejrzeć dziesięć, piętnaście, a może nawet dwadzieścia. Ale tak naprawdę wystarczy, że obejrzycie jeden.

O kolejnym ciekawym zjawisku, które przyszło do nas z zagranicy dowiedziałem się przed ubiegłoroczną wystawą Audio Video Show. Impreza jest ogromna, w związku z czym każdy reporter musi znaleźć swoją receptę na ogarnięcie tego, co jego zdaniem jest najciekawsze. Jakąś metodę trzeba przyjąć. Tymczasem niektórzy dziennikarze niektórych zagranicznych magazynów, zaglądający na Audio Video Show od niedawna, wprowadzili swoją własną politykę. Kilka tygodni przed wystawą rozsyłają do wystawców maila z propozycją dopisania ich pokoju do swojej marszruty, oczywiście za odpowiednią opłatą. Treść maila jest tak oczywista, że aż wali po ryju. Drogi wystawco, wpłać ileś tam euro na podane konto, a zajrzymy do ciebie, zrobimy zdjęcia i napiszemy jak grało (ma się rozumieć - fantastycznie). Pamiętaj tylko, aby w tytule przelewu wpisać numer pokoju lub nazwę firmy, zgodnie z tym, co będzie wpisane w przewodniku po wystawie (żebyśmy przypadkiem się nie pomylili i nie pochwalili kogoś, kto z naszej oferty nie skorzysta). Proste? Proste. Przed wylotem do Warszawy wystarczy wydrukować listę przelewów i trasa zwiedzania wystawy rysuje się sama. A że taki reportaż nie będzie pokazywał tego, co zwiedzający uznali za najciekawsze? Oj tam, oj tam... Oni się przecież nie znają. Dodam tylko, że polskim dziennikarzom nigdy nie przyszłoby to do głowy. Regularnie słyszą tylko, że ich reportaże są kiepskie, bo opisali w nich tylko osiemdziesiąt pomieszczeń. Tymczasem autorzy pewnego brytyjskiego bloga nawet nie wystawili stopy poza hotel Radisson Blu Sobieski i mają się dobrze. Uzbrojeni w tę wiedzę, wyobraźcie sobie jak rozwalają mnie opinie, że reportaże polskich magazynów są kiepskie i zmanierowane, a te przygotowane przez zagranicznych dziennikarzy są takie, no wiecie, dokładne, rzetelne i szczere. O słodka naiwności!

Korporacyjne nawyki największych graczy na rynku audio-video najlepiej widać podczas organizowanych z coraz większym rozmachem konferencji prasowych. Kiedyś centralnym punktem takiej imprezy była prezentacja nowego sprzętu, najlepiej z możliwością sprawdzenia go w warunkach zbliżonych do tych, w jakich będzie pracował. Ostatnio jednak wszystko stanęło na głowie. Nowości są pokazywane w sposób czysto teoretyczny. Jest to na przykład długi pokaz slajdów i pojedynczy "sampel", któremu nie można robić zdjęć. Na kilka ostatnich imprez nie brałem nawet aparatu. Po co? Teraz o wiele ważniejsza jest obecność gościa specjalnego czyli znanego prezentera telewizyjnego, sportowca lub muzyka będącego ambasadorem danej marki, nie mówiąc już o rozrywkowej części spotkania. Za chwilę dojdziemy do tego, że agencje reklamowe będą wysyłały dziennikarzom bilety na koncerty, pokazy mody i imprezy sportowe wraz z kanapkami i karteczką, na której znajdzie się link do pobrania informacji prasowych przygotowanych tak, że tylko kopiować i wrzucać. Wydawałoby się, że taka konferencja powinna być okazją do wymiany informacji. Producenci i ich przedstawiciele mogliby nie tylko mówić, ale też słuchać. Mają przecież do czynienia z ludźmi dysponującymi sporą wiedzą i przerzucającymi dziesiątki urządzeń różnych marek. Tak było chociażby z telewizorami 3D. Zapraszani na kolejne konferencje goście doskonale widzieli, że technologia była strasznie, ale to strasznie niedopracowana. Okulary były niewygodne, obraz się rozdwajał, generalnie kicha. Dziennikarze wyrażali swoje wątpliwości bez większych zahamowań. Normalna firma powinna spisać ich uwagi i przekazać je do centrali. Ale przecież nie taki był plan. Padały więc odpowiedzi w stylu "może pan za blisko siedzi" albo "tak ma być, klienci się przyzwyczają". Dlatego, na wszelki wypadek, aktywność dziennikarzy podczas takich imprez jest ograniczana. Najlepiej jakby stali przy barze sałatkowym, przytakiwali i klaskali. Znam ludzi, którzy to lubią. Niektórzy bez żadnego zażenowania pokazują na swoich stronach, jak to posłuchali występu znanej wokalistki, zdobyli jej autograf, a potem wchłonęli talerz kanapek i zatankowali się szampanem. Czytelnicy dostają reportaż o cateringu. A o co tam w ogóle miało chodzić? Aaa, no tak, o jakieś głośniki podobno. Czy o gramofon? O cholera, chyba jednak o gramofon...

Wszystko to sprawia, że czytelnicy są na przegranej pozycji. Nie dziwię się, że czasami nie odróżniają już rzetelnego testu od reklamowego bełkotu. Niektórzy zaczęli reagować na to wszystko tak alergicznie, że są skłonni uwierzyć losowemu gościowi z facebookowej grupy bardziej niż recenzentowi, który zjadł na tym sprzęcie zęby. Tutaj pojawia się jednak kolejny problem. Miejsca, w których ludzie zmęczeni informacyjnym szumem szukają rzetelnych porad są otwarte również dla specjalistów od marketingu, ukrywających się pod tą czy inną postacią. Nawet za fałszywymi nazwiskami i zdjęciami profilowymi. Inteligentnemu człowiekowi wydaje się to idiotyczne, ale jeśli ktoś to robi, to znaczy, że mechanizm działa. Nie zauważyliście takich samych zagrywek w reklamach farmaceutyków? Wyobraźmy sobie test napisany według podobnego scenariusza. "Słuchanie muzyki od dawna nie sprawiało mi radości. Sprawdziłem wiele wzmacniaczy, ale żaden się nie grał tak, jak chciałem. Wtedy znajomy polecił mi nowy wzmacniacz firmy Kartofel Audio. Kartofel Audio? Tak! Ten wzmacniacz jest inny, bo ma specjalnie zaprojektowaną końcówkę mocy z opatentowaną technologią. Spróbowałem i to było to. Teraz mogę słuchać ulubionych płyt z prawdziwą przyjemnością. Kartofel Audio. U mnie gra!". Tu i teraz wygląda to kretyńsko, ale gdybyśmy rozbili ten tekst na kawałki i opublikowali na forum, w formie dyskusji z innym podstawionym użytkownikiem? No właśnie... Specjaliści od marketingu od dawna na tych forach i grupach grasują. Kiedy wrzucamy tam pytanie o wzmacniacz lub kolumny, sami im się podstawiamy. Oto bowiem obwieszczamy światu, że zamierzamy coś kupić, ale nie podjęliśmy jeszcze decyzji. To tak, jakby jeleń na polowaniu podszedł do myśliwego i spytał o drogę. Nie twierdzę oczywiście, że na forach i grupach nie ma prawdziwych audiofilów i melomanów chcących wymienić się wiedzą i doświadczeniami z podobnymi sobie zapaleńcami. Są, i jest ich zdecydowana większość. Jeżeli jednak sądzicie, że są to miejsca stuprocentowo bezpieczne i wolne od wpływów branży, żyjecie w lepszej bajce niż Adaś Niezgódka.

Dane o użytkownikach są dziś warte więcej niż ropa naftowa. Mam jednak przeczucie, że za kilka lat zalew informacyjnego chłamu i uśmiechniętych mord czytających bzdury do internetowej kamerki doprowadzi do tego, że kolejną najcenniejszą walutą będzie wiarygodność. Była już wojna o jakość, była wojna o pierwszeństwo, teraz trwa wojna o statystyki, zasięgi, wyświetlenia i zdobycie klienta podstępem, ale ludzie nie są aż tak głupi i w końcu też im się to znudzi. Znacie kogoś, kto wchodzi do sieci tylko po to, aby poklikać sobie w reklamy? Dajecie się nabrać na wyskakujące okienka z fajerwerkami i napisami, że wygraliście smartfona? No nie. Niebawem ten sam los spotka wszystkie treści, które użytkownicy zakwalifikują do kategorii "strata czasu". No bo ile razy można czytać pseudoporadniki kończące się mało subtelnymi reklamami? Ile razy można wchodzić na bloga, na którym od dawna nie ma nic wartościowego? Ostatecznie nawet specjaliści od marketingu pojmą, że w przypadku strony darzonej dużym zaufaniem dziesięć wyświetleń testu może oznaczać dziesięciu nowych klientów, a na stronach uznawanych za mało przekonujące nawet sto tysięcy odsłon daje tyle, co nic. Niektórzy autorzy, czytelnicy, dystrybutorzy i producenci już dawno do tego doszli. Inni nie pojmą tego jeszcze długo. Z bardzo prostego powodu - wiarygodności nie da się zmierzyć. Podobnie, jak jakości dźwięku zresztą.

Ciekawe rozwiązanie funkcjonuje w branży motoryzacyjnej. Powiedzmy, że szukamy używanego samochodu i polujemy na konkretny model. Przeczesujemy ogłoszenia no i jest, dokładnie taki, ale na drugim końcu kraju. Taka wycieczka to i czas, i pieniądz, a przecież może się okazać, że w ogłoszeniu coś się nie zgadza i auto ma na przykład zupełnie inny silnik albo wady, o których sprzedawca nie wspominał. Z drugiej strony, gdyby wszystko było w porządku, chętnie byśmy kupili. Tutaj z pomocą przychodzą nam rzeczoznawcy, których możemy wynająć i wysłać na miejsce w celu zbadania sprawy. Za odpowiednią opłatą sprawdzą dane auto i przyślą nam raport dotyczący jego stanu technicznego. Usługa kosztuje, ale rzeczoznawca bierze odpowiedzialność za swoją diagnozę, w związku z czym musi wykonać robotę rzetelnie i raczej nie da się przekupić nieuczciwemu sprzedawcy. Wyobraźmy sobie, że taki mechanizm zostałby przełożony na rynek sprzętu audio. Nie używanego, lecz nowego. Wahamy się czy kupić taki czy inny wzmacniacz. Przedstawiamy swoje wymagania, opisujemy swój system i wysyłamy niezależnego eksperta na dwa odsłuchy. Po kilku dniach dostajemy dwie recenzje napisane na nasze wyłączne zamówienie, z opisem konfiguracji i warunków w jakich oba wzmacniacze były testowane, wypracowaniem na temat brzmienia, zdjęciami i pomiarami. Za każdy taki test płacimy powiedzmy 2000 zł, ale skoro mowa o urządzeniach za trzydzieści tysięcy, wolimy dołożyć i mieć pewność, że dobrze wybraliśmy. Brzmi to dość nierealnie, prawda? Po pierwsze, wciąż mamy na biurku tylko dwie recenzje, a przecież w sieci są ich setki. Wchodzimy na stronę pierwszego lepszego magazynu i dostajemy testy dziesięciu albo trzydziestu modeli, które mogłyby nas zainteresować. Po drugie, wrażenia odsłuchowe są czymś bardzo, ale to bardzo subiektywnym. Mam kolegę, który wszystko ocenia zupełnie inaczej niż większość audiofilów. Audio Physiki Tempo VI grają według niego zbyt ciepło i plastycznie, wzmacniacze Pathosa brzmią ostro i nieprzyjemnie, a kable Nordosta są cieplutkie i bardzo muzykalne. Gdybym był takim ekspertem do wynajęcia, modliłbym się aby na niego nie trafić. Co gdyby sprzęt mu się nie spodobał? Jak miałbym udowodnić, że wykonałem swoją pracę rzetelnie i uczciwie? Jego zdaniem Nordosty grają ciepło i koniec.

Dlatego najpopularniejszy model wciąż jest taki, że czytelnicy otrzymują dostęp do testów i innych artykułów za darmo. Nie wiem czy istnieje branża, w której stosunek oczekiwań odbiorców do ceny, jaką płacą za dany produkt jest gorszy. Może degustacje serków w supermarketach? Tyle, że tam możemy spróbować i ocenić sami. Nawet gdybyśmy chcieli samodzielnie przetestować serek, nie jest to wielki problem. Wystarczy kupić, spróbować, koszt żaden, a w razie czego można wyrzucić kiepski produkt do kosza i po temacie. Sprawdzenie sprzętu grającego to już znacznie większy problem. Nie każdy ma do niego dostęp. Nie każdy może wybrać się do sklepu na odsłuch. Wielu audiofilów nie ma na to zdrowia ani czasu. Wypożyczenie zawsze wiąże się z wpłaceniem kaucji i ryzykiem, że coś zepsujemy. Trzeba to wszystko załatwić, a potem podłączyć, słuchać, zapakować, odesłać. Komu by się chciało... O wiele łatwiej jest przeczytać test, obejrzeć wideorecenzję lub zapytać o zdanie ludzi na facebookowej grupie. Niektórzy próbują zrobić sobie z nich takie internetowe centrum informacji. "Jestem ciekawy Państwa opinii o...". "Proszę o porównanie opisywanego modelu z...". "Jak ma się brzmienie tego urządzenia do...". Najlepiej jakby tę wiedzę dało się tak po prostu wyczarować. Pstryk i wirtualny doradca referuje jak gra dany wzmacniacz, z czym go słuchał i do jakiej muzyki nadaje się najlepiej. Tylko skąd mają się takie opinie wziąć? Z której dziury w ziemi wyskoczą eksperci skłonni podzielić się z nami swoją wiedzą i doświadczeniem? Powiedzmy sobie szczerze - jeżeli wchodzimy na jakąś stronę, nie musimy nawet klikać w dziesiątki wyskakujących okienek, wypełniać żadnych ankiet, zakładać konta ani podawać swoich danych, jej autorzy nie mają wobec nas żadnych obowiązków i żadnej odpowiedzialności. Sytuacja, w której w miarę starannie przygotowują to, co przyszliśmy skonsumować i zarabiają na mało agresywnych reklamach jest w tym momencie najlepszą z możliwych opcji. Zwykle jest jednak o wiele gorzej. I właśnie z tej "średniej" wynika przeświadczenie czytelników, że każdy test to w rzeczywistości reklama.

O tym, że sytuacja jest naprawdę beznadziejna przekonałem się stosunkowo niedawno. Pisze do mnie Czytelnik i pyta o wzmacniacz, który bardzo mi się spodobał. Facet stwierdził jednak, że już dawno nauczył się "prawidłowo" czytać recenzje sprzętu audio i wywnioskował, że z tym modelem coś jest nie tak. Pytam więc skąd niby pomysł, że sprzęt, któremu wystawiłem bardzo dobre oceny miałby być kiepski. Odpisał, że we wszystkich recenzjach wszystko zawsze jest świetne, więc zastosował metodę przesunięcia skali - wymyślił sobie, że naprawdę dobre są tylko te urządzenia, które zbierają same szóstki, a jeśli test jest na czwórkę z plusem lub piątkę z minusem, takie urządzenie trzeba omijać z daleka. Omawiany test został przez niego uznany za taką "piątkę z minusem", stąd wniosek, że wzmacniacz mi się nie spodobał. Ani trochę nie przekonało go tłumaczenie, że nie powinien doszukiwać się czegoś, czego nie ma. Bo kiedyś kupił kolumny po entuzjastycznej recenzji innego magazynu i były takie sobie, później uwierzył w test zamieszczony na jakimś blogu i znów wtopa, więc teraz jest mądrzejszy. Teraz już wie o co z tymi testami chodzi! Jak tu udowodnić człowiekowi, że piszę szczerze, a w moich artykułach nie należy wyglądać jakiegoś drugiego dna? Nijak to do niego nie trafiało. Mam wrażenie, że szukał potwierdzenia swojej teorii lub jakiegoś argumentu, aby tego wzmacniacza nie kupować. Ostatecznie uznał, że na pewno wiem jak jest naprawdę, ale nie chcę mu powiedzieć. Ciekawa sytuacja, prawda? Dlaczego miałby ufać mojej recenzji, skoro na innych się przejechał? Może i tak, ale żadnego mojego testu najwyraźniej nie skonfrontował z rzeczywistością, a mimo to automatycznie wrzucił mnie do tego samego worka. Zapytacie po co więc do mnie napisał? Najwyraźniej liczył na to, że recenzent, człowiek z definicji nieuczciwy, mógłby przynajmniej zdobyć się na odrobinę przyzwoitości i za kulisami wyjawić mu, że omawiany wzmacniacz tak naprawdę jest do niczego. Zastanawia mnie tylko skąd ta pewność, że ja go naprawdę słuchałem. A może w ogóle nie widziałem go na oczy? Zastanówcie się. Gdybym miał napisać test zgodnie z zamówieniem producenta lub dystrybutora, mógłbym przecież darować sobie całe to noszenie, robienie zdjęć, podłączanie kabli i słuchanie. Cóż to za problem napisać taki test "z głowy" i uzupełnić go lekko przerobionymi zdjęciami producenta? Wystarczy odrobina wyobraźni. O to jeszcze nikt mnie nigdy nie posądził. Ale może powinienem się przygotować?

Zanim zaczniemy cokolwiek oceniać i krytykować, warto się zastanowić, czy do takiej sytuacji - jako czytelnicy i widzowie - nie doprowadzamy sami. Chcielibyśmy otrzymywać wartościowe artykuły, rzetelne, obszerne i drobiazgowe testy zawierające różne porównania i odniesienia, dokładne zdjęcia, pomiary i komentarze ekspertów. Ale najlepiej za darmo. Powinniśmy więc zastanowić się kto wykona tę pracę i w jakim celu. Tropiciele afer, hejterzy i miłośnicy teorii spiskowych przeliczają strony zadrukowane reklamami na gwiazdki w tabelkach. Z jednej strony wydaje im się, że są sprytni, bo nie wierzą w to, co napisał redaktor znanego czasopisma lub portalu. Tak samo nie ufają sprzedawcom, którzy są często bardzo doświadczonymi i osłuchanymi ludźmi. Za to często przyjmują za pewnik to, co napisał Krzysiek z Łomży. Różnica jest oczywiście taka, że Krzysiek z Łomży (zakładając, że w ogóle istnieje) może napisać cokolwiek bez żadnych konsekwencji. Jeśli okaże się to całkowitą bzdurą, to trudno. Nie przeszkodzi mu to w rozwijaniu kariery glazurnika, lekarza lub kierowcy ciężarówki. Recenzenci mają trochę trudniej. Z reguły zależy na tym, aby czytelnik do nich wrócił. Jeden nierzetelny artykuł raczej nikomu różnicy nie zrobi, ale po pięciu, dziesięciu lub dwudziestu ludzie zaczną się zastanawiać czy wciąż ma uszy na właściwym miejscu. Doświadczony dziennikarz nie da się tak łatwo wykorzystać. Mówimy tu jednak o ludziach normalnych, przyzwoitych, trzeźwo myślących i - to chyba wydaje się w tym wszystkim najważniejsze - traktujących swoją przygodę z hi-fi bardzo poważnie i myślących o swojej pracy w perspektywie lat, może nawet całego życia, a nie kilku miesięcy. Bo w takim wypadku można mieć wszystko w nosie i robić to, co Krzysiek z Łomży, tylko w znacznie większej skali. Za dwa lata w branży audio i tak nie będzie po nas śladu...

Temat zaufania do testów i dziennikarzy powraca jak bumerang. Wychodzi jednak na to, że niczego nie da się udowodnić. Podszedłem do tematu na chłodno, przeanalizowałem sprawę i doszedłem do wniosku, że o wiele łatwiej jest uargumentować to, że żadnym testom nie powinniśmy wierzyć niż to, że jakiemukolwiek autorowi można tak po ludzku zaufać. Rozsądek podpowiada, że każdą jedną znalezioną w sieci i dostępną za darmo recenzję należy czytać z przymrużeniem oka. Dobre rozeznanie w temacie będą mieli tylko ci audiofile, którzy zdecydują się skonfrontować testy z rzeczywistością. To jednak wymaga czasu i energii. Niecierpliwi, mało doświadczeni klienci zostaną wciągnięci w taką czy inną rozgrywkę. Ale czy naprawdę popełniają w tym momencie jakiś wielki, życiowy błąd? Jankowi z Facebooka może wydawać się, że jeśli kupi amplituner numer jeden, to będzie super, a jeśli zdecyduje się na amplituner numer dwa, kolumny nagle dostaną palpitacji membran i przestaną grać. Janek zakłada, że różnica będzie spora. Tymczasem w rzeczywistości oba modele zagrają bardzo, bardzo podobnie. Któregokolwiek by nie wybrał, będzie zadowolony. Dystrybutorzy i sprzedawcy walczą o to, aby kasa popłynęła do nich, a nie do konkurencji, jednak żadna poważna firma nie sprzedaje chłamu ani nie wysyła klientom kartofli. Od czasu do czasu na rynku pojawi się taki cymbał, ale to nie oznacza, że wszystkich innych powinniśmy z definicji traktować jak największą zarazę. Na moje oko 80% rynku to urządzenia bardzo dobre i bardzo podobne do siebie, 10% - wybitne, a 10% - słabe i niewarte uwagi. Postawcie się teraz w roli dystrybutora, dealera lub agencji reklamowej. Czy opłaca się Wam inwestować naprawdę duże pieniądze, aby promować tę ostatnią grupę? Nawet jeśli się uprzecie, klienci ostatecznie zwrócą te produkty i zrównają je z ziemią, a do Was nigdy już nie wrócą. O wiele lepiej jest zainwestować w pozostałe 90%, a słabiznę odesłać tam, skąd przyszła. Firmy dostarczające sprzęt audiofilom też są czyimiś klientami. Zanim sprzedadzą, muszą kupić. Tak samo, jak audiofile, nie lubią dostawać towaru, który do niczego się nie nadaje. Należałoby więc zastanowić się czy to, co reklamowane, musi być kiepskie. Otóż niekoniecznie. Może być dobre, ale konkurencja też ma w swojej ofercie bardzo fajny sprzęt. Mało tego. Wyobraźmy sobie, że wpisujemy hasło w wyszukiwarkę, klikamy w reklamę, wchodzimy na stronę pierwszego lepszego sklepu i kupujemy, dajmy na to, wzmacniacz. I okazuje się, że jest naprawdę rewelacyjny. Z czystej ciekawości wypożyczamy kilka innych modeli w zbliżonej cenie i stwierdzamy, że nasz jest z nich wszystkich najlepszy. Czy w takim przypadku reklama, nawet chamska lub podstępna, była naszym wrogiem, czy przyjacielem?

Nie mam zamiaru nikogo pouczać i walić w audiofilów moralizatorskim tonem. Chcę tylko zwrócić uwagę na to, że jedynym rozsądnym wyjściem i jedyną ucieczką od natłoku niesprawdzonych informacji jest systematyczne zwiększanie własnej wiedzy i nabywanie doświadczenia - również w czytaniu testów i ocenianiu ich prawdziwej wartości. Nie każdemu się chce, to prawda. Na szczęście nasz portal przyciąga trzeźwo myślących, ciekawych ludzi i prawdziwych pasjonatów. I to zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie łańcucha. Czytelnicy są z reguły dobrze poinformowani, często potrafią uzupełnić test, dzieląc się własnymi obserwacjami, a mailowa korespondencja z wieloma z nich przerodziła się w dłuższą dyskusję, najczęściej coś na zasadzie regularnego pisania listów z opisem "postępów" swojej audiofilskiej choroby. Dlaczego mamy takie szczęście? Cytując klasyka, nie wiem, ale się domyślam. W branży mamy natomiast wielu sympatyków i kumpli, z którymi wciąż rozmawiamy bardziej na płaszczyźnie hobbystycznej niż biznesowej. Czy moglibyśmy brać pieniądze za wstawianie na stronę idiotycznych artykułów sponsorowanych? Pewnie, ale - uwaga, uwaga - zwyczajnie nam się to nie opłaca! Są ludzie, którzy chętnie zrobiliby z naszej strony śmietnik. Ale potem powiedzieliby, że... Nasza strona to śmietnik i nikt na nią nie wchodzi. Taki twór, niczym serek z promocji, ma określony czas życia. Potem pojawia się nowa strona, ma nowe logo, na początku nawet pojawia się na niej coś ciekawego, ale później cykl się powtarza. Długi staż pracy na pewno nie jest gwarancją niezależności i rzetelności, ale na pewno jest jakąś wskazówką. Nie wierzycie w testy? W porządku. Całkowicie to rozumiem. Ba! To jest bardzo zdrowe. To znak, że nie jesteście naiwni. A tak w ogóle... Może cały powyższy artykuł to jeden wielki żart? Może nic, o czym tu napisałem nie jest prawdą? A może zmyśliłem tylko połowę? No cóż, wierzę w Waszą inteligencję. Wierzę, że umiecie czytać, oceniać, słuchać i wyciągać wnioski. Ja na razie zamierzam robić swoje. Przyjmijmy, że warto.

Komentarze (13)

Pokaż wcześniejsze komentarze
  • stereolife

    @Marcin - To bardzo ważne i często powracające pytanie. Tłumaczyliśmy to wielokrotnie w testach, komentarzach i w dziale FAQ. Po pierwsze - uważamy, że naszym zadaniem jest wyłapywanie pierwszych 10%, a więc najciekawszych urządzeń dostępnych na rynku. Wszystkie wypożyczane produkty poddajemy wstępnej selekcji. Nie chcemy opisywać sprzętu tylko po to, aby na końcu stwierdzić, że nie warto się nim interesować. Po drugie - wynika to po prostu z braku czasu. Każdy test to nie tylko kolejny artykuł opublikowany na stronie, ale także zbieranie informacji i materiałów, transport, sesja zdjęciowa, obróbka graficzna, podłączanie, sprawdzanie funkcjonalności, rozkręcanie, odsłuchy i oczywiście tworzenie oraz korekta tekstu. Naszym zdaniem poświęcanie tego czasu i energii słabym urządzeniom zwyczajnie nie ma sensu. A to, że coś jest zrobione kiepsko albo gra do niczego jesteśmy w stanie stwierdzić bardzo, bardzo szybko. Czasami dosłownie w ciągu pięciu czy dziesięciu minut. Dałby Pan takiemu urządzeniu zielone światło na przejście przez cały ten proces i patrzyłby Pan, jak graficy cierpliwie obrabiają zdjęcia, gdyby już po kilkunastu minutach wiedział Pan, że dany sprzęt jest do niczego? Oczywiście moglibyśmy to zrobić, ale... Jeżeli ktoś zakłada, że jesteśmy nierzetelni, bo opisujemy urządzenia dobre, bardzo dobre albo wybitne, to czy publikowanie skrajnie negatywnych testów nie byłoby równie podejrzane? Powiedzmy, że sprzedajemy swoje testy jak truskawki na targu. Kto zapłaci, ten bierze. Czy wówczas jakaś firma nie mogłaby zapłacić za pozytywny test swojego produktu oraz negatywny test urządzenia konkurencyjnej firmy? Producent lub dystrybutor miałby dwie pieczenie na jednym ogniu - nagrodę dla siebie i zaoraną konkurencję. Ale rozumiemy, że wtedy my bylibyśmy bardziej godni zaufania, bo byłoby po połowie dobrych i złych testów? To tylko taka myśl... Na pewno moglibyśmy zarabiać w ten sposób, bo istnieją firmy, które zapłaciłyby za taką "usługę". Pewnie wpompowałyby jeszcze sporo pieniędzy w rozpowszechnienie "obiektywnego" testu, z którego wynika, że produkty konkurencji są bardzo, ale to bardzo słabe. Tylko czy to byłoby w porządku? I co mieliby z tego Czytelnicy? Kolekcję obszernych opisów urządzeń, które trzeba omijać z daleka?

    2
  • Tomek

    Szanowna Redakcjo! Ciekawy tekst, i wkładający przysłowiowy kij w mrowisko, ale to dobrze. To trochę tak jak z sądownictwem. Niezawisły sędzia to taki, który ma niezawisłość wewnętrzną (moralną) i zarazem taki, na którego się nie naciska z zewnątrz. Branża audio jest specyficzna, a w Polsce jeszcze bardziej specyficzna. U nas zarabia się statystycznie znacznie mniej niż na zachodzie. Kupno drogiego sprzętu tam to kilka dobrych pensji (innych nie mają), u nas - lata wyrzeczeń albo na raty. Tam w redakcjach audio przeważnie są wyrafinowane i niestety drogie urządzenia, dzięki którym można ocenić, jak gra dany produkt w skali absolutnej, a nie, jak często w Polsce, tylko stwierdzić, że gra wyraźnie lepiej niż to, czym dotąd dysponował recenzent. No tak, ale bez odpowiedniego sprzętu odniesienia nie będzie w stanie ocenić ile jeszcze brakuje do doskonałości i co można wycisnąć z takiego urządzenia. Co najwyżej usłyszy, że gra lepiej niż mu grało dotąd, ale to i tak już coś.

    Kolejna sprawa to system powiązań między dystrybutorami a niektórymi recenzentami. Zdarzają się przypadki mocnej niezawisłości wewnętrznej recenzenta, który na przykład odmawia oceny danego produktu, bo wie, że jest marny i szkoda nań czasu albo odmówi oszukiwania czytelników, ale są i tacy, którzy grają na warunkach zleceniodawcy - "napisz dobrze, a ja ci to dam gratis, tylko nie mów nikomu". Bywa, że recenzja dosłownie pisana jest w siedzibie dystrybutora. To trochę przypomina feudalizm, w którym wasal mógł mieć tylko jednego seniora. Są jednak i tacy, którzy lubią służyć posłusznymi recenzjami wielu panom. A jak ocenić fakt, gdy recenzent sam zaangażowany jest w działania dystrybucyjne? No właśnie. Prawnie to legalne, ale czy mamy gwarancje zachowania niezawisłości wewnętrznej? Może być jeszcze ciekawiej - kilkanaście lat temu na łamach jednego z poczytnych polskich magazynów audiofilskich ukazał się test pewnego urządzenia, które uzyskało entuzjastyczne oceny. Możliwe, że było bardzo dobre, tyle, że po jakimś czasie okazało się, że test przygotował (o czym nikt na początku nie wiedział) jego... Konstruktor. Jakże liczne są sytuacje, gdy sąsiadem recenzji jest reklama tego produktu. Przypadek? W tym biznesie nie ma przypadków.

    Recenzenci są różni. Mają różne doświadczenie, ucho, przyzwyczajenia, poziom wiedzy. Jeden lubi dźwięk miękki i ciemny i ma alergię na określony typ urządzeń czy konfiguracji, inny kocha dźwięk twardy i nie da sobie wytłumaczyć, że może być inaczej, kolejny jest zachwycony każdym urządzeniem, które dostanie, bo wie, że posypią się zniżki i gratisy od dystrybutora. Jeszcze inny z kolei wszystko hejtuje i podkreśla "no panie, to w ogóle nie gra". Blogerzy to też ciekawy przypadek. Możliwe, że niektórzy z nich zarobkują gdzie indziej, a testy przeprowadzają hobbystyczne jako pasjonaci i melomani. To jednak mniejszość. Zazwyczaj coś z tego chce się mieć, by móc normalnie żyć. Nic w tym złego. Sztuka polega tylko na tym albo aż na tym, aby być w zgodzie ze sobą i przynajmniej próbować zachowywać niezawisłość wewnętrzną. Tego sobie wszyscy życzmy jako audiofilska wspólnota. Z poważaniem.

    0
  • Piotr

    A tak właściwie to do kogo ten artykuł? Czy przeczytają go ludzie, którzy coraz częściej nie potrafią przeczytać tekstu ze zrozumieniem? A może większość ludzi, którzy słuchają muzyki w formacie MP3 i którym nazwa Led Zeppelin czy Deep Purple albo Slayer kojarzy się z jakimś bohaterem z mangi? A może do tych, którzy za parę euro z reklam dadzą sobie jaja ogolić na żywo na YouTubie? Niestety, ale te powyższe grupy (i jeszcze kilka innych) nie czytają ani takich artykułów, ani nic nie czytają. Wiec cóż, idę swoją drogą. Nie jestem wybitnym audiofilem, a raczej jestem normalnym człowiekiem, który posiada średniej klasy sprzęt audio z najpiękniejszych lat stereo i cieszy się tym, że jego dzieci coraz bardziej zauważają różnice w jakości odsłuchu i na nazwę Pink Floyd nie reagują pytaniem od którego to YouTubera. To tyle, co miałem do powiedzenia. Pozdrawiam wszystkich.

    0
  • Mariusz

    Chciałbym zwrócić uwagę na jedną rzecz - nie na wszystkich stronach jest możliwość komentowania testów! High Fidelity? Nie ma. Soundrebels? Nie ma. Infoaudio? Nie ma. A głupoty tam nieraz takie, że aż głowa boli. Natomiast na forach i grupach na Facebooku moderacja jest tak agresywna, że ja już nie mam żadnych wątpliwości o co tam chodzi i kto lub na czyje zlecenie tym steruje. Mój wpis o kablach - usunięty po kilku minutach. A wpis o kablach innej marki - przyklejony na górze i wisi dwa tygodnie. Ręce opadają. Dlatego czytam już tylko Audio Video, StereoLife i HiFi Philosophy. Pozdrawiam!

    0
  • Grzegorz

    Sam dużo szukam recenzji. Są miejsca, gdzie wszystko brzmi wybitnie. Zdarzają się miejsca, gdzie autor stwierdza - nie widzę różnicy w sprzęcie za 5000 i 25000 zł - i nikogo na końcu nie namawia. Kupując w ciemno sprzęt spędzam około dwóch tygodni lub więcej na szukanie info i testów. Można wybierać. Chcę odsłuchać, to idę. Przestałem ufać stronom "profesjonalnym" ze względu na zadęcie i stęchliznę, które u niektórych pisarzy jest męczące - słowa bez znaczenia, przymiotniki bez sensu, a nadmiar patosu i te porównania... Dziękuję za artykuł.

    1
  • Łukasz

    @Adam - kupiłem wkładkę do gramofonu, a po dopiero po jej zakupie przeczytałem recenzję na Stereo i Kolorowo. I zgadzam się z tym, co napisał jej autor, bo wrażenia z odsłuchu mam podobne. Dla mnie nieważne, czy gra wybitnie - ważne, czy pasuje do mojego ucha i mojego sprzętu. Po to są różne recenzje, żeby z czasem wybrać tych recenzujących z których odczuciami się zgadzamy, łatwiej jest wtedy zawęzić wybór.

    0
  • Sebastian

    Dzień dobry. Moje odczucie w sprawie testów jest następujące - nawet najbardziej uczciwy i rzetelny test nie zastąpi nam naszych uszu. Oczywiście wiem, że nie wszystko jest dostępne w naszych rejonach zamieszkania, ale jeśli ktoś decyduje się na zakup sprzętu za kilka tysięcy złotych za element, to chyba warto podjechać gdzieś dalej w poszukiwaniu nirwany. Pozdrawiam!

    0
  • Janek Z

    Moim zdaniem nie ma co się czepiać recenzentów i blogerów. Piszą jak piszą, jedni lepiej, inni gorzej. Bardziej lub mniej subiektywnie, z większym afektem lub mniejszym, rzetelniej lub mniej rzetelnie. Dobrze jednak, że te testy są, bo można wyrobić sobie jakieś ogólne zdanie, porównać opisy. Mądry człowiek zawsze tam coś znajdzie dla siebie, głupi ślepo uwierzy, a potem ma pretensje do świata. Warto samemu odsłuchać sprzęt przed zakupem, to przecież duża inwestycja. Mnie podchodzą teksty na internetowych platformach -StereoLife, HiFi Philosophy, Stereo i Kolorowo czy HiFi Knights. Mam wrażenie, że pomimo, iż są bardziej subiektywne nią obiektywne, to generalnie więcej w nich prawdy niż w pismach "profesjonalnych".

    0
  • Gustaw

    Proszę autora tekstu o listę wszystkich źle grających urządzeń, które testowała redakcja, a ich nie opublikowała. Oszczędzi to nam odsłuchiwania i zakupu wzmacniaczy, kolumn i innego audio ustrojstwa, który nie brzmi w sposób prawidłowy. Myślę, że po takim tekście dystrybutorzy odmówiliby dalszej współpracy z Waszym portalem. W dziwny sposób, testy samochodów, aparatów fotograficznych, sprzętu AGD i innego asortymentu nie są obarczone samymi laurkami. Recenzenci potrafią znaleźć ich wady i nie boją się o nich pisać (nie mówiąc o zawyżonych cenach z audio-sufitu). Pozdrawiam.

    1
  • stereolife

    @Gustaw - To bardzo ciekawe pytanie. Szczerze mówiąc, takich sytuacji mamy maksymalnie kilka w ciągu roku, a wszystkich już nie pamiętamy, ale postaramy się wymienić te w miarę aktualne. Ze względu na jakość brzmienia odrzuciliśmy na przykład kolumny Megalith Audio Stone 6. Chcieliśmy je sprawdzić, bo monitory SCX były całkiem udane, a model Stone 6 miał być ukłonem w stronę mniej zamożnych melomanów. Nie wyszło. Bardzo nie wyszło. O ile z wykonaniem hi-endowych podłogówek i monitorów Megalith Audio radzi sobie bardzo dobrze, tak próba zejścia z ceną do poziomu 6000-7000 zł okazała się niewypałem. W naszego harmonogramu wypadł też przetwornik Chord Dave. Tym razem powód był zupełnie inny - urządzenie zostało kupione zanim dystrybutor zdążył wysłać je do naszej redakcji. Z kolejną dostawą historia się powtórzyła. Mieliśmy już nagromadzone materiały, ale po drugiej nieudanej próbie zwyczajnie nam się odechciało i później postanowiliśmy wziąć na warsztat coś tańszego. Z historii odwrotnych, niedawno umawialiśmy się na test odtwarzacza Linn Majik DSM, ale za sprawą nowego dystrybutora w Polsce pojawiły się nowsze Selekty DSM i właśnie oczekujemy na dostawę jednego z takich urządzeń. Jeszcze nie wiemy co potrafi, ale raczej nie ma się co spodziewać, że będzie to jakaś porażka. Z zupełnie innej kategorii, niedawno zrezygnowaliśmy z testu słuchawek Sennheiser Momentum Free i Momentum True Wireless. W pierwszym przypadku uznaliśmy, że funkcjonalnie nie jest to do końca przemyślana konstrukcja, a brzmienie jak za te pieniądze średnio się broni, natomiast w drugim nie mogliśmy zrozumieć braku systemu aktywnej redukcji hałasu. Słuchawki są ładne, ale w dzisiejszych czasach to nie wystarczy. Stwierdziliśmy, że taki test jest bez sensu, bo taki produkt jest w swojej kategorii bez sensu. Za połowę tej ceny byłby w porządku, ale jeżeli się chce rywalizować na przykład z takimi Sony WF-1000XM3, trzeba dawać klientom wszystko, co daje konkurencja, a nawet ciut więcej. Teraz pojawiła się okazja, aby nadrobić zaległości, bo Sennheiser wypuścił model Momentum True Wireless 2, który powinniśmy dostać w przyszłym tygodniu. Podobno z tym ANC wcale nie jest tak różowo, więc sprawdzimy je bardzo dokładnie. Z nieprzetestowanych urządzeń możemy też wymienić listwę Enerr One 4S PB, ale przyczyny tej wpadki (niestety naszej) wyjaśniliśmy w teście kabli Transcenda Ultimate. Z ostatnich historii to by było na tyle. Co do laurek, prosimy przeczytać kilka naszych recenzji - niemal w każdej z nich opisujemy wady testowanego sprzętu albo czepiamy się czegoś, choćby dla zasady. Staramy się wybierać najciekawsze produkty dostępne na rynku, ale nawet te najlepsze rzadko kiedy są idealne i jakieś mankamenty mają. Nawet jeśli przyznajemy jakiemuś urządzeniu nagrodę, piszemy o jego słabszych stronach lub informujemy o rzeczach, na które trzeba zwrócić szczególną uwagę (na przykład ustawienie, parametry, wrażliwość na jakość nagrań itd.). Co do reakcji dystrybutorów, jakoś się tego nie obawiamy, a ewentualne dyskusje kończymy bardzo, bardzo szybko. Nie narzekamy na brak zainteresowania, ani w kwestii udostępniania nam sprzętu do testów, ani zamieszczania w naszym portalu reklam czy innych form współpracy. Testy mamy zaplanowane na 2-3 miesiące do przodu, więc mało prawdopodobne, aby ktoś się obraził i na własne życzenie zdecydował się wypaść z kolejki, bo coś mu się tam nie spodoba. Swoją drogą, zupełnie nie rozumiemy dlaczego niektórzy Czytelnicy łakną kiepskich testów, jakby to miało być potwierdzenie rzetelności recenzenta. Ale może kiedyś zorganizujemy akcję "miesiąc beznadziejnego sprzętu audio". Mamy jednak wrażenie, że miałoby to wyłącznie walor rozrywkowy, a po kilku takich testach otrzymalibyśmy mnóstwo maili w stylu "dobrze, to już wiem co mam omijać, ale teraz powiedzcie mi proszę jakiego sprzętu mam posłuchać i jaki powinienem kupić". Bo większość ludzi właśnie taką wiedzę chce z lektury naszych testów wynieść. Jesteśmy w stanie przetestować tylko garstkę, niewielki procent urządzeń dostępnych na rynku. Jeżeli mielibyśmy wyłapywać i opisywać te złe, reszta pozostałaby niewiadomą. Wskazanie kilkunastu lub kilkudziesięciu modeli, które do niczego się nie nadają, nie jest żadnym ułatwieniem. Jeżeli natomiast wybieramy te, którymi z jakichś powodów warto się zainteresować, jest to już dla melomanów i audiofilów jakiś punkt zaczepienia. Czasami nawet bardzo, bardzo istotny (co niezmiennie nas cieszy). Pozdrawiamy!

    2

Skomentuj

Komentuj jako gość

0

Zobacz także

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
The Police - Stać! Policja!

The Police - Stać! Policja!

Nigdy nie miałem problemów z policją. No, może kiedyś, jakiś mandat za przejście na czerwonym świetle, ale to za gówniarza. Teraz, jako dorosły mężczyzna, kontakt z funkcjonariuszami ograniczam do spoglądania na radiowóz jadący po ulicy. Analogicznie mogę powiedzieć, że tak samo przez lata traktowałem grupę The Police. Wybitnie nie było...

Jak podłączyć komputer do systemu stereo

Jak podłączyć komputer do systemu stereo

Jeszcze dziesięć lat temu słuchanie muzyki z komputera uchodziło w audiofilskim środowisku za tanią rozrywkę przeznaczoną raczej dla ludzi nie interesujących się jakością brzmienia i sprzętem audio, niż melomanów traktujących muzykę z szacunkiem. Na takie postrzeganie sprawy nałożyło się kilka czynników. Po pierwsze - jakość plików. Trudno się dziwić temu,...

Jak odtwarzać i chronić płyty CD

Jak odtwarzać i chronić płyty CD

Kiedy w 1982 roku światu została zaprezentowana płyta kompaktowa, była reklamowana jako nośnik niemalże niezniszczalny. Był to pierwszy system odczytu danych, w którym czytnik w żaden sposób nie miał fizycznego kontaktu z krążkiem i nie powodował jego degradacji przy każdym odtworzeniu. Takim atutem nie mógł się pochwalić żaden z wcześniejszych...

Jak wybrać słuchawki

Jak wybrać słuchawki

Słuchawki to najbardziej osobisty rodzaj sprzętu grającego. Oferują bliski kontakt z muzyką i możliwość cieszenia się nią w błogiej ciszy. Ponadto, inwestując już 800 czy 1200 złotych w porządne słuchawki możemy oczekiwać jakości brzmienia, jaką oferują pełnowymiarowe systemy stereo za co najmniej kilka tysięcy. Poza brzmieniem jest jednak wiele innych...

Marzenia się spełniają - Romek Puchowski vel PUHOVSKY

Marzenia się spełniają - Romek Puchowski vel PUHOVSKY

Nie jestem wielkim fanem bluesa, jednak kiedy grany jest przez takiego artystę, jak Romek Puchowski, od razu staje się bliższy. Kiedy dawno temu pierwszy raz widziałem go na scenie, przemknął mi ten występ i tak naprawdę pamiętałem tylko, że Romek dzielił ją z Tymonem Tymańskim. Później udało mi się trafić...

Nowe testy

Poprzedni Następny
JBL Tour Pro+ TWS

JBL Tour Pro+ TWS

Jestem już na tym etapie życia, na którym człowieka nie fascynują już ani imprezy, ani koncerty, ani nawet podróże czy drogie samochody, ale nowe tabletki do zmywarki. Staram się jednak...

Norma Audio Revo IPA-140

Norma Audio Revo IPA-140

Historia marki Norma Audio zaczyna się w 1987 roku w Cremonie - mieście, z którego pochodzili nie tylko słynni kompozytorzy, tacy jak Verdi, Ponchielli czy Monteverdi, ale także znakomicie mistrzowie...

Bryston BR-20

Bryston BR-20

Bryston jest jedną z firm, które dość sztywno trzymają się przyjętego dawno temu schematu nazywania swoich produktów. I tak symbole wzmacniaczy zwykle zawierają literę "B", nazwy przetworników cyfrowo-analogowych zaczynają się...

Bannery boczne

Komentarze

Adam
Co lepsze - Violectric Chronos czy Dragonfly Cobalt?
Adam
Panie Tomku, wspomniał Pan w tekście o również włoskiej marce - Riviera Audio. To podobno zjawiskowo grający sprzęt. Może zrecenzowałby Pan coś z jej portfolio?...
as
Zamiast wymieniać kable zasilające na jakieś drogie ściemy, podłącz Novę przez DC blockera.
Robert
Bardzo ciekawa recenzja, napisana z humorem i pazurem. Oraz bez pochlebstw wobec kogokolwiek :) Coraz częściej tutaj zaglądam właśnie ze względu na styl. Niemie...
Piko
A moja Nova buczy z transformatora jak lodówka i serwis mówi, że on tak ma. Tyle w temacie.

Płyty

Michał Łapaj - Are You There

Michał Łapaj - Are You There

"Wasteland" Riverside ukazał się trzy lata temu. Można by było pomyśleć, że członkowie zespołu udali się na bardzo długie wakacje....

Newsy

Chord Anni

Chord Anni

Chord Electronics wprowadza na rynek swój pierwszy mały zintegrowany wzmacniacz stacjonarny. Zdolny do napędzenia zarówno słuchawek, jak i kompaktowych głośników,...

Tech Corner

Roon - Nowa jakość streamingu

Roon - Nowa jakość streamingu

Z badań i raportów dotyczących udziału poszczególnych nośników i platform w rynku muzycznym wynika, że pliki i serwisy streamingowe wyprzedzają konkurencję o kilka okrążeń. Temat nośników fizycznych wydaje się zamknięty i nawet ogarniająca cały świat moda na winyle i gramofony nie jest w stanie odwrócić losów tej wojny. O ile...

Prezentacje

Najeźdźca z północy - Hegel

Najeźdźca z północy - Hegel

Wydawałoby się, że w bardzo gęstej branży audio kompletnie nie ma już miejsca dla nowych graczy. Że wszystkie stołki obsadzone są sztywno, bez szans na zmiany. A jednak od czasu do czasu pojawiają się firmy, które potrafią zaintrygować i porwać audiofilów, odbierając klientów starym wyjadaczom. Jednym z producentów, który wkroczył...

Poradniki

Wszystko o wkładkach gramofonowych

Wszystko o wkładkach gramofonowych

W ostatnich poradnikach szczegółowo omawialiśmy kwestie wyboru odpowiedniego gramofonu i jego podstawowej kalibracji. Gramofon to jednak bardzo specyficzny rodzaj sprzętu...

Galerie

Najpiękniejsze i najciekawsze gramofony świata

Najpiękniejsze i najciekawsze gramofony świata

Większość audiofilów ceni gramofony za wyjątkowe, analogowe brzmienie. Uważają, że muzyka płynąca z winylowych płyt jest cieplejsza, bardziej wielowymiarowa i...

Popularne testy

Dyskografie

The Grand Astoria - Miszmasz po rosyjsku

The Grand Astoria - Miszmasz po rosyjsku

The Grand Astoria to grupa zwariowanych Rosjan z Petersburga. Zespół powstał w 2009 roku z inicjatywy Kamille Sharapodinova - gitarzysty...

Wywiady

Vintage

ELAC Miracord 50H II

ELAC Miracord 50H II

ELAC to jedna z firm, które mogą pochwalić się bardzo bogatą historią. Założono ją w 1926 roku jako laboratorium mające...

Słownik

Poprzedni Następny

Bi-wiring

Sposób połączenia zestawów głośnikowych ze wzmacniaczem z użyciem dwóch kompletów kabli zamiast jednego. W niektórych kolumnach producenci stosują podwójne gniazda, które najczęściej fabrycznie połączone są zworkami. Po ich usunięciu, dolne...

Cytaty

FedericoMoccia.png

Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych klikając tutaj.