
Dynaudio to jedna z najbardziej audiofilskich i darzonych największym szacunkiem firm specjalizujących się w produkcji głośników i szeroko pojętych zestawów głośnikowych. Duńska manufaktura od dawna wykonuje wszystkie komponenty potrzebne do budowy kolumn we własnym zakresie, dzięki czemu jej inżynierowie mogą lepiej dopasować do siebie kolejne elementy takiej układanki. Firma w dużym stopniu pozostaje też niezależna od dostaw z zewnątrz, a gdyby tylko chciała, mogłaby sprzedawać przetworniki wielu innym producentom kolumn. Uchodzą one bowiem za jedne z najlepszych, jakie można dostać w danym przedziale cenowym. Sama marka jest bardzo lubiana. Nie wykonuje gwałtownych ruchów, nie wymienia katalogu raz na pół roku, ale stabilnie rozwija swoje produkty, z generacji na generację wprowadzając do nich nowoczesne rozwiązania i odświeżając wzornictwo. Dynaudio prężnie działa na rynku profesjonalnym, dostarczając znakomite studyjne monitory i subwoofery. Ma też spore doświadczenie w produkcji głośników i gotowych systemów car-audio, a także zestawów instalacyjnych. Jeśli chodzi o kolumny dla melomanów, w katalogu znajdziemy niemal wszystko, od monitorów za dwa tysiące złotych z małym kawałkiem aż po potężne, hi-endowe podłogówki Evidence Master, których para kosztuje prawie 400000 zł. Firma stosunkowo wcześnie weszła też w temat audiofilskich zestawów bezprzewodowych. Mogła tutaj wykorzystać między innymi doświadczenie w produkcji aktywnych monitorów studyjnych. Kolumny z serii Xeo cieszą się sporym zainteresowaniem klientów, jednak nie można powiedzieć, aby była to realna konkurencja dla popularnych głośników sieciowych z funkcjonalnością multiroom. Ta narodziła się oficjalnie pod koniec ubiegłego roku, kiedy to Duńczycy wprowadzili do sprzedaży zupełnie nowe głośniki bezprzewodowe z serii Music.

Naim to jedna z najciekawszych firm zajmujących się produkcją sprzętu audio. Doświadczeni melomani kojarzą ją z przede wszystkim z ascetycznymi klockami i wieloma dziwnymi rozwiązaniami zmuszającymi użytkowników do budowania całego systemu z komponentów jednej marki. Brytyjczycy stosowali bowiem gniazda, z których większość firm zrezygnowała znacznie wcześniej. Niektórzy kombinowali stosując różnego rodzaju przejściówki, ale Naim wyznawał filozofię systemową i łączenie jego urządzeń z elektroniką konkurencyjnych firm nie zawsze dawało zadowalające rezultaty, nawet gdy technicznie istniała taka możliwość. Taka polityka odstraszała klientów, którzy wiedzieli, że na dzień dobry należało kupić przynajmniej wzmacniacz i źródło z jednej stajni, a później rozbudowywać system poprzez dokładanie kolejnych pudełek. W tej kwestii członkowie klubu mieli duże możliwości, choć każdy kolejny zasilacz poprawiający brzmienie wieży oznaczał coraz mocniejsze wiązanie się z marką i jej pokręconymi pomysłami. Kupno lepszych interkonektów właściwie nie wchodziło w grę. Ze względu na specyficzną konstrukcję końcówek mocy, kable głośnikowe musiały mieć na przykład po pięć lub siedem metrów z każdej strony. Firma oferowała więc własne, dość tanie kable, ale przy tych na które mogli pozwolić sobie "normalni" audiofile szału nie było. Naim przez dłuższy czas stanowczo odradzał swoim klientom stosowanie jakichkolwiek kondycjonerów. Ale to jeszcze nic. Po wprowadzeniu na rynek płyt kompaktowych w 1982 roku, większość producentów dosłownie rzuciła się na nowy wynalazek budując własne odtwarzacze, a Naim? Ostentacyjnie olewał cedeki aż do 1991 roku, kiedy to w katalogu pojawił się model CDS. Nic dziwnego, że nawet inni audiofile patrzyli na fanów Naima jak na szaleńców. Powiedzmy sobie szczerze - kiedyś aby posiadać system tej marki, trzeba było mieć nierówno pod sufitem.

Jak myślicie, ile spośród stu losowo wybranych osób szukających głośnika sieciowego będzie kojarzyć markę Vifa? Nie jestem nawet przekonany czy wynik byłby wysoki wśród audiofilów, a przecież duńska firma jest jednym z najlepszych i darzonych ogromnym szacunkiem dostawcą przetworników. Z jej głośników korzystali prawie wszyscy liczący się producenci kolumn, naturalnie za wyjątkiem tych, którzy wszystko wytwarzają pod jednym dachem. Nie zmienia to faktu, że oprócz konstruktorów znających niemal na pamięć symbole i parametry wszystkich oferowanych przez Vifę tweeterów i wooferów, duńską markę znali tylko audiofile czytający każdy test od deski do deski oraz amatorzy składania kolumn w garażu. Wkrótce ktoś zdał sobie sprawę z tego, że dysponując takim zapleczem, firma mogłaby wejść na rynek konsumencki i zamiast półproduktów oferować gotowy do użycia sprzęt. Nie wiedzieć czemu, zamiast ciekawych kolumn zbudowanych w oparciu o najlepsze przetworniki, w sprzedaży pojawiły się zestawy kina domowego i komponenty elektroniczne nie mające nic wspólnego z tym, z czego firma była znana. Jak można było przewidzieć, pomysł nie wypalił. I bardzo dobrze, bo szefowie firmy poszli po rozum do głowy i zrozumieli, że klientom trzeba zaproponować coś o wiele lepszego. Tak narodziła się seria głośników bezprzewodowych utrzymanych w typowo skandynawskim stylu.

Niniejszy test jest moim drugim spotkaniem z brytyjskim sterowcem. Jego pierwszą wersję testowałem dokładnie dziesięć lat temu. Pamiętam, że premiera Zeppelina była dla audiofilów sporym zaskoczeniem. Oto bowiem firma kojarzona jednoznacznie z kolumnami wysokiej jakości, słynnymi Nautilusami i studiem przy Abbey Road wypuściła na rynek jednoczęściowy głośnik przeznaczony do odtwarzania muzyki z najpopularniejszego w owych czasach odtwarzacza przenośnego - iPoda. Być może dla posiadaczy flagowych zestawów z Worthing był to mało zabawny żart, ale wielu melomanów wyczuło okazję, by umieścić w domu odrobinę tej luksusowej technologii, z której słyną kolumny B&W. Faktycznie, głośnik był całkiem niezły, ale miał jedną wadę. Chodzi oczywiście o umieszczoną z przodu stację dokującą dla iPoda, będącą centralnym elementem całej konstrukcji. Wszystko było super dopóki użytkownicy nie zaczęli przesiadać się na muzykę odtwarzaną bezpośrednio z sieci, telefonu lub tabletu. Brytyjczycy szybko dostosowali się do tych zmian, wprowadzając najpierw model Zeppelin Air, a później bohatera naszej recenzji - Zeppelina Wireless.

W głośnikach bezprzewodowych krzyżuje się wiele różnych dziedzin i technologii związanych ze sprzętem audio. Nic dziwnego, że zajmują się nimi firmy, które wcześniej specjalizowały się w produkcji streamerów, wzmacniaczy, amplitunerów, zestawów głośnikowych, a nawet odtwarzaczy przenośnych. Choć każdy ma swoje racje, intuicja podpowiada, że najlepiej z tym zadaniem mogą poradzić sobie specjaliści od kolumn, a jednym z nich jest Ruark Audio. Korzenie brytyjskiej firmy sięgają 1985 roku, kiedy to niejaki Alan O'Rourke wraz ze swoim ojcem Brianem założyli przedsiębiorstwo o nazwie Ruark Acoustics. Stworzenie pierwszych monitorów Sabre i Broadsword zajęło im dokładnie czternaście miesięcy, ale paczki musiały być udane, bo wychwalali je recenzenci, a początkująca firma dostała zastrzyk gotówki potrzebny do dalszego rozwoju. Jej kolejne konstrukcje wyglądały bardzo, ale to bardzo wyspiarsko. Wielu audiofilów wypatrzy w nich elementy charakterystyczne dla kolumn ATC, Acoustic Energy, Naima, ProAca, a nawet Regi. Po niecałych dwudziestu latach utrzymywania kursu, manufaktura z Southend on Sea przestawiła się na produkcję zupełnie innych urządzeń. Zmiana nie była nagła, bo równolegle jeszcze przez jakiś czas Ruark Audio zajmował się budową klasycznych kolumn, ale od pojedynczego kroku zaczęła się podróż w kierunku stylowych i nowoczesnych głośników, z jakich dziś marka znana jest na całym świecie.

Cambridge Audio to jedna z firm, którą audiofile darzą ogromnym szacunkiem. Jej wzmacniacze i odtwarzacze zrobiły w Polsce ogromną karierę w latach dziewięćdziesiątych, jednak to zaledwie wycinek historii. W tym roku brytyjska manufaktura obchodzi okrągłe, pięćdziesiąte urodziny. Z tej okazji zaprezentowano trzy komponenty stereo tworzące hi-endową serię Edge. Minimalistyczne urządzenia w eleganckich obudowach zostały stworzone z myślą o melomanach szukających czegoś naprawdę wyjątkowego, ale - jak to w życiu bywa - apetyt skutecznie studzą ceny od kilkunastu do niespełna dwudziestu dwóch tysięcy złotych za klocek. Na szczęście Cambridge Audio nie jest jedną z firm, które wraz z wprowadzeniem nowych flagowców podnoszą cenową i jakościową poprzeczkę dla wszystkich innych produktów. Brytyjczycy działają dwutorowo. Oprócz smakowitych kąsków dla najbardziej wymagających klientów, oferują coraz nowocześniejsze zabawki dla mniej zamożnych melomanów. Podczas, gdy większość audiofilskich marek uważa, że głośnik sieciowy lub integra za trzy tysiące to taniocha, w katalogu Cambridge Audio można znaleźć kilkadziesiąt produktów za mniej, niż tysiąc złotych. Głośniki z serii Minx, komponenty stereo z serii Topaz, ceniony przez klientów przetwornik DacMagic 100... Jest tego trochę, ale największym z budżetowych hitów firmy może stać się system bezprzewodowych głośników o nazwie Yoyo. W naszym teście weźmie udział największy z nich - Yoyo L.

Tivoli Audio to marka, którą oprócz audiofilów mogą kojarzyć miłośnicy dobrego dizajnu, a w szczególności specjaliści od wzornictwa przemysłowego i architekci wnętrz. Gdybyśmy bowiem mieli oceniać sprzęt audio tylko pod tym kątem, stworzone przez nią radyjka i jednoczęściowe systemy stereo mogłyby nawiązać rywalizację z radiobudzikami Bose, kultowym systemem Brionvega RR126 i przezroczystymi głośnikami marki Harman Kardon, które wystawiono w Museum of Modern Art na Manhattanie. Spośród wszystkich urządzeń wypuszczonych na rynek przez Tivoli Audio, najsłynniejszym jest z pewnością Model One. Dzięki swojej klasycznej konstrukcji, kompaktowym rozmiarom i dużej liczbie dostępnych wersji kolorystycznych to jednoczęściowe, monofoniczne radio podbiło serca klientów na całym świecie. Charakterystyczny, vintage'owy głośnik zanotował wiele gościnnych występów w popularnych filmach i serialach, jednak kryje się za nim coś więcej niż tylko ciekawe wzornictwo. Wierzcie lub nie, ale za tym projektem stoją ludzie z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem w branży audio. I nie mówimy tu o sferze wzornictwa, ale o przełomowych badaniach związanych z akustyką i budowaniu prawdziwie audiofilskiego sprzętu.

Ze wszystkich marek, których głośniki sieciowe wzięliśmy do naszego megatestu, przeciętni ludzie nie będą kojarzyli co najmniej połowy. Bluesound, Bowers & Wilkins, Cambridge Audio, Dynaudio, Harman Kardon, Iriver, Naim, Riva, Ruark Audio, Sonoro, Tivoli Audio czy Vifa to egzotyka nawet dla osób, które czasami przechadzają się po elektronicznych supermarketach. Ale coś takiego, jak Bang & Olufsen powinien kojarzyć każdy, kto choć trochę interesuje się sprzętem audio-video. Wcale nie dlatego, że do jej produktów wzdychają audiofile. Przeciwnie - oni prawdopodobnie będą darzyć większym zaufaniem produkty firm, które na co dzień zajmują się drogimi wzmacniaczami i zestawami głośnikowymi, natomiast dla zwykłego użytkownika Bang & Olufsen to synonim luksusu. Sprzętowy odpowiednik zegarków Breitlinga i torebek Chanel. Czy to tylko wizerunek wykreowany - podobnie jak wyjątkowo artystyczne zdjęcia i rendery - przez specjalistów od marketingu, czy może coś więcej? Za chwilę się przekonamy, bo do naszego testu dotarł jeden z najtańszych jednoczęściowych głośników tej marki - Beoplay M3.

Jeżeli szukacie eleganckiego, funkcjonalnego, jednoczęściowego głośnika, który wtopi się w dowolne wnętrze, w katalogu firmy Sonoro znajdziecie ich co najmniej kilka. Choć wielu czytających te słowa zapewne słyszy tę nazwę po raz pierwszy, warto ją zapamiętać albo przynajmniej sprawdzić co niemiecka marka ma nam do zaoferowania. Sonoro specjalizuje się w produkcji tego typu zestawów. Firma stawia na głośniki sieciowe w różnych rozmiarach tak mocno, że nie robi praktycznie nic innego. Może za wyjątkiem gramofonu, który na oficjalnej stronie internetowej marki pojawił się niedawno i jest raczej dodatkiem do zestawów głośnikowych, niż samodzielnym produktem. Głośniki podzielone są na serie Smart Line i Classic Line, jednak na pierwszy rzut oka ciężko powiedzieć czym kierowano się podczas wyznaczania granicy między nimi. Wyglądają bardzo, bardzo podobnie. Rozwiązanie zagadki okazało się proste - modele z serii Smart Line łączą się z siecią i można zbudować z nich system multiroom, podczas gdy seria Classic Line zawiera systemy wyposażone w odtwarzacze płyt kompaktowych, radio analogowe lub cyfrowe i łączność Bluetooth. Skupmy się zatem na tej nowocześniejszej linii. Otwiera ją opisywany model Stream dostępny w cenie 1199 zł. Drugą propozycją Sonoro jest Relax za 1699 zł, a model flagowy o wiele mówiącej nazwie Meisterstück (dosłownie "mistrzowskie dzieło") wyceniono na 4999 zł. Auć... Jak na głośnik, który wciąż wygląda jak radio z doczepionymi głośnikami i gabarytowo nie odbiega od typowego zestawu mikro, to całkiem sporo. Dlatego do naszego testu trafił najtańszy reprezentant serii Smart Line.

Riva Audio to kolejna nazwa, która przeciętnemu zjadaczowi nie mówi zupełnie nic. Jeżeli powiemy, że firma specjalizuje się w produkcji głośników bezprzewodowych, wielu melomanów wyobrazi sobie nabierający rozpędu startup założony przez kilku młodych ludzi, którzy fundusze na zbudowanie pierwszych produktów zebrali za pośrednictwem jednego z portali crowdfundingowych. Nic bardziej mylnego. Markę powołał do życia Rikki Farr - profesjonalista, który współpracował z takimi sławami, jak Led Zeppelin, Jimi Hendrix, Rod Stewart, Tom Petty, Bob Marley, Miles Davis, The Who, RUSH czy Guns N' Roses. Był odpowiedzialny za nagłośnienie na koncertach największych gwiazd światowego formatu, a za jedno ze swoich największych osiągnięć uważa przygotowanie wizyty papieża Jana Pawła II w Irlandii w 1979 roku, kiedy to jego przemówienia wysłuchało ponad milion wiernych. Dlaczego człowiek z takimi kwalifikacjami zajął się głośnikami bezprzewodowymi? Jak przeczytamy na oficjalnej stronie marki Riva Audio, chodziło o stworzenie innowacyjnych urządzeń opartych na wielu opatentowanych rozwiązaniach. Faktycznie, firma ładuje do swoich produktów mnóstwo ciekawych technologii, ale modele z serii WAND na pierwszy rzut oka niczym specjalnym się nie wyróżniają. Czy mają w sobie coś, co może do zakupu, nawet pomimo kompletnie nieznanego loga?
Paweł