
Bryston to doskonały przykład marki kierującej się najbardziej audiofilskimi wartościami. Kanadyjscy konstruktorzy mają jasno określone priorytety i nie zmieniają ich od lat. Na pierwszym miejscu jest zawsze jakość brzmienia i wykonania, następnie niezawodność, stabilność parametrów, jakość użytych podzespołów i funkcjonalność, a dopiero potem takie drobiazgi, jak wygląd czy zastosowane nowinki techniczne. Bryston nie robi sprzętu dla ludzi, którzy kupują oczami i chcą słuchać muzyki z telefonu z wykorzystaniem najnowszego protokołu jakiegoś tam... Tak mogą działać dalekowschodnie firmy rzucające się na każdą nową kość i wypuszczające na rynek gotowe urządzenie w ciągu miesiąca, natomiast u Brystona prace nad nowym wzmacniaczem czy przetwornikiem mogą trwać nawet kilka lat. W tym czasie cierpliwie dobiera się podzespoły, projektuje obwody elektroniczne, a następnie przeprowadza dziesiątki prób odsłuchowych i testów niezawodności. Inżynierowie co chwila mierzą kluczowe parametry elektryczne, sprawdzają sprzęt pod kątem zakłóceń elektromagnetycznych i badają jego stabilność termiczną aby mieć pewność, że w chwili wypuszczenia nowego modelu na rynek wszystko będzie dopięte na ostatni guzik. Przy takim podejściu jest w miarę oczywiste, że firma nie może plasować się w czołówce jeśli chodzi o szybkość wprowadzania nowych rozwiązań, gniazd i formatów, ale tak naprawdę nie musi. Wizytówką Brystona są opinie zadowolonych audiofilów, a także profesjonalistów - muzyków, realizatorów nagrań i specjalistów od masteringu. Wielu z nich pracuje na sprzęcie Brystona nawet kilkadziesiąt lat. I to nie na zasadzie "stałej rotacji"... Najczęściej są to sytuacje typu "jak kupiłem wzmacniacz dwadzieścia lat temu, tak już nie potrzebowałem żadnego innego, bo mój Bryston wciąż sprawuje się świetnie". W wielu przypadkach jedynym powodem do zmiany jest pojawienie się lepszego Brystona, ale i to zdarza się niezwykle rzadko, bo raz wprowadzony model pozostaje w produkcji nawet kilka czy kilkanaście lat. Teraz jednak doczekaliśmy się dużej, hurtowej zmiany. Po wielu latach Kanadyjczycy wymienili całą serię końcówek mocy, zastępując modele z "dwójką" w potędze modelami "sześciennymi". Do naszego testu trafił piec, który do tej pory był prawdopodobnie jednym z najbardziej popularnych w ofercie Brytsona - wzmacniacz 4B w wersji "do trzeciej potęgi". A żeby było jeszcze bardziej hi-endowo, wystąpił w towarzystwie flagowego przedwzmacniacza BP26 z zewnętrznym zasilaczem MPS-2.

[English version] Fezz Audio to przykład marki, która wystartowała stosunkowo niedawno, ale już w momencie wprowadzenia na rynek pierwszego produktu miała za sobą spory bagaż doświadczenia, który dał jej niezwykle mocny start. Od samego początku wydawało się, że producent przyjął nie tylko słuszną koncepcję jeśli chodzi o projekt samego urządzenia, ale także wstrzelił się w niezwykle atrakcyjny przedział cenowy. Wzmacniacz lampowy o nazwie Silver Luna, bo o nim mowa, trafił w zapotrzebowanie audiofilów jak rzadko który produkt, jaki widzieliśmy w ostatnim czasie. Z zewnątrz - tradycyjny, stereofoniczny wzmacniacz lampowy dostępny w kilku ciekawych wersjach kolorystycznych. W środku - poważny piec zbudowany z wykorzystaniem elementów własnej produkcji. A to wszystko w cenie, która normalnie ograniczałaby nas albo do średniej klasy wzmacniaczy solid state albo ewentualnie chińskich lampowców, których jakość jest taka sobie. Doświadczenie twórców Silver Luny przełożyło się nie tylko na jej ostateczny kształt, ale także całą otoczkę towarzyszącą wprowadzeniu nowego produktu na audiofilską scenę. Specjalnie dla tego wzmacniacza zorganizowano kilka profesjonalnych sesji zdjęciowych, przygotowano funkcjonalną stronę internetową, a urządzenie zaprezentowano w idealnym momencie, podczas ubiegłorocznej wystawy Audio Video Show. Po tych atrakcjach zorganizowano krajowe tournée, w wyniku czego Silver Luna pojawiła się praktycznie w każdym liczącym się salonie w Polsce i powoli zaczęła skupiać na sobie zainteresowanie zagranicznych dziennikarzy i dystrybutorów. Od momentu wprowadzenia pierwszego modelu nie minął jeszcze rok, a Fezz Audio już proponuje nam drugi wzmacniacz o nazwie Titania. Czy nowy, mocniejszy model powtórzy sukces Silver Luny?

Każdemu miłośnikowi sprzętu vintage rozglądającemu się za porządną końcówką mocy, prędzej czy później wpadnie w oko jakiś Krell. Dlatego właśnie w dzisiejszym teście pojawi się jeden z reprezentantów tej marki. Na wstępie należy zaznaczyć, że KST-100 to nie typowy vintage. Z całą pewnością nim się stanie, ale dopiero za dekadę lub dwie. Określenie go youngtimerem będzie trafniejsze, gdyż produkcja tego modelu przypada na lata 90. Był to okres, kiedy hi-end zaczął wielkimi krokami wchodzić do naszego kraju. Wtedy też oficjalnie pokazały się w Polsce takie marki jak Accuphase, Gryphon, Mark Levinson, McIntosh, Sonic Frontiers czy Pass Labs. Pośród tych znakomitych marek od zawsze było miejsce dla Krella. Był niczym amerykański krążownik szos z ośmioma cylindrami pod maską. Krell to prawdziwa legenda.

Jeśli chodzi o przystępną cenowo elektronikę audio, wszelkiego rodzaju wzmacniacze, amplitunery, odtwarzacze i zestawy kina domowego, Onkyo jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych i darzonych największym zaufaniem marek na naszym rynku. Jej ekspansja rozpoczęła się kilka lat po transformacji ustrojowej i trwa w najlepsze do dziś. Produkty japońskiej firmy są dostępne w prawie każdym porządnym sklepie ze sprzętem audio, wliczając w to trzy duże sieci hipermarketów elektronicznych i prawie siedemdziesiąt specjalistycznych salonów w całej Polsce. Taka skala działania jest efektem ubocznym popularności samych produktów, a ta nie wzięła się znikąd. Firma konsekwentnie prowadzi politykę dawania swoim klientom bardzo funkcjonalnego, bogato wyposażonego i porządnego sprzętu za bardzo uczciwe pieniądze. W katalogu znajdziemy również kilka hi-endowych perełek, ale generalnie Onkyo rządzi w segmencie popularnym.

Parafrazując słowa jednego z moich ulubionych bohaterów filmowych, życie recenzenta sprzętu audio jest jak pudełko czekoladek - nigdy nie wiadomo, co nam się trafi. No, może nie do końca, bo jednak po iluś tam latach opisywania kolumn i wzmacniaczy, człowiek już z grubsza wie, czego może się spodziewać po danym produkcie, jednak do momentu odpalenia pierwszej płyty niczego nie można być pewnym. Układając plany testów na najbliższe tygodnie, zawsze staramy się wstępnie selekcjonować urządzenia tak, aby recenzje były jak najciekawsze, a opisywany przez nas sprzęt był naprawdę wartościowy. Co trafi się w następnym kartonie? Może to być wzmacniacz za tysiąc złotych albo hi-endowy odtwarzacz przenośny. Od czasu do czasu robię sobie jednak małą przyjemność i biorę do testu urządzenie, na które sam miałbym ochotę. Na przykład jakiś wzmacniacz lampowy, którego nigdy nie kupiłbym albo ze względu na cenę, niską moc lub ograniczoną funkcjonalność. Ale posłuchać mogę! Teraz przyszła pora na kolejną tego typu przyjemność, a towarzyszem mojej audiofilskiej rozpusty będzie najnowszy wzmacniacz marki T+A.

[English version] Polski wzmacniacz. Lampowy. Wyprodukowany przez młodą, mało znaną firmę. Oferujący zaledwie 5,5 W na kanał. Nie brzmi to jak przepis na sukces, prawda? A jednak kiedy go zobaczyliśmy, od razu wiedzieliśmy, że prędzej czy później wyląduje w naszym teście. Block to produkt firmy G Lab Design Fidelity, której celem było zaprojektowanie audiofilskiego, lampowego wzmacniacza XXI wieku. I nie mamy tu na myśli wbudowanych przetworników ani streamerów. Urządzenie jest bardzo efektowne, ale też wyjątkowo proste w swojej formie, co według producenta znajduje także odzwierciedlenie w jego budowie wewnętrznej. Sama firma może i jest jeszcze młoda, ale stoją za nią ludzie z doświadczeniem i jasno określoną wizją.

Audia Flight to w naszym kraju zupełna nowość. Marka może być jednak kojarzona przez bywalców międzynarodowych wystaw i audiofilów śledzących zagraniczne portale, a jeśli coś komuś w tym momencie zaświta w głowie, skojarzenia będą prowadziły prawdopodobnie w kierunku ekstremalnego hi-endu. Największą grupę w katalogu stanowią bowiem urządzenia z serii Classic i potężne dzielonki z serii Strumento. To potężne piece, z których większy dysponuje mocą 500 W na kanał przy ośmiu omach i waży dokładnie 95 kg. Zwykle to właśnie te flagowe konstrukcje są prezentowane na dużych wystawach, jednak oferta włoskiej firmy to nie tylko monstrualne wzmacniacze zdolne napędzić najbardziej wymagające kolumny. W serii classic znajdziemy przedwzmacniacz i phono stage, trzy końcówki mocy, dwa odtwarzacze płyt kompaktowych i dwa wzmacniacze zintegrowane. Ceny wciąż wysokie, choć nawet na zdjęciach widać, że jakość wykonania także. Na szczęście w menu jest coś jeszcze - system Three mający konkurować z popularnymi klockami klasy średniej i wyższej. Do naszego testu trafiła najnowsza wersja podstawowego wzmacniacza zintegrowanego - model Three S.

Jeżeli nazwisko Petera Lyngdorfa kojarzycie z takimi urządzeniami, jak słynny system Model D wyprodukowany we współpracy ze Steinwayem lub wzmacniacz zintegrowany TacT Millennium, to dobrze. Chodzi właśnie o człowieka, który wiele lat temu postawił wszystko na jedną kartę - rozwój technologii cyfrowych w sprzęcie audio. Millennium do dzisiaj jest produkowany jako wersją rozwojowa Mk4, już pod marką Lyngdorf. TDAI-2170 jest jego młodszym bratem, stąd przyjąłem za pewnik, że spora część rozwiązań z hi-endowej integry znajdzie się także w tym modelu. Wzmacniacze klasy D jeszcze do niedawna nie cieszyły się uznaniem wśród użytkowników wysokiej klasy sprzętu audio ze względu na jego powszechne stosowanie w sprzęcie masowym. Sama idea wzmacniaczy impulsowych nie jest nowa, ale ze względu na ograniczenia, jakie stawiały przed konstruktorami, ich droga na salony była wyboista. Obecnie coraz więcej firm ma w swojej ofercie takie wzmacniacze, z czego wiele można zakwalifikować do kategorii hi-end. Przykładem takiego świeżego myślenia jest właśnie TDAI-2170 z tym, że Peter Lyngdorf poszedł jeszcze dalej projektując urządzenie w pełni cyfrowe i stosując w nim autorskie rozwiązanie o nazwie Equibit.

BC Acoustique to francuska marka kojarzona w naszym kraju głównie z zestawami głośnikowymi o wysokiej skuteczności. Firma została założona w 1993 roku przez Christiana Avedissiana i Bruno Rouxa na przedmieściach Paryża, w Maisons-Alfort. Po 20 latach przyjaźni i wspólnie dzielonej pasji do muzyki, panowie postanowili obrócić swoje pomysły w rzeczywistość. Obaj studiowali inżynierię komputerową i to właśnie w trakcie nauki zbudowali swoje pierwsze kolumny oraz kolejne modele dla swoich przyjaciół i krewnych. Uczyli się wszystkiego sami, starając się odnaleźć najlepsze rozwiązania - od testowania wszelkiego rodzaju głośników, które miały przyczynić się do polepszenia ich modeli, jak i samej stolarki, aż po wykończenia wykonywane przez nich samych. W 1992 sprzedali pierwsze głośniki jednemu ze swoich wykładowców i od tego momentu ich praca nabrała tempa. Panowie przenieśli się do jednego z najważniejszych i największych laboratoriów w Europie, którego zaplecze umożliwiało przetestowanie ich konstrukcji na najwyższym poziomie i stało się gwarancją pomiarów tej jakości. Po wielu badaniach Bruno i Christian ostatecznie stworzyli głośniki, których brzmienie satysfakcjonowało ich obu. Nazwali je Araxe od rzeki w Armenii, więc kolejne modele otrzymywały imiona rzek z całego świata jako symbol muzyki która - ich zdaniem - powinna płynąć niczym woda.

Każdy nowy model norweskiej firmy automatycznie skupia na sobie uwagę audiofilów. Wszystko jedno czy jest to nowy przetwornik cyfrowo-analogowy, integra czy wzmacniacz słuchawkowy - jeżeli widnieje na nim logo Hegla, potencjalnie mamy do czynienia z bardzo interesującym urządzeniem, a może nawet rynkowym hitem. Ostatnim dużym uderzeniem z północy był H80. Skromny wzmacniacz z wbudowanym przetwornikiem w krótkim czasie zyskał status killera - stał się wzorem tego, co powinna oferować integra za podobne pieniądze. Wprowadzony później przetwornik HD12 i droższy wzmacniacz H160 również wywołały sporo zamieszania na rynku, ale nie uzyskały statusu tak spektakularnych hitów. Od jakiegoś czasu wiadomo było jednak, że skandynawscy konstruktorzy pracują nad nową superintegrą - następcą utytułowanego modelu H300. Ten wzmacniacz miał dosłownie zamknąć wszystkie dyskusje, a przy okazji wprowadzić kilka nowych rozwiązań technicznych lub raczej zaprezentować najnowsze odsłony autorskich technologii Hegla. I wreszcie się doczekaliśmy - oto H360.
Jarek