Bannery górne wyróżnione

Bannery górne

A+ A A-

Wharfedale Linton Heritage

Wharfedale Linton Heritage

Zgłębiając historię wielu znanych firm zajmujących się produkcją sprzętu audio łatwo zauważyć, że praktycznie każda z nich zaliczyła co najmniej kilka wzlotów i kilka równie spektakularnych upadków. Dziś aż ciężko byłoby nam wyobrazić sobie, że jeden z czołowych producentów zestawów głośnikowych mógłby niemal całkowicie zniknąć z rynku w przeciągu kilku lat, ale życie potrafi zastawić sidła nawet na największych kozaków, a konkurencja nie śpi i wykorzysta każdą okazję, by wskoczyć na ich miejsce. Nawet doskonale prosperujące manufaktury, w których wszystko się zgadza i wszystko chodzi jak w zegarku, nie są kuloodporne i nieomylne. Czasami wystarczy jeden słabszy rok, jedna błędna decyzja konstruktorów, jedna gorsza seria produktów lub jedna wpadka finansowa, aby interes przestał się kręcić. Na szczęście, im dłużej funkcjonujemy i im większe mamy doświadczenie, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że przejściowe problemy obrócą cały nasz dorobek w popiół. W takich chwilach okazuje się, że piękna historia może być najlepszym kapitałem. Doskonałym przykładem jest to, co dzieje się obecnie z firmą Wharfedale. Brytyjski producent zestawów głośnikowych przechodził ostatnio trudny okres. Wprawdzie nie zawiesił działalności, ale funkcjonował jakby w ukryciu, trafiając jedynie do klientów szukających kolumn budżetowych. Sam o tej marce myślałem tylko wtedy, gdy trzeba było zebrać do testu kilka monitorów w cenie do tysiąca złotych za parę. Teraz wszystko to się zmieniło. Wharfedale znów ma coś do zaoferowania audiofilom, znów funkcjonuje i przypomina wszystkim o swojej bogatej historii. To właśnie ona stała się podstawą do stworzenia pięknego, klasycznego, trójdrożnego monitora, który dosłownie ciągnie cały ten wózek. Model ten stał się na świecie prawdziwą sensacją. W pięknym stylu przypomniał nam, że Wharfedale to nie chiński specjalista od budżetówki, ale audiofilska manufaktura, której korzenie sięgają lat trzydziestych ubiegłego wieku. Przed nami Linton Heritage.

Firma Wharfedale Wireless Works została założona w 1932 roku przez Gilberta Briggsa i szybko stała się jednym z wiodących brytyjskich producentów sprzętu audio, z naciskiem na przetworniki i kompletne zestawy głośnikowe. Swoje pierwsze głośniki Briggs składał w piwnicy domu położonego w Ilkley w regionie Yorkshire. To niewielkie miasteczko targowe znajduje się w dolinie rzeki Wharfe - okolicy znanej do dziś jako Wharfedale. Kolejny człon oryginalnej nazwy brzmi zaskakująco aktualnie. Skąd pomysł, aby użyć takiego określenia w okresie międzywojennym? Dziś, mówiąc o bezprzewodowych głośnikach, mamy na myśli niewielkie urządzenia z wbudowanym akumulatorem i łącznością Bluetooth, natomiast wtedy chodziło o inną nową technologię - radio. Zapotrzebowanie na odbiorniki radiowe było tak duże, że do Gilberta przyłączyła się jego żona, Doris Edna Briggs. W dużym domku letniskowym małżeństwo uruchomiło linię produkcyjną, w dzień i w nocy zajmując się nawijaniem cewek i lutowaniem przewodów. W 1933 roku młodziutka manufaktura wzięła udział corocznym konkursie Bradford Radio Society, zdobywając pierwsze i drugie miejsce. Ważniejsza była jednak inna nagroda - pierwsze naprawdę duże zamówienie. Od tego momentu Wharfedale Wireless Works musiała już martwić się tylko o jedną rzecz - nadążanie za popytem. Niedługo potem fabrykę przeniesiono do znacznie większego zakładu w Bradford. Ekspansji Wharfedale'a nie przerwała nawet wojna. W tym momencie z linii produkcyjnej schodziło około 9000 głośników rocznie, a oprócz tego firma otrzymała zamówienie na 40000 transformatorów. Karkołomnemu zadaniu podołał zespół liczący zaledwie 20 pracowników, głównie kobiet. Nawinąć ręcznie dwa tysiące transformatorów do końca wojny? Keep Calm and Carry On!

Koniec wojny oznaczał dla brytyjskiej manufaktury początek nowego rozdania. Można powiedzieć, że od tego momentu firma zaczęła kierować swoje produkty do prawdziwych, zdeklarowanych audiofilów. Trend poszukiwania coraz lepszej reprodukcji muzyki był szczególnie dobrze widoczny w Ameryce. Z myślą o nich inżynierowie Wharfedale'a zaprojektowali swoje pierwsze kolumny dwudrożne - potężne skrzynie wyposażone w 10-calowy głośnik wysokotonowy (tak, to nie pomyłka) i zwrotnicę tak ciężką, że musiało przenosić ją dwóch dorosłych mężczyzn. Na początku lat pięćdziesiątych Briggs podjął współpracę ze swoim bliskim kolegą, Peterem Walkerem z Quada. Mając do dyspozycji znakomite wzmacniacze i kolumny głośnikowe, panowie zorganizowali serię koncertów podczas których publiczność mogła porównać muzykę na żywo z nagraniami odtwarzanymi przez hi-endową elektronikę. Takie eksperymenty odbyły się między innymi Royal Festival Hall w Londynie i Carnegie Hall w Nowym Jorku. Innowacje wprowadzone przez Wharfedale obejmowały między innymi głośnik dwukierunkowy i ceramiczny magnes, ale chyba najsłynniejszym rozwiązaniem wprowadzonym przez Briggsa była eliminacja rezonansów za pomocą podwójnej obudowy, w której przestrzeń między warstwą wewnętrzną i zewnętrzną była wypełniona piaskiem. Nabywca zestawu głośnikowego wyposażonego w tę technologię musiał przeprowadzić operację "zasypywania" samodzielnie. W tym celu wraz z kolumnami otrzymywał odpowiednią ilość piasku wysłanego, tak - dokładnie z Wharfedale w Anglii.

W 1958 roku Gilbert Briggs sprzedał Wharfedale Wireless Works firmie Rank Organization, co było wówczas kontrowersyjnym posunięciem, ale doprowadziło do szybkiego rozwoju i ekspansji marki. Zresztą, nie ma się czemu dziwić - jej założyciel miał wówczas 68 lat, a firmą zarządzał aż do 1965 roku, kiedy to przeszedł na zasłużoną emeryturę. W latach sześćdziesiątych firma zaskakiwała audiofilów kolejnymi innowacjami, wypuszczając między innymi stożkowe głośniki Roll Surround czy przetworniki z magnesami ceramicznymi. Brytyjczycy śmiało penetrowali także rynek komponentów elektronicznych, wprowadzając szereg tunerów i wzmacniaczy, a nawet gramofonów. W 1967 roku podjęto decyzję o budowie nowej, bardziej wydajnej fabryki na terenie zielonym w Highfield Road w Bradford. Jej budowa trwała siedem lat, ale dzięki temu powstał zakład oferujący ponad 15000 metrów kwadratowych przestrzeni produkcyjnej z dodatkową powierzchnią biurową i dużymi obiektami badawczo-rozwojowymi. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych Wharfedale mocno inwestowało w nowoczesne technologie, w tym laserowe i komputerowe systemy pomiarowe. Chodziło nie tyle o ulepszenie produktów, co właściwie lepsze zrozumienie zjawisk fizycznych rządzących zachowaniem magnesów, cewek, membran i obudów głośnikowych. Mając do dyspozycji takie narzędzia, inżynierowie mogli opracować materiały dopasowane do wymagań danego przetwornika.

W latach dziewięćdziesiątych Rank Organization postanowiła pozbyć się niektórych marek ze swojego portfolio, i tak - obok Quada i Leaka - Wharfedale trafiło w ręce firmy Verity Group. W 1994 roku na biurko kierownictwa trafił dokument pewnej brytyjskiej agencji rządowej (nie wiem której, ale się domyślam), dotyczący technologii usuwania dźwięku w helikopterach wojskowych. Wygląda na to, że całkiem przypadkowo ktoś próbował sprawdzić czy może odtworzyć muzykę - w tym przypadku jeden z hitów Madonny - za pośrednictwem odpowiednio przygotowanej płyty pochłaniającej rezonanse. Zapoczątkowało to badania nad technologią, która później otrzymała nazwę NXT. Rozwiązanie stworzone z myślą o helikopterach w dużym skrócie zostało poddane inżynierii wstecznej, dzięki czemu dostosowano je do potrzeb zestawów głośnikowych. W 1997 roku Wharfedale zmienia właściciela po raz kolejny. Na mocy umowy obejmującej również marki Quad i Leak, firma przeszła w ręce koncernu IAG (International Audio Group), pod którego skrzydłami pozostaje do dziś. Jedną z pierwszych decyzji podjętych przez nowego właściciela było przeniesienie produkcji tańszych zestawów głośnikowych do Chin. Wkrótce okazało się, że owe tańsze kolumny to jedyne, co Wharfedale ma klientom do zaoferowania. Diamondy nie były i wciąż nie są złe. Jak na swoją cenę. Ale audiofilom to nie wystarcza, w związku z czym, wchodząc na wyższy poziom, większość z nich szybko przerzuciła się na kolumny innych marek. Wyglądało na to, że słynna manufaktura za chwilę zacznie wypuszczać na rynek tanie głośniki bezprzewodowe albo kuchenne radioodbiorniki, ale - na szczęście - ktoś w porę popukał się w głowę, zajrzał do starych katalogów i przypomniał sobie co powinna produkować firma z takim dorobkiem. Na rynku pojawiło się kilka nowych konstrukcji, z których część nieśmiało nawiązywała do wzorców sprzed lat. Prawdziwym hitem okazały się jednak zaprezentowane w pierwszej połowie tego roku monitory o nazwie Linton Heritage.

Wharfedale Linton Heritage

Wygląd i funkcjonalność

Szok i niedowierzanie! Brytyjska manufaktura stworzyła duże, klasyczne, trójdrożne, monitory wyglądające jakby ktoś przeniósł je żywcem z lat sześćdziesiątych. Wystarczyło wrzucić do sieci kilka zdjęć tych majestatycznych zestawów, z dedykowanymi standami pełniącymi jednocześnie funkcję półek na płyty winylowe, aby audiofile z całego świata dostali na ich punkcie fioła. Ludzie zaczęli dosłownie ślinić się do swoich komputerów, laptopów, tabletów i smartfonów. Nie wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że mają do czynienia z nową odsłoną klasycznego głośnika opracowanego przez firmę z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem. Wydaje się, że logo Wharfedale'a nie miało wielkiego wpływu na niesamowicie pozytywne reakcje internautów. W końcu większość z nich już dawno zapomniała o jej dokonaniach, nie wspominając już o oryginalnych Lintonach produkowanych od 1965 roku aż do końca kolejnej dekady. Aby podkreślić wyjątkowość tego projektu, na tabliczkach znamionowych Brytyjczycy umieścili wkomponowane w swoją flagę logo "85th Anniversary", nawiązujące do osiemdziesiątej piątej rocznicy założenia firmy. Tutaj matematyka trochę mi się nie zgadza, ale nie bądźmy drobiazgowi. Wharfedale nie pierwszy raz nawiązuje do swojej historii w taki właśnie sposób. Dość powiedzieć, że znacznie mniejsze, ale utrzymane w podobnym, vintage'owym stylu monitory Denton były już produkowane z dopiskiem "80th Anniversary", który następnie zmieniono na "85th Anniversary", oczywiście delikatnie modyfikując konstrukcję i wykończenie tego zestawu. Dlatego na oficjalnej stronie producenta i we wszystkich katalogach testowane monitory widnieją jako Linton Heritage, bez oznaczenia "rocznikowego". Reprezentujący markę Adam Gray, z którym miałem przyjemność porozmawiać podczas zorganizowanej niedawno w Warszawie konferencji prasowej, dał mi do zrozumienia, że ogromna popularność Lintonów sprawiła, że prawdopodobnie nie będą one w najbliższym czasie modyfikowane. Jeżeli za trzy lata klienci wciąż będą zamawiali je w takim tempie, logo "85th Anniversary" zostanie przeprawione na "90th Anniversary", ale poza tym nie zmieni się nic - wszyscy będą mieli dokładnie takie same kolumny.

Wygląda na to, że Linton Heritage naprawdę dał firmie potężnego kopa, a internetowy szał przełożył się na sprzedaż jak rzadko kiedy. Zainteresowanie audiofilów okazało się tak duże, że polski dystrybutor Wharfedale'a na wyprzedanie pierwszej dostawy Lintonów potrzebował zaledwie pół godziny. Drugi, znacznie większy transport, rozszedł się w godzinę. Trzeci też. Na kolejne trzeba będzie poczekać, bo liczba zamówień spływających z całego świata przekroczyła możliwości fabryki. To absolutny fenomen, bo zwykle nawet nad bardzo dobrze zapowiadającymi się produktami dystrybutor musi trochę popracować - rozesłać zapowiedzi, zachęcić dealerów do informowania swoich klientów o danym modelu, uruchomić kampanię reklamową, poczekać na testy... W tym przypadku nic takiego jeszcze nie miało miejsca. O Lintonach pierwszy raz napisałem sam, przygotowując galerię z wystawy High End 2019. Oficjalnej informacji prasowej w języku polskim nie dostałem do dziś. Opis na stronie dystrybutora jest wyjątkowo skromny. Ale zupełnie się temu nie dziwię, bo jeżeli paleta z kartonami wjeżdża do firmowego magazynu, kierowca pali papierosa, czeka na rozładunek i podpisuje dokumenty, a kiedy przekracza bramę cała dostawa jest już sprzedana, to o czym my mówimy? Co tu jeszcze reklamować? To, że mam okazję posłuchać Lintonów w swoim systemie, wynika prawdopodobnie tylko z tego, że już dawno pytałem o możliwość ich wypożyczenia i ładnie uśmiechnąłem się do kogo trzeba. Sytuacja jest jednak o tyle komfortowa, że miałem już okazję ich posłuchać i wiem, że niniejszy test nie będzie stratą czasu. Domyślam się zresztą, że mógłbym napisać o nich cokolwiek, dosłownie zrównać je z ziemią, a dystrybutora i tak obchodziłoby tylko to, kiedy paczki do niego wrócą, bo będzie można wprowadzić do systemu sprzedażowego kolejną parę, która "pójdzie" zapewne w ciągu dziesięciu minut. Gdyby kolejna dostawa przyjechała do magazynu w momencie, gdy zaczęliście czytać ten test, w tym momencie sprzedałoby się już kilkadziesiąt par, wraz z dedykowanymi podstawkami.

Dlaczego nowe kolumny zasłużonej, ale nieco zapomnianej marki zrobiły na rynku takie zamieszanie? Czy Lintony zawdzięczają to archaicznym proporcjom i stylistyce idealnie wpisującej się w panującą od kilku lat modę na sprzęt retro? Z pewnością coś w tym jest, ale projektanci Wharfedale'a nie odkryli tu nic nowego - podobne zestawy od dawna oferują przecież takie firmy, jak Harbeth, Spendor, Graham Audio, Chartwell, ATC, Klipsch, Tannoy, a nawet JBL. Może więc chodzi o brzmienie? Tego wykluczyć nie można, jednak w tym momencie właściwie mało kto miał szansę posłuchać Lintonów w kontrolowanych warunkach. Dopiero powstają ich pierwsze testy, głośniki ledwo co zdążyły stanąć w salonach i ruszyć membranami, a już zostały wykupione. Można przypuszczać, że większość klientów nie miała o ich brzmieniu bladego pojęcia. Na zdjęciach kolumny nie grają, a jednak nie powstrzymało ich to przed zakupem. Czyżby brytyjscy inżyierowie odgrzebali projekt sprzed kilkudziesięciu lat i na jego podstawie stworzyli monitory idealne? Po prostu ot tak, znienacka, udało im się przebić dokonania firm, których nigdy nie puściliśmy w niepamięć? Rozwiązanie tej zagadki jest prostsze niż mogłoby się wydawać. Chodzi oczywiście o cenę. Oldschoolowe monitory Wharfedale'a nie są bowiem odrobinę tańsze niż konkurencyjne, utrzymane w takim samym stylu zestawy o zbliżonej konstrukcji. One wylądowały na zupełnie innej planecie. Patrząc na duże, trójdrożne paczki można się było spodziewać, że będą rywalizowały z takimi modelami, jak ATC SCM50SL (49990‬ zł), Spendor Classic 1/2 (24900 zł), Tannoy Legacy Eaton (19998 zł), JBL L100 Classic (18800 zł), Graham Audio LS5/9 (17900 zł), Harbeth Super HL5 Plus (16600 zł), Klipsch Heresy III (11998 zł) czy Chartwell LS6 (11000 zł). Ale nie. Tutaj za parę zapłacimy 4398‬ zł. Dedykowane podstawki dostaniemy natomiast za 1398‬ zł. Toż to budżetówka! No, może nie do końca, jednak na stronach salonów ze sprzętem audio Lintony wylądowały obok maleńkich głośników ściennych (Sonus Faber Sonetto Wall lub Audiovector QR Wall) i dość zwyczajnych monitorów, które poza kilkoma ciekawymi szczegółami technicznymi nie wyróżniają się na tle konkurencji (Monitor Audio Silver 100, DALI Opticon 2, Focal Aria 906). To tak, jakby Jaguar stworzył piękne, nowoczesne, mocne i luksusowe auto plasujące się cenowo nie na poziomie Bentleya czy Rolls-Royce'a, ale Škody Fabii i Fiata 500. Nic dziwnego, że pierwsze dostawy rozeszły się w mgnieniu oka. Byłoby dziwne, gdyby chociaż jedna para stała jeszcze w magazynie.

W głowie automatycznie pojawia się jednak ważne pytanie - czy to aby nie fejk? Może Lintony są tak naprawdę malutkie, leciutkie i paskudne? Może zostały wykończone okleiną z recyclingu i dosłownie rozpadają się w rękach? Może odpadają im gniazda, a grają jakby na głośnikach leżała niewidzialna kołdra? O tym można przekonać się tylko w jeden sposób. Pierwsze wątpliwości znikają w momencie, gdy zobaczymy i podniesiemy kartony. Małych głośników nie pakuje się w pudła, które ledwo mieszczą się w miejskim samochodzie, a każde z nich waży 21,5 kg. To jednak małe piwo w porównaniu z tym, co znajdziemy w środku. Wita nas zapakowany w foliową teczkę zestaw startowy - instrukcja obsługi z rocznicowymi oznaczeniami wydrukowana na "postarzanym" papierze, dwie mięciutkie, bawełniane rękawiczki i cztery samoprzylepne nóżki z twardawej, czarnej gumy. Właściwa zawartość została natomiast zabezpieczona grubymi profilami z szarej pianki, folią i ogromnym, materiałowym workiem związanym czymś w rodzaju sznurówki. Takich atrakcji spodziewałbym się może podczas rozpakowywania hi-endowego wzmacniacza (Luxman, Accuphase), ale żeby w taki sposób traktować monitory za 4398‬ zł? Niewiarygodne. W porządku, może to tylko otoczka, która producenta kosztuje maksymalnie kilkanaście złotych, ale widziałem już w swojej recenzenckiej karierze pięciokrotnie droższe kolumny zapakowane w rozpadające się kartony i zabezpieczone kilkoma kawałkami styropianu kruszącego się w dłoniach na pył. Prawdziwy szok przeżyłem jednak w chwili, gdy pierwszy worek powędrował w górę. Lintony dostępne są w dwóch rodzajach wykończenia. Do wyboru mamy naturalny fornir orzechowy lub mahoniowy, a do naszego testu trafiła druga, rzadsza wersja. Ludzie kochani... Cudo! A już te pieniądze? Szok stulecia. Ponieważ rysunek i kolor drewna zawsze jest trochę inny, Wharfedale dobiera kolumny w pary. Jest to zresztą konieczne z uwagi na przesunięte leciutko w bok głośniki wysokotonowe, jednak oferując tak potężne monitory za tak niewielkie pieniądze, większość firm kazałaby klientom pogodzić się z faktem, że lewy i prawy głośnik mogą wyglądać trochę inaczej. Tutaj jednak wszystko jest tak, jak być powinno. Projektanci zadbali nawet o takie szczegóły, jak olschoolowe maskownice czy terminale à la WBT. Generalnie nie ma sie tutaj do czego przyczepić.

Przejdźmy więc do kwestii, którą na pewno poruszą fani klasycznych monitorów produkowanych na licencji BBC. Chodzi oczywiście o wszystko, co włożylibyśmy do kategorii "technologia". Brytyjczycy prześcigają się przecież w opracowywaniu membran najbardziej zbliżonych do tych, które stosowano w oryginalnych zestawach sprzed kilkudziesięciu lat, wkładają mnóstwo serca w budowanie "grających", skręcanych w odpowiedni sposób obudów o stosunkowo cienkich ściankach i kultywują pewną legendę, której aura nie otacza każdego vintage'owego głośnika. Linton Heritage, choć odwołuje się do podobnych tradycji, to tak naprawdę zupełnie inna konstrukcja. Pod staromodną maskownicą kryją się bowiem na wskroś nowoczesne przetworniki. Membrany 20-cm woofera i 13,5-cm średniotonowca wykonano z zabarwionego na czarno Kevlaru. Uzupełnia je miękka, 25-mm kopułka zabezpieczona metalową siateczką. Fani monitorów BBC nie zobaczą tu nic, co odpowiadałoby ich wyobrażeniom o idealnych kolumnach. Kevlar to nie Radial, klejony MDF to nie skręcana sklejka, a Wharfedale to nie Harbeth, Rogers, Graham Audio czy Spendor. Nikt jednak nie powiedział, że naśladowanie tudzież wierne odtwarzanie tych legendarnych konstrukcji jest jedyną słuszną drogą. Amerykanie budowali kolumny zupełnie inaczej, a mimo to również mają na koncie wiele kultowych produktów, o których regularnie nam przypominają. Tak samo, jak Francuzi, Włosi czy Japończycy. Nawet w Wielkiej Brytanii nie wszyscy podążali ścieżką wydeptaną przez inżynierów BBC. KEF poszedł na przykład w zupełnie innym kierunku i choć nie dysponuję żadnymi wiarygodnymi liczbami, jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że sprzedaje obecnie więcej kolumn, niż wszyscy naśladowcy klasycznej szkoły BBC razem wzięci.

Linton Heritage to nie Harbeth Super HL5 Plus 40th Anniversary. Ale 4398‬ to nie 24900 zł! Że inne obudowy? Okej. Że inne głośniki? W porządku. Że inny dźwięk? To zrozumiałe. Że Wharfedale są produkowane w Chinach, a Harbethy w Wielkiej Brytanii? Tak, ten fakt na pewno przekłada się na koszty produkcji. Ale żeby wszystko to składało się na niemal sześciokrotną różnicę w cenie?

To pierwsza sprawa. Druga jest taka, że kurczowe trzymanie się tradycyjnych rozwiązań oznacza rezygnację z jakichkolwiek, nawet oczywistych ulepszeń. Naturalnie, w pogoni za oryginałem sprzed kilkudziesięciu lat właśnie o to chodzi, ale zderzenie z zestawami, o których magicznym brzmieniu audiofile rozpisują się od dawna, dla wielu osób okazuje się rozczarowujące. Fakt, te monitory mają duszę, jednak pod pewnymi względami nie mogą się równać z nowoczesną konkurencją. Ich brzmienie, choć czarujące i bardzo bezpośrednie, można odebrać jako nienaturalne. Niektóre stosowane w nich rozwiązania techniczne są równie archaiczne jak ich wygląd zewnętrzny, a parametry - zupełnie niedzisiejsze. Gdyby jakikolwiek producent kolumn spoza tej grupy odważył się wprowadzić na rynek kolumny z brzydką, płaską dziurą wywierconą w przedniej ściance zamiast eleganckiego, ładnie wyprofilowanego bass-reflexu i "zaśpiewał" za nie dwanaście, osiemnaście albo trzydzieści tysięcy złotych, zostałby wyśmiany i zmieszany z błotem. Dlatego wszystkim obrońcom "droższych odpowiedników" testowanych monitorów radziłbym spojrzeć na temat z dystansu i zastanowić się czy sama ich obecność na rynku nie podkopuje pewnych fundamentów, w które Brytyjczycy każą nam wierzyć? W porządku - Linton Heritage to nie Harbeth Super HL5 Plus 40th Anniversary. Ale 4398‬ to nie 24900 zł! Że inne obudowy? Okej. Że inne głośniki? W porządku. Że inny dźwięk? To zrozumiałe. Że Wharfedale są produkowane w Chinach, a Harbethy w Wielkiej Brytanii? Tak, ten fakt na pewno przekłada się na koszty produkcji (choć z przełożeniem lokalizacji fabryki na jakość sprzętu mamy ostatnio coraz większe problemy). Ale żeby wszystko to składało się na niemal sześciokrotną różnicę w cenie? No nie, to chyba spora przesada. Pytanie tylko czy producenci dostarczający audiofilom takie same monitory od wielu, wielu lat żądają za nie zbyt wiele, czy to konstruktorzy i księgowi Wharfedale'a, w ramach szalonego planu przypomnienia melomanom o swoim istnieniu "strzelili" tak dumpingową cenę, że na każdej sprzedanej parze zarabiają ćwierć funta. Nie zdziwiłbym się gdyby ta druga wersja była całkiem bliska prawdy.

Spróbujmy podejść do tematu na trzeźwo i zobaczmy co my tu mamy. Linton Heritage to trójdrożny monitor w obudowie wentylowanej. Z przodu widzimy trzy głośniki, z których dwa są całkiem podobne - mają membrany z barwionych na czarno włókien aramidowych, przy czym woofer otrzymał wklęsłą nakładkę przeciwpyłową i wklęsły, gumowy resor, a średniotonowiec wygląda bardziej standardowo - ma wypukłą nakładkę przeciwpyłową i klasyczne zawieszenie. Tweeter to dość standardowa, miękka kopułka, którą zamknięto za czarną siateczką i umieszczono w większym, plastikowym kołnierzu. Dzięki niemu głośnik jest odchylony względem osi symetrii przedniej ścianki, a lewa i prawa kolumna są swoimi lustrzanymi odbiciami. Aby to wszystko zobaczyć, musimy jednak poradzić sobie z demontażem maskownic, montowanych na kołki. Z takiego zabezpieczenia z pewnością ucieszą się audiofile, których sprzęt może stać się obiektem ataku dziecka, kota, psa, papugi, współmałżonka lub innego stworzenia, które mogłoby uznać takie głośniki za kolejną ciekawą zabawkę. Chociaż, z kotami byłbym ostrożny, bowiem maskownica w takim kształcie może być doskonałym "drapakiem". Z tyłu znajdziemy piękne tabliczki znamionowe z numerami seryjnymi, dwa tunele rezonansowe i pojedyncze terminale akceptujące dowolny rodzaj końcówek. Do kolumn możemy dokupić dedykowane podstawki. Są na tyle tanie, że pominięcie ich przy zakupie będzie moim zdaniem dużym błędem. Gdyby producentowi coś się odwidziało, później już się takich nie dostanie. Nawet zakładając, że za kilka lat zamienimy Lintony na coś lepszego, lepiej kupić je z fabrycznymi standami, bo będzie to pierwsza rzecz, o którą zapyta nasz każdy potencjalny kupiec. Jedynym minusem jest fakt, że podstawy kolumn są zupełnie gładkie - nie znajdziemy tu gwintów, które umożliwiałyby skręcenie kolumn i standów w jedną całość. W odróżnieniu od klasycznych monitorów BBC, które muszą grać całą obudową i nie powinny być przyspawane do podłoża, tutaj byłoby to możliwe. Z drugiej strony, Lintony są na tyle ciężkie, że nie powinny przewrócić się nawet przy przypadkowym potrąceniu, więc popularne rozwiązanie w rodzaju miękkiej masy mocującej powinno zdać egzamin. Powiedzmy, że zdecydujemy się na komplet. Pojedyncza kolumna waży 18,4 kg, a podstawka - 14,5 kg. Jeżeli dodamy do tego siedem kilo winyli lub książek (raczej nie będzie to wielki problem), otrzymujemy konstrukcję ważącą 40 kg. Żaden normalny zwierzak ani maluszek jej nie przewróci.

Wharfedale Linton Heritage

Brzmienie

W momencie przełączania kabli zacząłem się zastanawiać z czym tak naprawdę będziemy tutaj mieli do czynienia. Czego można się spodziewać po kolumnach wyglądających jakby zostały żywcem przeniesione ze złotej ery hi-fi, ale zbudowanych z nowoczesnych materiałów? Stylistyka rodem z lat sześćdziesiątych, proporcje zupełnie niedzisiejsze, a jednak tuż pod tą vintage'ową powierzchownością kryją się obudowy z MDF-u, membrany z leciutkich włókien używanych w kamizelkach kuloodpornych i dwa dmuchające do tyłu bass-reflexy. Wielu audiofilów - szczególnie tych, którzy o dokonaniach Wharfedale'a zapomnieli i nie dokopią się do bogatej historii tej marki - z pewnością dojdzie do wniosku, że Lintony miały być kopią... No właśnie, czego? Obstawiam, że pierwsze skojarzenie pójdzie w kierunku słynnych, brytyjskich manufaktur, o których pisałem wyżej. Wystarczy jednak zwrócić uwagę na owe "szczegóły" konstrukcyjne, aby zdać sobie sprawę, że inżynierom Wharfedale'a zupełnie na tym nie zależało. Linton Heritage nie jest kopią żadnego kultowego monitora BBC. Bo nie miał nią być. W gruncie rzeczy mamy tu do czynienia z nowoczesnym zestawem głośnikowym, który może i wygląda jakby przeleżał na strychu kilkadziesiąt lat, ale od nowoczesnych, trójdrożnych kolumn różni się tylko tym, że dziś stosuje się raczej dwa mniejsze woofery w smuklejszych skrzyniach, a tutaj mamy pojedynczy, 20-cm głośnik w dużym, szerokim pudle. Rodzi to w naszej głowie pewien dysonans poznawczy. Oczy widzą eleganckie, vintage'owe monitory, które powinny grać bardzo specyficznie, ale wiemy też, że nie ma tu właściwie ani jednego elementu, z którym spotkamy się w klasycznych kolumnach z lat sześćdziesiątych lub ich współczesnych kopiach. Projektanci Wharfedale'a nawet nie stwarzali pozorów, że coś takiego miało się tutaj znaleźć. Nie ma papierowych lub polipropylenowych membran, dziwacznych tweeterów, średniotonowych kopułek, skrzynek skręconych z cienkiej sklejki ani innych atrybutów, które przypisalibyśmy kultowym monitorom BBC. Nie ma też pięciocyfrowej ceny. I tutaj nasz mózg po raz kolejny zaczyna się zastanawiać - czy to ma prawo zagrać?

Odpowiedź jest banalnie prosta - ma. Pozbywając się wszystkich tych wątpliwości i uprzedzeń, można zasiąść do odsłuchu na pełnym luzie i szybko zorientować się, że Lintony grają po prostu dobrze. Ba! Jak na kolumny za 4398‬ zł, mogę nawet powiedzieć, że bardzo dobrze. Jeżeli więc czytając niniejszy test czekaliście tylko na informację czy warto zapisać się na listę, powiem tak - jeżeli tylko dysponujecie pomieszczeniem o adekwatnej do gabarytów tych monitorów kubaturze, możecie sobie pozwolić na zachowanie zdrowego dystansu od tylnej ściany (pół metra to chyba absolutne minimum, ale w zależności od akustyki pomieszczenia i charakteru brzmienia sprzętu towarzyszącego, dla bezpieczeństwa można założyć, że skończy się na 70, 80, może 90 centymetrach) i nie oczekujecie, że monitory za niecałe cztery i pół tysiąca złotych będą nie tylko wyglądały, ale i grały jakby kosztowały cztery razy więcej, możecie zapisać się na listę i czekać na kolejną dostawę. Brzmienie Lintonów nie powinno rozczarować nikogo, kto zainteresował się nimi na podstawie zdjęć lub informacji prasowych. Oczywiście nie znajdziemy tu tego niesamowitego ciepła, bliskości, szczerości i namacalności, jaką od wielu, wielu lat czarują słuchaczy hi-endowe monitory Harbetha, Spendora czy Grahama, jednak jeśli zejdziemy na ziemię i porównamy je do kolumn z tego samego przedziału cenowego, okaże się, że Wharfedale mają nam do zaoferowania naprawdę dużo dobrego. Innymi słowy, nie wyobrażam sobie aby ich brzmienie nie spodobało się klientom, którzy podchodzą do sprawy w sposób racjonalny i wiedzą, że i tak mamy tu do czynienia z niepisaną promocją, bo w tej cenie praktycznie nie da się kupić porządnych, markowych monitorów, które tak wyglądają, tyle ważą i potrafią dać swojemu właścicielowi wrażenie obcowania z czymś wyjątkowym. Gdyby do tego wszystkiego doszło brzmienie na poziomie kolumn za 2000-3000 zł, należałoby to uznać za sukces. A Lintony grają lepiej! Czy jest to dźwięk za 4398 zł? Na moje ucho - spokojnie. Niezadowoleni mogą być tylko niepoprawni optymiści, którym wydawało się, że Linton Heritage to tak naprawdę Harbeth Super HL5 Plus 40th Anniversary za 20% ceny. W takim przypadku mogę polecić tylko kubeł zimnej wody. Tak dobrze to nie jest. Gdyby było, nie przeczytalibyście tego testu, bo w tym momencie byłbym w drodze do fabryki z kilkoma kumplami i walizką pieniędzy.

Skoro wiemy, że Lintony grają, pozostaje jeszcze jedno pytanie - jak? W ich brzmieniu mieszają się moim zdaniem dwa wątki. Pierwszy, stanowiący jakieś siedemdziesiąt, może osiemdziesiąt procent ostatecznego efektu to pełnopasmowy, naturalny, zdrowy i skomponowany w zupełnie normalny sposób dźwięk, jakiego moglibyśmy się spodziewać po klasycznych, trójdrożnych podłogówkach za podobne pieniądze. Bądźmy szczerzy, technicznie mamy do czynienia z monitorami, ale ze standardowymi, nowoczesnymi, dwudrożnymi pudełkami wyposażonymi w 16-cm woofer i 25-mm kopułkę Lintony nie mają zbyt wiele wspólnego. Aby właściwie wyobrazić sobie skalę zjawiska, radziłbym raczej potraktować je jako zestawy wolnostojące, w których zamiast dolnej części skrzyni mamy niewysokie podstawki, z miejscem do wykorzystania na płyty winylowe, monobloki, książki bądź inne przedmioty, które dobrze nadają się do dociążenia takiej konstrukcji. Wystarczy jednak pięć minut odsłuchu, aby zorientować się, że nie są to jakieś dziwaczne głośniki przepuszczające każdą płytę przez filtr upodabniający jej realizację do standardów lat sześćdziesiątych czy osiemdziesiątych. Nie. Jest to całkiem normalny, prawidłowy dźwięk, jakiego spodziewalibyśmy się po dobrych, uniwersalnych kolumnach nie mających nic wspólnego ze sprzętem retro. Wharfedale'om z pewnością bliżej jest do współczesnych zestawów, takich jak DALI Oberon 7, Focal Chorus 726 czy Pylon Audio Ruby 25 mkII niż hardcore'owych klonów klasycznych monitorów BBC. Mimo to, w ich brzmieniu znalazłem kilka elementów, które - no, z małym przymrużeniem oka - mogą skojarzyć się z taką szkołą dźwięku. W zakresie średnich tonów można usłyszeć odrobinę delikatnego ciepła. Niewiele, ale jeżeli po membranie z plecionki spodziewaliście się szybkiego, nieco spłaszczonego dźwięku - spokojnie, Lintony mają do zaoferowania o wiele więcej.

Najbardziej jednak - czego należało się spodziewać - zaimponował mi ich bas. Duży woofer, duża skrzynia, dwa bass-reflexy... Co mogło pójść nie tak? Niskie tony w wydaniu tych monitorów są głębokie, swobodne, mięsiste i naturalnie potężne. Ładują. Jeśli chodzi o szybkość, nie jest to mistrzostwo świata i okolic, ale przy odpowiednim ustawieniu nie ma też mowy o zamazywaniu konturów czy czekaniu aż bas przetoczy się przez pokój, wyhula i wytraci energię nim do wooferów popłynie kolejny kaloryczny impuls. Taki dźwięk potrafi dać dużo radości, jednak aby cieszyć się nim bez żadnych ograniczeń, trzeba najpierw odrobić pracę domową. O podstawkach nie ma właściwie co dyskutować. Producent daje nam ofertę, z której nie można nie skorzystać. Jeżeli którykolwiek właściciel Lintonów zdecyduje się rozwiązanie inne niż fabryczne standy, będę w stanie to zrozumieć tylko wtedy, gdy zastąpi je jeszcze cięższymi, wykonywanymi na zamówienie podstawkami za dwukrotnie większe pieniądze. Szukanie oszczędności lub innych, prowizorycznych rozwiązań to proszenie się o kłopoty. Tak wielkie monitory wyposażone w tak duże głośniki niskotonowe i dwa dmuchające do tyłu bass-reflexy muszą stać na czymś stabilnym jak fundamenty drapacza chmur. Podobnie jest z odległościami od ścian, a także, w szerszym kontekście, z akustyką pomieszczenia odsłuchowego. Jeżeli sprawa nie jest opanowana choćby w najmniejszym stopniu, możliwe, że natkniemy się na problem, którego w wielu zestawach z tego przedziału cenowego nie zauważymy - po prostu dlatego, że tak nisko się nie zapuszczają i nie są zbudowane w taki sam sposób. Co by nie mówić, producenci kolumn starają się ułatwić klientom zadanie, przy okazji ubezpieczając swoje własne cztery litery. Widzimy wówczas zabiegi w rodzaju tuneli rezonansowych skierowanych w dół (Fyne Audio), szerokich portów szczelinowych na przedniej ściance (Xavian), wooferów pracujących w osobnych komorach zamkniętych wewnątrz właściwych obudów (Audio Physic) lub częściowo wytłumionych bass-reflexów (Audiovector). Tutaj otrzymujemy natomiast dwie rury pracujące niczym wydechy w sportowym aucie. Wharfedale muszą mieć wokół siebie sporo wolnego powietrza. Inaczej albo będziemy musieli mocno napracować się w kwestii ustawienia i akustyki, albo nici z zabawy.

Plus jest taki, że - w odróżnieniu od wielu konstrukcji liczących sobie kilkadziesiąt lat - bas w Lintonach jest dość przewidywalny. Duży, ale udomowiony. Dzięki temu nie musimy się obawiać, że przy każdej zmianie płyty kolumny będą robiły nam jakieś numery - a to średni bas będzie walił bez opamiętania, a to zacznie znikać bez wyraźnego powodu. W klasycznych monitorach BBC takie rzeczy się dzieją i są uznawane za coś zupełnie normalnego. Podobnie zresztą w vintage'owych JBL-ach czy Klipschach. Tamte zestawy grają w bardzo charakterystyczny sposób, a to nierozerwalnie wiąże się z faktem, którego wielu ich miłośników nie akceptuje - nie jest to brzmienie, które z czystym sumieniem można nazwać neutralnym i prawidłowo wyważonym. Niektórzy to wiedzą i przyjmują z dobrodziejstwem inwentarza, koncentrując się na fantastycznej średnicy, trójwymiarowej przestrzeni i innych walorach, których trudno tym zestawom odmówić. Inni natomiast idą w zaparte i twierdzą, że wszystko jest super. A nie jest. Linton Heritage to coś innego. Na wskroś nowoczesny monitor wolny od wad kilkudziesięcioletnich kolumn. A że nie potrafi aż tak mocno czarować? Trudno. W tej cenie spokojnie można mu to wybaczyć.

O podstawkach nie ma właściwie co dyskutować. Producent daje nam ofertę, z której nie można nie skorzystać. Jeżeli którykolwiek właściciel Lintonów zdecyduje się rozwiązanie inne niż fabryczne standy, będę w stanie to zrozumieć tylko wtedy, gdy zastąpi je jeszcze cięższymi, wykonywanymi na zamówienie podstawkami za dwukrotnie większe pieniądze. Szukanie oszczędności lub innych, prowizorycznych rozwiązań to proszenie się o kłopoty.

Na koniec powinienem poruszyć dwa ważne tematy. Pierwszy to maskownice, które zdaniem przedstawicieli Wharfedale'a podczas odsłuchu powinny być założone. Wiem, że w dzisiejszych czasach to bardzo nietypowe, ale inżynierowie brytyjskiej firmy postanowili trzymać się tradycyjnych rozwiązań i najwyraźniej są z tego bardzo dumni. Nie chodzi wyłącznie o walory wizualne czy zabezpieczenie głośników przed uszkodzeniem. Jak wytłumaczył mi Adam Gray, konstrukcja obudowy z krawędziami wychodzącymi przed płaszczyznę przedniej ścianki ogranicza rozchodzenie się fal dźwiękowych na boki. Można było rozwiązać problem montując coś w rodzaju dyfuzora, jednak skuteczniejsze okazały się podobno maskownice wykonane z bardzo nietypowego materiału, przypominającego ten, z którego wykonuje się wewnętrzne części pasków i szelek w plecakach i torbach sportowych. Jest dość miękki i grubszy, niż się do tego przyzwyczailiśmy. Na pewno nie jest też przezroczysty akustycznie, ale właśnie o to chodziło. Same ramki są z kolei grube i ciężkie, a kształt wykonanego w nich otworu został podobno dobrany tak, aby opanować takie zjawiska, jak kierunkowość i dyfrakcja, a w szczególności - charakterystykę brzmienia poza osią głośników. Nie jest to może zgodne z dzisiejszymi ideałami nakazującymi usuwać wszelakie przeszkody między przetwornikami a słuchaczem, ale wielu producentów kolumn utrzymanych w stylu retro idzie podobną ścieżką. Wystarczy w tym miejscu wspomnieć o JBL-ach L100 Classic, których maskownica to zasadniczo kawałek grubej gąbki na drewnianej ramce. Dziwactwo, ale odsłuch pokazał, że działa. Tutaj jest podobnie. Z założonymi grillami dźwięk jest inny - szerszy, głębszy, spokojniejszy i bardziej trójwymiarowy, chociaż - czego należało się spodziewać - mniej namacalny i skoncentrowany raczej na ogólnym wrażeniu niż ostrym pierwszym planie. Co kto lubi. Moim zdaniem każdy posiadacz tych monitorów wybierze swoją wersję i nikt nie powinien mówić, że jedna jest poprawna, a druga nie.

Ostatnia kwestia dotyczy sprzętu towarzyszącego. Niska cena Lintonów sprawia, że grozi im współpraca z budżetowymi amplitunerami i wzmacniaczami z czasów PRL-u. A zasługują na więcej. Nawet dzielonka Exposure'a z serii XM nie dała mi do zrozumienia, że przesadzam, że takie kolumny jej nie docenią. Przeciwnie. Zagrało świetnie, a przecież mówimy o złożonym z trzech elementów wzmacniaczu kosztującym trzy razy tyle, co opisywane monitory. Domyślam się, że w prawdziwym życiu tak luksusowy tor pozostanie w sferze ich marzeń. Jeżeli więc zdecydujecie się na Lintony i skonfrontujecie swoje wrażenia z powyższym opisem, zastanówcie się proszę jak takie kolumny mają prawo zagrać z elektroniką, którą im zafundujecie. Jeżeli będzie to dziesięcioletni, budżetowy amplituner, to już macie odpowiedź dlaczego wyszło jak wyszło. Ja widziałbym je raczej z czymś w rodzaju Atolla IN80SE, Audiolaba 6000A lub NAD-a C356 BEE, a jeśli lubicie nieco cieplejszy dźwięk, to może NuPrime IDA-8, Musical Fidelity M2si albo Fezz Audio Silver Luna? Takie monitory z lampowym wzmacniaczem, i to poniżej dziesięciu tysięcy złotych? Brzmi jak kawior w cenie kiełbaski. Takie eksperymenty muszę jednak zostawić chętnym do rozpracowania we własnym zakresie. Ja chciałem przede wszystkim sprawdzić, czy Wharfedale Linton Heritage to jakaś napompowana historia, za którą kryje się wyjątkowo słaby produkt, czy prawdziwy rynkowy fenomen. I sprawdziłem. Jest to opcja numer dwa. Kolumny bez wad? Nie, absolutnie nie o to chodzi. Ale przy tej cenie, z takim wyglądem i taką jakością wykonania doszukiwanie się minusów w dźwięku, który też jest po prostu bardzo dobry, byłoby poważnym nietaktem.

Wharfedale Linton Heritage

Budowa i parametry

Wharfedale Linton Heritage to trójdrożny zestaw podstawkowy w obudowie wentylowanej. Producent twierdzi, że model ten jest kolejnym przykładem wyważenia doskonałego kunsztu, naturalnej jakości dźwięku i przystępności cenowej w proporcjonalnym głośniku, który w różnych wersjach sprzedał się na całym świecie w milionach egzemplarzy. Mówimy bowiem o nowoczesnej wersji monitora zaprezentowanego po raz pierwszy w 1965 roku. Obecna wersja nie wygląda tak samo. Konstruktorzy nawet nie zadali sobie trudu aby odtworzyć oryginalne przetworniki czy obudowy, jednak z pewnością udało im się uchwycić styl charakterystyczny dla sprzętu z lat sześćdziesiątych. Lintony szczególnie atrakcyjnie prezentują się na firmowych podstawkach, które mogą również pełnić funkcję półki na winyle. Jeśli chodzi o głośniki, niskimi tonami zajmuje się 20-cm woofer z membraną z czarnego Kevlaru. Identyczny materiał zastosowano w 13,5-cm głośniku średniotonowym. Wysokie tony są domeną 25-mm miękkiej kopułki przesuniętej względem dwóch pozostałych głośników w lewo lub w prawo (kolumny są sprzedawane jako para). Obudowy sklejono z grubych płyt MDF i wykończono naturalnym fornirem w kolorze orzechowym lub mahoniowym. Wnętrze wzmocniono, podzielono na oddzielne komory i obficie wytłumiono szarą wełną mineralną. Wychodzi więc na to, że mamy do czynienia z zestawem zbudowanym zgodnie z panującymi obecnie trendami. Woofer i głośnik średniotonowy otrzymały kosze z tworzywa sztucznego i spore układy magnetyczne. Co ciekawe, nawet tutaj znajdziemy eleganckie oznaczenia, z których wynika, że jednostki te zostały stworzone na potrzeby opisywanego modelu. Choć Linton Heritage nie jest flagowym modelem Wharfedale'a, wiele detali świadczy o tym, że firma naprawdę przyłożyła się do tego projektu. O na wskroś współczesnym podejściu konstruktorów do kwestii technicznych świadczą też parametry testowanego modelu. Przyjazna impedancja (6 Ω, z minimum w okolicach 3,5 Ω), stosunkowo wysoka skuteczność (90 dB), pasmo przenoszenia (40 Hz - 20 kHz) czy częstotliwości podziału ustalone w dość standardowych punktach (630 Hz i 2,4 kHz). Teoretycznie z takimi kolumnami powinien poradzić sobie nawet niezbyt potężny wzmacniacz lampowy. Producent zaleca łączenie Lintonów ze wzmacniaczami o mocy od 25 do 200 W na kanał, co zdawałoby się tę tezę potwierdzać, jednak z uwagi na dużą swobodę w zakresie reprodukcji niskich tonów, osobiście skłaniałbym się ku mocniejszym, tranzystorowym piecykom, które pomogą utrzymać ten bas w ryzach. Poza tym, mamy do czynienia z zupełnie standardowymi, trójdrożnymi kolumnami, które nie odstraszają ani niską skutecznością ani pasmem przenoszenia definitywnie kończącym się na 16 kHz.

Werdykt

Na opowieści o produktach, które wyznaczają nowe standardy, sprzedają się jak ciepłe bułeczki i sieją na rynku prawdziwe spustoszenie zwykle reaguję alergicznie. Większość tej paplaniny to wymysły specjalistów od marketingu, których praca polega na opakowywaniu zupełnie zwyczajnych produktów w jakieś niestworzone historie. Jakie wyznaczanie standardów? Jakie rewolucjonizowanie rynku? Jakie definiowanie pojęć na nowo? W dzisiejszym świecie sprzętu audio takie rzeczy zdarzają się niezwykle rzadko. W tym przypadku mówimy o monitorach będących nowoczesnym wcieleniem konstrukcji z 1965 roku, więc takie bzdury można od razu włożyć między bajki. Wharfedale nie jest pierwszą firmą, która wpadła na to, że w epoce mody na elektronikę retro wypadałoby sięgnąć do własnej, bogatej historii i zaproponować klientom fajne, klasyczne monitory z duszą. Ale... Linton Heritage to pierwsze tego typu zestawy, które można kupić za bardzo, bardzo uczciwe pieniądze. Nawet w zestawie z dedykowanymi podstawkami cena wciąż jest atrakcyjna. Gdzie jest haczyk? Czy Lintony są kiepsko wykonane? Nie. Czy grają jak komputerowe głośniki z supermarketu? Nie. Wszystko się tu zgadza. Czy więc przypadkiem nie jest to wyznaczanie nowych standardów? To pytanie pozostawiam bez odpowiedzi, bo wolałbym aż tak bardzo nie narażać się miłośnikom podobnych monitorów kosztujących kilka razy więcej. Jedno wiem na pewno - historie o dostawach rozchodzących się w pół godziny i fabryce nie wyrabiającej się z produkcją nie były pompowaniem marketingowej bańki. Ogromna popularność testowanych monitorów wcale mnie nie dziwi. Obawiam się tylko, że ktoś w siedzibie Wharfedale'a strasznie, ale to strasznie pomylił się w obliczeniach, a w takim wypadku niespodziewany i głośny powrót firmy na szczyt doprowadziłby ją do finansowego zawału serca. Oby tak się nie stało, bo chciałbym zobaczyć więcej takich kolumn. Mocna rekomendacja!

Wharfedale Linton Heritage

Dane techniczne

Rodzaj kolumn: podstawkowe, trójdrożne, wentylowane
Pasmo przenoszenia: 40 Hz - 20 kHz
Impedancja: 6 Ω
Skuteczność: 90 dB
Częstotliwości podziału: 630 Hz, 2,4 kHz
Zalecana moc wzmacniacza: 25 - 200 W
Wymiary (W/S/G): 56,5/30/36 cm
Masa: 18,4 kg (sztuka)
Cena: 4398‬ zł (monitory), 1398 zł (podstawki)

Konfiguracja

Unison Research Triode 25, Exposure XM7 + XM9, Marantz ND8006, Cambridge Audio CP2, Clearaudio Concept, Cardas Clear Reflection, Equilibrium Pure Ultimate, Enerr One 6S DCB, Enerr Transcenda Ultra, Enerr Transcenda Light, Enerr Tablette 6S, Norstone Esse.

Sprzęt do testu dostarczyła firma Horn Distribution. W artykule wykorzystano zdjęcia dostarczone przez firmę Wharfedale i wykonane przez redakcję portalu StereoLife.

Równowaga tonalna
RownowagaStartRownowaga4Rownowaga5Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga4Rownowaga3RownowagaStop

Dynamika
Poziomy6

Rozdzielczość
Poziomy6

Barwa dźwięku
Barwa5

Szybkość
Poziomy6

Spójność
Poziomy7

Muzykalność
Poziomy7

Szerokość sceny stereo
SzerokoscStereo1

Głębia sceny stereo
GlebiaStereo13

Jakość wykonania
Poziomy8

Funkcjonalność
Poziomy6

Cena
Poziomy8

Nagroda
sl-rekomendacja


Komentarze (5)

  • Andrzej

    Dzień dobry. Czy w muzyce metalowej sprawdzają się lepiej niż monitory BBC (w Harbeth/Graham Audio było dla mnie nieco zbyt mało energii w wysokich tonach, czasami robiło się zbyt gęsto). Super do wokali, jazzu, jednak słabiej w nowoczesnym rocku. Nie przeszkadzał mi wolniejszy lecz bardziej obfity bas. Niestety w większości innych kolumn tych wyższych częstotliwości jest dla mnie zbyt dużo. Jak to jest w Lintonach? Z recenzji wynika, że mogą być audiofilskim złotym środkiem "do wszystkiego"? Serdeczne pozdrowienia.

    0
  • stereolife

    Lintony potraktowaliśmy standardową porcją zróżnicowanej gatunkowo muzyki i jeżeli w cięższych gatunkach można było na coś narzekać, to tylko na szybkość niskich tonów. Dwudziestocentymetrowy woofer umieszczony w sporym pudle i wspomagany dwoma tunelami rezonansowymi to jednak nie jest recepta na najszybszy bas w galaktyce. Na pewno nie w porównaniu z zestawami, które wykorzystują na przykład dwa 14-cm głośniki niskotonowe i generalnie są zestrojone tak, aby grały bardziej punktowo. Jeżeli jednak wyjdziemy z założenia, że nie jest to wielki problem (gdyby woofer miał być szybki, nazywałby się tweeter), to żadne inne nieciekawe zjawiska w rodzaju wyostrzania wysokich tonów nie powinny tu mieć miejsca. Górny skraj pasma jest nawet odrobinę złagodzony, zaokrąglony (jak to w typowych, miękkich kopułkach), co przedstawiliśmy na "wykresach" pod testem. Lintony nie są też tak bezpośrednie, a ich dźwięk nie jest tak namacalny, jak w klasycznych monitorach BBC. Wielu słuchaczy może jednak uznać, że mimo wszystko jest on jednak bliższy temu, co nazywamy neutralnością lub liniowością. Ze wszystkich gatunków, Wharfedale chyba najbardziej lubią się ze spokojniejszą, klimatyczna muzyką - to fakt. Ale nie kapitulują nawet przed metalem, elektroniką, symfoniką czy wymagającą muzyką filmową. Oczywiście na tyle, na ile pozwala im cena. Nie są to najlepsze kolumny na świecie, nie jest to złoty środek ani sprzęt "do wszystkiego". Absolutnie nie należy tego tak rozumieć. Są to zestawy, które mimo wszystko mają trochę własnego charakteru, a przede wszystkim mają wymagania wynikające z ich gabarytów i budowy. Jeżeli jednak spełni się pewne podstawowe kryteria, można oczekiwać dźwięku, do którego na tym poziomie cenowym trudno się przyczepić. Pozdrawiamy!

    0
  • Andrzej

    Dziękuje za bardzo szczegółową odpowiedź. Myślę, że z dobrym ustawieniem mogą to być faktycznie uniwersalne kolumny dla mnie. W każdym razie muszę je przesłuchać. Ze zbyt gęstymi/namacalnymi kolumnami miałem problem w mojej muzyce z pewną "dziwnością" (tunelowatością sceny, zakrywaniu instrumentów - zwłaszcza perkusji - przez zbyt grubaśne wokale). Z kolei na zbyt wyostrzonych kolumnach (analitycznych) moja muzyka staję się niesłuchalna z powodu zbyt dużej ilości górnych rejestrów. Zdaję sobie sprawę, że nie ma czegoś takiego jak najlepsze kolumny na świecie. Czasem brakuje mi po prostu zwykłego grania, bez zbędnego czarowania zbytnią miękkością dźwięku lub cykaniami u góry.

    1
  • Radek

    To, co drażni Pana w rejestrach muzyki, którą Pan opisał to płaskość nagrania. DR 4 i tym podobne to jest ogromny problem. Lepiej skupić się na tym z jakiego źródła jest odtwarzana muzyka i w jak zestrojonym pokoju jest odtwarzana niż na niuansach danych głośników.

    0
  • Andrzej

    Kupiłem te głośniki i jestem zachwycony. Piękny, obszerny (ani nie zamuląjący, ani sztucznie utwardzony) bas, kolorowa średnica i gładka góra. Kolumny nie są tak jasne/przestrzenne jak Audiovectory (które nie sprawdzały mi się przy źle nagranych albumach oraz wychudzały wokale), a średnica nie wchodzi aż tak swoją wielkością na bas i górę, jak ma to miejsce w typowych monitorach BBC (chociaż Lintony to i tak kolumny nakierowane na naturalność i bogactwo barw). Dzięki temu są dla mnie strasznie uniwersalne. Bez problemu gram na nich rock, progresywną ciężką muzyką, pop, jazz, wokalizę. Wszystko brzmi strasznie dobrze. Nie ma momentu, że coś robi się zbyt zamazane lub zbyt wyostrzone. Czytam teraz zagraniczne recenzje i ludzie (podobnie jak i ja) są tymi kolumnami zachwyceni. Pełne, melodyjne i dociążone w całym paśmie brzmienie. Do tego jeszcze dochodzi ten wygląd... Nie dziwię się, że trzeba czekać na te kolumny. Dzięki za recenzję. Cytat z jednej z recenzji zagranicznych: "In the best British tradition, they go about their way of delivering great music without a fuss. Not quite as warm and woolly as a pair of Harbeths, yet not quite as dynamic as similar offerings from Totem and Paradigm, the Lintons are fantastic all-rounders."

    7

Skomentuj

Komentuj jako gość

0

Zobacz także

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Mads Klifoth - Audiovector

Mads Klifoth - Audiovector

Audiovector to jedna z firm, których kariera na polskim rynku wyraźnie przyspieszyła w ciągu kilku ostatnich lat. Teoretycznie nic nie stało na przeszkodzie, aby ta skromna, rodzinna manufaktura założona w 1979 roku stała się u nas jednym z ważniejszych graczy zaraz po transformacji ustrojowej, kiedy to głodni nowości i ciekawi...

Audiofil - jednostka chora i społecznie niebezpieczna

Audiofil - jednostka chora i społecznie niebezpieczna

Bycie audiofilem to świetna sprawa. Człowiek słucha sobie muzyki i dąży do tego, aby robić to w jak najlepszy sposób - wyciskać z niej jak najwięcej. Relaksujące zajęcie, które wzmacnia kontakt ze sztuką, zachęca do pogłębiania wiedzy, pobudza wyobraźnię i pozwala rozwijać się na wielu różnych płaszczyznach. Będąc audiofilem, można...

Gustavo Pires - Vicoustic

Gustavo Pires - Vicoustic

Gdybyśmy spytali audiofilów, który element systemu stereo jest ich zdaniem najważniejszy, większość z pewnością postawiłaby na kolumny, wzmacniacz lub źródło, ewentualnie - w przypadku tych najbardziej zakręconych - na coś takiego, jak kable, akcesoria zasilające lub podkładki antywibracyjne. Spora grupa odpowie jednak, że największy wpływ na ostateczny rezultat brzmieniowy ma...

James Tanner - Bryston

James Tanner - Bryston

Miłośnicy wysokiej klasy sprzętu grającego przyzwyczaili się do tego, że jest on nie tylko kupowany, ale także budowany przez pasjonatów. Często tych, którzy kiedyś znajdowali się w podobnej sytuacji, a swoje hobby rozwinęli do tego stopnia, że w pewnym momencie postanowili zbudować coś swojego - lepszego niż sprzęt oferowany w...

10 sposobów na poprawę brzmienia systemu stereo za 0 zł

10 sposobów na poprawę brzmienia systemu stereo za 0 zł

Kiedy myślimy o ulepszeniu swojego zestawu hi-fi, zwykle koncentrujemy się na wymianie jednego z jego elementów - kolumn, wzmacniacza, źródła lub okablowania. Często jednak nie zdajemy sobie sprawy z tego, że z posiadanego sprzętu moglibyśmy wycisnąć znacznie więcej zerowym kosztem. Niektórzy są tego świadomi, ale zwyczajnie brakuje im na to...

Nowe testy

Poprzedni Następny
Amphion Helium 510

Amphion Helium 510

Założona w 1998 roku firma Amphion od samego początku projektuje oraz konstruuje kolumny głośnikowe wyróżniające się czymś, czego brakuje wielu dostępnym na rynku konstrukcjom - niezwykle niską wrażliwością na niedoskonałości...

Audio-Technica ATH-AP2000Ti

Audio-Technica ATH-AP2000Ti

W ostatnich latach Audio-Technica wyjątkowo zaciekle i agresywnie atakuje rynek słuchawek. Tempa wprowadzania nowych modeli i różnorodności rozbudowywanego w ten sposób, a przecież budowanego nie od dziś katalogu mogą jej...

Linn Selekt DSM

Linn Selekt DSM

Linn to jeden z producentów, którzy w skomplikowanym świecie hi-endowego sprzętu audio zdołali wydzielić sobie własną przestrzeń i od wielu, wielu lat funkcjonują w niej bez oglądania się na innych....

Bannery boczne

Komentarze

Damian
Czy do kolumn Tannoy Mercury 7.4 ten wzmacniacz nie będzie za słaby?
MB
Nie ma regulacji barwy.
A.S.
Mam kolumny aktywne i nie mam problemu z kablami głośnikowymi i dopasowaniem wzmacniacza.

Płyty

Kazik - Zaraza

Kazik - Zaraza

Chyba żaden polski album na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat nie miał tak dobrej promocji. W całej tej sytuacji najśmieszniejsze jest...

Newsy

Thorens TD 103 A

Thorens TD 103 A

Thorens przyspiesza przekształcanie swojej gamy produktowej i prezentuje najnowszy gramofon TD 103 A. Model ten jest całkowicie przeprojektowanym, automatycznym gramofonem,...

Tech Corner

Praktyczny przewodnik po klasach pracy wzmacniaczy audio

Praktyczny przewodnik po klasach pracy wzmacniaczy audio

Czym powinien kierować się miłośnik sprzętu audio przy wyborze wzmacniacza? Gdyby na tak postawione pytanie można było udzielić prostej i zwięzłej odpowiedzi, pewnie nikt nie zawracałby sobie głowy testami i odsłuchami. Przyjmijmy jednak, że mamy już pewne rozeznanie w temacie, a z długiej listy dostępnych na rynku modeli chcemy wybrać...

Prezentacje

Sukces mierzony głośnikami - Pylon Audio

Sukces mierzony głośnikami - Pylon Audio

Polski sprzęt audio - to hasło przeciętnemu obywatelowi naszego kraju kojarzy się ze wzmacniaczami, kolumnami głośnikowymi i gramofonami sprzed kilku dekad. Większość z nas wyobraża sobie piękne wieże Unitry, Diory czy Radmora, kultowe Altusy lub gramofony takie, jak Daniel, Adam czy Bernard. Jeżeli myślicie, że to wszystko relikty minionego systemu,...

Poradniki

Listy

Galerie

Najpiękniejsze i najciekawsze gramofony świata

Najpiękniejsze i najciekawsze gramofony świata

Większość audiofilów ceni gramofony za wyjątkowe, analogowe brzmienie. Uważają, że muzyka płynąca z winylowych płyt jest cieplejsza, bardziej wielowymiarowa i...

Dyskografie

Wywiady

Mads Klifoth - Audiovector

Mads Klifoth - Audiovector

Audiovector to jedna z firm, których kariera na polskim rynku wyraźnie przyspieszyła w ciągu kilku ostatnich lat. Teoretycznie nic nie...

Popularne artykuły

Vintage

Luxman 5M21

Luxman 5M21

Ta śliczna końcówka mocy to Luxman 5M21 (na dole) - wzmacniacz należący do linii Laboratory Reference Series i produkowany pod...

Słownik

Poprzedni Następny

Głośnik elektrostatyczny

Rodzaj głośnika o budowie zasadniczo różniącej się od najpopularniejszych głośników elektrodynamicznych. W konstrukcji elektrostatycznej zamiast membrany napędzanej przez cewkę poruszającą się w polu utworzonym przez magnes, dźwięk jest emitowany przez...

Cytaty

HansZimmer.png

Strona używa plików cookie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Dowiedz się więcej na temat danych osobowych klikając tutaj.