
Obserwując rynek sprzętu audio coraz częściej dochodzę do wniosku, że im bardziej rośnie przepaść dzieląca najtańsze i najdroższe urządzenia, tym mocniejsza staje się potrzeba znalezienia w tym wszystkim równowagi, jakiegoś złotego środka łączącego nasze najważniejsze potrzeby. Głośniki bezprzewodowe i systemy all-in-one są małe, funkcjonalne, zwykle bardzo ładne i stosunkowo niedrogie, ale ich brzmienie zadowala tylko pewną grupę melomanów. Nie każdy godzi się na brak możliwości rozbudowy i ograniczoną stereofonię, nawet jeśli z takich głośników można zbudować system multiroom. Co nam po multiroomie w pokoju, kawalerce, a nawet trzypokojowym mieszkaniu, jeśli chcemy słuchać muzyki w jednym miejscu i naprawdę się tym cieszyć? Odpowiedzią może być duży system stereo, ale tutaj sprawa robi się skomplikowana. Można zacząć od kolumn, ale trzeba do nich dokupić wzmacniacz, streamer lub odtwarzacz, przyzwoite kable i listwę zasilającą, nie wspominając już o kolejnych klockach i akcesoriach. Dla wielu ludzi to za duża operacja, nie wspominając już o kosztach. A co jest nie tak z systemem mikro? Oczywiście nie takim z supermarketu, ale produkowanym przez firmy znane i darzone szacunkiem w audiofilskim środowisku. W klasycznej wersji taka wieża składa się z jednostki centralnej i kolumn. Z wyborem głośników nie powinniśmy mieć problemów, ale skąd wziąć pudełko, które je napędzi? Z pomocą przychodzi nam Denon i jego PMA-30.

Audio Analogue to marka, która od wielu lat traktowana jest jako ciekawa alternatywa dla, nazwijmy to, mainstreamowych producentów wysokiej klasy sprzętu audio. Oczywiście piszę to z lekkim przymrużeniem oka, bo w dzisiejszych czasach posiadacze komponentów stereo dowolnej firmy uważanej za audiofilską mogą czuć się wyjątkowi. Dla melomanów, którzy nie interesują się tematem, Audio Analogue jest taką samą egzotyką jak Hegel, Rotel czy Audiolab, ale jeśli trochę się orientujecie, powinniście kojarzyć włoską markę z pięknymi urządzeniami noszącymi zazwyczaj nazwiska słynnych kompozytorów, jak Puccini, Verdi czy Paganini. Firma powstała w 1995 roku w Toskanii, a założyło ją kilku znajomych audiofilów specjalizujących się w różnych dziedzinach. Wspólny wysiłek inżynierów elektroników i specjalistów do spraw sprzedaży pozwolił w stosunkowo krótkim czasie zbudować i utrzymać całkiem silną pozycję nie tylko na rodzimym rynku, ale także w wielu krajach na całym świecie. Włosi dali nam mnóstwo ciekawych i pięknych urządzeń, śmiało wkraczając nawet w rejony hi-endowe. Prawdziwym przełomem było jednak stworzenie wzmacniacza Puccini Anniversary dwa lata temu. Zbudowano go dla uczczenia podwójnego święta - dwudziestych urodzin marki Audio Analogue i jednocześnie dwudziestu lat od wprowadzenia pierwszego modelu o nazwie Puccini. Konstrukcja ta zapoczątkowała nowy etap rozwoju włoskiej firmy. Kolejny rozdział właśnie się pisze.

Ostatnio na łamach naszego magazynu testowaliśmy sporo urządzeń adresowanych do audiofilów, więc dziś zejdziemy trochę na ziemię i sprawdzimy możliwości sieciowego amplitunera stereo zbudowanego z myślą o melomanach, którzy cenią sobie zarówno wysoką jakość dźwięku, jak i wygodę użytkowania. Kiedy zobaczyłem model R-N803D w materiałach prasowych, miałem wrażenie jakby ktoś w końcu spełnił ich życzenia. Sam lubię się pobawić lampowym wzmacniaczem albo hi-endowym streamerem, ale wiem, że normalny użytkownik potrzebuje czegoś zupełnie innego - sprzętu ładnego, prostego i stosunkowo niedrogiego, a przyzwoity dźwięk jest tylko jednym z elementów tej układanki. Popularność amplitunerów kina domowego nie wynika z przywiązania melomanów do dźwięku przestrzennego, ale ich funkcjonalności. Dodawanie kolejnych kanałów to w mojej ocenie droga donikąd i absolutnie nie wierzę w to, żeby do słuchania muzyki było nam potrzeba pięć, siedem czy jedenaście głośników z subwooferem. Normalny meloman pewnie wolałby system stereo, ale nawet w segmencie budżetowym jest to droga impreza, bo do wzmacniacza trzeba dokupić odtwarzacz lub streamer, a dostęp do wielu funkcji i tak będzie utrudniony albo niemożliwy. Ile znacie audiofilskich wzmacniaczy, które można włączyć do systemu multiroom? No właśnie... Rozwiązaniem byłby taki amplituner, który zamiast pięciu czy siedmiu kanałów miałby dwa, przy zachowaniu wszystkich funkcji. No i proszę - moje modły zostały wysłuchane!

Im bardziej technologia posuwa się do przodu, tym mocniej zaczyna nam brakować klimatu klasycznych rozwiązań. W odpowiedzi na inwazję hamburgerów i kebabów powstał slow food. Codzienny kontakt z samochodami, które same hamują i parkują, pasjonaci motoryzacji rekompensują sobie odnawiając piękne, zabytkowe auta, których więcej już nie będzie. Melomani też mają swoje sposoby na walkę z nudną rzeczywistością. Ich odpowiedzią na ekologiczne miniwieże, bezprzewodowe głośniki i kiepskiej jakości streaming są wzmacniacze lampowe, kolumny z głośnikami szerokopasmowymi lub tubowymi i klasyczne gramofony. Oczywiście nie tylko, ale wielu audiofilów uważa, że kiedyś aparatura audio była po prostu lepsza, a w swoich poszukiwaniach chętnie cofają się nawet kilkadziesiąt lat wstecz. Na szczęście istnieje wiele firm, których założyciele doszli do podobnych wniosków i postanowili kultywować tradycje, tworząc sprzęt zbudowany na bazie starych, dobrych rozwiązań. Jedną z takich manufaktur jest Synthesis.

Długo zastanawiałem się jak przybliżyć NAD-a osobom, które być może widzą sprzęt tej marki po raz pierwszy, ale nie wymyśliłem żadnego dobrego wstępu. Jeśli nie wiecie co to za firma, to najwyraźniej macie sporo do nadrobienia. Dla większości miłośników dobrego brzmienia NAD to specjalista od wzmacniaczy. Nie ma w tym nic dziwnego, bo praktycznie każdy nowy piecyk tego producenta to potencjalny hit. Firma dawno już odkryła swój przepis na sukces, a z generacji na generację zmieniała raczej mniej, niż więcej. Na wzmacniaczach świat się jednak nie kończy, bo dziś w katalogu New Acoustic Dimension można znaleźć praktycznie wszystko - odtwarzacze, tunery, streamery, amplitunery, przetworniki, gramofony, a nawet słuchawki. W przeciwieństwie do niektórych producentów systematycznie ulepszających swoje urządzenia i podnoszących ceny, NAD w pewnym momencie wprowadził do katalogu serię hi-endowych komponentów, z których wyewoluowała dzisiejsza linia Masters. Audiofile, którzy wiele lat temu zaczynali swoją przygodę ze sprzętem audio, a dziś mają trochę więcej oszczędności i adekwatne wymagania, mogą kupić piękne, zaawansowane technicznie klocki pasujące do wyczynowych kolumn. Z kolei ci, którzy szukają normalnego hi-fi w ludzkiej cenie, wciąż mogą kupić szare, kanciaste pudełka, z których firma zawsze słynęła. Wilk syty i owca cała.

Pewnego dnia, siedząc w poczekalni i wertując z nudów prasę, trafiłem na bardzo interesujący wywiad z kobietą, która przedstawiała się jako analityczka trendów. W normalnych warunkach raczej nie zwróciłbym uwagi na wypowiedzi jakiejkolwiek "tyczki" lub "loszki", jednak wybór periodyków na stole był mocno zawężony, więc po przekartkowaniu stron o życiu gwiazd, odchudzaniu, torebkach i pysznych plackach trafiłem wreszcie na jedyny godny uwagi artykuł. Z wywiadu wyłaniała się wizja dziwnej, ale jednak całkiem prawdopodobnej przyszłości, w jakiej niedługo przyjdzie nam żyć. Artykuł nie był jednak skoncentrowany na naddźwiękowych pociągach i tanich lotach w kosmos, a raczej pewnych procesach, za którymi już dziś ciężko nadążyć. Słowo klucz - przewartościowanie. Szybko zdałem sobie sprawę, że sam zauważam je w swoim otoczeniu. Pamiętam, jak w naszych sklepach zaczęły pojawiać się truskawki w plastikowych pudełkach. Wszystkie jednakowe, czyściutkie, idealne. Szybko jednak zdaliśmy sobie sprawę z tego, że nie smakują tak dobrze, jak te prosto z łubianki, choćby nawet były poobijane i ubrudzone ziemią. Pomidory, które przejechały kilka tysięcy kilometrów są stosunkowo tanie, a te z pola położonego pół godziny drogi od sklepu - drogie. Świat staje na głowie? A może ludzie wreszcie zaczynają doceniać prawdziwą jakość i są gotowi za nią zapłacić? Podobny efekt możemy zaobserwować w świecie sprzętu audio. Niektórym do szczęścia wystarczy amplituner z promocji, ale innych taki dźwięk zupełnie nie zadowala. Szukają więc czegoś lepszego, wyjątkowego i oryginalnego. Aby znaleźć taki sprzęt, nie wystarczy jednak pójść do pierwszego lepszego sklepu z walizką pieniędzy. Trzeba się jeszcze trochę nagimnastykować, często trafiając przy tym na mnóstwo drogiej, markowej słabizny. Być może dlatego poszukiwacze prawdziwie nietuzinkowego sprzętu audio z wielkim zainteresowaniem śledzą projekty młodych firm stawiających na oryginalność i jakość, o której wielu dużych graczy najwyraźniej dawno już zapomniało.

Audio Analogue jest jedną z tych firm, którym nigdy nie zależało na produkowaniu masówki. Włosi stawiają raczej na indywidualny styl, wysoką jakość wykonania i naturalne brzmienie, a taka polityka trafia przede wszystkim do najbardziej zainteresowanych odbiorców - audiofilów. Firma została założona w 1995 roku w przepięknej części Toskanii w okolicach Pistoi, Lukki i Pizy. Do życia powołał ją zespół pasjonatów złożony z elektroników wyspecjalizowanych w różnych dziedzinach projektowania oraz specjalistów od zarządzania i sprzedaży. Połączenie inżynierskiej wiedzy i marketingowego talentu sprawiło, że w ciągu kilku lat marka Audio Analogue nie tylko zaistniała na tym trudnym rynku, ale także zaczęła kolekcjonować pozytywne recenzje i nagrody przyznawane przez największe europejskie czasopisma o tematyce audio. Nie mniej ważne było rosnące uznanie w oczach klientów, którzy wybierali wzmacniacze i źródła Audio Analogue'a na podstawie testów odsłuchowych. Każda firma chcąca trafić w gust wymagających melomanów musi przecież się liczyć z tym, że jej sprzęt będzie porównywany z konkurentami, często bardziej utytułowanymi. Włosi mieli na to swoją odpowiedź - świetne wzornictwo, porządne materiały i brzmienie skonstruowane tak, aby jak najwierniej odwzorować muzykę w swej naturalnej postaci.

Jak w każdej dziedzinie życia, tak i na rynku audio są pionierzy i naśladowcy. Nelson Pass z całą pewnością należy do tych pierwszych. To jedno z tych nazwisk, które po prostu należy znać. Jest to bowiem konstruktor, który inspiruje wielu producentów sprzętu hi-end na całym świecie. Jego firma Pass Laboratories została założona w 1991 roku. Rok później jako pierwsze do oficjalnej sprzedaży wprowadzone zostały monobloki Aleph 0. Wzmacniacze pracowały w klasie A w układzie Push-Pull i oddawały 70 W na kanał. Dziś owe monobloki mają już status kultowych i są poszukiwane na rynku wtórnym przez koneserów nietuzinkowych urządzeń audio. Logicznym rozwinięciem oferty było wprowadzenie stereofonicznej wersji pierwszych monobloków, pod nazwą Aleph 0s, oraz przedwzmacniacza Aleph P. W 1994 roku do firmy dołączył Wayne Colburn, który zaczął pracować nad ulepszoną wersją przedwzmacniacza i pierwszym preampem gramofonowym. W tym samym roku firma zastrzega dwa patenty, z których jeden jest obecnie wykorzystywany w autorskim rozwiązaniu o nazwie SuperSymmetric. W 1998 roku firma realizuje flagowy projekt monobloków X1000. Wzmacniacze są bezkompromisowe, jeden z nich waży ponad 100 kg i oddaje piekielnie 1000 W czystej mocy. Nic dziwnego, że firma natychmiast awansowała do ścisłej, audiofilskiej ekstraklasy.

Historia powstania tego testu jest dość niestandardowa. Pewnego dnia podczas luźnej rozmowy z właścicielem wrocławskiego salonu Fusic zaczęliśmy narzekać sobie na różne zjawiska i zmiany zachodzące na rynku audio. Konkluzja była mniej więcej taka, że wszystko zmierza ku wyraźnemu podziałowi na porządnie zbudowane i dobrze brzmiące urządzenia z wysokiej półki, nie dla przeciętnego zjadacza chleba, oraz plastikową masówkę dla tych, którzy zadowolą się byle czym, oby tylko było tanie i najlepiej jeszcze z promocji. Postękaliśmy, pojęczeliśmy, nie wypiliśmy tylko piwa, bo przez telefon nie było jak. W pewnym momencie mój rozmówca jakby doznał olśnienia. "A pamiętasz takie wzmacniacze, jak Cambridge Audio A500 czy Creek 4330? Na pewno kojarzysz. No to wyobraź sobie, że ja teraz mam na półce dokładnie taki wzmacniacz. Jest brzydki, ale gra świetnie i kosztuje mniej, niż 2000 zł." Zaciekawiony, wyszedłem z propozycją testu. Dowiedziałem się jednak, że omawianego wzmacniacza z Fusica nie mogę otrzymać do testu ponieważ znajduje się on w ciągłym użyciu. Na szczęście nie był to jedyny egzemplarz sprowadzony do Polski, a ponieważ w przypadku produktów wydelegowanych do testu przez salon i tak warto aby przynajmniej jedna ze stron skonsultowała sprawę z dystrybutorem danej marki, uczyniliśmy to i po chwili otrzymałem informację, że Mitchell & Johnson SAP-201V będzie czekał na mnie w salonie firmy Decibel w Warszawie. To jak, bierzemy i słuchamy?

Amerykańską markę miałem przyjemność przedstawić wszystkim poprzednim vintage'owym teście. Zresztą każdy, kto wie czym jest przedwzmacniacz i końcówka mocy, powinien kojarzyć Krella. To bezspornie kawałek historii sprzętu hi-end. W materiale o wzmacniaczu mocy KST-100 wspominałem o tym, jak istotną rolę pełni przedwzmacniacz w torze audio. W wielu przypadkach ważniejszą niż końcówka mocy. Dlaczego? To właśnie on w dużym stopniu odpowiada za transparentność, zakres dynamiki oraz muzykalność systemu. Tylko i wyłącznie od przedwzmacniacza zależy czy nasz piec zostanie wykorzystany w stu procentach. Recepta na dobrą końcówkę jest znacznie prostsza, niż ta na preamp. Aby wzmacniacz spełnił swoje zadanie, wystarczy stosunkowo niewiele. Porządne trafo, odpowiedniej klasy i pojemności kondensatory filtrujące, a także możliwie dokładne sparowanie elementów takich, jak tranzystory czy oporniki. Nawet względnie prosty układ może zabrzmieć co najmniej dobrze. Jeżeli zaś chodzi o zaprojektowanie i wykonanie dobrego przedwzmacniacza, sprawa zaczyna się mocno komplikować. Tu nie wystarczy zamknąć w ładnej obudowie kilku dobrych elementów. Gdy spojrzymy na ofertę cenionych i renomowanych producentów, cena przedwzmacniacza jest nierzadko znacznie wyższa, niż dedykowanego wzmacniacza mocy. Jest to efekt znacznie bardziej zaawansowanej konstrukcji urządzenia, a przede wszystkim czasu, jaki trzeba poświęcić na jego doszlifowanie.
Doc