
Kiedy otrzymałem informację prasową na temat aktywnych monitorów Triangle'a, byłem przekonany, że ich nazwa jest nawiązaniem do znanego wszystkim muzykom i melomanom terminu "a cappella", oznaczającego wykonywanie utworu bez akompaniamentu, bez udziału instrumentów. Byłoby to logiczne, ponieważ mówimy o zestawach głośnikowych, które do prawidłowej pracy nie potrzebują wzmacniacza ani źródła w postaci przetwornika, odtwarzacza płyt kompaktowych czy gramofonu. Coś mi mówi, że tym tropem mogliby pójść Włosi, jednak francuska manufaktura miała zupełnie inny pomysł. Jej najnowszemu dziełu nadano nazwę jednego z najjaśniejszych punktów na nocnym niebie - podwójnego układu gwiezdnego. Doskonale widoczną gołym okiem Kapellę tworzą dwa żółte olbrzymy - gwiazdy wielokrotnie większe od naszego Słońca, które nieprzerwanie tańczą wokół siebie. "Podobnie jak te dwie gwiazdy, kolumny Triangle Capella tworzą harmonijny duet, łącząc w sobie kunszt rzemiosła akustycznego oraz najnowsze technologie strumieniowania i wzmacniania dźwięku, wypełniając dom muzyką o nieskazitelnej czystości." - czytamy na stronie producenta. Nie uwierzę, jeśli powiecie, że nie jesteście zaintrygowani.

Amatorzy przystępnego cenowo sprzętu audio zawsze mieli swoje ulubione marki. Te, które na przekór inflacji i rynkowym trendom oferowały i wciąż oferują coś "dla ludzi". Te, którym mimo długiego rynkowego stażu i setek branżowych nagród nie uderzyła do głowy woda sodowa. Odnoszę jednak wrażenie, że w ostatnich latach skład tej grupy mocno się zmienił. Wiele firm zdecydowało się podnieść ceny, nie argumentując tego postępem jakościowym lub choćby kosmetycznymi poprawkami w stosunku do poprzednich modeli. Inne albo wskoczyły na wyższą półkę, albo zeszły ze sceny, wypychane przez dalekowschodnią konkurencję. Na szczęście na placu boju zostało kilka manufaktur, które wciąż walczą o względy mniej zamożnych melomanów, a bynajmniej nie narodziły się dwa miesiące temu i mają nam do zaproponowania coś więcej niż chiński paździerz ze zmienionymi emblematami. Jedną z nich jest Indiana Line, a jej najnowszym dziełem jest odnowiona seria Diva.

Producenci sprzętu grającego lubią chwalić się swoimi szczytowymi osiągnięciami, jednak w ofercie każdej firmy kluczową rolę pełnią modele, które po prostu najlepiej się sprzedają. To one zapewniają fundusze na dalszy rozwój i wskazują projektantom, jakie pomysły najbardziej podobają się klientom. W ostatnim czasie Pylon Audio mocno pracuje nad zestawami głośnikowymi z wysokiej półki. Na przestrzeni kilku lat w katalogu polskiej manufaktury pojawiły się kolumny z serii Jasper, obejmującej już sześć modeli, potężne Ambery mkII, oldschoolowe Jade'y 20, które właśnie doczekały się większego braciszka, a także Emeraldy 25. W statystykach sprzedaży królują jednak Diamondy i absolutnie mnie to nie dziwi, ponieważ modele z tej serii łączą w sobie wszystko, czego szuka wielu melomanów - dyskretne, skromne, nienarzucające się wzornictwo, wysoką jakość wykonania, uniwersalne brzmienie, bezproblemową współpracę z szeroką gamą elektroniki, bogatą paletę wersji kolorystycznych i przystępną cenę. Może nie jest to sprzęt, którego sukces opiera się na jakichś wyjątkowych rozwiązaniach technicznych i który każdego dnia będzie umiał czymś zaskoczyć swojego właściciela, ale trudno mu wytknąć jakieś ewidentne minusy. Jeżeli tylko nie będziemy przesadnie oszczędzać na elektronice i wybierzemy model dopasowany do rozmiarów i akustyki naszego pokoju odsłuchowego, otrzymamy kolumny do wszystkiego. Jeżeli ktoś nadal nie rozumie, dlaczego Diamondy stały się takim hitem, nieodpłatnie wydam mu zaświadczenie o całkowitej nieznajomości zasad rządzących rynkiem sprzętu audio. Czy nowa generacja serii Diamond będzie kontynuowała tę historię? Aby tak się stało, polscy konstruktorzy musieli spełnić tylko jeden warunek - niczego nie zepsuć. A twierdzą, że to i owo nawet poprawili. Odważnie...

Revival Audio to młodziutka, bo założona zaledwie trzy lata temu firma specjalizująca się w produkcji zestawów głośnikowych. Niektórym audiofilom jej nazwa jeszcze niewiele mówi, co wydaje się zupełnie zrozumiałe, za to oferowane przez nią kolumny wydają się wyjątkowo dojrzałe, przemyślane i dopracowane. Nie jest to przypadek, bowiem za całym przedsięwzięciem stoją dwaj przyjaciele z ogromnym doświadczeniem w branży audio - Daniel Emonts i Jacky Lee. Pierwszy jest projektantem, który może się pochwalić ponad 30-letnim doświadczeniem w pracy dla znanych marek audiofilskich, takich jak Focal czy Dynaudio. Co więcej, w obu firmach zajmował wysokie stanowisko, zasadniczo kierując pracami nad wszystkimi nowymi modelami, w związku z czym miał dostęp do nowych technologii i patentów, z których znaczna część powstała z jego inicjatywy. Drugi z założycieli francuskiej manufaktury jest Tajwańczykiem mieszkającym obecnie w Szwajcarii. Jacky Lee nadzoruje biznesową stronę przedsięwzięcia i ma do tego kompetencje, ponieważ wcześniej zajmował się takimi sprawami w Dynaudio i IBM-ie. Katalog Revival Audio wciąż jest dość ascetyczny, ale braki ilościowe z nawiązką nadrabiane są pomysłowością i jakością dostępnych konstrukcji. Kluczową rolę w ofercie pełni seria Atalante, która dotychczas składała się z zaledwie dwóch modeli - dużych monitorów Atalante 5, które mogą pracować zarówno na podłodze, jak i na niewysokich standach, oraz znacznie mniejszych, typowo podstawkowych głośników Atalante 3. Gabarytowa różnica między tymi zestawami jest tak duża, że niedługo po wprowadzeniu na rynek tańszej serii Sprint założyciele Revival Audio zaprezentowali "coś pomiędzy" - Atalante 4.

Perlisten to amerykański producent zaawansowanych i technicznie kolumn głośnikowych oraz subwooferów przeznaczonych zarówno do systemów stereo, jak i kina domowego. Firma została założona w 2016 roku przez inżynierów z wieloletnim doświadczeniem. Dyrektorem generalnym i współzałożycielem Perlisten Audio jest Daniel Roemer, działający w branży audio już 25 lat i specjalizujący się w nowych metodach pomiarowych oraz modelowaniu systemów akustycznych i pomiarowych. Doświadczenie zdobył pracując w takich firmach jak NHT, Acoustic Research i Advent, a następnie MITek Corporation, gdzie był szefem działu R&D.Co ciekawe, pracował również dla takich marek jak Aston Martin, Land Rover and Ford, a gdzieś po drodze zaprojektował kilka wysokiej klasy wzmacniaczy słuchawkowych. Jego partnerem jest Lars Johansen, który ponad 30 lat pracował dla takich marek jak JBL, Harman Kardon, Jamo, a ostatnio w M&K Sound. Panowie twierdzą, że udało im się stworzyć zupełnie nową koncepcję audio, opartą na słuchaniu percepcyjnym (sama nazwa firmy jest połączeniem słów "perceptual listening"). Brzmi tajemniczo, ale jeśli dobrze rozumiem, chodzi po prostu o stworzenie sprzętu wykorzystującego najnowocześniejsze zdobycze techniki po to, aby zadowolić ludzkie zmysły. Obaj dżentelmeni musieli mocno wierzyć w swoją wizję, bo przez trzy, a może nawet cztery lata po założeniu firmy prowadzili właściwie tylko prace przygotowawcze i projektowe. Nawiązywali kontakty, prowadzili symulacje, uzyskiwali certyfikaty, definiowali cele. Kiedy jednak pokazali światu swoje pierwsze produkty, posypały się zachwyty, nagrody, ochy i achy. W kalendarium na swojej stronie internetowej początkowo wymieniali najważniejsze wyróżnienia, ale już w 2021 roku napisali po prostu "multiple global awards" (wiele światowych nagród). Zupełnie jakby już rok po rozpoczęciu dostaw stracili rachubę. Co jest źródłem tego fenomenu?

Zwyczajny styczniowy wieczór. Spokój, cisza, człowiek nawet chciałby gdzieś wyjść, ale pogoda do niczego. Nie dość, że temperatura w okolicach zera, to jeszcze wieje i pada, a potem zamarza. Z braku ciekawszych zajęć siedzę w swojej pieczarze, przeglądam nowości sprzętowe i głaskam mruczącego obok kota. Nagle dzwoni przedstawiciel handlowy Focala - niesamowicie sympatyczny człowiek, którego znam, odkąd awansowałem z audiofila-amatora na audiofila-profesjonalistę. "Tomek, przyjechały nowe Arie! Już je mam, wziąłem prosto z dostawy. Jeszcze ich nie otwierałem, ale jeśli jesteś w domu, to jutro przyjadę i się do nich dobierzemy!" - powiedział, nabuzowany tak, jakby widział taki sprzęt na oczy pierwszy raz, co w przypadku człowieka z wieloletnim doświadczeniem w branży audio nie jest proste. Kurde, o co ten ambaras? Przecież kiedy debiutowały serie Chora, Theva i Vestia, dostałem tylko standardową notkę prasową, a tu nagle taki entuzjazm, jakby każdy jeden polski sportowiec został mistrzem świata w swojej dyscyplinie, każdy polski film został wyróżniony na festiwalu w Cannes (tym prawdziwym, a nie tym, gdzie pokazują się gwiazdy Bollywood), każda polska płyta pokryła się potrójną platyną, każda polska restauracja otrzymała przynajmniej jedną gwiazdkę Michelin, a na koniec wszystkie zwaśnione plemiona Polaków zorganizowały demonstracje krzyżujące się w centrum Warszawy, wszyscy rzucili się sobie w ramiona, zaczęli się przepraszać i płakać ze wzruszenia, ogłaszając koniec podziałów i początek epoki wspólnoty, wzajemnego zrozumienia, miłości, oświecenia, prasłowiańskiej mocy, lewicowej prawicy i tęczowych kremówek.

Choć najsłynniejszy polski producent zestawów głośnikowych zaczynał od budżetówki, w jego aktualnym katalogu dominują konstrukcje ze średniej i wysokiej półki. Szczytową pozycję zajmują piękne Jaspery, dostępne zarówno w wersji pasywnej, jak i aktywnej. Dalej mamy trzy serie składające się z jednego modelu - Amber, Jade i Emerald. Doszły mnie słuchy, że najprędzej rozwijana będzie linia Jade i to wcale nie o mniejsze, ale większe od "dwudziestek" retro-monitory zaprojektowane do pracy na podłodze. Dolną czwórkę tworzą serie Ruby, Sapphire, Opal i Pearl. Dwie ostatnie to w dzisiejszych realiach niemalże sprzęt klasy supermarketowej. Nie zdziwiło mnie nawet, że po wpisaniu nazw kilku należących do nich modeli w wyszukiwarkę na pierwszych pozycjach wyskoczyły oferty elektronicznych sieciówek, z darmowym transportem i możliwością zakupu na raty. Środkową pozycję zajmuje natomiast seria, która stała się prawdziwym rynkowym hitem, łącząc minimalistyczne wzornictwo, wysoką jakość wykonania, bogatą paletę kolorystyczną i naturalne, zrównoważone, muzykalne i uniwersalne brzmienie. Diamondy, bo o nich mowa, w momencie premiery były flagowcami Pylona. Pamiętam, jak szefowie jarocińskiej manufaktury, jeszcze niepewni co do słuszności swojej decyzji, zastanawiali się, czy takie kolumny spodobają się klientom. Dziś firma mogłaby prawdopodobnie produkować tylko zestawy z tej serii i spokojnie by się utrzymała (szczególnie biorąc pod uwagę, że Pylon Audio to nie tylko wytwórca sprzętu sprzedawanego pod własną marką, ale także dostawca obudów dla czołowych marek zagranicznych). Skoro jednak pojawiła się możliwość ich ulepszenia, szkoda było z niej nie skorzystać. Tak oto naszym oczom ukazały się Diamondy mkII, a ja wziąłem do testu mój ulubiony model z tej serii - "dwudziestki piątki".

W dzisiejszych czasach niemal każdy może założyć internetową rozgłośnię radiową, nagrywać podcasty lub kręcić filmy, ale jeżeli mają to być treści zrealizowane na najwyższym poziomie, potrzebna jest masa rzeczy, które mają jedną wspólną cechę - kosztują oczy z głowy. Profesjonalne studio, kamery, lampy, statywy, mikrofony, stoły mikserskie, różne narzędzia realizatorskie, których przeznaczenie znają tylko specjaliści, a nawet oprogramowanie - wszystko musi być z najwyższej półki. A teraz wyobraźcie sobie, że jakość dostępnego komercyjnie sprzętu zostaje uznana przez jednego z największych nadawców w dużym, europejskim kraju za niewystarczającą, a kierownictwo stacji podejmuje decyzję o uruchomieniu własnego programu badawczego, aby stworzyć kilkadziesiąt par monitorów bliskiego pola, które będą pracować w studiach nagraniowych. Na kilometr pachnie to w najlepszym wypadku marnotrawstwem, kiepsko zakamuflowaną akcją wyciągania pieniędzy na analizy, konsultacje i prototypy, z których ostatecznie powstanie coś gorszego niż audiofilskie kolumny za dwie średnie krajowe. Sześćdziesiąt lat temu rynek nie był jednak tak rozwinięty, a jeśli jakiś nadawca chciał być najlepszy, musiał do pewnych rzeczy dojść sam, a potem strzec swoich sekretów. Tak narodziły się legendy, które funkcjonują po dziś dzień. Droga do sukcesu była jednak wyboista, a kultowe głośniki nie pasują do współczesnych realiów. Wydawałoby się, że istnieją tylko dwie możliwości - albo idziemy w całkowity oldschool i budujemy repliki tamtych kolumn, albo wymyślamy wszystko od nowa. Na szczęście jest jeszcze trzecia opcja, jednak aby ją zrozumieć, musimy cofnąć się do samego początku.

Ilekroć grymaszę na fragmentację rynku sprzętu audio, która przekłada się na ogromną różnorodność dostępnych w sklepach urządzeń, marek i modeli, ale też problemy klientów z uporządkowaniem sobie tego wszystkiego w głowie i dokonanie wyboru, dosłownie za chwilę dostaję wiadomość nawet nie o nowych kolumnach czy słuchawkach bezprzewodowych, ale o pojawieniu się na tym pociętym na drobne kawałeczki torcie urządzeń kolejnego producenta. Żeby jeszcze były to marki, których istnienia byłem świadomy, których produkty wpadły mi w oko podczas przeglądania zagranicznych magazynów lub reportaży z wystaw organizowanych w dalekich krajach, ale nie zawsze tak jest. Później okazuje się, że wcale nie mamy do czynienia z młodziutką manufakturą założoną przez entuzjastycznie nastawionych do życia studentów, ale z przedsiębiorstwem działającym nieprzerwanie trzydzieści lat, mogącym pochwalić się wieloma sukcesami, wyróżnieniami i oczywiście sporym gronem wiernych fanów. Tak było na przykład z Lindemannem.

"Najlepszy głośnik to nie ten, który daje najwięcej, lecz ten co zabiera najmniej." - to zdanie miał wypowiedzieć w 1966 roku John Bowers, jeden z założycieli firmy Bowers & Wilkins. Drugi, Roy Wilkins, był jego kolegą z wojska. Obaj panowie byli dobrze zaznajomieni z elektroniką, ponieważ służyli w korpusie Royal Signals zajmującym się łącznością, a kiedy najgorętszy dla armii okres, ku uciesze wszystkich, dobiegł końca, postanowili otworzyć sklep z elektroniką w miasteczku Worthing na południowym wybrzeżu Anglii. Ponieważ John był wielkim miłośnikiem muzyki, swoją wiedzę z zakresu elektroakustyki wykorzystywał w praktyce, budując zestawy głośnikowe na zapleczu owego przybytku. Roy pomagał w prowadzeniu biznesu, zajmując się bardziej przyziemnymi sprawami. Jedne z pierwszych kolumn kupiła pewna starsza pani, która uwielbiała wdawać się z Johnem Bowersem w dłuższe pogawędki na temat muzyki klasycznej. Pewnego dnia panowie otrzymali wiadomość, że ich klientka zmarła. Domyślam się, że informacja ta została dostarczona przez notariusza, ponieważ niejaka pani Knight zostawiła im w spadku dziesięć tysięcy funtów, które obaj wspólnicy postanowili przeznaczyć na rozwój przedsiębiorstwa. Niedługo później dołączył do nich Peter Hayward zajmujący się głównie sprzedażą telewizorów i działem serwisowym. Okazało się jednak, że najbardziej przyszłościowym pomysłem może być właśnie produkcja kolumn. Tak narodziła się firma, którą znamy dzisiaj.
Garfield