
Może to tylko kolejna oznaka postępującego z wiekiem grubiaństwa, a może raczej zmęczenie spowodowane ogromną różnorodnością dostępnego na rynku sprzętu, ale od pewnego czasu na wieści o nowych markach zaczynam reagować alergicznie. Kolejni nowicjusze postanowili spróbować swoich sił w konstruowaniu wzmacniaczy, przetworników, zestawów głośnikowych albo gramofonów? Po raz tysiąc dwieście pięćdziesiąty siódmy będą powtarzali opowieść o tym, że w sklepach nie znaleźli urządzeń spełniających ich oczekiwania? Naprawdę wydaje im się, że wystarczy interesować się tym tematem dwa miesiące, aby wymyślić coś rewolucyjnego? Szczęśliwie nie wszystkie debiutujące na rynku firmy zakładane są przez żółtodziobów. Mogą to być także dysponujący ogromnym doświadczeniem fachowcy, którzy w pewnym momencie postanowili pójść na swoje. Soul Note, Fyne Audio, Enleum czy Pylon Audio - to tylko kilka marek założonych przez specjalistów, którzy nie wzięli się znikąd i nie uczyli się wyłącznie na własnych błędach. Kolejnym przykładem młodziutkiej firmy, która teoretycznie zaczyna od zera, ale już na starcie otrzymuje ogromny bonus w postaci olbrzymiej wiedzy i wieloletniej praktyki swoich założycieli, jest Revival Audio. Francuska manufaktura postanowiła przywitać się z audiofilami składającą się z zaledwie dwóch modeli serią Atalante. Na pierwszy rzut oka nic nowego - klasyczne kolumny wpisujące się w modę na styl retro. Kiedy jednak przeanalizowałem temat nieco głębiej, mój stetryczały mózg zaczął mięknąć. Zestawy głośnikowe budowane w całości we Francji, wykorzystujące autorskie przetworniki i zaprojektowane przez gości, którzy przepracowali w branży kilkadziesiąt lat - to brzmi naprawdę obiecująco. Przełamałem się i postanowiłem przetestować model, od którego wszystko się zaczęło - Atalante 5.

"Czterdzieści lat minęło jak jeden dzień" - śpiewał w swojej kultowej piosence Andrzej Rosiewicz. Nie jestem pewien, czy zgodziłby się z nim Renaud de Vergnette, który poświęcił ten czas na budowanie wspaniałych zestawów głośnikowych. Założona przez niego firma ma na koncie wiele odważnych, a nawet ekscentrycznych pomysłów, ale nigdy ślepo nie goniła za technicznymi nowinkami i nie odcinała się od tradycyjnych metod tylko po to, aby budować wizerunek skrajnie nowoczesnego przedsiębiorstwa. Kiedy rywale budowali głośniki z kompozytów stosowanych w przemyśle lotniczym i tworzyli kolumny o dziwnych kształtach, pan de Vergnette uparcie stosował w swoich przetwornikach celulozę, twierdząc, że żaden inny materiał nie daje tak naturalnego, pięknego i przyjemnego brzmienia. Niewykluczone, że już wtedy zarysował się pewien podział, który w kolejnych latach tylko się pogłębiał. Firmy napędzane poszukiwaniem nowych rozwiązań raz po raz pokazywały światu coś "przełomowego", natomiast w Soissons głośniki spokojnie ewoluowały. Każda kolejna generacja miała być lepsza od poprzedniej, ale odbywało się to raczej na zasadzie szlifowania detali lub szukania metod pozwalających wynieść stosowane dotąd przetworniki i obudowy na wyższy poziom. Dziś pan Renaud nie jest już właścicielem Triangla, ale nie porzucił swojego dziecka całkowicie. Nowi właściciele nie wprowadzili drastycznych zmian ani nie wykorzystali loga audiofilskiej manufaktury, aby brandować nim tanie soundbary czy inną masówkę. Okrągła rocznica działalności dała im pretekst do wprowadzenia odświeżonych, ulepszonych wersji kolumn, które dobrze już znamy. A ponieważ wśród nich nie mogło zabraknąć modeli flagowych, Francuzi z dumą (i leciutkim opóźnieniem) zaprezentowali nam serię Magellan 40th.

Q Acoustics jest producentem zestawów głośnikowych należącym do Armour Home - brytyjskiej firmy specjalizującej się w projektowaniu i sprzedaży sprzętu audio. W drużynie tej grają także QED, Goldring, Grado i iFi Audio. Całkiem niezły skład, jednak w przeciwieństwie do innych znanych koncernów, tutaj poszczególne marki mają dużą swobodę działania i raczej nie wymieniają się między sobą pomysłami i komponentami. Nie jest to więc przepakowywanie tego samego produktu, ale próba zbudowania grupy mogącej zaoferować nam różne typy sprzętu hi-fi - kolumny, kable, wkładki gramofonowe, słuchawki i oczywiście elektronikę. Marka Q Acoustics pojawiła się na scenie w 2006 roku, a jej pierwszym hitem były kolumny z serii 1000. Po tym sukcesie firma zapragnęła załapać się na modę na systemy wielokanałowe, tworząc Q AV - pierwsze na świecie głośniki z funkcją BMR (Balanced Mode Radiator). Dzięki tej technologii każdy domownik miał usłyszeć doskonały dźwięk niezależnie od miejsca zajmowanego w pomieszczeniu. Nowe rozwiązanie spodobało się tak, że tygodnik "The Sunday Times" napisał, iż pewnego dnia wszystkie systemy głośników będą produkowane w ten sposób. Najwyraźniej ten dzień jeszcze nie nadszedł, ale brytyjscy inżynierowie się tym nie zrazili, wcielając w życie coraz śmielsze pomysły.

Na czym polega fenomen brytyjskich monitorów? Jeśli potraficie odpowiedzieć na to ostatnie pytanie jednym zdaniem, szczerze zazdroszczę, bo ja - choć doskonale wiem - wciąż mam z tym problem. Teoretycznie brytyjskie monitory nie powinny mieć żadnej przewagi nad polskimi, włoskimi, duńskimi, niemieckimi, francuskimi, amerykańskimi, czeskimi, japońskimi czy chińskimi. W czasach globalizacji niemal wszystko można zrobić wszędzie. Mimo to produkcja specyficznego typu kolumn wychodzi wyspiarzom fenomenalnie. Do tego stopnia, że wciąż mają na to niemal całkowity monopol. Co ciekawe, nie mówimy o kosmicznie zaawansowanym sprzęcie wykorzystującym najnowsze zdobycze techniki. Przeciwnie - tu chodzi raczej o wierność tradycji, a nawet umiejętność przeciwstawiania się krótkotrwałym trendom. W świecie, w którym większość firm stawia na oryginalne pomysły i materiały rodem z promów kosmicznych, Brytyjczycy proponują nam klasyczne, kanciaste pudła z dość zwyczajnymi przetwornikami, często sprawiające wrażenie zrobionych na odpierdziel, a audiofile wciąż składają zamówienia, płacą i grzecznie czekają na swoją parę. Czy decydujący jest tutaj aspekt historyczny, czy może jakaś przekazywana z pokolenia na pokolenie wiedza o strojeniu głośników i skrzynek? Ciężko powiedzieć, ale podobno znacznie łatwiej usłyszeć. Dlatego właśnie zdecydowałem się na test kolejnego brytyjskiego klasyka.

Od wielu lat rośnie liczba osób zainteresowanych sprzętem luksusowym, pięknym, oferującym znakomite parametry i brzmienie wysokiej próby, ale jednocześnie tak prostym w instalacji i użytkowaniu jak głośnik sieciowy czy dizajnerska lampka sterowana aplikacją. Niektórzy audiofile uważają, że te dwie rzeczy muszą się ze sobą kłócić. Wychodzą z założenia, że zwiększenie komfortu obcowania z muzyką automatycznie obniża jakość jej reprodukcji. Jeśli mamy w domu stertę pudełek stojących na kolcach i połączonych ze sobą drogimi kablami, jeśli całe pomieszczenie zostało podporządkowane temu jednemu celowi, jeśli przed każdym odsłuchem przeprowadzamy skomplikowaną procedurę wygrzewania wszystkich elementów systemu, jednocześnie sprawdzając wilgotność powietrza i napięcie w gniazdku, zasługujemy na świetny dźwięk, a jeśli kupimy kolumny aktywne, obsługując je za pomocą aplikacji na telefon, audiofilami absolutnie nazywać się nie możemy. Tylko czy na pewno? Producenci elektroniki już dawno odkryli, że można zrobić to prościej. Ich hi-endowe systemy all-in-one sprzedają się jak świeże bułeczki, bo wystarczy podłączyć do nich kolumny i zestaw stereo gotowy. A gdyby tak wyeliminować konieczność zakupu jakiejkolwiek elektroniki, tworząc audiofilski odpowiednik głośników sieciowych. Tej misji podjęło się już wiele firm, bo sama idea nie jest nowa ani rewolucyjna. Zazwyczaj polegało to jednak na przebudowie kolumn budżetowych, aby z dodatkową elektroniką w środku nie kosztowały majątku. Rezultat to tanie kolumny zasilane kiepską elektroniką, czyli mnóstwo kompromisów i dźwięk daleki od ideału. Teraz swoje pierwsze bezprzewodowe zestawy głośnikowe pokazała firma Pylon Audio. I zrobiła to zupełnie inaczej.

Muszę przyznać, że od pewnego czasu nie jestem na bieżąco z poczynaniami Audio Physica. Był taki moment, kiedy wiedziałem niemal wszystko na temat każdej nowej konstrukcji niemieckiej marki, a kiedy zakochałem się w brzmieniu pierwszego modelu Yara, później przesiadałem się już tylko na większe i droższe kolumny z tej samej stajni - najpierw Sparki, a później Tempo. Zresztą do dziś żałuję, że się ich pozbyłem. Równie dobrze mogłem je zostawić i pewnie do dziś ciężko byłoby mi znaleźć coś lepszego w porównywalnej cenie, ale wiecie, jak to jest z audiofilami - niby człowiek już złożył docelowy system, niby już sto razy obiecywał sobie i bliskim, że to koniec wydatków na sprzęt i akcesoria, a później coś zaczyna mu chodzić po głowie i przychodzi taki dzień, kiedy kolumn już nie ma. Gdybym wiedział, że dziesięć lat później niemal takie same Tempo z innym tweeterem, porządniejszymi nóżkami i kilkoma innymi bajerami będą kosztowały ponad dwa razy więcej, zastanowiłbym się.

Niektóre firmy działające w branży audio natychmiast kojarzymy z konkretnym produktem - tym, który wyszedł najlepiej, wprowadził do świata sprzętu grającego przełomowe rozwiązania techniczne albo zyskał status kultowego dopiero po pewnym czasie, gdy pasjonaci zorientowali się, że takiego cuda nigdy nie będzie już można nigdy kupić. Nawet teraz niektórzy audiofile mogą nie zdawać sobie sprawy, że wzmacniacz, przetwornik albo gramofon, którego używają na co dzień, za jakiś czas stanie się poszukiwanym towarem. Najczęściej dzieje się tak, gdy mówimy o komponentach niezwykle rzadkich, wyprodukowanych w liczbie kilkudziesięciu lub kilkuset egzemplarzy. Czasami status legendy "przyznawany" jest automatycznie, bo który kolekcjoner nie chciałby mieć w swoich zbiorach pierwszego dostępnego komercyjnie odtwarzacza płyt kompaktowych albo ostatniego w historii systemu stereo Marantza sygnowanego przez Kena Ishiwatę? A co, gdy te dwa czynniki - wybitna jakość dźwięku i fakt, że mamy do czynienia z pierwszym modelem zaprezentowanym przez daną manufakturę - zbiegną się ze sobą? To nic innego jak przepis na hit dla tych, którzy wiedzą, o co w tej zabawie chodzi.

Pisanie wstępu do testu sprzętu JBL-a jest jak rozmowa przy wigilijnym stole - co roku mamy do czynienia z tymi samymi frazesami. Bo jaki jest JBL, każdy widzi. I gdyby spytać osoby nie interesujące się muzyką o tę markę, z pewnością będą ją kojarzyć chociażby dlatego, że okoliczne dzieciaki zakłócają ciszę takim małym czarnym pudełkiem z pomarańczową naklejką, jakieś hiphopy na tym puszczają i nie dadzą człowiekowi w spokoju i ciszy posiedzieć. Szczęście mają ci, którzy trafią na młodzież z Flipem albo Chargem. Gorzej, gdy trafi się Boombox. Wtedy muzyki słucha już pół osiedla. Osoby jako tako wtajemniczone do głośników mobilnych dorzucą pewnie jeszcze inne rozwiązanie - również mobilne - czyli słuchawki, zarówno nauszne, do codziennego użytkowania, jak i dokanałówki, które powinny sprawdzić się podczas biegania. I na tym w zasadzie kończy się wiedza przeciętnego Kowalskiego o tej marce. A gdy pokopie się choć chwilę, okaże się, że JBL jest odpowiedzialny za wiele instalacji koncertowych i kinowych, nagłośnienie w obiektach użyteczności publicznej, a do tego współpracuje z renomowanymi producentami samochodów, dostarczając im sprzęt car audio. Amerykanie regularnie biorą na celownik klientów zainteresowanych sprzętem klasy premium, oferując im na przykład hi-endowe kolumny albo duże, luksusowe systemy all-in-one. Jedna z ich najnowszych propozycji łączy sobie wszystko, co kochamy - styl retro, konstrukcję rodem z profesjonalnych monitorów, kompaktowe rozmiary i funkcjonalność nowoczesnych głośników sieciowych. Przed nami 4305P.

Bowers & Wilkins od dawna przekonuje audiofilów, że jedyną drogą prowadzącą do całkowitego zadowolenia z dźwięku jest stuprocentowa wierność wobec oryginału. Prowadzi to do oczywistego wniosku, że nasz domowy system stereo powinien być przedłużeniem łańcucha, którego pierwszym elementem jest mikrofon, a więcej zyskać (na końcu) oznacza mniej więcej tyle, co mniej stracić (na końcu). Na logikę trudno z tym dyskutować. I choć uważam, że porównywanie domowej elektroniki ze sprzętem studyjnym jest trochę bez sensu, doceniam każdego producenta, który postanowił sprawdzić powiązania między tymi światami i pozostał wierny tej jakże prostej filozofii. O ile bowiem samą ideę można wytłumaczyć jednym zdaniem, o tyle wdrożenie jej w życie okazuje się skomplikowane. Przenieść dźwięk ze studia nagraniowego do domu? Zaraz, czy aby nie o to walczą niemal wszyscy ludzie zajmujący się tym tematem od 145 lat (dokładnie tyle upłynęło od wynalezienia fonografu)? Tak, ale nikt nie zaprzeczy, że poczyniliśmy na tym polu ogromne postępy i wbrew temu, co mówią malkontenci, wciąż posuwamy się do przodu.

Piega to jeden z najsłynniejszych szwajcarskich producentów zestawów głośnikowych. Firma została założona w 1986 roku przez Leo Greinera i Kurta Scheucha. Początkowo była to typowo hobbystyczna, garażowa manufaktura. Kurt skupił się na innowacyjnych przetwornikach i innych kluczowych kwestiach technicznych, natomiast Leo wziął na siebie sprawy związane z wzornictwem oraz finansami spółki. Wkrótce znakiem rozpoznawczym Piegi stały się opracowane od podstaw głośniki wstęgowe, z których Szwajcarzy są niezwykle dumni. W najtańszych modelach przetworniki zbudowane w tej technologii odtwarzają wysokie tony, ale w kolumnach z górnej półki wykorzystuje się także wstęgowe panele średniotonowe, przy czym w modelach flagowych emitują one fale dźwiękowe również do tyłu, zapewniając niezwykłe wrażenia przestrzenne. To kwintesencja hi-endu, pokaz możliwości technicznych i audiofilski przepych ukryty pod płaszczykiem minimalistycznego dizajnu. W Polsce zestawy tej marki nigdy nie cieszyły się jednak wielką popularnością, nawet podczas wystaw i otwartych dla publiczności odsłuchów. Ludzie woleli obejrzeć i usłyszeć kolumny w kształcie ślimaka, kosmiczne promienniki dookólne albo dwumetrowe wieże z pięćdziesięcioma tweeterami. Czy po premierze najnowszej serii Coax Gen 2 to się zmieni? Wątpię, ale nikomu też na tym nie zależy. Tego sprzętu nie stworzono przecież po to, aby przypadkowi ludzie robili sobie z nim zdjęcia, ale po to, by dyskretnie wtopił się w wystrój nowoczesnego salonu, dając swojemu właścicielowi wiele, wiele niezapomnianych chwil sam na sam z muzyką.
Garfield