
Piega to jeden z najsłynniejszych szwajcarskich producentów zestawów głośnikowych. Firma została założona w 1986 roku przez Leo Greinera i Kurta Scheucha. Początkowo była to typowo hobbystyczna, garażowa manufaktura. Kurt skupił się na innowacyjnych przetwornikach i innych kluczowych kwestiach technicznych, natomiast Leo wziął na siebie sprawy związane z wzornictwem oraz finansami spółki. Wkrótce znakiem rozpoznawczym Piegi stały się opracowane od podstaw głośniki wstęgowe, z których Szwajcarzy są niezwykle dumni. W najtańszych modelach przetworniki zbudowane w tej technologii odtwarzają wysokie tony, ale w kolumnach z górnej półki wykorzystuje się także wstęgowe panele średniotonowe, przy czym w modelach flagowych emitują one fale dźwiękowe również do tyłu, zapewniając niezwykłe wrażenia przestrzenne. To kwintesencja hi-endu, pokaz możliwości technicznych i audiofilski przepych ukryty pod płaszczykiem minimalistycznego dizajnu. W Polsce zestawy tej marki nigdy nie cieszyły się jednak wielką popularnością, nawet podczas wystaw i otwartych dla publiczności odsłuchów. Ludzie woleli obejrzeć i usłyszeć kolumny w kształcie ślimaka, kosmiczne promienniki dookólne albo dwumetrowe wieże z pięćdziesięcioma tweeterami. Czy po premierze najnowszej serii Coax Gen 2 to się zmieni? Wątpię, ale nikomu też na tym nie zależy. Tego sprzętu nie stworzono przecież po to, aby przypadkowi ludzie robili sobie z nim zdjęcia, ale po to, by dyskretnie wtopił się w wystrój nowoczesnego salonu, dając swojemu właścicielowi wiele, wiele niezapomnianych chwil sam na sam z muzyką.

Ilekroć testuję nowe kolumny jarocińskiej manufaktury, przychodzą mi do głowy te same słowa - progres, rozwój, ewolucja. Miło patrzeć, jak Pylon Audio kwitnie na naszych oczach. Pierwsze kolumny dostępne w wersji lakierowanej, pierwsze autorskie przetworniki, pierwsze obudowy wyprodukowane dla znanych zagranicznych marek... Wyliczanie kolejnych milowych kroków oraz zachwycanie się technicznymi, jakościowymi i biznesowymi sukcesami polskiej firmy nie interesuje mnie jednak tak bardzo jak to, w jakim kierunku zmierza jej oferta i jaką wartość będą reprezentowały jej nowe modele. Tutaj również można zaobserwować stabilny, przemyślany rozwój napędzany rosnącymi oczekiwaniami klientów i inwestycjami w park maszynowy. Na przestrzeni kilku ostatnich lat wiele serii kolumn powiększyło się o najbardziej majestatyczne modele trójdrożne, wprowadzono nowe konstrukcje ze znakomitej linii Ruby, ale na pokonanie kolejnej bariery cenowej i jakościowej musieliśmy czekać bardzo, bardzo długo. W końcu w katalogu pojawiły się potężne podłogówki Amber, obecnie dostępne w wersji mkII. Nowy flagowiec powinien wzbudzać ogromne emocje, ale tak gigantyczne kolumny nie są dla każdego i nie zagrają dobrze w dowolnym pomieszczeniu. Wielu audiofilów musiało obejść się smakiem wcale nie ze względu na ich cenę, lecz gabaryty. Od dawna wiedzieliśmy jednak, że Pylon Audio pracuje nad serią zestawów głośnikowych będącą rozwinięciem koncepcji znanej z Diamondów i Emeraldów. I wreszcie się doczekaliśmy. W serii Jasper znajdziemy obecnie zgrabne monitory i dwa modele wolnostojące, w tym jeden produkowany już w wariancie mkII. Nie zastanawiałem się zbyt długo i wziąłem do testu największą "świeżynkę" - mniejsze podłogówki Jasper 23.

Mieszcząca się w malowniczym miasteczku Soissons w północnej Francji firma Triangle istnieje na rynku audio od ponad 35 lat, jednak nigdy nie udało jej się przebić do sprzętowego mainstreamu. Wydaje się, że jej założyciel, Renaud de Vergnette, nigdy nie miał ambicji ani potrzeby zbudowania przedsiębiorstwa funkcjonującego w taki sposób, jak robią to dzisiaj inni specjaliści od głośników, tacy jak chociażby Focal, Bowers & Wilkins czy JBL. Oczywiście produkty Triangle'a znajdziemy w wielu sklepach z audiofilską aparaturą, ale nawet tu nie są one traktowane jako tak zwany sprzęt pierwszego wyboru, absolutny top rzucający się w oczy od razu po wejściu do salonu, a raczej coś, na co zwrócą uwagę koneserzy. Nie przeszkodziło to firmie w zdobyciu ponad stu branżowych nagród, jednak ponad dwadzieścia z nich przyznano na rodzimym rynku, co też o czymś świadczy. Nie od dziś wiadomo, że Francuzi wspierają się nawzajem, ale jeśli zapytacie polskich melomanów, co sądzą o kolumnach tej marki, reakcje będą bardzo pozytywne. Triangle raczej nie ma zagorzałych antyfanów. Posiadacze zestawów głośnikowych spod znaku trójkąta są w nich zakochani, natomiast inni przeważnie wypowiadają się o nich z szacunkiem, na zasadzie "to nie dla mnie, nie leży mi ten dźwięk, ale jak ktoś lubi takie granie, to te kolumny są kozackie".

Niespełna dziesięć lat temu światło dzienne ujrzały pierwsze w pełni funkcjonalne głośniki sieciowe. Pionierem w tej dziedzinie była firma, o której wcześniej praktycznie nikt nie słyszał - Sonos, a najmniejszym, najtańszym i zarazem najpopularniejszym modelem należącym do rodziny jej eleganckich samograjów był model Play:1. Do dziś pamiętam, jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie para takich głośników połączonych w system stereo. Potężny, ale naturalny i przekonujący dźwięk nie pasował ani do gabarytów "jedynek", ani do ich ceny. I jeszcze to minimalistyczne wzornictwo - dwa zgrabne kubki z przetwornikami ukrytymi za metalowymi siateczkami, na górnym panelu tylko trzy przyciski i kolorowa dioda, a z tyłu tylko gniazdo sieciowe i miejsce na kabel zasilający. Cudownie piękny, prosty sprzęt, którego pełne możliwości odkryłem dopiero później, kiedy postawiłem identyczną parę w swoim gabinecie. Temat wciągnął mnie do tego stopnia, że pięć lat temu przetestowałem piętnaście głośników sieciowych, od najtańszych do najdroższych. Na szczycie zestawienia znalazły się Ruark Audio MRx, Bowers & Wilkins Zeppelin Wireless, Vifa Copenhagen 2.0, Naim Muso Qb i Dynaudio Music 7. Wówczas był to poziom 3500-4500 zł i podkreślam raz jeszcze - były to praktycznie najdroższe tego typu urządzenia dostępne na rynku. Od tamtej pory zastanawiałem się, kto odważy się podnieść poprzeczkę i zaproponować klientom takie Sonosy Play:1 w wersji totalnie audiofilskiej. W końcu powinno to być banalnie proste. Dziś już żadna z technologii, którymi niemal dekadę temu imponował nam Sonos, nie jest niczym niezwykłym. Wystarczy wziąć dobre, sprawdzone kolumny, wsadzić do nich wzmacniacz i moduł strumieniowy, opracować aplikację na urządzenia mobilne lub podpiąć się do jednego z istniejących systemów i gotowe. A jednak nie każdy to potrafi albo... nie każdy widzi w tym sens.

Neat Acoustics zajmuje się projektowaniem i produkcją zestawów głośnikowych od 1989 roku. Firma została założona przez Boba Surgeonera, który większość swojego życia jako muzyk poświęcił muzyce, grając przede wszystkim blues, rock, jazz, folk, country i bluegrass. Nawiasem mówiąc, inni najważniejsi pracownicy firmy także pracują jako muzycy lub realizatorzy, co w branży audio jest właściwie niespotykane. W 2006 roku do Boba dołączył Paul Ryder, muzyk grający na gitarze w kilku zespołach w północnej Anglii. Ponieważ Paul jest także doświadczonym realizatorem dźwięku, firma założyła własne studio nagraniowe. Profesjonalne podejście do realizacji nagrań ma być też punktem odniesienia dla brzmienia kolumn głośnikowych. Melomani wiele mówią o zgodności dźwięku z oryginałem, jednak niewielu producentów sprzętu korzysta z owego oryginału podczas projektowania swoich urządzeń. Tymczasem w fabryce Neat Acoustics pod ręką są rozmaite instrumenty muzyczne, w tym fortepian, organy strunowe, harfa, kontrabas, syntezatory oraz szeroka gama gitar elektrycznych i akustycznych oraz innych instrumentów smyczkowych. Nagrania w wysokiej rozdzielczości mogą być wykonywane i natychmiast odtwarzane w pokoju odsłuchowym. Anglicy pozwalają muzyce rządzić strojeniem i brzmieniem swoich kolumn z wyłączeniem prawie wszystkich innych kryteriów. Wszystkie aspekty projektu są oceniane empirycznie. Ten czasochłonny, iteracyjny proces może zająć miesiące, zanim projekt zostanie uznany za skończony. Podczas sesji odsłuchowych wykorzystywana jest szeroka gama nagrań muzycznych, od płyt z początku XX wieku po najnowocześniejsze albumy, a także nagrania wykonane przez zespół Neata na taśmie analogowej i nośnikach cyfrowych.

"Szanowna Redakcjo, zwracam się do Państwa z prośbą o pomoc w wyborze zestawów głośnikowych do mojego systemu hi-fi. Jego drugim elementem będzie prawdopodobnie jakiś przyzwoity, ale przystępny cenowo amplituner stereofoniczny lub wzmacniacz z funkcjami sieciowymi, coś w stylu Yamahy R-N803D albo Audiolaba 6000A Play. To jednak mniejszy problem, ponieważ w tym momencie najbardziej martwią mnie właśnie kolumny. Mają pracować w normalnym, zupełnie przeciętnym salonie - nie jest to ani ciasna klitka, ani wielkie pomieszczenie, do którego nagłośnienia potrzebny jest sprzęt do zastosowań profesjonalnych. Mogę pozwolić sobie na zakup zestawów podłogowych i będę miał całkiem duże pole manewru w kwestii ich ustawienia, więc nie ogranicza mnie umiejscowienie bass-refleksu. Jedynym ograniczeniem jest budżet. Byłoby dobrze, gdyby cena całego systemu, z kablami i niezbędnymi akcesoriami, nie przekroczyła 8000-9000 zł, w związku z tym na kolumny mogę przeznaczyć maksymalnie 4000-4500 zł. Niestety, ceny modeli, za którymi rozglądałem się jeszcze niedawno, ostatnio wyraźnie podskoczyły, przekraczając tę magiczną barierę. Wiem, że prawdopodobnie nie będzie to mój docelowy zestaw, a raczej początek przygody z prawdziwie audiofilskim sprzętem. Uwielbiam uczestniczyć w różnych odsłuchach i czytać testy hi-endowych kabli, ale na to jeszcze przyjdzie czas, a na razie chciałbym skupić się na tym, aby mądrze spożytkować środki, które na ten cel odłożyłem. Zdaję sobie sprawę z tego, że w tej cenie nie dostanę wszystkiego, co najlepsze, dlatego jestem w stanie odłożyć na bok kwestie estetyczne i ambicjonalne. Sprzęt może być brzydki, a jego front może zrobić logo, które fanom luksusowych zabawek nie mówi zupełnie nic. Kolumny mogą nawet wyglądać jak Altusy używane do nagłaśniania wiejskiej dyskoteki, mogą być produkowane w Chinach, mogą nawet śmierdzieć klejem, ale bezwzględnie muszą dobrze grać. Na tym zależy mi najbardziej. W końcu sprzęt audio ma grać, a nie wyglądać, prawda? Na jaki model powinienem zwrócić uwagę? Uprzejmie proszę o pomoc. Pozdrawiam!" - nie napisał do nas nigdy żaden meloman. Ale w każdej chwili mógłby.

Doświadczeni audiofile twierdzą, że kiedyś sprzęt grający był lepszy. Czy to prawda, czy raczej odzywają się sentymenty związane z latami młodości, słuchaniem muzyki z nie do końca dobrze ustawionego gramofonu i przeglądaniem katalogów z niedostępnymi w naszym kraju urządzeniami? Myślę, że trzeba tu zachować odrobinę zdrowego rozsądku. Klocki z dawnych lat są cudowne, ale nie wszystkie były udane, a te najfajniejsze kosztowały krocie. Stawianie vintage'owego hi-endu obok dzisiejszej budżetówki i porównywanie urządzeń, które nawet kiedyś były budowane dla wybrańców z tymi, które dziś grają w wielu domach, mija się z celem. Nieustanne podnoszenie poprzeczki sprawiło, że doczekaliśmy się urządzeń, o jakich dawniej nikomu by się nie śniło. Jestem przekonany, że gdyby trzydzieści lat temu audiofile zobaczyli dzisiejsze hi-endowe słuchawki, większość chciałaby natychmiast wsiąść na pokład wehikułu czasu i przenieść się do naszej epoki. Gdyby jeszcze pokazano im, że dzięki streamingowi można teraz uzyskać dostęp do niemal całej muzyki, jaka kiedykolwiek została zarejestrowana, na nic zdałyby się ostrzeżenia o wojnach, epidemiach, globalnym ociepleniu i innych okropnościach. Nie zmienia to jednak faktu, że ciągle za czymś tęsknimy. Za jakością, stylem, charakterem, a nawet pewną bezczelnością charakteryzującą sprzęt sprzed kilku dekad. Dlaczego dziś już nie robi się takich amplitunerów, takich gramofonów i takich kolumn? Przecież producentów elektroniki nie obowiązują normy emisji spalin ani inne ograniczenia. Dlatego też z niezwykłą satysfakcją obserwuję, jak legendarne marki wracają do swoich korzeni. A im większym sentymentem je darzę, tym szybciej ustawiam się w kolejce do przetestowania sprzętu utrzymanego w stylu retro.

Szkocja kojarzy nam się z malowniczymi krajobrazami, whisky, potworem z Loch Ness i Melem Gibsonem wcielającym się w rolę Williama Wallace'a, ale ze sprzętem grającym - niekoniecznie. Jest to dość zaskakujące, bo przecież Anglia jest w tej dziedzinie potęgą, Szkocja zaś - ojczyzną wielu genialnych wynalazców, którym zawdzięczamy takie dobrodziejstwa jak telewizja, penicylina, lodówka, radar, silnik parowy, klonowanie, telefon, betablokery, toster czy kolorowa fotografia. Jeśli chodzi o producentów audiofilskiej aparatury, z głowy potrafię wymienić tylko cztery marki - Linn, RHA, Atlas i Fyne Audio. Pierwszej nikomu przedstawiać nie trzeba, druga specjalizuje się w wytwarzaniu pancernych słuchawek dokanałowych, trzecia dostarcza melomanom bardzo ciekawe kable, natomiast czwarta jest w tym towarzystwie najmłodsza, jednak jej kolumny wyglądają i grają, jakby były projektowane i dopieszczane od wielu, wielu lat. Firma powstała w 2017 roku, jednak jej założycieli trudno nazwać debiutantami. Są to bowiem byli pracownicy jednego z prawdziwych gigantów rynku audio - Tannoya.

Ileż to już razy audiofile zarzekali się, że przy wyborze sprzętu grającego kierują się tylko i wyłącznie brzmieniem, po czym rozpływali się nad wskaźnikami wychyłowymi, ekstrawaganckimi gramofonami ze stali i akrylu oraz kolumnami wyglądającymi jak żagle albo statki kosmiczne? Ciężko zaprzeczyć, że zanim jeszcze zainteresujemy się danym urządzeniem i postanowimy sprawdzić jego możliwości w odsłuchu, coś musi nas w nim zainteresować, a ponieważ jesteśmy wzrokowcami, prawdopodobnie tym czymś będzie wygląd. Nawet jeśli preferujemy surowy, minimalistyczny dizajn, nie oznacza to, że nie damy się złapać - do ostatecznego sprawdzianu wytypujemy te modele, które trafiają w nasz gust. Doświadczeni amatorzy hi-endowej elektroniki wyznają zasadę, która mówi, że im więcej pieniędzy dany producent przeznaczy na wzornictwo i widoczne z zewnątrz materiały, tym mniej zostanie mu na komponenty wewnętrzne, od których w sferze brzmieniowej zależy najwięcej. Mówiąc inaczej, im lepiej dane urządzenie wygląda, tym gorzej powinno grać. Wydaje się to całkiem logiczne, jednak nie działa w przypadku jednej grupy - sprzętu projektowanego i budowanego we Włoszech. Nie żartuję. Patrząc na fikuśne wzmacniacze Unisona, Pathosa, Audio Analogue'a, Synthesisa, Normy czy Riviery, gramofony Gold Note'a i New Horizon Audio albo fantastyczne kolumny Sonusa, Opery czy Diapasona (żeby wymienić tylko kilka znanych marek), można pomyśleć, że to tylko drogie, niezwykle efektowne dekoracje do salonu. Szybko okazuje się jednak, że to nieprawda. Ten sprzęt gra, czasami nawet znacznie lepiej od tego "brzydkiego". Włosi chyba inaczej nie potrafią. Moim zdaniem w ogóle się nad tym nie zastanawiają. Wyczucie stylu i piękna pomieszane z odrobiną szaleństwa mają w genach i ten sprzęt po prostu "tak im jakoś wychodzi". Zdarzają się jednak sytuacje, kiedy nawet ja, miłośnik włoskiej elektroniki, zastanawiam się, czy mam do czynienia ze sprzętem stereo, elementem martwej natury, przedmiotem pełniącym określoną funkcję, czy może z czymś, co powstało przede wszystkim jako dzieło sztuki użytkowej. A kiedy mam do czynienia z nowymi kolumnami marki Audel, zadaję sobie to pytanie praktycznie za każdym razem.

Spora część społeczeństwa myśli, że słuchanie muzyki na poziomie trochę wyższym niż wieża z hipermarketu to spory wydatek. I faktycznie, hi-endowe rozwiązania potrafią kosztować fortunę. Za standardowy zestaw złożony z kolumn, wzmacniacza, źródła i niezbędnych akcesoriów też bez problemu możemy zapłacić kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Istnieją jednak rozwiązania pośrednie, które przeciętnemu człowiekowi dostarczą wystarczająco dobrych wrażeń dźwiękowych, nie wydzierając mu przy tym kosmicznych sum z portfela. W tę lukę ze swoimi głośnikami Monitor XT20 stara się wstrzelić amerykańska marka Polk Audio.
Dariusz