
Technika analogowa i cyfrowa to dwa światy, które w sprzęcie audio nieustannie ścierają się ze sobą i walczą o dominację od dobrych kilkudziesięciu lat. Już w momencie wprowadzenia na rynek pierwszych płyt kompaktowych i zaprojektowanych do ich odczytu odtwarzaczy stało się jasne, że muzyka w formie cyfrowej zostanie z nami na dłużej. Dziś możemy słuchać jej w postaci plików wysokiej rozdzielczości albo w niezwykle wygodny sposób - bezpośrednio z sieci, korzystając z serwisów streamingowych. Tak czy inaczej poruszamy się w domenie cyfrowej, ale wciąż nie jesteśmy w stanie poradzić sobie bez układów analogowych. To dlatego, że dźwięk w samej swojej istocie jest analogowy. Zapisany na płycie lub w postaci pliku wciąż jest tylko ciągiem zer i jedynek, które muszą zostać przetłumaczone na sygnał zrozumiały dla człowieka - sinusoidy, częstotliwości, decybele, harmoniczne, drgania membran i wreszcie to, co kochamy najbardziej - naszą ulubioną muzykę. Punkt, w którym dokonywana jest konwersja coraz bardziej przesuwa się w kierunku głośników. Dawniej zadanie to należało tylko i wyłącznie do odtwarzacza. Dziś może się nim zajmować wzmacniacz, a nawet aktywne kolumny. Nie zmienia to jednak faktu, że potrzebujemy urządzenia, które zamieni nasze zera i jedynki na "prawdziwy" dźwięk. Przetwornik cyfrowo-analogowy pełni w systemie stereo funkcję tłumacza, dlatego też jego rola jest nie do przecenienia. Świadomi znaczenia cyfrowej muzyki w naszym życiu, producenci sprzętu audio prześcigają się w produkcji coraz lepszych DAC-ów, bazujących na najnowszych kościach lub nawet zbudowanych od zera, po swojemu. Jak wiadomo, jakość "tłumaczenia" jest kluczowa z punktu widzenia każdego elementu, który znajdzie się dalej. W poszukiwaniu naprawdę audiofilskiego przetwornika warto prześledzić ofertę wysoko wyspecjalizowanych firm. Chord, Hegel, PS Audio, T+A, Audiobyte, Bryston, ADL, Soul Note... Poza kilkoma wyjątkami nie są to szczególnie popularne marki, a jednak wielu melomanów uważa, że w kwestii przetworników zdecydowanie warto się nimi zainteresować. Taką marką jest także Aqua.

Pojawienie się nowych źródeł i formatów, związane bezpośrednio ze zmianą sposobu pozyskiwania i słuchania muzyki, było dla wielu firm z branży audio dużym wyzwaniem. O ile jednak producentów audiofilskich kolumn czy akcesoriów zmiany nie dotknęły prawie wcale, inni musieli się do nich dostosować. Systemy stereo zaczęły ewoluować od podstaw. Miejsce odtwarzaczy płyt kompaktowych zajęły przetworniki i streamery, we wzmacniaczach pojawiły się wejścia cyfrowe, a specjaliści od audiofilskich kabli wzbogacili swą ofertę o przewody USB i LAN. Kto na tych manewrach wyszedł najlepiej? Oczywiście ci, którzy w porę zauważyli przybierający na sile trend i wprowadzili na rynek urządzenia pozwalające cieszyć się muzyką z plików i serwisów streamingowych. Mało kto zrobił to tak skutecznie, jak Chord. Kiedy inni specjaliści od audiofilskiej elektroniki wykorzystywali przetworniki zbudowane na bazie dostępnych kości, znanych chociażby z odtwarzaczy srebrnych krążków, Brytyjczycy wpompowali całą swoją energię w projekt, który jakby czekał na swój moment w historii. Mowa o autorskim przetworniku, który przy wsparciu Chorda zaprojektował Robert Watts. Zamiast małej kosteczki pełniącej funkcję DAC-a, zastosowano w nim programowalne układy FPGA. Uzyskano w ten sposób znacznie lepsze parametry i brzmienie, które zdaniem szefa firmy, Johna Franksa, było jak z innego świata. Kiedy Chord zaprezentował model Hugo, zaczęła się prawdziwa jazda. Choć nie był tani, klienci pokochali go za ponadprzeciętną funkcjonalność i oczywiście wysoką jakość brzmienia. Dziś w ofercie manufaktury z Farleigh można znaleźć kilka przetworników różniących się głównie rozmiarami, przeznaczeniem, stopniem zaawansowania technicznego i oczywiście ceną.

Japonia to jeden z krajów, których kultura i gospodarka w bardzo dużym stopniu wpłynęła na resztę świata. Odseparowane od niego geograficznie, wyspiarskie państwo przez dłuższy okres swojej historii było również utrzymywane w stanie izolacji przez cesarzy i szogunów wydających zakazy handlu i podróży zagranicznych. Dopiero w 1867 roku Japonia, wzorem państw europejskich, zaczęła rozwijać gospodarkę kapitalistyczną i podbijać nowe lądy. Zdobycze terytorialne wyniosły kraj do rangi mocarstwa, jednak prawdziwy boom nastąpił dopiero po wojnie. Dziś kojarzymy Japonię z gwałtownym rozwojem elektroniki, robotyki, przemysłu samochodowego i komputerowego, a także wszelkiego rodzaju nowinkami i egzotycznymi gadżetami. Od czasu do czasu przypominamy sobie jednak o niezwykle bogatej historii i poszanowaniu tradycji, którego Japończycy nie zatracili w tym technologicznym wyścigu. Z jednej strony widzimy nowoczesne roboty, superszybkie pociągi i fabryki wielkich koncernów elektronicznych, a z drugiej - pagody, kimona, sushi i parzoną tradycyjnymi metodami herbatę. Ciekawe odbicie różnych elementów kojarzących nam się z Japonią można zaobserwować w działaniach takich firm, jak Yamaha. Koncern produkuje bowiem zarówno fortepiany, jak i nowoczesne głośniki bezprzewodowe. Obok streamerów i amplitunerów wykorzystujących najnowsze rozwiązania techniczne zobaczymy piękne, klasyczne wzmacniacze i kolumny odwołujące się do złotej ery sprzętu audio. Dziś zajmiemy się jednym z tych nowocześniejszych urządzeń. Oto odtwarzacz sieciowy NP-S303.

Patrząc na rynek przetworników cyfrowo-analogowych nie sposób nie zauważyć ewolucji, jaka dokonała się w tej dziedzinie w ostatnich latach. Z jednej strony mamy zalew tanich - co nie znaczy złych - przetworników z rynku chińskiego, w tym coraz częściej modeli z wyższej półki, a z drugiej systematyczny rozwój układów i budowanie coraz bardziej wydajnych urządzeń przez znane marki w rynku audio. Dostawcy kompletnych DAC-ów doszli już do takiego poziomu jakościowego, że mając odpowiednie zaplecze i odrobinę wiedzy z zakresu elektroniki, można pokusić się o zbudowanie takiego urządzenia samodzielnie. Popularność cyfrowych źródeł muzyki wymusiła na producentach sprzętu montowanie odpowiednich wejść także we wzmacniaczach i amplitunerach. Prawie każdy nowy model ukazujący się obecnie na rynku posiada wbudowany przetwornik albo przynajmniej możliwość o jego rozbudowę. Na tym tle wyróżniają się firmy, które idą własną drogą, jak chociażby brytyjski Chord Electronics. Jakiś czas temu na polskim rynku pojawiła się jednak interesująca nowość z Rumunii - przetwornik marki Audiobyte.

Melomani szukający sposobu na unowocześnienie swojego systemu stereo lub uzyskanie dostępu do muzyki z sieci mają do wyboru całe mnóstwo gotowych rozwiązań. Szczególną popularnością cieszą się małe urządzenia, których zadaniem jest wpięcie się w naszą domową infrastrukturę, przeszukanie jej zasobów pod kątem plików audio, uzyskanie dostępu do serwisów streamingowych i podanie tak odtworzonego sygnału dalej do naszego przetwornika, wzmacniacza lub amplitunera. Ogromną siłą takich urządzeń jest ich funkcjonalność oraz fakt, że dzięki mniejszej obudowie i małej liczbie przycisków i pokręteł, zwykle kosztują one mniej niż pełnowymiarowe streamery. Yamaha WXAD-10, Klipsch Gate, Sonos Connect, Denon HEOS Link HS2, Arcam rPlay czy Auralic Aries Mini to tylko niektóre przykłady takich urządzeń, będących w gruncie rzeczy małymi komputerami łączącymi naszą wieżę ze światem cyfrowej muzyki. Wybór polega nie tylko na sprawdzeniu konkretnego urządzenia pod kątem odsłuchowym, ale przede wszystkim na podjęciu decyzji w który system chcemy wejść. Któremu producentowi bardziej ufamy, które rozwiązanie oferuje najwięcej funkcji, z których korzystamy, ale też który ekosystem można rozbudować w przyszłości, na przykład o głośniki bezprzewodowe, które mogłyby stanąć w innych pomieszczeniach naszego domu. Sytuacja nie jest prosta ani dla kupujących, ani tym bardziej dla producentów takich streamerów, którzy muszą brać pod uwagę wiele różnych czynników i uważnie śledzić rynek. Audiofile będą w tym całym szaleństwie wracać do podstawowej kwestii - dźwięku. Funkcjonalność jest ważna, ale jeżeli jakość brzmienia nie będzie dla nas zadowalająca, to do diabła z tymi gniazdkami i aplikacjami. Wydaje się, że podobną logiką kieruje się firma Bluesound, więc postanowiliśmy wziąć do testu jej najprostszy samodzielny odtwarzacz sieciowy - Node 2.

Onkyo to prawdziwy specjalista od fajnego i przystępnego cenowo sprzętu. Japończycy nie zmieniają wzornictwa raz na trzy lata i nie wchodzą w ryzykowne tematy, ale mocno rzeźbią to, czego naprawdę potrzebują klienci. Systemy kina domowego, od komponentów w płaskich obudowach po zaawansowane kombajny z bogatym wyposażeniem, urządzenia stereofoniczne, miniwieże, a nawet odtwarzacze przenośne. Amplitunery tej marki, zarówno wielokanałowe, jak i dwukanałowe, cieszą się w naszym kraju ogromną popularnością. Nie ma się czemu dziwić, bo firma inwestuje w nowe technologie, dzięki czemu nawet urządzenia z dolnej półki oferują bardzo przyzwoitą funkcjonalność. Za dwa, trzy, w porywach cztery tysiące złotych dostaniemy tu urządzenie, które potrafi prawie wszystko. Audiofile zawsze preferowali jednak systemy złożone z oddzielnych klocków, więc w katalogu znajdziemy sześć wzmacniaczy zintegrowanych, sześć odtwarzaczy płyt kompaktowych, dwa tunery, dwa odtwarzacze sieciowe i gramofon. Rekord świata to nie jest, ale odnoszę wrażenie, że już od jakiegoś czasu firma idzie na jakość, a nie ilość. Firma poważnie traktuje temat nowych źródeł i formatów, a jednymi z najciekawszych kąsków w jej ofercie są streamery. Tańszy NS-6130 to bezpośredni konkurent Denona DNP-730AE, Yamahy WXC-50, Pioneera N-30AE i Marantza NA6005. NS-6170 jest tylko trochę droższy, ale teoretycznie powinien już rywalizować z takimi urządzeniami, jak Bluesound Node 2, Pro-Ject Stream Box DS+, Rotel T14 czy Pioneer NC-50DAB. Od takiego źródła możemy już wymagać nie tylko rozbudowanej funkcjonalności, ale też dobrego dźwięku. Sprawdźmy czy tak jest w rzeczywistości.

Kiedy zaczynałem interesować się sprzętem stereo, swoje audiofilskie preferencje w tej materii należało manifestować poprzez rozdzielanie systemu na jak najmniejsze elementy. Uważano, że od wzmacniacza zintegrowanego lepszy jest przedwzmacniacz i końcówka mocy, a jeszcze wyższy stopień wtajemniczenia osiągniemy zamieniając końcówkę na dwa monobloki. Jeśli chodzi o źródła, podstawowym rozwiązaniem był odtwarzacz płyt kompaktowych, ale za zdecydowanie lepszą opcję uchodził oddzielny transport i przetwornik. Gdyby do każdego z tych urządzeń można było podłączyć dodatkowy zasilacz, zegar taktujący lub inne wyspecjalizowane pudełko, wielu poszłoby tą drogą. Dziś zabawa w potężne wieże wydaje się być domeną ekstremalnego hi-endu. Nawet wymagającym słuchaczom w zupełności wystarczy para porządnych kolumn, wzmacniacz zintegrowany i źródło. Ale jakie? No właśnie... W tej kwestii wciąż panuje niezły bałagan. Mam wrażenie, że w pewnym momencie zaczęliśmy kupować kolejne urządzenia nie po to, aby poprawić jakość brzmienia, ale raczej ze względu na konieczność dołożenia do systemu nowych gniazd i funkcji. Kiedy producenci zauważyli, że coraz więcej audiofilów chce słuchać plików z komputera, rynek zalały przetworniki. Niedługo potem zaczęła się era streamerów. Kto już zainwestował w DAC-a, ale chciał odłączyć laptopa od swojej wieży i wygodnie zarządzać odtwarzaniem muzyki, musiał dokupić kolejny klocek. A co z multiroomem lub integracją naszego sprzętu z systemem inteligentnego domu? Jeżeli dołożymy do tego jakiś magiczny oczyszczacz sygnału cyfrowego, okaże się, że mamy trzy lub cztery urządzenia pełniące rolę źródła. W takiej sytuacji nikogo nie powinna dziwić rosnąca popularność audiofilskich systemów all-in-one, jak Atoll SDA200, Lumin M1, Micromega M-One 100 czy Naim Uniti Atom. Co jednak mają począć melomani, którzy mają już wysokiej jakości wzmacniacz i kolumny, a do szczęścia potrzebują tylko źródła. Jednego, za to pozwalającego słuchać muzyki z czego tylko chcemy - plików wysokiej rozdzielczości, serwisów streamingowych, a nawet płyt kompaktowych. Pomysł wydaje się prosty, ale na rynku naprawdę nie ma zbyt wielu tego typu urządzeń. Jeśli już takowe znajdziecie, cena może zabić. Dlatego właśnie swoje rozwiązanie problemu zaprezentował Marantz. Przed nami jeszcze ciepły ND8006.

Nie wiem czy ktokolwiek próbował policzyć ilu producentów sprzętu audio przypada na jednego mieszkańca lub kilometr kwadratowy w poszczególnych krajach, ale liderem tego rankingu z pewnością mogłaby zostać Wielka Brytania. Ileż oni tam tego mają! Acoustic Energy, AMR, Arcam, ATC, Audiolab, AVID, Bowers & Wilkins, Cambridge Audio, Chartwell, Chord, Creek, Epos, Exposure, Graham Audio, Graham Slee, Harbeth, KEF, Kudos, Linn, Meridian, Mission, Monitor Audio, Musical Fidelity, Naim, PMC, ProAc, Q Acoustics, QED, Quad, Rega, REL, Roksan, Sonneteer, Spendor, Sudgen, The Chord Company, The Funk Firm, Trilogy czy Wharfedale to tylko niektóre marki, które zyskały międzynarodowy rozgłos i zadomowiły się w umysłach audiofilów. Wyspiarze muszą naprawdę kochać muzykę, ale mają też zacięcie do majsterkowania i smykałkę do interesów. Wielu brytyjskich producentów zaczynało od wzmacniaczy skonstruowanych na kuchennym stole lub kolumn zbudowanych na zamówienie przyjaciół, a po wielu latach wyrośli na potężne firmy oferujące hi-endowe urządzenia. Mimo to, w audiofilskim środowisku szczególnym szacunkiem darzone są mniejsze manufaktury. Te, które nawet wdrażając nowe technologie potrafią połączyć je z tradycyjnymi rozwiązaniami i zachować swój unikalny charakter. Często są to firmy założone i prowadzone przez prawdziwych pasjonatów. Ludzi, którym naprawdę zależy. Jedną z takich firm jest Cyrus. Firma mniej znana, a więc dysponująca skromniejszymi możliwościami niż Cambridge Audio, Chord czy Naim, za to mająca swój oryginalny, trudny do podrobienia styl i wyznająca filozofię skupioną przede wszystkim na brzmieniu. Wizytówką manufaktury z Huntingdon są kompaktowe wzmacniacze i odtwarzacze płyt kompaktowych, ale Cyrus był też jedną z firm, które szybko weszły w temat streamingu i zrobiły to wyjątkowo dobrze. Brytyjczycy bezbłędnie wyczuli w jakim kierunku będzie podążał rynek i jak będziemy słuchać muzyki w najbliższej przyszłości. Nawet dziś ich odtwarzacze sieciowe i systemy all-in-one sprzed kilku lat prezentują się znakomicie. W aktualnym katalogu znajdziemy tylko dwa samodzielne streamery - Stream Xa i Stream X Signature. Zobaczmy jak pierwszy z nich poradzi sobie w naszym teście.

Odejście od fizycznych nośników zapoczątkowało największą rewolucję w świecie muzyki od momentu wprowadzenia płyty kompaktowej. Jednak w odróżnieniu od standardu CD, a nawet uparcie promowanych później płyt SACD, plikom nikt w tym nie pomagał. Trudno było wyłonić firmy lub instytucje przewodzące całej tej operacji. Nie uzgodniono jak dokładnie powinniśmy przejśc przez tę rewolucję. Jak zmienić system dystrybucji muzyki i na jakich urządzeniach jej słuchać. Każda firma musiała odnaleźć się w nowym świecie, w związku z czym nastąpił wysyp różnego rodzaju źródeł. Pierwsze zaatakowały przetworniki i serwery z dyskami twardymi. Później rynek podbiły streamery, a teraz wszystkie funkcje cyfrowe i sieciowe przejmują wzmacniacze i urządzenia typu all-in-one. Ciężko za tym wszystkim nadążyć, jednak wielu audiofilów drąży temat dalej. Dziś już każdy nowoczesny system stereo musi mieć przetwornik, w takiej czy innej formie. Jeśli natomiast chodzi o sam sposób odtwarzania muzyki, każda firma wyznaje trochę inną filozofię. Jedni tworzą zaawansowane odtwarzacze kompatybilne ze wszystkimi gęstymi formatami, inni forsują firmowe ekosystemy, którymi możemy sterować za pomocą dedykowanej aplikacji, a jeszcze inni przerzucają sprawę na producentów komputerów i smartfonów, dając nam tylko podstawową funkcjonalność i dobrego DAC-a. Swój pomysł na odtwarzanie cyfrowej muzyki ma również Bryston. I to jaki!

Jeszcze kilka lat temu marka Chord Electronics była kojarzona wyłącznie z hi-endowymi komponentami stereo wyglądającymi jak maszyny z dalekiej przyszłości. Audiofile szczególnie upodobali sobie wzmacniacze zbudowane w dość specyficzny sposób, ale karierę robiły także źródła i kompletne systemy brytyjskiej firmy. Wszystko zmieniło się w momencie wprowadzenia na rynek jednego, małego urządzenia. Przetwornik o wdzięcznej nazwie Hugo początkowo został odebrany jako próba dotarcia do młodszego pokolenia audiofilów, którzy muzyki słuchają wyłącznie z plików. Ale to tylko czubek góry lodowej. Brytyjczycy zdecydowali się na wypuszczenie DAC-a w takiej kieszonkowej postaci z kilku powodów. Najważniejsze nie były wcale walory funkcjonalne, lecz wewnętrzna budowa ich nowego przetwornika. Hugo był bowiem pierwszym komercyjnym wcieleniem projektu rozwijanego od wielu lat przez Roberta Wattsa - inżyniera zajmującego się przede wszystkim projektowaniem układów scalonych dla wielkich korporacji. Doszedł on do wniosku, że żadna z tego typu kości nie jest w stanie wiernie odtworzyć sygnału muzycznego, ze względu na swoje liczne ograniczenia. Producenci sprzętu audio mogą więc prześcigać się w implementowaniu coraz to nowszych chipów, ale ostatecznie wszyscy są skazani na korzystanie z gotowych elementów, których wyprodukowanie kosztuje w porywach kilka dolarów. Robert Watts stwierdził więc, że problem trzeba rozwiązać w inny sposób i zaczął budować własny przetwornik na bazie programowalnych układów FPGA (Field-Programmable Gate Array). Jego praca zaowocowała stworzeniem DAC-a dysponującego nieporównywalnie większą mocą obliczeniową i dającego dźwięk zupełnie inny, niż wszystko, co można było kupić w tamtym czasie. Tak przynajmniej twierdzi dyrektor Chorda, John Franks, który szybko poznał się na twórczości Roba Wattsa i postanowił udostępnić ją swoim klientom. Pierwszym owocem tej współpracy był właśnie Hugo, okrzyknięty jednym z najbardziej rewolucyjnych przetworników ostatnich lat. Teraz na rynek wchodzi jego udoskonalona wersja - Hugo 2.
Patryk