
Choć przetworniki cyfrowo-analogowe istniały znacznie wcześniej, na przykład jako elementy odtwarzaczy płyt kompaktowych, ich kariera rozkręciła się na dobre w erze plików. Dla wielu melomanów DAC był jednym z najbardziej oczywistych sposobów rozbudowy systemu. Komputerowe audio dopiero nabierało rozpędu, coraz więcej osób przenosiło muzykę z płyt na dyski, a nawet dość drogie wzmacniacze potrafiły być konstrukcjami całkowicie analogowymi. Jeżeli chcieliśmy słuchać plików albo poprawić jakość dźwięku z odtwarzacza CD, kupowaliśmy konwerter z gniazdem USB i sprawa była załatwiona. Później sytuacja zaczęła się zmieniać. Przetworniki trafiły do wzmacniaczy, streamerów, odtwarzaczy sieciowych, aktywnych kolumn, a w końcu właściwie wszędzie. Te funkcjonujące jako samodzielne urządzenia oczywiście nie zniknęły, ale przestały być tak potrzebne jak wcześniej. Szczególnie dobrze widać to na przykładzie Hegla. Norweska firma była jednym z pionierów w kwestii DAC-ów. Podczas gdy inni producenci sprzętu hi-fi albo nie mieli w tej materii zupełnie nic do zaproponowania, albo też uznawali, że dołożenie gniazda USB-B jest wystarczającym rozwiązaniem, manufaktura z Oslo prezentowała coraz większe, ciekawsze i bardziej zaawansowane technicznie przetworniki - HD2, HD10, HD11, HD12, HD20, HD25 i wreszcie flagowy, pełnowymiarowy model HD30. Widząc ogromną popularność DAC-ów, Hegel przez lata konsekwentnie rozwijał cyfrowe sekcje swoich wzmacniaczy zintegrowanych, dodając kolejne wejścia, lepsze układy wewnętrzne, a z czasem również streaming. Doszliśmy do punktu, w którym kupując jeden z piecyków tej marki, dostawaliśmy właściwie kompletny system elektroniczny - wystarczyło dołożyć kolumny i telefon z aplikacją do odtwarzania muzyki. Jeszcze niedawno w ofercie Hegla nie było ani jednego wzmacniacza zintegrowanego pozbawionego części cyfrowej i łączności sieciowej. Sytuację tę zmieniła dopiero premiera modelu A200, która odbyła się zaledwie parę miesięcy temu. Można więc dojść do wniosku, że Hegel sam skutecznie ograniczył zapotrzebowanie na własne zewnętrzne przetworniki. Przeciętnego klienta nie interesował zewnętrzny DAC. Kupował wzmacniacz, a konwersję cyfrowo-analogową dostawał niejako w pakiecie. Nagle, trochę niespodziewanie, Norwegowie wrócili do produkcji zewnętrznych przetworników i postawili na jedyny segment, w którym z ich punktu widzenia miało to sens - górną półkę. Tak powstał D50, pełniący dziś rolę flagowego źródła Hegla.

Jeszcze kilka lat temu kierunek rozwoju cyfrowego audio wydawał się całkowicie oczywisty. Skoro odtwarzacz sieciowy i tak potrzebuje przetwornika, a ten coraz częściej otrzymuje regulację głośności, wyjście słuchawkowe i kilka dodatkowych wejść, najlepiej będzie zamknąć wszystko w jednej obudowie. W ten sposób powstały urządzenia, które potrafią odtwarzać muzykę z serwisów strumieniowych i lokalnych dysków, współpracować z telewizorem, komputerem, końcówką mocy, aktywnymi monitorami i słuchawkami, a niekiedy nawet przyjmować sygnał ze źródeł analogowych. Z punktu widzenia użytkownika trudno odmówić tej koncepcji sensu. Jeden elegancki klocek może zastąpić kilka urządzeń, uprościć system, ograniczyć liczbę kabli i pozwolić zapanować nad całością za pomocą jednej aplikacji. Dołożenie do tego zestawu transportu CD, chociażby w formie napędu szczelinowego, także nie jest wielkim problemem, a dzięki temu otrzymujemy naprawdę wszechstronne źródło. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy zaczynamy się zastanawiać, czy w takim cyfrowym kombajnie wszystkie zadania rzeczywiście są wykonywane równie dobrze. Czy producent, który musi zaprojektować sekcję sieciową, system operacyjny, interfejs użytkownika, moduły łączności, przedwzmacniacz i wzmacniacz słuchawkowy, poświęcił samemu przetwornikowi tyle samo uwagi, ile poświęciłby mu w urządzeniu wykonującym tylko jedno zadanie?

Audiolab jest i dla wielu miłośników sprzętu stereo chyba już zawsze będzie specjalistą od wzmacniaczy. Jest to zrozumiałe nie tylko przez wzgląd na historię marki, ale także jej dzisiejszy katalog, w którym pierwszoplanową rolę grają integry, wzmacniacze sieciowe, przedwzmacniacze i końcówki mocy. Sęk w tym, że brytyjska marka raz po raz poszerzała swoją ofertę, proponując nam na przykład odtwarzacze płyt kompaktowych, kieszonkowe przetworniki lub wysokiej klasy streamery. Jak to bywa z eksperymentami, jedne okazały się udane, inne dość szybko zakończono. Gdybyśmy jednak mieli wskazać dziedzinę, w której Audiolabowi naprawdę się powiodło i która udowodniła, że firma może poradzić sobie w innym segmencie, a nawet stanąć na czele peletonu, byłyby to przetworniki. W ostatnich latach coś ewidentnie przycichło. Audiolab dostarczał nam kolejne wzmacniacze, pokazał serie 7000 i 9000, wprowadził pierwszy pełnowymiarowy odtwarzacz strumieniowy, a DAC-ów nadal nie było. W ubiegłym roku, kiedy już część fanów marki przestała się łudzić, że ten moment kiedykolwiek nastąpi, firma zaprezentowała dwa nowe modele - D7 i D9. Zdjęcia, parametry, wyposażenie, specyfikacje, a nawet ceny - wszystko się zgadzało. Było dokładnie tak, jak moglibyśmy sobie wymarzyć. Dwa nowoczesne urządzenia zostały zaprojektowane zarówno z myślą o użytkownikach desktopowych, jak i miłośnikach klasycznych systemów hi-fi, a jednocześnie przejmują rolę duchowych spadkobierców niezwykle uznanej serii M-DAC, która zdobyła serca audiofilów na całym świecie. Czy brytyjska manufaktura faktycznie dała nam to, czego od dawna brakowało w jej katalogu? Czy D7 i D9 wytrzymają starcie z innymi przetwornikami, których w tym przedziale cenowym nie brakuje? Postanowiłem to sprawdzić, biorąc do testu droższy model - D9.

Rose to jedna z największych niespodzianek, jakie w ostatnich latach widzieliśmy w świecie sprzętu stereo. Ta zupełnie nieznana marka wdarła się na rynek bocznymi drzwiami, a po kilku latach jest już nie tylko "ciekawą alternatywą" dla urządzeń uznanych producentów, ale pełnoprawnym graczem, z którym trzeba się liczyć. Koreańczycy zbudowali swój rozpoznawalny styl na połączeniu świetnie dopracowanego oprogramowania, bardzo dobrych parametrów audio i charakterystycznego designu opartego na szerokich, dotykowych wyświetlaczach, które sprawiły, że ich streamery zaczęły wyglądać jak małe centrum domowej rozrywki. Do tego dochodzi rozbudowana rodzina urządzeń - od kompaktowych transportów przez przetworniki, końcówki mocy i wzmacniacze zintegrowane aż po systemy all-in-one. Co ciekawe, marka będąca oddziałem firmy Citech, istniejącej od 1967 roku i specjalizującej się w rozwiązaniach technologicznych dla przemysł, wcale nie zaczynała od małych i tanich klocków, aby krok po kroku wspinać się coraz wyżej. Rose od samego początku celuje w średnią i wyższą półkę cenową, a to sprawia, że dla części melomanów jej komponenty są niedostępne. Najnowszy streamer RS451 jest na tym tle konstrukcją szczególną. Z jednej strony dziedziczy rozwiązania z referencyjnej platformy RS151, a z drugiej ma być urządzeniem bardziej przystępnym w sensie gabarytów, zastosowań i oczywiście ceny. Z tym ostatnim nie ma co dyskutować - już w momencie swojego rynkowego debiutu RS451 jest niemal o połowę tańszy od uznanego RS151. Brzmi jak okazja, ale może gdzieś kryje się haczyk?

Rynek sprzętu audio coraz śmielej zmierza w kierunku urządzeń, które mają uprościć życie melomanom. Kolejne firmy proponują odtwarzacze strumieniowe z wbudowanymi przetwornikami i wzmacniaczami słuchawkowymi - tak, aby za pomocą jednego eleganckiego klocka stworzyć kompletne stanowisko odsłuchowe. Najnowszym przykładem takiej filozofii jest Matrix Audio TS-1 - kompaktowy streamer, przetwornik cyfrowo-analogowy i wzmacniacz słuchawkowy w jednym urządzeniu. Producent określa go mianem "uniwersalnego huba audio" przeznaczonego zarówno dla użytkowników słuchawek hi-fi, jak i posiadaczy aktywnych monitorów. Innymi słowy, TS-1 ma zastąpić cały zestaw urządzeń i przejąć rolę centrum sterowania systemem audio. Brzmi ambitnie? Zdecydowanie, ale Matrix Audio to marka, która stale podnosi poprzeczkę, poczyna sobie coraz śmielej i powoli przyzwyczaja nas do bezkompromisowych rozwiązań w dziedzinie cyfrowego audio, czego dowodem są choćby cenione przetworniki X-Sabre czy seria Element. Czy zatem TS-1 to tylko ładny streamer z kilkoma dodatkowymi funkcjami, czy może cyfrowy kombajn, który może pełnić kluczową rolę w zestawie stereo lub nawet stanąć na biurku jako samodzielny system, współpracując z wysokiej klasy nausznikami? Sprawdzimy to, oceniając zarówno funkcjonalność i jakość wykonania, jak i - co najważniejsze - brzmienie tego wszechstronnego klocka.

Rynek wysokiej klasy przetworników cyfrowo-analogowych przez ostatnie lata rozwijał się raczej ewolucyjnie niż rewolucyjnie. Nowe konstrukcje pojawiały się regularnie, ale często ograniczały się do nieznacznie zmodyfikowanych wersji sprawdzonych, doskonale znanych klientom układów, z kosmetycznymi zmianami funkcjonalnymi lub niewielkimi poprawkami brzmienia. Od czasu do czasu na rynku pojawiało się coś ciekawszego, jak konwertery bazujące na architekturze R2R lub układach FPGA, jednak większość nowych DAC-ów - pomijając śmiałe pomysły projektantów w dziedzinie wzornictwa - nie ma nam do zaoferowania nic nowego. Odnoszę nawet wrażenie, że przetworniki przestały być ekscytujące, zupełnie audiofilom spowszedniały, w związku z czym ich uwaga przeniosła się na streamery, usługi muzyczne, aplikacje, a nawet zasilacze czy akcesoria w stylu hi-endowych kabli USB i LAN. Tymczasem Rose - marka, która w ciągu kilku lat zdobyła uznanie świata audiofilskiego za sprawą swoich streamerów z efektownymi ekranami i nietuzinkowym podejściem do wzornictwa - postanowiła wypełnić tę lukę i zaprezentowała urządzenie, które robi wrażenie nie tylko swym wyglądem, ale także funkcjonalnością, architekturą wewnętrzną i, przynajmniej tak zapewnia producent, brzmieniem. Model RD160 to pierwszy samodzielny przetwornik w katalogu tej firmy i zarazem naturalny partner dla jej transportu sieciowego RS130. Czy faktycznie jest to godny uwagi DAC, który wyróżnia się nawet na tle licznej i utytułowanej konkurencji, czy może sprzęt, który najlepiej prezentuje się na zdjęciach?

W świecie hi-endowego audio za najciekawszymi urządzeniami stoją często prawdziwi ekscentrycy, ludzie patrzący na świat z innej perspektywy i na przekór obowiązującym trendom, a nierzadko nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi, realizujący swoje dziwne, śmiałe pomysły. Założyciel marki Mola Mola, Bruno Putzeys, z pewnością do nich należy. Gdy większość inżynierów pracujących nad wzmacniaczami czy przetwornikami trzyma się utartych ścieżek, on od początku swojej kariery kierował się czymś w rodzaju wewnętrznej niezgody na "tak się robi od lat i tak trzeba". A jego historia to opowieść o tym, jak silna może być potrzeba zrobienia czegoś po swojemu - nawet jeśli przez długi czas nie ma się do tego odpowiednich narzędzi. Putzeys urodził się w 1973 roku w Brukseli. Jego kariera w świecie audio zaczęła się w latach dziewięćdziesiątych w Philipsie, kiedy to, będąc jeszcze studentem, Bruno poświęcił swoją pracę magisterską zagadnieniu wzmacniaczy klasy D. Był to wówczas temat raczej egzotyczny, traktowany przez branżę z rezerwą, a przez audiofilów z otwartą niechęcią. Putzeys nie tylko się tym nie zraził, ale "przy okazji" zaprojektował przetwornik cyfrowo-analogowy, który potrafił bezpośrednio konwertować sygnały DSD do postaci analogowej. Równolegle pracował nad konwersją PCM do postaci PWM - technologią, która z czasem stanie się jednym z jego znaków rozpoznawczych. W Philipsie nie wzbudziło to jednak większego entuzjazmu. Projekty Putzeysa, choć odważne, były jak na korporacyjne standardy zbyt ryzykowne, zbyt odległe od bieżących celów firmy. Przyszły twórca Mola Moli miał więc dwie opcje - dopasować się albo ruszyć dalej własną ścieżką. Wybrał to drugie.

Bluesound narodził się w cieniu dwóch doskonale znanych audiofilom marek - NAD Electronics i PSB Speakers. Obie należą do koncernu Lenbrook Group, więc przepływ wiedzy, pomysłów i technologii między nimi jest dość swobodny. Kilkanaście lat temu inżynierowie pracujący nad nowymi produktami zaczęli zadawać sobie pytanie, co by było, gdyby jakość dźwięku nie była ograniczona do standardu wyznaczonego przez płytę kompaktową. Czy można stworzyć coś bezprzewodowego, sieciowego, nowoczesnego, co mimo to nie będzie grało jak tandetny głośnik bezprzewodowy, tylko jak rasowy sprzęt stereo? Dziś może się to wydawać zabawne, ale wtedy ludzie naprawdę widzieli w tym mezalians - muzyki z plików i sieci słuchało się przecież na telefonie lub komputerze z plastikowymi głośniczkami, a jeśli ktoś chciał to robić na poważnie, potrzebna była wielka wieża z gramofonem lub odtwarzaczem CD. Z tego prostego pytania narodził się projekt, który dość szybko oderwał się od NAD-a i zaczął żyć własnym życiem i łamał obowiązujące schematy. Zamiast nostalgii - technologia, zamiast skomplikowanego sprzętu - minimalizm, a zamiast płyt - pliki, streaming i to, co miało dopiero nadejść. Zanim powstały same urządzenia, opracowano BluOS - system operacyjny, który miał łączyć wszystkie elementy układanki. Była to platforma stworzona z myślą o tym, by jak najlepiej i najwygodniej odtwarzać muzykę z różnych serwisów i zarządzać tym procesem nawet w dużym domu, gdzie w kilku pokojach mogą stanąć eleganckie głośniki sieciowe, a w jednym - duży system stereo ze streamerem w roli źródła. BluOS zadebiutował w 2013 roku podczas największej wystawy sprzętu hi-fi w Europie - monachijskiego High Endu. Wtedy też pokazano urządzenie, które w niedalekiej przyszłości miało stać się prawdziwym hitem - Node.

Gdybym miał wskazać producenta sprzętu audio, który w ostatnim czasie wprowadził na rynek najwięcej ciekawych urządzeń z różnych kategorii i przedziałów cenowych, nawet długo bym się nie zastanawiał - FiiO. Firma kojarzona niegdyś z budżetowymi przetwornikami i słuchawkami dostarcza dziś zarówno sprzęt mobilny, jak i nowoczesne, dopracowane komponenty stereo dla wymagających audiofilów. W naszym dziale aktualności jej wynalazki pojawiają się tak regularnie, że gdybym nie dostał kilku kolejnych newsów w ciągu miesiąca, zacząłbym się zastanawiać, co się stało. Tylko w ciągu ostatniego roku informowaliśmy o aż 24 premierowych modelach tej marki, a nie były to wszystkie - jedynie te, które sprowadzono do Polski. Odtwarzacz przenośny M23, biurkowe przetworniki K19 i K9 AKM, "dongle" KA17, KA11 i JA11, słuchawki z drewnianymi nausznikami FT 1, przetwornik K11 R2R, dokanałówki FA19 i FH19, przenośne odtwarzacze płyt kompaktowych DM13 i SR11, gramofon TT13, streamer S15, playery JM21 i Snowsky Echo Mini, słuchawki planarne FT1 Pro i FP3, piękny DAC ze wzmacniaczem słuchawkowym K17, zaawansowane dokanałówki FX17, monitory aktywne SA1, kieszonkowe radio RR11, słuchawki planarne z membraną pokrytą złotem FT7 i ultralekkie słuchawki Anytime - to wszystko pojawiło się w polskich sklepach na przestrzeni 12 miesięcy. Rozumiecie skalę zjawiska? Jasne, wiele z tych nowości w dalszym ciągu adresowanych jest do fanów sprzętu mobilnego, a część to ciekawostki przyrodnicze, ale FiiO coraz odważniej wchodzi w segment audiofilski, nierzadko oferując rozwiązania rodem ze sprzętu hi-endowego, ale wciąż w niezwykle przystępnych cenach. Przetwornik R2R za 899 zł? DAC ze wzmacniaczem słuchawkowym i wzornictwem na kilometr pachnącym piecykami Luxmana za 4999 zł? Słuchawki planarne z membraną o grubości 1 μm pokrytą warstwą 24-karatowego złota, elementami z drewna zebrano, wykończeniem z jagnięcej skóry i zamszu oraz kablem monokrystalicznej miedzi mrożonej ciekłym azotem za 3999 zł? Czy konkurencja powinna zacząć się bać? Teoretycznie tak, ale ciekawy produkt w niskiej cenie to nie wszystko. Trzeba jeszcze udowodnić klientom, że nie jest wydmuszką, która ładnie prezentuje się tylko na zdjęciach. Czy FiiO dba nie tylko o ilość, ale i jakość? Czy sprzęt tej marki jest porządnie wykonany i potrafi grać? Postanowiłem to sprawdzić, biorąc do testu najciekawszą moim zdaniem premierę ostatniego roku - odtwarzacz sieciowy S15.

Co jakiś czas jak bumerang wraca dyskusja o tym, że muzyka na fizycznych nośnikach umiera, że kasety, płyty kompaktowe i winyle to przeżytek i za chwilę nie będzie ich na czym słuchać. Całkiem nieźle nośnikom tym wychodzi reinkarnacja, ponieważ z nie mniejszą częstotliwością pojawiają się w różnych mediach informacje o drugiej młodości kaset czy rekordowych wynikach sprzedaży czarnych krążków. Do śmierci każdego z nich jeszcze pewnie daleka droga, jeśli ta w ogóle kiedykolwiek nastąpi (a i takie sytuacje się zdarzają czego przykładem może być MiniDisc, który nie przyjął się się i odszedł w niepamięć). Sporą rolę w tym odgrywają same serwisy streamingowe, które swoją polityką zniechęcają wielu artystów do kooperacji. W ten sposób dochodzimy do sytuacji, w której części wydawnictw na streamingach zwyczajnie nie ma. Z drugiej strony nawet mimo zatracenia się w płytach kompaktowych czy też winylowych w pewnym momencie dojdziemy z pewnością do ściany i stwierdzimy, że nie da się kupić wszystkich albumów, których chcielibyśmy posłuchać. I tu poza ograniczeniem przestrzeni domowej kluczowym aspektem wydają się być finanse, ponieważ kolekcjonowanie muzyki na fizycznych nośnikach to zdecydowanie nie jest tanie hobby. Co zatem zrobić w momencie gdy już "nie mamy czego słuchać" (mimo tysięcy płyt w kolekcji?), a nie chcielibyśmy wydawać kolejnych pieniędzy na albumy, których posłuchamy kilka razy i później będą się kurzyć na półce?