
Można powiedzieć, że jeszcze niespełna półtora roku temu byłem nausznikowym ortodoksem, który nie uznawał słuchawek dokanałowych. Moje podejście zmieniło się diametralnie, gdy w moje ręce wpadły "pchełki" AG TWS04K. Okazało się, że tak małe dwa urządzonka mogą nieźle namieszać brzmieniowo i dodatkowo sprawić, że nawet kilkugodzinne słuchanie w ciepłe dni będzie dla mnie komfortowe, bez gotowania uszu i zapocenia sprzętu. AG podbiły moje serce do tego stopnia, że do dziś toczy się zaciekła walka o to, czy na długi spacer wyjdą ze mną one, czy może nauszniki Bang & Olufsen Beoplay HX. Te drugie wygrywają jedynie przy temperaturze poniżej dziesięciu stopni. W cieplejsze dni dominują AG, za którymi przemawiają również gabaryty - zdecydowanie bardziej nadają się na długie wyjazdy, gdy w plecaku liczy się każdy gram, a samo etui z bardzo pojemnym akumulatorem (2600 mAh) sprawia, że przez wiele dni sprzęt jest samowystarczalny.

O tym, że globalną sprzedaż elektroniki audio napędzają obecnie słuchawki i głośniki bezprzewodowe, nie trzeba nikogo przekonywać. Oczywiście nie patrzę na sprawę z punktu widzenia audiofila, którego interesują wyłącznie hi-endowe przetworniki, wzmacniacze lampowe i srebrne kable, ale jako w miarę normalny obywatel, który rozumie, że większości ludzi w zupełności wystarczy sprzęt za kilkaset, może kilka tysięcy złotych, ich punktem odniesienia w kwestii dobrego dźwięku jest na przykład system hi-fi w samochodzie, a najczęściej wykorzystywanym źródłem muzyki - smartfon z aplikacją ulubionego serwisu strumieniowego. Co ciekawe, wielu producentów sprzętu z wysokiej półki nad wyraz dobrze poradziło sobie z tym wyzwaniem. Kiedyś dałbym sobie rękę uciąć, że zlekceważą temat albo zauważą go zbyt późno, oddając rynek dalekowschodnim rywalom o egzotycznych nazwach, ale nie - doskonale kojarzone przez audiofilów marki regularnie wypuszczają na rynek bezprzewodowe nauszniki i głośniki. Dodajmy do tego fajne soundbary i luksusowe systemy car audio, a nagle okaże się, że marka Bowers & Wilkins nie jest tak niszowa, jak mogłoby się wydawać (choć w środowisku złotouchych zna ją każdy). W odróżnieniu od hi-endowych kolumn, wymienione produkty mają jednak jedną wadę - aby nie zostać w tyle, trzeba je często aktualizować. Dlatego właśnie Brytyjczycy zaprezentowali niedawno drugą wersję jednego ze swoich największych hitów, słuchawek PX7.

Sennheiser to jedna z najbardziej utytułowanych firm w branży słuchawkowo-mikrofonowej. Szanując cierpliwość tych, którzy przeczytają te słowa, nie będę nawet wspominał o jej historii. Jeśli jesteście ciekawi, zapraszam do lektury artykułu, w którym bardzo dokładnie prześledziliśmy losy niemieckiej manufaktury. Ufając, że co nieco już wiecie, chciałbym w tym momencie chciałbym zwrócić uwagę na jedną niezwykle istotną sprawę - sukcesję. W 1982 roku założyciel firmy przekazał jej kierownictwo swojemu synowi, Jörgowi. Ten najwyraźniej podzielał pasję ojca albo od wczesnych lat szykował się do przejęcia schedy po nim, ponieważ od 1964 studiował elektrotechnikę najpierw na Uniwersytecie Gottfrieda Wilhelma Leibniza w Hanowerze , a następnie w Szwajcarskim Federalnym Instytucie Technologii w Zurychu. W 1970 roku podjął pracę jako asystent naukowy w Instytucie Technologii Telekomunikacyjnych, gdzie w 1973 roku obronił doktorat. Od 1974 roku pracował jako inżynier w Siemensie, a po dwóch latach wylądował wreszcie w przedsiębiorstwie swojego ojca. Jörg kierował firmą ponad trzydzieści lat, więc większość kultowych produktów Sennheisera, jakie z pewnością kojarzycie - w tym zaprezentowany w 1991 roku zestaw Orpheus HE 90/HEV 90, wprowadzone w 1997 roku słuchawki HD 600 czy HD 800 z 2009 roku - ujrzało światło dzienne właśnie za jego kadencji. Jörg miał trójkę dzieci. Córka, Alannah, podobno nigdy nie była zainteresowana sprawami firmy, natomiast synowie, Daniel i Andreas, pracują w niej odpowiednio od 2008 i 2010 roku. W 2013 roku wspólnie objęli kierownictwo, przy czym Daniel upodobał sobie dział sprzętu profesjonalnego, a Andreas skupił się na słuchawkach do gier i konsumenckich modelach bezprzewodowych.

"Obyś żył w ciekawych czasach" - mówi powiedzenie, które przyjęło się uważać za starożytne chińskie błogosławieństwo. Jego pochodzenie jest jednak niejasne, a tak naprawdę nie jest ani starożytne, ani nawet chińskie, gdyż słowa te wypowiedział w 1898 roku brytyjski polityk, Joseph Chamberlain - ojciec późniejszego premiera Wielkiej Brytanii, Neville'a. Najważniejsze jest jednak to, że wcale nie jest to błogosławieństwo, lecz przekleństwo. Ciekawe czasy są tu synonimem zmienności i nieprzewidywalności codziennego życia. Dziś życzylibyśmy sobie pewnie żyć w zdecydowanie mniej ciekawych czasach, ale niestety raz po raz ktoś dorzuca do tego kotła coś od siebie i odnoszę wrażenie, że wkrótce już zupełnie nie będzie wiadomo, na czym stoimy. Myślicie, że mówię tylko o sprawach największego kalibru? Nie. Czasami można się pogubić nawet w katalogu producenta audiofilskich słuchawek. Aktualna oferta HiFiMAN-a - firmy, którą darzę dużym szacunkiem zarówno z uwagi na zaawansowaną technologię, jak i brzmienie nauszników, z którymi miałem okazję się zetknąć - przypomina wielki garnek z bigosem, do którego wszyscy domownicy, oprócz pobierania kolejnych porcji, regularnie coś dorzucają. Resztki kiełbasy i karkówki z grilla, słoik kiszonej kapusty od teściowej, suszone grzyby, śliwki, przyprawy... W ten sposób bigosu przybywa w takim samym tempie, jak ubywa. Zmienia się tylko jego smak i trzeba dobrze znać jego historię, aby móc dyskutować na ten temat z pozostałymi członkami rodziny. Matka twierdzi, że najlepszy był pierwszego dnia, kiedy wszystko zgadzało się z jej przepisem, ojcu najlepiej smakował we wtorek, już po dorzuceniu spalonej kiełbasy, a syn tęskni za tym czwartkowym, który zdążył się już porządnie przegryźć. Kto teraz przyjdzie w gości i spróbuje, ten nie zna życia i nie wie, o czym mówi.

Jeszcze kilkanaście lat temu byłem wielkim fanem słuchawek dokanałowych. Związane to było z faktem, że mieściły się do kieszeni, nie przeszkadzały w czasie aktywności fizycznej, były tanie, a często nawet dodawane do kolejnych kupowanych przeze mnie telefonów. Były to czasy, w których mało kto zwracał uwagę na jakość dźwięku. Jedynym kryterium decydującym o zakupie była cena. Zresztą jak mówić tutaj o jakości, skoro głównym źródłem dźwięku były empetrójki lub smartfony, gdzie pliki muzyczne kompresowało się nawet do jakości 96 kbps po to, aby na karcie pamięci zmieściło się ich jak najwięcej. Z roku na rok technologia szła do przodu. Pojawiły się między innymi serwisy streamingowe i rozwiązania bezprzewodowe. W końcu kilka lat temu rozpoczęły się eksperymenty ze słuchawkami nausznymi i plikami coraz lepszej jakości. Ostatecznie to rozwiązanie tak mocno mnie do siebie przekonało, że po popularne "pchełki" sięgam tylko w wyjątkowych okolicznościach - głównie gdy nadchodzi sezon letni i ze względu na swoją termoregulację nie jestem w stanie funkcjonować w nausznikach. Drugim powodem do sięgnięcia po dokanałówki może być premiera czegoś nowego i na swój sposób przełomowego. A w ten sposób mówi się właśnie o modelu UW100, zaprezentowanym przez specjalistę od hi-endowych odtwarzaczy przenośnych, firmę Astell&Kern.

Z racji mojego aktywnego sposobu życia i częstego przebywania poza domem przy jednoczesnej bezgranicznej miłości do muzyki, najczęściej korzystam z rozwiązań mobilnych, które mogą mi towarzyszyć wszędzie, gdzie mnie nogi poniosą. Przez ostatnie kilka lat miałem przyjemność testować różne modele słuchawek nausznych, dokanałowych, przewodowych i bezprzewodowych. Różnie też bywało w kwestii półki cenowej testowanego sprzętu. Dziś muszę jednak przyznać, że palmę pierwszeństwa jeżeli chodzi o wywoływanie skrajnych emocji bezsprzecznie niesie najnowszy model marki Ultrasone - iSAR. Jeśli nawet nie słyszeliście jeszcze o czymś takim, a śledzicie rynek sprzętu audio dość dokładnie, nie przejmujcie się - są to jeszcze cieplutkie bezprzewodowe nauszniki zaprezentowane wraz z dokanałówkami o nazwie Lapis oraz gamingowym zestawem słuchawkowym Meteor One. Cała trójka tworzy serię Wireless, plasującą się między liniami Pro i Signature, chociaż ze względu na zupełnie inne zastosowanie i brak kabli trudno stawiać takie słuchawki obok modeli stworzonych z myślą o audiofilach i profesjonalistach. W Polsce raczej nikt jeszcze o tych produktach nie słyszał, a same iSAR-y trafiły do mnie w pewnym sensie przy okazji, wraz z innymi słuchawkami, których recenzję przeczytacie niebawem. Nadarzyła się więc rzadka okazja przetestowania sprzętu, na temat którego nie publikowano jeszcze nawet standardowych newsów z tłumaczeniem "ochów" i "achów" producenta.

Ultrasone to producent słuchawek stworzonych głównie z myślą o audiofilach i profesjonalistach. Firma została założona w 1991 roku, jednak pomysł na nią narodził się sześć lat wcześniej, a po stworzeniu pierwszych prototypów prace nad ich doskonaleniem trwały ponad cztery lata. Spiritus movens całego przedsięwzięcia, Michael Willberg, od samego początku miał ciekawe pomysły, z których zrodziły się rozwiązania techniczne objęte ochroną patentową. Priorytetem była poprawa obrazowania przestrzennego, a więc walka ze zjawiskiem, które zdaniem wielu melomanów jest piętą achillesową nauszników. Niektórzy uważają wręcz, że brak klasycznej stereofonii jest nie do zniesienia i dyskwalifikuje słuchawki jako sprzęt mogący posłużyć do wnikliwych odsłuchów. Czy niemieckiej firmie udało się kompletnie wyeliminować problem? Cóż, z technicznego punktu widzenia chyba nie jest to możliwe, ale na pewno lepiej próbować i osiągnąć jakieś rezultaty niż dać za wygraną, a na krytykę odpowiadać, że dźwięk jest skupiony wewnątrz czaszki, bo inaczej się nie da. Warto zauważyć, że wszystkie produkty Ultrasone są projektowane przez niemieckich inżynierów, a duża część kolekcji, z naciskiem na modele z górnej półki, jest produkowana ręcznie w fabryce znajdującej się w miejscowości Wielenbach w Bawarii.

Audeze to amerykańska firma specjalizująca się w produkcji słuchawek ortodynamicznych. W wyniku zastosowania zaawansowanego procesu produkcyjnego i najnowszych materiałów powstają nauszniki, w których zastosowano ekstremalnie cienką membranę z naniesioną na niej cewką napędową i bardzo silnymi magnesami. Firma twierdzi, że technika planarna pokonuje wiele szkodliwych ograniczeń występujących w typowych słuchawkach dynamicznych - lekka membrana jest znacznie szybsza w działaniu i bardziej dokładna w wykonywanych ruchach niż zdecydowanie cięższy zestaw cewki napędowej z typową membraną stożkową. Żeby było jeszcze ciekawiej, nie mamy do czynienia z kolejnym przedsiębiorstwem, które potrafi tylko zaprojektować lub zamówić sprzęt, a później czekać na dostawę i sprawdzać zawartość przesyłki od podwykonawcy z takim samym dreszczykiem emocji, jaki towarzyszy klientom robiącym zakupy w sklepie internetowym. Wszystkie produkty Audeze są wytwarzane ręcznie w USA, a dokładniej w mieście Santa Ana w kalifornijskim hrabstwie Orange, właściwie na przedmieściach Los Angeles. Tam, gdzie to tylko możliwe, firma stara się korzystać z podzespołów od amerykańskich poddostawców. Oczywiście wszystko to kosztuje, jednak możliwość wejścia w posiadanie niepowtarzalnych nauszników planarnych okazała się dla audiofilów ważniejsza, dzięki czemu marka szturmem wdarła się na salony, a dziś pozostaje jedną z firm dyktujących zasady gry w swoim sektorze. W ostatnich latach Amerykanie sporo eksperymentowali, wprowadzając słuchawki dla graczy, planarne dokanałówki, kilka modeli bezprzewodowych i odchudzone, tańsze wersje swoich hitów. Wymagający audiofile wypatrywali jednak nowego flagowca - dużych, otwartych nauszników wokółusznych wykonanych z najlepszych dostępnych materiałów i wyposażonych w najbardziej zaawansowane technicznie przetworniki. Doczekali się. Przed nami LCD-5.

Jeszcze kilka dni temu Mark Levinson kojarzył mi się wyłącznie z hi-endową elektroniką dla najbardziej wymagających audiofilów. Wiedziałem, że sprzęt tego producenta budzi w środowisku złotouchych powszechny zachwyt, jednak nie brałem po uwagę tego, że mógłbym przetestować jakiś model z jego katalogu. No bo jak, gdzie, z czym? Nie dysponuję ogromnym pokojem odsłuchowym wypełnionym po brzegi aparaturą za setki tysięcy złotych. Nie jestem ani potencjalnym klientem amerykańskiej firmy, ani nawet koneserem, który doskonale wie, jakich zmian w brzmieniu można się spodziewać po zamianie końcówki mocy za 43990 zł na dwa monobloki, z których każdy kosztuje 71990 zł. Aby móc na co dzień obcować ze sprzętem Marka Levinsona, musiałbym kupić samochód Lexusa wyposażony w system audio tej właśnie marki, jednak trudno mi wyobrazić sobie, że miałbym chodzić na parking, aby posłuchać muzyki na audiofilskim sprzęcie. Zresztą wiadomo, że takie nagłośnienie daje tylko namiastkę tego, co może zaoferować nam domowy system stereo. Trudno było też oczekiwać, że Amerykanie nagle wprowadzą na rynek serię przystępnych cenowo urządzeń, takich jak wzmacniacze zintegrowane czy odtwarzacze sieciowe. Dla wieloletnich fanów marki mógłby to być wyraźny sygnał, że najwyższy czas znaleźć sobie innego dostawcę elektroniki. Wychodzi jednak na to, że nie warto tracić nadziei, bowiem miesiąc temu światło dzienne ujrzały słuchawki Nº 5909. Tanie oczywiście nie są, ale jeśli spojrzymy na sprawę zupełnie obiektywnie, kosztują mniej więcej połowę tego, ile trzeba zapłacić za flagowe smartfony czołowych producentów, takich jak Apple czy Samsung. Może więc w tym szaleństwie jest metoda? Postanowiłem czym prędzej przekonać się o tym na własnej skórze.

Czasami ogarnia mnie poczucie, że moja praca jest w gruncie rzeczy bezsensowna. Nie mówię o tym, że pisanie o brzmieniu sprzętu stereo jest jak tańczenie o architekturze. Wydaje mi się, że nauczyłem się robić to tak, aby odbiorcy coś z tego tańca rozumieli. Nie mówię też o tym, że jestem w stanie przetestować zaledwie ułamek procenta spośród tysięcy dostępnych na rynku urządzeń. Ostatecznie wystarczy wybierać te, które prezentują się wyjątkowo interesująco i zapisywać się na ich wypożyczenie pięć minut po pojawieniu się pierwszych zapowiedzi. Pomijam też to, że ile ton kartonów bym nie przerzucił, ilu testów i poradników bym nie napisał, zawsze znajdzie się ktoś, kto późnym wieczorem zacznie pisać komentarze z pytaniami, czy ten wzmacniacz pasuje do tamtych kolumn (z czego nie testowałem ani jednego, ani drugiego), czy taki streamer do takiej muzyki będzie dobrym wyborem, albo po prostu - a co tam - jaki jest najlepszy zestaw do danej kwoty (zdecydowanie moje ulubione). Wielokrotnie pisałem też, że moja praca jest pozbawiona sensu, przynajmniej w wymiarze pragmatycznym, kiedy opisuję sprzęt ekstremalnie drogi. Istnieją małe szanse, że mój test zainteresuje kogoś, kto ma do wydania, nie wiem, sześćset tysięcy złotych. Taki klient najzwyczajniej w świecie chwyci za telefon, zadzwoni do pierwszego poważnego sklepu i poprosi, aby zorganizowano mu prezentację, w sklepie lub w domu. O ile oczywiście nie zleci tej roboty swojemu architektowi, bo audiofilska aparatura jest przecież elementem wystroju wnętrza i służy do tego, aby robić wrażenie na znajomych i dobrze prezentować się na zdjęciach. Opinia jakiegoś biednego redaktorzyny będzie go obchodziła tyle, co mandat za parkowanie na trawniku. Dlatego opisywaniem hi-endowych urządzeń zajmuję się okazjonalnie, właściwie dla poszerzania własnych horyzontów, a przy okazji dla garstki najbardziej wkręconych w temat audiofilów, którzy z chęcią przeczytają taką recenzję, aby dowiedzieć się, jak taki wyczynowy sprzęt jest zbudowany i jak gra. Praktyka pokazuje, że jest ich zdecydowanie mniej niż ludzi szukających budżetowego sprzętu, ale broniących się rękami i nogami, aby przypadkiem nie dowiedzieć się czegoś więcej i nie dać się wkręcić w jakieś niestworzone historie o prawidłowym ustawianiu kolumn. Czasami jednak praca recenzenta sprzętu stereo jest bezsensowna z zupełnie innego powodu. Pozwólcie, że wytłumaczę to na przykładzie nowych słuchawek Sennheisera.
Kornel