
W ostatnich latach Audio-Technica wyjątkowo zaciekle i agresywnie atakuje rynek słuchawek. Tempa wprowadzania nowych modeli i różnorodności rozbudowywanego w ten sposób, a przecież budowanego nie od dziś katalogu mogą jej pozazdrościć nawet tacy giganci, jak Sennheiser czy JBL. Zadziwia mnie nie tylko upór japońskich konstruktorów, ale także chęć dotarcia do szerokiego grona odbiorców. Melomani szukający nauszników lub dokanałówek do smartfona mogą spędzić na stronie Audio-Techniki długie godziny zanim uda im się zawęzić krąg poszukiwań do trzech modeli, które mogłyby spełnić ich oczekiwania. Spore pole manewru mają także audiofile przekonani o tym, że najwyższą jakość dźwięku gwarantują tylko klasyczne modele przewodowe, najlepiej z jakimś porządnym przetwornikiem lub wzmacniaczem słuchawkowym. Gdzieś między tymi światami znajduje się jeszcze grupa modeli, które mogą pracować zarówno w trybie bezprzewodowym, jak i przewodowym - i to za pomocą kabla USB, a więc z pominięciem analogowego wyjścia w komputerze. Aktualna oferta japońskiej firmy jest tak przepastna, że nie sposób jej zgłębić. Przykład? Wejdźcie na stronę sieci sklepów Top Hi-Fi & Video Design i wybierzcie zakładkę ze słuchawkami Bluetooth. Otrzymacie listę produktów trzynastu różnych marek. Yamaha - 1, Master & Dynamic - 6, Pioneer - 7, Bowers & Wilkins - 10, Koss - 12, Sennheiser - 13. Audio-Technica? 42. Czterdzieści dwa! Oczywiście, wyszukiwarka może na przykład pokazać ten sam model w różnych kolorach, ale tak samo jest w przypadku innych marek, którym nie udało się dobić nawet do połowy tej liczby. Japończycy wpadli w szał, a efekt jest taki, że już kompletnie nie wiem, którym z ich nowych modeli powinienem się zainteresować. Ponieważ jednak mocno zapadł mi w pamięć odsłuch flagowych nauszników ATH-ADX5000, zacząłem się zastanawiać, czy podobnego efektu nie udałoby się uzyskać za nieco mniejsze pieniądze. Wieść głosi, że takim "tańszym odpowiednikiem" ATH-ADX5000 jest wprowadzony w drugiej połowie ubiegłego roku model ATH-AP2000Ti - ciekawe, nafaszerowane egzotycznymi materiałami, stricte audiofilskie słuchawki, które w odróżnieniu od wspomnianego flagowca otrzymały zamknięte muszle. A skoro nie kosztują 10999, lecz 6599 zł, postanowiłem dać im szansę.

Moda na bezprzewodowe słuchawki wybuchła wraz z upowszechnieniem się smartfonów. Przez kilka lat na tym rynku działo się naprawdę sporo. Producenci elektroniki musieli nie tylko opanować nowe rozwiązania techniczne, ale także zastanowić się na jakie modele postawić i jakich środków użyć, aby wysunąć się na prowadzenie. Projektanci mieli mnóstwo pomysłów. Każde nowe nauszniki miały być przełomowe. Z okazji ich premiery organizowano konferencje prasowe, podczas których prezentowano zuchwałe plany podbicia słuchawkowego świata i kilku okolicznych galaktyk. Było gęsto. Czasami trochę żenująco, ale ciekawie. Teraz testowanie bezprzewodowych słuchawek kojarzy mi się ze straszną, ale to straszną nudą. Naprawdę. Wszystkie są robione pod takiego samego klienta. Wszystkie wyglądają podobnie, mają podobne funkcje i podobne opakowania wzorowane na pudełkach Apple'a - czarno-białe, z prostym zdjęciem i opisami wydrukowanymi minimalistyczną, wąską czcionką. Odnoszę wrażenie, że ze wszystkich ciekawych kształtów, typów i rozmiarów zostały już tylko dwie opcje - zamknięte nauszniki ze składanymi muszlami, obsługą wirtualnych asystentów i aktywną redukcją hałasu oraz "czru łajerlesy" w ładującym pudełeczku. Każdy inny typ słuchawek bezprzewodowych jest traktowany jak kuriozum. Producenci wręcz boją się wychlić z czymś nowym. A jednak produkty opatrzone logiem Harman Kardon zawsze były trochę inne - bardziej dopracowane, dojrzałe i dopieszczone. Teoretycznie blisko spokrewnione z głośnikami i słuchawkami JBL-a, ale z JBL-em i Harmanem jest jak z Toyotą i Lexusem - niby to jeden koncern, a jednak w dostarczanym klientom produktach różnic jest więcej niż podobieństw. Może to samo zobaczymy w słuchawkach Fly ANC?

W ostatnich latach JBL zapracował sobie na miano najbardziej znanego producenta przenośnego sprzętu audio. Gdyby spytać kogokolwiek o pierwsze skojarzenie w tym temacie, mielibyśmy wielką szansę na to, że usłyszymy nazwę właśnie tego amerykańskiego producenta. Pomijając bogatą historię amerykańskiej firmy, na ten sukces zapracowało właściwie kilkanaście przenośnych głośników i słuchawek bezprzewodowych wykorzystywanych przez olbrzymią grupę docelową jako odbiornik muzyki puszczanej z telefonu. Z pewnością swoje pięć groszy dorzucił tutaj bardzo dynamiczny rozwój serwisów streamingowych i dostępność sprzętu JBL-a, bo w elektronicznych supermarketach można kupić nie tylko najprostsze i najtańsze modele głośników tej marki. Jest tylko jeden problem - nie zawsze możemy pozwolić sobie na to, by muzykę puszczać głośno. Z pomocą przychodzą, jak zawsze, różnego rodzaju słuchawki - od dousznych kablowych po nauszne bezprzewodowe. Amerykanie szybko i - trzeba to powiedzieć - niezwykle agresywnie weszli na ten rynek, oferując szeroki wachlarz produktów, od sportowych dokanałówek po duże, eleganckie nauszniki wykorzystujące najnowsze technologie. Zarówno bogate portfolio, jak i rozsądnie skalkulowane ceny świadczą o tym, że JBL chce dotrzeć do szerokiego grona odbiorców, co niekoniecznie musi obejmować również "społeczność audiofilską". Ale czy to się ze sobą gryzie? Chyba nie. A już na pewno jeśli chodzi o bezprzewodowe nauszniki, które będą towarzyszyć nam zarówno w domu, jak i poza nim.

Miłośnicy wysokiej klasy sprzętu audio przyzwyczaili się, że w tej branży rzadko kiedy można mówić o przełomowych pomysłach i rozwiązaniach technicznych. Jeśli nawet coś takiego się pojawia, musi się w pewnym sensie zestarzeć, dojrzeć, nabrać rozpędu. Choć z dzisiejszego punktu widzenia wydaje się to nieprawdopodobne, nawet do płyt kompaktowych audiofile podchodzili jak pies do jeża. Uważali, że digitalizacja muzyki nie przyniesie nic dobrego, a brzmienie pierwszych dostępnych na rynku odtwarzaczy uznali za rozczarowujące. Według nich było ono sztuczne, twarde, techniczne i bezduszne. Co ciekawe, kilkadziesiąt lat później wielu z nich zaczęło bronić srebrnych krążków przed inwazją gęstych plików i serwisów strumieniowych, tym razem twierdząc, że cedeki brzmią bardziej naturalnie, prognozując przy tymz jakimi problemami będą zmagać się posiadacze streamerów. Że będą pozbawieni emocji towarzyszących kupowaniu płyt, wyjmowaniu ich z folii i wąchaniu umieszczonej w środku książeczki... Że staną się uzależnieni od dostawcy Internetu, a przecież fizycznym nośnikom Internet do niczego niepotrzebny... Że artysta, wytwórnia lub właściciel danego serwisu będą mogli w dowolnej chwili usunąć wybrane tytułu z bazy i nic nie będzie można na to poradzić... Odrobina racji w tym jest, jednak czytając podobne komentarze trudno oprzeć się wrażeniu, że audiofil to taki człowiek, któremu w kwestii odtwarzania muzyki po prostu nie sposób dogodzić. Z punktu widzenia osobnika spoza tego grona - niegroźny wariat. Dla producenta sprzętu grającego - w szczególności takiego, z którego mają korzystać dziesiątki tysięcy ludzi - audiofil jest natomiast kimś takim, jak klient, który przychodzi do restauracji, choć od rana boli go brzuch. Jest głodny, ale zły. Na nic nie ma ochoty. Wszystko jest jego zdaniem paskudne. Ostatecznie zamawia wodę i narzeka, że zbyt ciepła, zbyt zimna albo zbyt gazowana. Specjaliści od elektroniki - podobnie, jak właściciele restauracji - wiedzą, że opinii takiego pacjenta nie należy brać sobie do serca. Pomarudzi sobie i pójdzie do apteki. W tym czasie zamówienie złoży jednak dwudziestu innych klientów, którym jedno danie smakuje bardziej, drugie może trochę mniej, ale generalnie są zadowoleni. Uśmiechają się, chwalą, dziękują i wracają. Co więcej, są otwarci na nowe pomysły szefa kuchni. Chcą być bogatsi o nowe doświadczenia, a niektórzy nawet lubią pochwalić się, że już byli, już próbowali i już wiedzą jak smakuje na przykład ramen z jajkami, chili i limonką albo bezglutenowy sorbet ananasowy.

Japońskich producentów sprzętu audio można podzielić na dwie kategorie - potężne firmy wytwarzające amplitunery, głośniki, słuchawki i inne urządzenia na skalę masową oraz znacznie mniejsze manufaktury specjalizujące się często w jednej, bardzo konkretnej dziedzinie. Jeśli porzucimy obraz japońskiej elektroniki, który znamy chociażby z półek elektronicznych supermarketów i wejdziemy na wyższy poziom w poszukiwaniu czegoś naprawdę wyjątkowego, odkryjemy całą masę urządzeń stworzonych przez prawdziwych pasjonatów. Rzadko kiedy są to produkty zaprojektowane na podstawie badań rynku, z których wynika, że klienci potrzebują teraz smukłych zestawów głośnikowych w kolorze białym. Tutaj odbywa się to w zupełnie inny sposób. Doświadczony, dysponujący potężną wiedzą i doskonałym zapleczem technicznym konstruktor dochodzi do wniosku, że fajnie byłoby zbudować słuchawki wykorzystujące bardzo nietypowe przetworniki, ze skomplikowanymi obudowami wykonanymi z jubilerską precyzją z rzadkiego stopu metalu, a całość uzupełnić na przykład kablem z monokrystalicznego srebra wzmacnianego włóknem węglowym. Po co? Bo tak mu się zamarzyło. Bo zaprojektował w życiu setki nauszników i dokanałówek przeznaczonych dla tak zwanych zwykłych użytkowników oraz dziesiątki modeli stricte audiofilskich, a teraz postanowił pójść dalej i pobalansować na krawędzi tego, co technicznie jest dzisiaj możliwe. W dużej firmie taki pomysł zostałby zapewne odrzucony ze względu na zbyt wysokie koszty produkcji i małą szansę dotarcia do klientów zainteresowanych tak hi-endowymi słuchawkami, ale jeżeli nasza manufaktura dokładnie tym się zajmuje, od czasu do czasu możemy sobie pozwolić na odrobinę zdrowego szaleństwa. Kiedy prace dobiegną końca, melomani dostają jasną informację - firma stworzyła coś wyjątkowego. Coś, czego nie uda się znaleźć w katalogu wielkich koncernów nawet za milion lat. I choć wcześniej nikt nie pytał o możliwość wprowadzenia tak dziwnych, bezkompromisowych słuchawek, zazwyczaj szybko okazuje się, że znajdują się na nie chętni. Bo przecież nigdy nie wiadomo kiedy sympatycznemu Japończykowi znów wpadnie do głowy taki pomysł i czy w ogóle uda mu się go zrealizować.

Audeze to jedna z kilku firm, które mniej więcej dziesięć lat temu wykorzystały bierność doświadczonych producentów słuchawek, a w szczególności ich wyraźny brak pomysłów i podnoszenia poprzeczki w dziedzinie jakości brzmienia, w odpowiednim momencie wdzierając się na rynek hi-endowych nauszników. Operacja wydawała się bardzo ryzykowna, bo choć audiofile domagali się coraz lepszych słuchawek i narzekali na to, że nawet flagowe modele uznanych marek nie spełniają ich oczekiwań, pozostawało pytanie czy skuszą się na sprzęt zupełnie nowej firmy. Nie od dziś wiadomo, że ludzie mają swoje przyzwyczajenia, a logo na pudełku to dla nich gwarancja trwałości i niezawodności. To, że domagali się jeszcze lepszego sprzętu od takich firm, jak Sennheiser, Beyerdynamic, AKG czy Audio-Technica nie oznaczało przecież, że wydadzą swoje pieniądze na słuchawki stworzone przez młodziutką manufakturę, której nazwa w pierwszej chwili z niczym, ale to niczym im się nie kojarzyła. Mimo to, Amerykanie postawili wszystko na jedną kartę i zbudowali piękne, duże, komfortowe nauszniki wykorzystujące przetworniki planarne będące własnym opracowaniem Audeze, z muszlami wykonanymi z drewna, metalowymi elementami konstrukcyjnymi, skórzanymi obiciami padów i pałąka, grubymi kablami i opakowaniem w formie profesjonalnej, plastikowej skrzyneczki. Cudo. Marzenie. Ekstaza. Nic dziwnego, że pomysł chwycił. W ciągu dekady amerykańska firma naprodukowała tyle różnych modeli i specjalnych edycji, że aż ciężko je wszystkie zliczyć. Wokółuszne, dokanałowe, otwarte, zamknięte, drewniane, plastikowe, z fazorami, bez fazorów, te z pałąkiem od tamtych i tamte z przetwornikami od tych... Szczerze mówiąc, dawno się w tym wszystkim pogubiłem, a nowymi modelami Audeze interesuję się dopiero wtedy, gdy jest szansa usłyszeć świetny dźwięk za stosunkowo niewielkie pieniądze. Tak było na przykład z modelem LCD2 Classic - jednym z pierwszych, które odchudzono i odarto ze wszelkich zbędnych ozdóbek, zostawiając tylko to, co najważniejsze i obniżając cenę. Pod koniec ubiegłego roku zaprezentowano jednak coś zupełnie nowego - model o wiele mówiącym oznaczeniu LCD-1.

Sennheiser na swoją renomę pracuje już ponad 75 lat. To marka na tyle znana, szanowana i przede wszystkim rozpoznawalna, że jej produkty praktycznie nie wymagają żadnej dodatkowej promocji. Wydaje się, że Niemcy mogliby po cichutku wprowadzić na rynek nowy model słuchawek, nie rozsyłając przy tej okazji żadnych informacji prasowych, nie organizując hucznych premier ani nie udostępniając sprzętu recenzentom, a melomani i tak szybko podłapaliby temat, chcąc jak najszybciej przekonać się cóż tym razem przygotował dla nich jeden z największych graczy w tej branży. W katalogu Sennheisera znajdziemy właściwie wszystko, od niedrogich nauszników i dokanałówek po hi-endowe modele zbudowane z myślą o najbardziej wymagających audiofilach. Obecnie każdy rozsądny producent mobilnego sprzętu audio stawia jednak na słuchawki, które mogą towarzyszyć nam wszędzie, oferując dobry dźwięk ze smartfona, tabletu lub komputera. Muszą być praktyczne, eleganckie i funkcjonalne - najlepiej bezprzewodowe i wyposażone w różnego rodzaju systemy, takie jak aktywna redukcja szumów czy obsługa asystentów głosowych. Niemiecka firma zrozumiała to już dawno temu, prezentując pierwszą generację słuchawek Momentum. Z jednego modelu wyrosła następnie cała seria zawierająca słuchawki nauszne, wokółuszne i dokanałowe, a później także bezprzewodowe. Ich najnowsza odmiana została wyposażona to nic innego, jak unowocześniona wersja oryginału - duże, uniwersalne słuchawki, które uruchamiają się natychmiast po rozłożeniu, rozpoznają moment ich założenia i zdjęcia, a dodatkowo zostały wyposażone w łączność Bluetooth 5.0, system NFC, układ redukcji szumów NoiseGard z funkcją Transparent Hearing, możliwość obsługi za pomocą aplikacji Sennheiser Smart Control, kompatybilność z asystentami głosowymi, takimi jak Siri czy Google Assistant oraz - uwaga, uwaga - możliwość pracy w połączeniu USB.

Audio-Technica to jedna z firm, które w świadomości miłośników muzyki mogą istnieć z co najmniej kilku powodów. Japończycy specjalizują się przede wszystkim w produkcji mikrofonów. W ich katalogu można znaleźć dziesiątki różnych modeli - studyjnych, wiszących, konferencyjnych, reporterskich, a nawet gamingowych. Bez względu na ostateczny kształt i zastosowanie, stworzenie mikrofonu wymaga znajomości szeregu zagadnień technicznych oraz zaplecza umożliwiającego wytwarzanie i precyzyjny montaż niewielkich, delikatnych elementów. Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni czują się w tym jak ryba w wodzie. Opanowanie tak zaawansowanej i specyficznej technologii automatycznie otwiera kolejne drzwi. Jeżeli nauczymy się produkować mikrofony, możemy spróbować szczęścia z innymi urządzeniami wymagającymi użycia podobnych rozwiązań, w tym przede wszystkim maleńkich cewek, membran i magnesów. Mowa oczywiście o słuchawkach i wkładkach gramofonowych, które Audio-Technica również dostarcza audiofilom i profesjonalistom z całego świata. Jakiś czas temu firma poszła o krok dalej. Widząc powracającą modę, a właściwie boom na płyty winylowe, postanowiła wprowadzić do oferty także kompletne, gotowe do użycia gramofony. Słuchawki? W tej zakładce znajdziemy wszystko, od małych pchełek typu true wireless, przez klasyczne słuchawki do użytku domowego, aż po hi-endowe nauszniki dla najbardziej wymagających audiofilów. Można jednak odnieść wrażenie, że ci ostatni rzadko pamiętają o Audio-Technice, gdy myślą o słuchawkach z najwyższej półki. Rozmawiają o wysokich modelach Audeze, Focala, HiFiMAN-a, Sennheisera, od czasu do czasu wspominają o hi-endowych nausznikach takich marek, jak Beyerdynamic, Grado, Ultrasone, Final Audio Design, Stax, Denon, Meze czy MrSpeakers, często nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że Audio-Technica też ma tutaj coś do zaoferowania. I jest to coś bardzo, ale to bardzo ciekawego. Przed nami ATH-ADX5000.

Wraz ze zmieniającymi się potrzebami klientów, ewoluuje również oferta wielu producentów sprzętu audio. Coraz częściej widzimy wyraźne oznaki poszukiwania czegoś, co pozwoli dotrzeć danej marce do innej grupy odbiorców lub nawet załatać kurczący się budżet. O ile jednak nikogo nie dziwi to, że znany producent wzmacniaczy rozszerza swą ofertę o wzmacniacze słuchawkowe i streamery, albo specjalista od kolumn wprowadza na rynek głośniki bezprzewodowe i soundbary, o tyle nowości zaprezentowane w ciągu kilku ostatnich lat przez AudioQuesta mogą szokować. Słuchawki? I to nie byle jakie. Eleganckie, dopracowane, wyposażone w wysokiej klasy przetworniki z membranami z biocelulozy i obudowami z ciekłego drewna. Skąd taki pomysł u firmy znanej wyłącznie z produkcji kabli? Jeszcze większym hitem okazał się jednak miniaturowy DAC umożliwiający szybką poprawę jakości brzmienia z komputera lub smartfona, i to za śmieszne pieniądze. DragonFly, bo o nim mowa, oderwany od oferty amerykańskiej firmy tak samo, jak słuchawki, nie jest oczywiście jedynym urządzeniem tego typu na świecie. Ale dziś śmiało można powiedzieć, że wyznaczył pewien poziom odniesienia - nie w kategoriach bezwzględnych, ale raczej w kwestii mobilności i uniwersalności tego typu sprzętu oraz relacji jakości brzmienia do ceny. Eksperci z całego świata zgodnie orzekli, że DragonFly to przetwornik, który przyda się każdemu melomanowi. Nie dziwi więc, że AudioQuest poszedł za ciosem i niedługo po premierze oryginalnego modelu wypuścił jego ulepszoną wersję, a potem kolejną i kolejną. Najnowsze wcielenie "ważki" jest ciemnoniebieskie. Przed nami DragonFly Cobalt.

Elektronika stworzona z myślą o profesjonalistach kusi audiofilów od dawna. Czasami nawet na tyle skutecznie, że poszczególne urządzenia przebijają się w nieco zmienionej formie na rynek amatorski. Nierzadko sami ich konstruktorzy są zaskoczeni pozytywnymi opiniami ludzi, którzy teoretycznie potrzebują tylko czegoś do słuchania muzyki w biurze, ewentualnie na spacerze lub w podróży. Czemu mieliby być zainteresowani sprzętem zaprojektowanym z myślą o wykonywaniu konkretnej pracy? Wystarczy jednak spojrzeć na problem trochę szerzej, aby zdać sobie sprawę z tego, że wszystko, co profesjonalne, sportowe, wojskowe lub ekskluzywne jest generalnie postrzegane jako lepsze. Ludzie na ulicy nie oglądają się za zwykłymi samochodami, które kupuje się po to, by spaliły jak najmniej benzyny i pomieściły pięcioosobową rodzinę, ale za usportowionym autem z ryczącym wydechem, obniżonym zawieszeniem i milionem plakietek "RS", "M" lub "Type R" - już tak. Komputer stacjonarny lub laptop może być bardzo fajny, ale będzie jeszcze fajniejszy jeśli producent wyraźnie zaznaczy, że został stworzony z myślą o grafikach komputerowych, programistach, a nawet graczach startujących w różnego rodzaju turniejach. Oczywiście w sklepie nie trzeba nikomu udowadniać, że faktycznie będziemy wykorzystywać taki komputer do pracy. Możemy nawet grać na nim w pasjansa, ale niewątpliwie dobrze jest wiedzieć, że nasz sprzęt potrafi o wiele, wiele więcej. Audiofile także uwielbiają profesjonalne zabawki. Nawet ci, którzy nie grają na żadnym instrumencie, nigdy nie stali na scenie i nie wiedzą jak wygląda studio nagraniowe. Wystarczy zobaczyć jakimi hasłami i obrazkami kuszą ich niektórzy producenci wzmacniaczy albo zestawów głośnikowych. Hi-endowe kolumny stojące za ogromną konsoletą? Końcówki mocy z kondensatorami spełniającymi standardy militarne? Po co to normalnemu melomanowi, który chce po prostu posłuchać muzyki? To proste - "profesjonalne" czasami naprawdę znaczy "lepsze". Czy jednak sprawdzi się to w przypadku słuchawek dokanałowych?
Kuba