
[English version] Sprzęt marki OPPO to generalnie bardzo ciekawa, choć jeszcze stosunkowo krótka historia. Firma nie zaczynała wcale od słuchawek ani nawet sprzętu audio. Jest natomiast przykładem nowoczesnego przedsiębiorstwa o profilu technologicznym, ukierunkowanym na elektronikę użytkową. Jej siedziba mieści się w Mountain View w Kalifornii, a więc praktycznie w samym sercu Doliny Krzemowej. I to widać, nie tylko po jej produktach, ale także po całej otoczce zorganizowanej w bezbłędny sposób, charakterystyczny dla naprawdę dużych, bogatych korporacji. Jeżeli poświęcicie chwilę na przejrzenie strony internetowej firmy, jej profili na Facebooku czy Instagramie, od razu zrozumiecie, że nie jest to jeszcze jedna garażowa fabryka, która po prostu wstrzeliła się w zapotrzebowanie odbiorców i dzięki dobremu pomysłowi odniosła większy sukces, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Tutaj wygląda na to, że wszystko zostało sprawnie zaplanowane i obliczone. Na rynku urządzeń audio-video jako pierwsze rozgłos zyskały odtwarzacze Blu-ray OPPO - zdaniem wielu specjalistów oferujące o wiele lepszą jakość, niż nawet kilkukrotnie droższe, hi-endowe źródła. Ukształtowała się nawet opinia, że praktycznie nie ma sensu kupować droższych odtwarzaczy, nawet gdyby ktoś miał na to fundusze i taki, nazwijmy to, kaprys.

[English version] Gradient to firma, które może nie ma najszerszej oferty ani nawet nie stara się walczyć o miano największego producenta kolumn na świecie, ale za to oferuje jedne z najciekawszych konstrukcji na rynku. Co więcej, od tej reguły w zasadzie nie ma wyjątków - każdy zestaw fińskiej manufaktury to coś specjalnego, wyjątkowego, a czasami nawet lekko dziwnego. W całej historii marki nie było ani jednego momentu, kiedy ktoś postanowiłby zaprojektować zwyczajne, najnormalniejsze w świecie kolumny - skrzynki z MDF-u, kilka głośników dynamicznych w obudowie wentylowanej, bez żadnych bajerów. Gradient to zawsze gwarancja oryginalnej, ciekawej wizji akustyczno-wizualnej. W aktualnym katalogu mamy chociażby podłogówki Evidence w całości przykryte maskownicą, dipolowe zestawy Revolution z trójkątnym modułem średnio-wysokotonowym czy totalnie odjechane Helsinki 1.5 - wystarczy rzut oka i już wiadomo, że nie są to "takiem tam zwykłe głośniki". Myliłby się jednak ten, kto pomyśli, że fińscy konstruktorzy projektują te zestawy pod wpływem mocnych substancji odurzających, a ich jedynym celem jest przyciągnięcie uwagi na wystawach. Wszystkie te wynalazki mają mocną podbudowę teoretyczną i praktyczną, a o skuteczności ich działania świadczy chociażby to, że firma istnieje od 1984 roku i jest czymś więcej, niż sezonową atrakcją na wystawach. Przedsiębiorstwo założył Jorma Salmi - inżynier i audiofil pracujący wówczas w laboratoriach firmy Lohja Corporation Electronics. Kiedy wpadł na pomysł skonstruowania własnych głośników, szybko doszedł do dwóch ważnych wniosków.

[English version] Ciekawe jak długo jeszcze potrwa moda - bo jak inaczej można to określić - na słuchawki? Patrząc na szybki rozwój tego segmentu rynku audio z perspektywy konsumenta można tylko się cieszyć. Konkurencja jest coraz większa i producenci muszą się naprawdę postarać, jeśli chcą zainteresować potencjalnego klienta swoimi nausznikami. Co by nie mówić, są one wygodnym rozwiązaniem dla osób, które chcą słuchać muzyki na jak najwyższym poziomie, ale nie mają warunków na rozstawienie u siebie klasycznego zestawu. Albo też wymagają, by ich zestaw był mobilny, co jest możliwie dzięki równoległemu rozwojowi przenośnych odtwarzaczy typu DAP. Innym czynnikiem jest cena. Wydatek kilku tysięcy złotych na słuchawki plus dedykowany wzmacniacz może dać lepszy dźwiękowo efekt, niż zakup za te same pieniądze kolumn z klasycznym wzmacniaczem.

[English version] Nazwa Lumin nie powinna być obca audiofilom. Choć firma rozpoczęła swoją działalność nie tak dawno temu (pierwszy produkt pojawił się w 2012 roku), jej produkty dość szybko zdobyły uznanie na całym świecie. W Polsce na szczęście nie musieliśmy długo czekać na pojawienie się Lumina na rynku - dystrybutor szybko zorientował się w potencjale tego urządzenia i sprowadził go do naszego kraju. Dla kronikarskiego porządku trzeba wspomnieć, że początki Lumina były nieco kontrowersyjne, ponieważ streamer bardzo przypominał z zewnątrz inny produkt tej kategorii, produkowany przez szkocką firmę Linn. Szybko się okazało, że pomimo pewnych podobieństw zewnętrznych, Lumin jest zupełnie innym urządzeniem pod względem brzmienia i oferowanych możliwości. Od samego początku potrafił odtwarzać pliki DSD oraz grać z podłączonych bezpośrednio do niego dysków czy pamięci USB, a te możliwości nie były dostępne u konkurencji.

Temperatury dochodzące do trzydziestu stopni, ludzie wylegujący się w parkach i reklamy piwa z lemoniadą w telewizji - wszystko świadczy o tym, że nadeszły wakacje. Dla większości mocno zapracowanych ludzi będzie to długo wyczekiwany czas odpoczynku. Można pojechać nad morze lub w góry, spędzić ten czas z rodziną lub znajomymi, a nawet przesiedzieć spokojnie w domu, nadrabiając zaległości z płytami, filmami i książkami. Dla melomanów dłuższe wyjazdy wiążą się bowiem z koniecznością słuchania kiczowatej muzyki serwowanej przez innych urlopowiczów, a jedyną rozsądną alternatywą są własne słuchawki podłączone do smartfona. W dzisiejszych czasach nie jest to taka zła opcja, ale w porównaniu do hi-endowego sprzętu domowego - wciąż dla wielu niewystarczająca. Czy brzmienie najwyższej jakości można zabrać ze sobą praktycznie wszędzie? Twórcy sprzętu Astell&Kern twierdzą, że tak, a to za sprawą przenośnych odtwarzaczy dla wyczynowców. Koreańska marka ostatnio idzie praktycznie na całość. W tym roku zaprezentowała domową wieżę opartą na streamerze AK500N za pięćdziesiąt tysięcy złotych, niedawno do testu dostarczono nam kieszonkowy player AK120 II kosztujący nieco ponad siedem tysięcy, a teraz stanęło przede mną zadanie sprawdzenia możliwości wyższego modelu AK240 wycenionego na jedenaście tysięcy złotych.

Zanim zabiorę się za danie główne, słówko wyjaśnienia. Pewnego dnia zadzwonił do mnie Tomek, z prośbą zawodową. Wiele osób się może zdziwić, no bo jak to tak, dziennikarze konkurują przecież, prześcigają się w premierach nowości, pod względem statystyk i tak dalej. I nagle wydzwaniają do siebie z prośbami? A i owszem. Tak się składa, że nasze zawodowe i jednocześnie rodzime poletko jest dość małe. Ludzie się znają, w większości przypadków żyją ze sobą w zgodzie, wymieniają spostrzeżenia, a nawet współpracują od czasu do czasu. No bo dlaczego nie? Skoro to tak wąskie środowisko, nie ma sensu czynić go toksycznym, bo byśmy się wszyscy szybko podusili. Przynajmniej ja wychodzę z takiego założenia. Tym bardziej, że w ciągu roku okazji, w których na siebie co chwilę wpadamy nie brakuje, a wystawy takie jak High End czy Audio Show to wierzchołek góry lodowej. Dlatego telefon od Tomka odebrałem, a on szybko przeszedł do rzeczy. Jest sprzęt, którego jemu nie wypada testować, bo stoi na nim jak wół, że redakcja StereoLife maczała w nim palce i uszy. Przytaknąłem.

Melomani stojący przed wyborem sprzętu grającego bardzo często wpadają w pułapkę polegającą na nakładaniu sobie sztucznych ograniczeń. Ni z tego, ni z owego, podejmują na przykład decyzję, że ich nowe kolumny muszą być trójdrożne, a wzmacniacz powinien mieć przynajmniej sto watów na kanał. W całym tym szaleństwie coraz częściej słychać głosy rozsądnych ludzi, którzy powtarzają starą, ale wcale nie wyświechtaną prawdę - najpierw słuchajmy, a potem oceniajmy. Nawet pracownicy sklepów ze sprzętem audio zachęcają do tego swoich klientów i pytają przede wszystkim o ich potrzeby, a nie o urządzenia, jakie wstępnie wybrali sobie do sprawdzenia. Polacy są podobno wielkimi miłośnikami kolumn podłogowych, a to bardzo ciekawe, bo biorąc pod uwagę skromne z reguły warunki lokalowe i generalne preferencje brzmieniowe zbliżone do brytyjskich, powinniśmy być raczej zwolennikami audiofilskich monitorów. Sam zawsze miałem do nich słabość. Nawet z ekonomicznego punktu widzenia kalkulacja wydaje się być prosta - wybierając zestawy w mniejszych obudowach, prawdopodobnie dostaniemy lepsze głośniki, a zatem więcej środków przeznaczymy na rzeczywistą jakość brzmienia, a nie na niepotrzebne, puste w środku meble.

OPPO to firma, która w świecie sprzętu audio-video zyskała rozgłos dzięki porządnie wykonanym i na dodatek przyzwoicie wycenionym odtwarzaczom Blu-ray. Jakiś czas temu najwidoczniej rynek video przestał mocodawcom wystarczać, ponieważ dokonali szturmu na niwie słuchawkowej, wprowadzając zestaw wzmacniacza słuchawkowego HA-1 ze słuchawkami PM-1. Dlaczego piszę o szturmie? Ponieważ zadanie tego duetu nie polegało na wybadaniu rynku i sprawdzeniu, czy warto weń wejść. Producenci chcący zagrać w ten sposób, przeważnie proponują modele ze średniej półki, stopniowo wzbogacając asortyment zarówno w górę, jak i w dół. Tutaj było inaczej - łup, od razu najwyższa półka. Ktoś jednak w firmie miał głowę na karku i dobrze wiedział co robi, ponieważ tandem HA-1 i PM-1 nie dość, że zebrał bardzo dobre recenzje, to na dodatek jest chwalony także przez użytkowników, a jak wiadomo czasem to nie idzie w parze...

Jeszcze dziesięć lat temu przenośne odtwarzacze były traktowane raczej jako sprzęt dla nastolatków, ewentualnie sposób na zabranie muzyki ze sobą na wakacje lub w dłuższą podróż pociągiem. Plastikowe empetrójki nie cieszyły się wielką popularnością wśród audiofilów, którzy normalnie, w domowym zaciszu wolą słuchać muzyki z płyt kompaktowych lub winylowych, na swojej hi-endowej aparaturze stereo. Czasy jednak bardzo się zmieniły, o czym świadczą chociażby takie cuda, jak odtwarzacze marki Astell&Kern. Ich producentem jest koreańska firma Iriver, której szefowie w pewnym momencie podjęli decyzję, aby pójść na całość i stworzyć niezwykle zaawansowane playery wyposażone w audiofilskie kości, do tego zapakowane w finezyjne, luksusowe obudowy.

Rynek audiofilskich urządzeń od kilku lat sukcesywnie zmierza w kierunku hi-endu. Firmy, które jeszcze kilkanaście lat temu słynęły z produkcji dobrych i niedrogich wzmacniaczy, zdążyły już kilka razy podnieść poprzeczkę. Wiele garażowych niegdyś manufaktur, teraz kieruje swoje produkty do zamożnych melomanów, którzy chcą w swoim luksusowym domu lub apartamencie postawić coś eleganckiego i drogiego. Niektórzy mówią, że to naturalne, ale trudno też pozbyć się wrażenia, że niektórym firmom zupełnie przestało zależeć na ludziach, dzięki którym zaszły tak daleko. Wielu z nich również poczyniło w życiu pewne postępy, przez co nie przeszkadza im, że wzmacniacze danej marki podrożały w tym czasie kilkukrotnie, jednak melomanów szukających wysokiej jakości dźwięku wciąż przybywa. Tu dochodzimy do bohatera naszego testu. Jolida została założona w 1983 roku w stanie Maryland w USA, kiedy to zaprojektowała serię dużych transformatorów przemysłowych. Pierwsze wzmacniacze wypuszczono na rynek w 1995 roku. Inżynierowie postawili sobie trzy główne cele - po pierwsze jakość brzmienia, po drugie przystępna cena, po trzecie niezawodność.
premiumsound