
Temperatury dochodzące do trzydziestu stopni, ludzie wylegujący się w parkach i reklamy piwa z lemoniadą w telewizji - wszystko świadczy o tym, że nadeszły wakacje. Dla większości mocno zapracowanych ludzi będzie to długo wyczekiwany czas odpoczynku. Można pojechać nad morze lub w góry, spędzić ten czas z rodziną lub znajomymi, a nawet przesiedzieć spokojnie w domu, nadrabiając zaległości z płytami, filmami i książkami. Dla melomanów dłuższe wyjazdy wiążą się bowiem z koniecznością słuchania kiczowatej muzyki serwowanej przez innych urlopowiczów, a jedyną rozsądną alternatywą są własne słuchawki podłączone do smartfona. W dzisiejszych czasach nie jest to taka zła opcja, ale w porównaniu do hi-endowego sprzętu domowego - wciąż dla wielu niewystarczająca. Czy brzmienie najwyższej jakości można zabrać ze sobą praktycznie wszędzie? Twórcy sprzętu Astell&Kern twierdzą, że tak, a to za sprawą przenośnych odtwarzaczy dla wyczynowców. Koreańska marka ostatnio idzie praktycznie na całość. W tym roku zaprezentowała domową wieżę opartą na streamerze AK500N za pięćdziesiąt tysięcy złotych, niedawno do testu dostarczono nam kieszonkowy player AK120 II kosztujący nieco ponad siedem tysięcy, a teraz stanęło przede mną zadanie sprawdzenia możliwości wyższego modelu AK240 wycenionego na jedenaście tysięcy złotych.

Zanim zabiorę się za danie główne, słówko wyjaśnienia. Pewnego dnia zadzwonił do mnie Tomek, z prośbą zawodową. Wiele osób się może zdziwić, no bo jak to tak, dziennikarze konkurują przecież, prześcigają się w premierach nowości, pod względem statystyk i tak dalej. I nagle wydzwaniają do siebie z prośbami? A i owszem. Tak się składa, że nasze zawodowe i jednocześnie rodzime poletko jest dość małe. Ludzie się znają, w większości przypadków żyją ze sobą w zgodzie, wymieniają spostrzeżenia, a nawet współpracują od czasu do czasu. No bo dlaczego nie? Skoro to tak wąskie środowisko, nie ma sensu czynić go toksycznym, bo byśmy się wszyscy szybko podusili. Przynajmniej ja wychodzę z takiego założenia. Tym bardziej, że w ciągu roku okazji, w których na siebie co chwilę wpadamy nie brakuje, a wystawy takie jak High End czy Audio Show to wierzchołek góry lodowej. Dlatego telefon od Tomka odebrałem, a on szybko przeszedł do rzeczy. Jest sprzęt, którego jemu nie wypada testować, bo stoi na nim jak wół, że redakcja StereoLife maczała w nim palce i uszy. Przytaknąłem.

Melomani stojący przed wyborem sprzętu grającego bardzo często wpadają w pułapkę polegającą na nakładaniu sobie sztucznych ograniczeń. Ni z tego, ni z owego, podejmują na przykład decyzję, że ich nowe kolumny muszą być trójdrożne, a wzmacniacz powinien mieć przynajmniej sto watów na kanał. W całym tym szaleństwie coraz częściej słychać głosy rozsądnych ludzi, którzy powtarzają starą, ale wcale nie wyświechtaną prawdę - najpierw słuchajmy, a potem oceniajmy. Nawet pracownicy sklepów ze sprzętem audio zachęcają do tego swoich klientów i pytają przede wszystkim o ich potrzeby, a nie o urządzenia, jakie wstępnie wybrali sobie do sprawdzenia. Polacy są podobno wielkimi miłośnikami kolumn podłogowych, a to bardzo ciekawe, bo biorąc pod uwagę skromne z reguły warunki lokalowe i generalne preferencje brzmieniowe zbliżone do brytyjskich, powinniśmy być raczej zwolennikami audiofilskich monitorów. Sam zawsze miałem do nich słabość. Nawet z ekonomicznego punktu widzenia kalkulacja wydaje się być prosta - wybierając zestawy w mniejszych obudowach, prawdopodobnie dostaniemy lepsze głośniki, a zatem więcej środków przeznaczymy na rzeczywistą jakość brzmienia, a nie na niepotrzebne, puste w środku meble.

OPPO to firma, która w świecie sprzętu audio-video zyskała rozgłos dzięki porządnie wykonanym i na dodatek przyzwoicie wycenionym odtwarzaczom Blu-ray. Jakiś czas temu najwidoczniej rynek video przestał mocodawcom wystarczać, ponieważ dokonali szturmu na niwie słuchawkowej, wprowadzając zestaw wzmacniacza słuchawkowego HA-1 ze słuchawkami PM-1. Dlaczego piszę o szturmie? Ponieważ zadanie tego duetu nie polegało na wybadaniu rynku i sprawdzeniu, czy warto weń wejść. Producenci chcący zagrać w ten sposób, przeważnie proponują modele ze średniej półki, stopniowo wzbogacając asortyment zarówno w górę, jak i w dół. Tutaj było inaczej - łup, od razu najwyższa półka. Ktoś jednak w firmie miał głowę na karku i dobrze wiedział co robi, ponieważ tandem HA-1 i PM-1 nie dość, że zebrał bardzo dobre recenzje, to na dodatek jest chwalony także przez użytkowników, a jak wiadomo czasem to nie idzie w parze...

Jeszcze dziesięć lat temu przenośne odtwarzacze były traktowane raczej jako sprzęt dla nastolatków, ewentualnie sposób na zabranie muzyki ze sobą na wakacje lub w dłuższą podróż pociągiem. Plastikowe empetrójki nie cieszyły się wielką popularnością wśród audiofilów, którzy normalnie, w domowym zaciszu wolą słuchać muzyki z płyt kompaktowych lub winylowych, na swojej hi-endowej aparaturze stereo. Czasy jednak bardzo się zmieniły, o czym świadczą chociażby takie cuda, jak odtwarzacze marki Astell&Kern. Ich producentem jest koreańska firma Iriver, której szefowie w pewnym momencie podjęli decyzję, aby pójść na całość i stworzyć niezwykle zaawansowane playery wyposażone w audiofilskie kości, do tego zapakowane w finezyjne, luksusowe obudowy.

Rynek audiofilskich urządzeń od kilku lat sukcesywnie zmierza w kierunku hi-endu. Firmy, które jeszcze kilkanaście lat temu słynęły z produkcji dobrych i niedrogich wzmacniaczy, zdążyły już kilka razy podnieść poprzeczkę. Wiele garażowych niegdyś manufaktur, teraz kieruje swoje produkty do zamożnych melomanów, którzy chcą w swoim luksusowym domu lub apartamencie postawić coś eleganckiego i drogiego. Niektórzy mówią, że to naturalne, ale trudno też pozbyć się wrażenia, że niektórym firmom zupełnie przestało zależeć na ludziach, dzięki którym zaszły tak daleko. Wielu z nich również poczyniło w życiu pewne postępy, przez co nie przeszkadza im, że wzmacniacze danej marki podrożały w tym czasie kilkukrotnie, jednak melomanów szukających wysokiej jakości dźwięku wciąż przybywa. Tu dochodzimy do bohatera naszego testu. Jolida została założona w 1983 roku w stanie Maryland w USA, kiedy to zaprojektowała serię dużych transformatorów przemysłowych. Pierwsze wzmacniacze wypuszczono na rynek w 1995 roku. Inżynierowie postawili sobie trzy główne cele - po pierwsze jakość brzmienia, po drugie przystępna cena, po trzecie niezawodność.

Wydawałoby się, że producenci subwooferów nie mają łatwego życia w czasach odwrotu melomanów od kina domowego i systematycznego wzrostu zainteresowania klasycznymi systemami stereo. A jednak aktywne głośniki basowe na tyle mocno zakorzeniły się w świadomości odbiorców, że wciąż kuszą wielu z nich i tylko delikatnie dostosowują się do nowych warunków. Na pewno spora w tym zasługa małych, dizajnerskich kolumn, które takiego basowego wspomagania potrzebują, a także wszelkiego rodzaju systemów multiroom, soundbarów i głośników bezprzewodowych, które fajnie wyglądają zawieszone na ścianie, ale często kuleją właśnie w sferze przetwarzania niskich częstotliwości. Wyspecjalizowani producenci wyposażają swoje subwoofery w układy korekcji akustyki pomieszczenia, montują w nich najróżniejsze regulacje, a nawet stosują płytkie głośniki i obudowy, aby subwoofer również mógł wylądować na ścianie pod telewizorem.

Czy współczesna motoryzacja mogłaby zachwycać bez tak znanych marek, jak Ferrari czy Porsche? Z pewnością nie. Podobne wnioski można wyciągnąć patrząc na świat luksusowych zegarków, mody czy sportu. W epoce zalewania rynku przez tanie podróbki, to właśnie te największe, najbardziej rozpoznawalne marki jeszcze bardziej rosną w siłę i zyskują w oczach klientów. Większość z nich nie tylko potwierdza swoją wysoką pozycję, ale też kształtuje generalny wizerunek produktów, którymi się zajmują. Nie twierdzę, że w dzisiejszych czasach logo odgrywa największe znaczenie, ale z pewnością zobowiązuje producentów do utrzymywania pewnych standardów, do których klienci na przestrzeni lat się przyzwyczaili. Focal jest jednym z największych i najlepiej rozpoznawalnych producentów zestawów głośnikowych i powiązanych z nimi akcesoriów. Ostatnio firma dość mocno penetrowała segment dizajnerskich głośników, stacji dokujących, słuchawek i zestawów bezprzewodowych. Francuzi wciąż znani są głównie z produkcji audiofilskich kolumn - dopracowanych, pięknych i budowanych w całości pod jednym dachem, dla zapewnienia jak najwyższej jakości.

Ostatnio obserwuję w sieci stopniowy wzrost zainteresowania produktami rodzimych marek. Polscy audiofile są już przyzwyczajeni do tego, że kupno naszych kabli, kondycjonerów, stolików czy kolumn to zwykle bardzo dobry biznes, żeby nie powiedzieć - okazja. Melomani pamiętający czasy świetności polskiego przemysłu audio wciąż pytają jednak, co się stało z markami, które niegdyś rządziły w tym segmencie. Można się śmiać, że to jakiś niezdrowy patriotyzm, ale zastanówmy się, czy tak wyraźna tęsknota za polskim hi-fi nie wynika po prostu z tego, że sprzęt produkowany kilkadziesiąt lat temu był generalnie dobry, porządny i długowieczny? Bo ja znam przynajmniej kilkanaście osób, które od wielu lat grają sobie na wieży Diory z kolumnami Tonsila lub Radmora, i tylko w temacie streamera lub przetwornika musiały zwrócić się do zachodnich imperialistów. Dziś na rynek wraca jedna z takich marek - Unitra. Ale na szczęście nie poprzez odgrzebanie schematów starych wzmacniaczy i ponowne wdrożenie ich do produkcji. Z oryginału zachowano głównie nazwę i logo, a przede wszystkim - ideę.

Nie jest żadną tajemnicą, że polski rynek audio tworzą głównie importerzy zagranicznego sprzętu, a także - w znacznie mniejszym stopniu - wyspecjalizowane, rodzime manufaktury. Większość z nich zajmuje się jednak urządzeniami typowo audiofilskimi i nie ma ani możliwości, ani nawet specjalnych chęci wychodzić poza małoseryjną produkcję i rywalizować z mainstreamowymi markami. Firmy te operują zwykle w niszach, które stosunkowo łatwo sobie zagospodarowały, oferując klientom wysoką jakość w rozsądnych cenach. Niektóre firmy zaczęły penetrować segment hi-endowy, co ucieszyło wielu polskich audiofilów. Pojawiły się głosy, że teraz nasz kraj nie będzie się kojarzył wyłącznie z tanimi kolumnami z paździerza, ale też produktami takich firm, jak Equilibrium, Zeta Zero, Abyssound, Enerr, Albedo, Zontek czy Amare Musica. Poprzeczka cenowa została więc podniesiona, ale ilościowa - wciąż nie za bardzo. A przecież kiedyś w naszym kraju produkowano sprzęt - w dobrym znaczeniu tego słowa - masowy. Diora, Radmor, Unitra, Tonsil...
wulkan