
Ostatnio obserwuję w sieci stopniowy wzrost zainteresowania produktami rodzimych marek. Polscy audiofile są już przyzwyczajeni do tego, że kupno naszych kabli, kondycjonerów, stolików czy kolumn to zwykle bardzo dobry biznes, żeby nie powiedzieć - okazja. Melomani pamiętający czasy świetności polskiego przemysłu audio wciąż pytają jednak, co się stało z markami, które niegdyś rządziły w tym segmencie. Można się śmiać, że to jakiś niezdrowy patriotyzm, ale zastanówmy się, czy tak wyraźna tęsknota za polskim hi-fi nie wynika po prostu z tego, że sprzęt produkowany kilkadziesiąt lat temu był generalnie dobry, porządny i długowieczny? Bo ja znam przynajmniej kilkanaście osób, które od wielu lat grają sobie na wieży Diory z kolumnami Tonsila lub Radmora, i tylko w temacie streamera lub przetwornika musiały zwrócić się do zachodnich imperialistów. Dziś na rynek wraca jedna z takich marek - Unitra. Ale na szczęście nie poprzez odgrzebanie schematów starych wzmacniaczy i ponowne wdrożenie ich do produkcji. Z oryginału zachowano głównie nazwę i logo, a przede wszystkim - ideę.

Nie jest żadną tajemnicą, że polski rynek audio tworzą głównie importerzy zagranicznego sprzętu, a także - w znacznie mniejszym stopniu - wyspecjalizowane, rodzime manufaktury. Większość z nich zajmuje się jednak urządzeniami typowo audiofilskimi i nie ma ani możliwości, ani nawet specjalnych chęci wychodzić poza małoseryjną produkcję i rywalizować z mainstreamowymi markami. Firmy te operują zwykle w niszach, które stosunkowo łatwo sobie zagospodarowały, oferując klientom wysoką jakość w rozsądnych cenach. Niektóre firmy zaczęły penetrować segment hi-endowy, co ucieszyło wielu polskich audiofilów. Pojawiły się głosy, że teraz nasz kraj nie będzie się kojarzył wyłącznie z tanimi kolumnami z paździerza, ale też produktami takich firm, jak Equilibrium, Zeta Zero, Abyssound, Enerr, Albedo, Zontek czy Amare Musica. Poprzeczka cenowa została więc podniesiona, ale ilościowa - wciąż nie za bardzo. A przecież kiedyś w naszym kraju produkowano sprzęt - w dobrym znaczeniu tego słowa - masowy. Diora, Radmor, Unitra, Tonsil...

Chyba większość recenzentów sprzętu audio złapało się na tym, że najtrudniej pisze się o urządzeniach, których prywatnie używamy lub przynajmniej słuchamy już od dłuższego czasu. W takiej sytuacji teoretycznie znamy wady i zalety opisywanego sprzętu nawet lepiej, niż po kilku dniach wygrzewania i słuchania, a jednak trudniej jest usiąść i sporządzić jakieś sensowne notatki, a co dopiero spojrzeć na testowane urządzenie świeżym okiem. Jak mawiają w sieci - co zostało zobaczone, nie może zostać odzobaczone. Można tylko postawić sprawę jasno - opisujemy urządzenie, którego używamy od jakiegoś czasu i do którego siłą rzeczy trochę się przyzwyczailiśmy. Tym razem sytuacja jest jeszcze bardziej zagmatwana - stanęło przede mną zadanie napisania recenzji systemu, którego sam nie posiadam (marzenie...), ale miałem okazję słuchać go tyle razy, że aż trudno będzie mi wymienić wszystkie kolumny, kable i źródła, które na przestrzeni kilku miesięcy były do tego zestawu podłączane. Mowa o flagowej elektronice T+A z serii High Voltage w najbardziej rozbudowanym, sześcioelementowym wydaniu.

Dzisiejszy test będzie trochę nietypowy. Postanowiłem bowiem przeprowadzić go w warunkach polowych - takich, w jakich opisywany produkt będzie użytkowany. Większość opisywanych przez nas urządzeń przeznaczonych jest do użytku domowego, więc sprawa jest stosunkowo prosta, nawet w przypadku słuchawek. Tym razem jednak do naszej redakcji trafiły topowe nauszniki firmy Creative wyposażone w łączność bezprzewodową i system aktywnej redukcji hałasu. To wysokiej klasy słuchawki, na które zwrócą uwagę ludzie słuchający muzyki ze smartfonów i tabletów, do tego najczęściej w podróży lub na spacerze. Aurvany Platinum teoretycznie wydają się być idealne do pociągu, tramwaju, autobusu lub samolotu. Ja wybrałem pierwszą opcję, więc zamieniam się w Bogusława Wołoszańskiego i rozpoczynam relację z frontu.

Astell&Kern to firma, do której doskonale pasuje powiedzenie "kto gra grubo, wygrać musi". Marka utworzona przez Irivera - producenta przenośnych odtwarzaczy i akcesoriów audio - od początku miała być kojarzona ze sprzętem luksusowym. Udało się to osiągnąć w bardzo krótkim czasie, co jednak nie powinno nikogo dziwić zważywszy na kierunek, jaki obrano i konsekwencję, z jaką realizowana jest pierwotna wizja. Astell&Kern wprowadził do świadomości audiofilów hi-endowe odtwarzacze przenośne, po czym jeszcze przesunął granice tego hi-endu z kilku do kilkunastu tysięcy złotych. Pomysł kupna osobistego playerka w cenie naprawdę dobrej integry mógł się niektórym wydawać idiotyczny, ale chwycił. I to jak! Hejterzy oczywiście będą twierdzić, że takie urządzenia nie różnią się niczym szczególnym od odtwarzaczy za 600-800 zł, ale posiadacze playerów Astell&Kern wiedzą swoje i mają ich opinie w głębokim poważaniu. Skoro można wydać kilkadziesiąt tysięcy na piękny, automatyczny zegarek i nikomu to nie przeszkadza, to cóż może być złego w posiadaniu audiofilskiego odtwarzacza i adekwatnej jakości słuchawek? Po wprowadzeniu modelu AK240 wydawało się, że w najbliższej przyszłości firma już niczym szczególnym nas nie zaskoczy, a tu znowu - bach! We wszystkich mediach pojawiła się informacja o planowanej premierze serwera muzycznego AK500N - pierwszego stacjonarnego urządzenia Astell&Kern, z marszu okrzykniętego potencjalnie najlepszym streamerem na świecie.

[English version] PS Audio to amerykańska firma specjalizująca się głównie w produkcji kondycjonerów i akcesoriów sieciowych, w dodatku tych z wysokiej półki. Szczególnie dobrą sławą cieszą się jej hi-endowe regeneratory prądu, które zamieniają energię z gniazdka na prąd stały, a następnie odbudowują z niego idealną sinusoidę, a więc tworzą idealny prąd do zasilania najlepszych urządzeń audio wyjątkowo czułych na jakość zasilania, jak na przykład źródła analogowe i cyfrowe czy przedwzmacniacze. Kilka lat temu w katalogu pojawiła się nowa zakładka, a w niej standardowe komponenty audio takie, jak przetworniki cyfrowo-analogowe i przedwzmacniacze gramofonowe. Tutaj amerykanie postawili na nowoczesność, funkcjonalność i wysoką jakość brzmienia, dzięki czemu w stosunkowo krótkim czasie linia ta rozrosła się do pięciu klocków i dwóch kart rozszerzeń. Jakiś czas temu fora internetowe obiegła informacja o planowanym wprowadzeniu do sprzedaży wzmacniacza zintegrowanego wyposażonego w pełnoprawny DAC, phono stage dla wkładek MM, wyjście słuchawkowe i łączność Bluetooth, a to wszystko w eleganckiej, nowoczesnej formie i wyjątkowo atrakcyjnej cenie.

Ten test będzie trochę nietypowy. Mam bowiem opisać urządzenie, które stanowi od pewnego czasu część mojego referencyjnego systemu odsłuchowego. Z jednej strony powinno pójść szybko, bo w sumie bardzo dobrze je znam. Z drugiej jednak trudno czasem opisać cechy elementu układanki brzmieniowej, do którego się przyzwyczailiśmy i w zasadzie przestaliśmy go zauważać. Dlatego też miałem wiele różnych koncepcji wzięcia się za ten temat, a niniejszy tekst jest chyba piątym podejściem do opisu. Ale dość marudzenia - czas zapoznać się z bohaterem recenzji - przedwzmacniaczem gramofonowym iFi Audio iPhono Micro. Myślę, że nie muszę już nikogo zapoznawać z samą firmą. Jej produkty goszczą na łamach StereoLife i innych pism branżowych dość regularnie i zdążyły już nieźle namieszać na rynku audio. Nie inaczej jest z iPhono Micro. Kiedy pojawił się na rynku, był chyba najtańszym przedwzmacniaczem gramofonowym pozwalającym na zaawansowaną konfigurację, i z tego co się orientuję, do dziś nie uległo to zmianie.

Zasiadając do napisania tego testu chciałem odnieść się do powszechnego trendu, który widać na rynku od lat, czyli wyprowadzania produkcji sprzętu audio do krajów, gdzie siła robocza jest wyjątkowo tania. Myślę tu oczywiście o Chinach, gdzie znajdują się bodajże największe fabryki elektroniki użytkowej na świecie. Takie posunięcia były i wciąż są tłumaczone przez konieczność cięcia kosztów spowodowaną trudną sytuacją na rynku konsumenckim. Tak długo słyszymy już takie uzasadnienie tych działań, że wszyscy przyjęliśmy je jako pewnik. Przecież to jasne - jest trudno, musimy się utrzymać na powierzchni, więc próbujemy ograniczyć koszty własne. Myśląc o tym zaświtała mi jednak w głowie pewna przewrotna, iście szatańska myśl - czy na pewno to kryzys jest winny? Wyobraźmy sobie taką sytuację - rynek jest chłonny, sprzęt się sprzedaje jak świeże bułeczki, wszyscy produkują sprzęt w swoich macierzystych fabrykach i płacą sporo swoim pracownikom. Ale jest możliwość zwiększenia zysków poprzez przeniesienie produkcji do Państwa Środka. Kto nie zaryzykuje nawet nieznacznego pogorszenia jakości (co czasem ma miejsce) swoich produktów w imię wyższych zysków? Jak w takim razie zrozumieć postawę takich firm, jak producent urządzenia będącego bohaterem tego tekstu, która nie dość, że od 35 lat produkuje w Kanadzie, to na dodatek daje 20 lat gwarancji na wszystkie swoje urządzenia analogowe i 5 lat na cyfrowe?

Rynek audiofilskich urządzeń w naszym kraju jest trochę dziwny, ale przez to także interesujący. Oprócz standardowych trendów widocznych na całym świecie, zauważalne są u nas dość mocne odchyłki lokalne, związane zarówno z działalnością polskich producentów, jak i importerów. Z jednej strony funkcjonują u nas firmy, które w innych krajach niekoniecznie uważane są za najlepsze i wyznaczające poziom odniesienia. Z drugiej natomiast mocne, legendarne wręcz marki nie zawsze się w Polsce przyjmują. Niektórzy mówią, że polscy audiofile mają specyficzny gust i wymagania, którym nie sposób jest sprostać. Żądają wysokiej jakości w jak najniższej cenie. Dążenie ku lepszemu jest jednak istotą i esencją tej całej zabawy, więc trudno kogokolwiek za to winić. Natomiast co do cen, sytuacja chyba powoli się zmienia. Coraz częściej jesteśmy gotowi zapłacić za jakość, jeśli rzeczywiście jest wysoka. Dostrzegła to firma Voice, za sprawą której "wróciły" do nas trzy znane marki - Audiovector, Cabasse i Chord. Cudzysłów nie jest przypadkowy ponieważ każda z tych firm była wcześniej obecna w naszym kraju, ale pamiętają o tym nieliczni. Chorda znają chyba tylko ci, którzy kilkanaście lat temu konsumowali magazyny o tematyce audio i z wypiekami na twarzy czytali recenzje srebrno-złotych wzmacniaczy, których ceny przyprawiały o zawrót głowy. Największa popularność kolumn Cabasse'a również przypada na okres, w którym po transformacji ustrojowej wszyscy zapragnęli mieć w domu prawdziwy sprzęt stereo, bo atak plastikowych zestawów kina domowego miał nadejść dopiero za kilka lat. Jeśli natomiast chodzi o Audiovectora, sam nie mam zielonego pojęcia, co tak naprawdę działo się z tą marką w naszym kraju.

Skandynawowie coraz mocniej zaznaczają swoją obecność w świecie wysokiej klasy sprzętu audio. O ile w produkcji zestawów głośnikowych prym wiedzie Dania, a od jakiegoś czasu także Finlandia, o tyle Szwedzi i Norwegowie skupili się najwyraźniej na elektronice i akcesoriach. Wszystko zależy oczywiście od tego, jak obecność konkretnych marek wpływa na rynek w danym kraju, ale u nas sprawa jest prosta - Primare, Hegel i Electrocompaniet to trzy marki najlepiej kojarzone z audiofilskim sprzętem z mroźnej północy. Pozostali gracze, jak chociażby Copland, Bladelius, Densen czy Gryphon, tak dużych wpływów nad Wisłą już nie mają. Co więcej, producenci, którym najwyraźniej od wielu lat dobrze się powodzi, są jednocześnie tymi, którzy najszybciej dokonują ważnych postępów technicznych. Electrocompaniet w pewnym momencie postawił na odtwarzacze wieloformatowe, Hegel wybrał świat przetworników, które montuje także w swoich integrach, natomiast Szwedzi z Primare poszli w kierunku streamingu, jednocześnie kończąc prace nad własną technologią wzmacniaczy pracujących w klasie D. No bo któż inny miałby chętniej penetrować ten temat, jeśli nie oni?
Pawel1965