
Pisanie wstępu do testu sprzętu JBL-a jest jak rozmowa przy wigilijnym stole - co roku mamy do czynienia z tymi samymi frazesami. Bo jaki jest JBL, każdy widzi. I gdyby spytać osoby nie interesujące się muzyką o tę markę, z pewnością będą ją kojarzyć chociażby dlatego, że okoliczne dzieciaki zakłócają ciszę takim małym czarnym pudełkiem z pomarańczową naklejką, jakieś hiphopy na tym puszczają i nie dadzą człowiekowi w spokoju i ciszy posiedzieć. Szczęście mają ci, którzy trafią na młodzież z Flipem albo Chargem. Gorzej, gdy trafi się Boombox. Wtedy muzyki słucha już pół osiedla. Osoby jako tako wtajemniczone do głośników mobilnych dorzucą pewnie jeszcze inne rozwiązanie - również mobilne - czyli słuchawki, zarówno nauszne, do codziennego użytkowania, jak i dokanałówki, które powinny sprawdzić się podczas biegania. I na tym w zasadzie kończy się wiedza przeciętnego Kowalskiego o tej marce. A gdy pokopie się choć chwilę, okaże się, że JBL jest odpowiedzialny za wiele instalacji koncertowych i kinowych, nagłośnienie w obiektach użyteczności publicznej, a do tego współpracuje z renomowanymi producentami samochodów, dostarczając im sprzęt car audio. Amerykanie regularnie biorą na celownik klientów zainteresowanych sprzętem klasy premium, oferując im na przykład hi-endowe kolumny albo duże, luksusowe systemy all-in-one. Jedna z ich najnowszych propozycji łączy sobie wszystko, co kochamy - styl retro, konstrukcję rodem z profesjonalnych monitorów, kompaktowe rozmiary i funkcjonalność nowoczesnych głośników sieciowych. Przed nami 4305P.

Czasami zastanawiam się, jaką minę musi mieć Peter Lyngdorf, kiedy w audiofilskiej prasie czyta o tym, jak nowoczesne i przełomowe są wzmacniacze NuPrime'a, systemy all-in-one Devialeta oraz nowe komponenty takich marek jak NAD, Marantz, Gato Audio czy Primare. Jeżeli bowiem ktoś uważa, że jest to nowa technologia, prawdopodobnie nie słyszał o zaprojektowanym przez rzeczonego pana modelu TacT Millenium, wprowadzonym na rynek w 1998 roku. Oczywiście dziś niemal każda manufaktura, która zdecydowała się wejść w ten świat, stara się znaleźć własną drogę, zrobić to po swojemu i przekonać klientów, że warto się takim piecykiem zainteresować, ale szlak został przetarty właśnie przez hi-endowego "cyborga" z Danii. Wysoka cena sprawiła, że dla większości melomanów Millenium pozostał w sferze marzeń, jednak od tamtego czasu Lyngdorf poczynił postępy, aby udostępnić swoje patenty większej liczbie klientów. Flagowa integra TDAI-3400 kosztuje dziś 25600 zł - sporo, ale jeśli uwzględnimy inflację, dojdziemy do wniosku, że i tak nie jest to taka stratosfera jak cena Millenium, który kilkanaście lat temu kosztował 56990 zł. Drugim wzmacniaczem, a właściwie systemem all-in-one w katalogu Lyngdorfa jest wyceniony na 9979 zł TDAI-1120. Istnieje jednak jeszcze inna opcja, aby w swoim zestawie stereo wykorzystać amplifikację PWM stworzoną przez ojca tej technologii - końcówka mocy SDA-2400.

Bowers & Wilkins od dawna przekonuje audiofilów, że jedyną drogą prowadzącą do całkowitego zadowolenia z dźwięku jest stuprocentowa wierność wobec oryginału. Prowadzi to do oczywistego wniosku, że nasz domowy system stereo powinien być przedłużeniem łańcucha, którego pierwszym elementem jest mikrofon, a więcej zyskać (na końcu) oznacza mniej więcej tyle, co mniej stracić (na końcu). Na logikę trudno z tym dyskutować. I choć uważam, że porównywanie domowej elektroniki ze sprzętem studyjnym jest trochę bez sensu, doceniam każdego producenta, który postanowił sprawdzić powiązania między tymi światami i pozostał wierny tej jakże prostej filozofii. O ile bowiem samą ideę można wytłumaczyć jednym zdaniem, o tyle wdrożenie jej w życie okazuje się skomplikowane. Przenieść dźwięk ze studia nagraniowego do domu? Zaraz, czy aby nie o to walczą niemal wszyscy ludzie zajmujący się tym tematem od 145 lat (dokładnie tyle upłynęło od wynalezienia fonografu)? Tak, ale nikt nie zaprzeczy, że poczyniliśmy na tym polu ogromne postępy i wbrew temu, co mówią malkontenci, wciąż posuwamy się do przodu.

Jeśli uważacie, że miłośnicy wysokiej klasy sprzętu audio to dinozaury, wąsaci malkontenci bojkotujący wszystkie nowe rozwiązania techniczne, wzdychający do wzmacniaczy lampowych, gramofonów i głośników tubowych, z pewnością macie trochę racji. Nie da się bowiem nie zauważyć tego, że taka staromodna elektronika częstokroć prezentuje znacznie wyższy poziom jakościowy - mam tu na myśli zarówno wykonanie, jak i brzmienie - niż ta produkowana obecnie. Mimo to czas potrafi kompletnie zmienić nastawienie nawet najbardziej zatwardziałych tradycjonalistów. Kiedy w sprzedaży pojawiły się pierwsze odtwarzacze płyt kompaktowych, audiofile ich nienawidzili. Mówili, że brzmią sztucznie, płasko i nienaturalnie. Hejt był tak powszechny, że słowo "cyfrowy" używane w odniesieniu do dźwięku ma skrajnie negatywne znaczenie. Podobnie jak "tranzystorowy" - określenie, które upowszechniło się, gdy wzmacniacze półprzewodnikowe zaczęły wypierać konstrukcje lampowe. A dziś? Dziś pasjonaci grającej aparatury zachwycają się tranzystorowymi piecykami, a spora część z nich broni także cedeków, twierdząc, że sa one jedynym godnym uwagi nośnikiem, łączącym wysoką jakość brzmienia z wygodą użytkowania. Audiofile uparcie hejtowali niemal wszystko - systemy wielokanałowe, wzmacniacze impulsowe, pliki, streaming i oczywiście systemy all-in-one. Można odnieść wrażenie, że jeśli coś jest większe, bardziej rozbudowane, droższe i wykorzystuje technologie stare jak świat, będą się do tego modlić, a jeżeli jest bardziej kompaktowe, praktyczne i nowoczesne, rzucą się na to z widłami i pochodniami. Takie są jednak początki, a później przychodzi taki moment, kiedy ci sami ludzie zaczynają pytać, jaki streamer wybrać albo jakim systemem all-in-one mogliby zastąpić swoją wieżę. Obecnie ten trend jest na tyle silny, że duży ruch zapanował nawet w segmencie jednopudełkowców z bardzo wysokiej półki. Jednym z nich jest AVM CS 2.3.

Ludwig van Beethoven urodził się 17 grudnia 1770 roku w Bonn. W jego rodzinie muzyką zajmowały się już dwa pokolenia - dziadek był kapelmistrzem, a ojciec śpiewakiem na dworze elektora w Kolonii. Naturalne było, że młody Ludwig przejawiał talent muzyczny, co jego rodzina postanowiła wykorzystać. Od najmłodszych lat chłopiec uczył się gry na klawikordzie, organach, skrzypcach i altówce. Mając zaledwie siedem lat rozpoczął karierę pianisty, a trzy lata później przestano posyłać go do szkoły, by mógł poświęcić więcej czasu na rozwijanie swojego talentu. Jego rodzina nie była zbyt zamożna, dlatego w wieku 11 lat Ludwig zaczął pracować jako organista, asystując swemu pierwszemu nauczycielowi. Jako 17-latek stał się głową rodziny. Po śmierci matki zdał sobie sprawę z tego, że cierpiący na chorobę alkoholową ojciec nie jest w stanie zająć się jego braćmi. Kluczowym momentem w jego karierze był wyjazd do Wiednia, gdzie podjął naukę u Józefa Haydna, a później także u Johannesa Albrechtsbergera i Antonio Salieriego. Zarabiał na życie komponując i udzielając lekcji gry na fortepianie.

O tym, że globalną sprzedaż elektroniki audio napędzają obecnie słuchawki i głośniki bezprzewodowe, nie trzeba nikogo przekonywać. Oczywiście nie patrzę na sprawę z punktu widzenia audiofila, którego interesują wyłącznie hi-endowe przetworniki, wzmacniacze lampowe i srebrne kable, ale jako w miarę normalny obywatel, który rozumie, że większości ludzi w zupełności wystarczy sprzęt za kilkaset, może kilka tysięcy złotych, ich punktem odniesienia w kwestii dobrego dźwięku jest na przykład system hi-fi w samochodzie, a najczęściej wykorzystywanym źródłem muzyki - smartfon z aplikacją ulubionego serwisu strumieniowego. Co ciekawe, wielu producentów sprzętu z wysokiej półki nad wyraz dobrze poradziło sobie z tym wyzwaniem. Kiedyś dałbym sobie rękę uciąć, że zlekceważą temat albo zauważą go zbyt późno, oddając rynek dalekowschodnim rywalom o egzotycznych nazwach, ale nie - doskonale kojarzone przez audiofilów marki regularnie wypuszczają na rynek bezprzewodowe nauszniki i głośniki. Dodajmy do tego fajne soundbary i luksusowe systemy car audio, a nagle okaże się, że marka Bowers & Wilkins nie jest tak niszowa, jak mogłoby się wydawać (choć w środowisku złotouchych zna ją każdy). W odróżnieniu od hi-endowych kolumn, wymienione produkty mają jednak jedną wadę - aby nie zostać w tyle, trzeba je często aktualizować. Dlatego właśnie Brytyjczycy zaprezentowali niedawno drugą wersję jednego ze swoich największych hitów, słuchawek PX7.

Gdy w jednej z popularnych wyszukiwarek wpisałem hasło "Copland", licząc na to, że za chwilę zostanę przeniesiony na oficjalną witrynę duńskiego producenta audiofilskiego sprzętu, kilka pierwszych linków prowadziło do stron z opisem filmu "Cop Land" z 1997 roku. Nie wątpię, że jest to ciekawa, trzymająca w napięciu opowieść z gwiazdorską obsadą (Sylvester Stallone, Rey Liotta, Robert De Niro), ale Copland, o którego mi chodziło został powołany do życia 13 lat wcześniej, więc chociażby z tego względu algorytm powinien okazać mu nieco więcej szacunku. Manufakturę słynąca z produkcji znakomitych wzmacniaczy założył Ole Møller, który zaczynał swoją karierę w branży audio, pracując dla Ortofona - specjalisty od wkładek gramofonowych i osprzętu dla przemysłu nagraniowego. Ole został przydzielony do rozwoju wzmacniaczy niskoszumowych. Stosunkowo szybko postanowił jednak pójść własną drogą. Copland dał mu możliwość rozwoju własnej pracy w dziedzinie inżynierii dźwięku ze szczególnym poświęceniem się lampom. Møller uznał, że postęp techniczny, jaki dokonał się w ostatnich dziesięcioleciach, stworzył nowe możliwości optymalizacji obwodów. Innymi słowy, o ile same lampy były z grubsza takie same, to całą resztę można było zaprojektować z użyciem komponentów i technologii, o których dawniej projektanci wzmacniaczy lampowych mogli tylko pomarzyć.

Piega to jeden z najsłynniejszych szwajcarskich producentów zestawów głośnikowych. Firma została założona w 1986 roku przez Leo Greinera i Kurta Scheucha. Początkowo była to typowo hobbystyczna, garażowa manufaktura. Kurt skupił się na innowacyjnych przetwornikach i innych kluczowych kwestiach technicznych, natomiast Leo wziął na siebie sprawy związane z wzornictwem oraz finansami spółki. Wkrótce znakiem rozpoznawczym Piegi stały się opracowane od podstaw głośniki wstęgowe, z których Szwajcarzy są niezwykle dumni. W najtańszych modelach przetworniki zbudowane w tej technologii odtwarzają wysokie tony, ale w kolumnach z górnej półki wykorzystuje się także wstęgowe panele średniotonowe, przy czym w modelach flagowych emitują one fale dźwiękowe również do tyłu, zapewniając niezwykłe wrażenia przestrzenne. To kwintesencja hi-endu, pokaz możliwości technicznych i audiofilski przepych ukryty pod płaszczykiem minimalistycznego dizajnu. W Polsce zestawy tej marki nigdy nie cieszyły się jednak wielką popularnością, nawet podczas wystaw i otwartych dla publiczności odsłuchów. Ludzie woleli obejrzeć i usłyszeć kolumny w kształcie ślimaka, kosmiczne promienniki dookólne albo dwumetrowe wieże z pięćdziesięcioma tweeterami. Czy po premierze najnowszej serii Coax Gen 2 to się zmieni? Wątpię, ale nikomu też na tym nie zależy. Tego sprzętu nie stworzono przecież po to, aby przypadkowi ludzie robili sobie z nim zdjęcia, ale po to, by dyskretnie wtopił się w wystrój nowoczesnego salonu, dając swojemu właścicielowi wiele, wiele niezapomnianych chwil sam na sam z muzyką.

Rockna Audio to firma założona w 1999 roku przez rumuńskiego konstruktora Nicolae Jitariu, który ma na koncie współpracę z takimi markami jak MSB, PS Audio czy Goldmund. Jak sam wielokrotnie podkreślał, jego ambicją od zawsze było tworzenie sprzętu nietuzinkowego, niepowtarzalnego, wyróżniającego się na tle konkurencji przede wszystkim pod względem drzemiącej wewnątrz technologii, chcąc w ten sposób zaoferować audiofilom inną opcję - pokazać, że pewne rzeczy można robić inaczej, lepiej. Jeśli spojrzymy na produkowane obecnie i starsze urządzenia Rockny oraz siostrzanej marki Audiobyte, przekonamy się, że faktycznie coś w tym jest. Wystarczy wspomnieć o testowanym na łamach naszego magazynu przeworniku Audiobyte Black Dragon, który otrzymaliśmy razem z konwerterem Hydra Z i zewnętrznym zasilaczem Hydra ZPM. Choć cena zestawu na to nie wskazywała, był to cyfrowy hardkor i już po wstępnej analizie sytuacji doszliśmy do wniosku, że za sprzęt zbudowany w podobny sposób i oferujący brzmienie tej klasy trzeba z reguły zapłacić znacznie więcej. Kiedy więc dowiedziałem się o możliwości przetestowania przetwornika Wavelight DAC, długo się nie zastanawiałem.

Na przestrzeni ostatniego roku miałem okazję testować wiele wzmacniaczy oraz systemów all-in-one dających możliwość odtwarzania muzyki z serwisów streamingowych. Sam jestem szczęśliwym posiadaczem należącego do tej grupy urządzeń Audiolaba 6000A Play, do którego mam praktycznie jedno zastrzeżenie - brak bezpośredniej obsługi usługi TIDAL-a, najlepiej z funkcją TIDAL Connect. Oczywiście każdy meloman ma swój ulubiony sposób słuchania muzyki, czasami z więcej niż jednego źródła, jednak ja doszedłem do wniosku, że skoro z płyt kompaktowych nie potrafię zrezygnować, ale streaming jest zdecydowanie najwygodniejszy, zwiążę się z serwisem oferującym najwyższą jakość brzmienia. Pozostaje jednak problem sprzętowy. TIDAL Connect jest dobrodziejstwem, o które - przynajmniej na razie - dbają głównie producenci elektroniki z wyższej półki. Cambridge Audio, Bluesound, Lyngdorf, NAD, Electrocompaniet, Naim, Lumin czy McIntosh to nie są marki specjalizujące się wyłącznie w budżetówce. Jakiś czas temu postanowiłem znaleźć rozwiązanie swojego problemu, ale po konsultacjach z kilkoma znajomymi audiofilami ustaliliśmy, że najbliższy tego, czego mi potrzeba, byłby transport sieciowy NuPrime Omnia Stream Mini za 1425 zł. To trochę dużo jak na pudełko, którego zadaniem jest zasadniczo dodanie do zestawu stereo jednej brakującej funkcji. Uznałem, że trzeba poczekać, obserwować temat i szukać dalej. Możliwe, że moje modły zostały wreszcie wysłuchane.
Daniel