
Audiofilom marka Astell&Kern kojarzy się z luksusowymi odtwarzaczami przenośnymi, jednak mam wrażenie, że dziś taka jednoznaczna klasyfikacja jest dla koreańskiej manufaktury krzywdząca. Fakt, większość z tych nietuzinkowych produktów można wrzucić do kategorii sprzętu mobilnego, ale kiedy w katalogu pojawi się sprzęt stacjonarny, można mieć pewność, że będzie nawet bardziej wyjątkowy i odjechany niż hi-endowe "empetrójki". Pierwszym takim ciosem był streamer AK500N, do którego później można było dokupić wzmacniacz i zasilacz. Jakość wykonania obudowy, możliwości i cena - wszystko to szokowało. W kolejnych modelach, które na szczęście nie były już tak koszmarnie drogie, zaskakiwało mnie coś innego - forma, przeznaczenie, technologia i chcęć stworzenia czegoś, czego jeszcze nie było. W dobie ogromnej różnorodności dostępnego na rynku sprzętu nie jest to proste, ale Astell&Kern opanował tę sztukę do perfekcji. Weźmy chociażby ACRO L1000 - niewielki, dziwny, stojący pod kątem klocek, w którym połączono funkcje przetwornika cyfrowo-analogowego, wzmacniacza słuchawkowego i końcówki mocy z klasycznymi terminalami głośnikowymi. A system all-in-one AK T1? A wzmacniacz słuchawkowy z odtwarzaczem plików ACRO CA1000? Wszystko jedno, czy mamy do czynienia z większym klockiem, czy może z DAP-em lub dokanałówkami, logo Astell&Kern jest gwarancją nie tylko wysokiej jakości, ale też oryginalności.

Gdybym nie wiedział, co łączy firmy Fezz Audio i Pylon Audio, pomyślałbym, że mają tego samego właściciela. Obie marki otwarcie się wspierają, razem wystawiają się na największych branżowych imprezach, organizują łączone sesje zdjęciowe, a w niektórych krajach mają tego samego dystrybutora. W rzeczywistości jednak za tak bliską współpracą nie stoi żaden tajemniczy inwestor ani wielki koncern mający pod swoimi skrzydłami kilkadziesiąt różnych przedsiębiorstw, ale coś, co chciałoby się nazwać wspólną drogą do sukcesu. Niełatwą, wyboistą, ryzykowną, opartą na pomysłowości, pracowitości i młodej energii czerpiącej z doświadczeń starszego pokolenia. Pylon Audio zaczynał jako niewielka stolarnia wytwarzająca obudowy do zestawów głośnikowych. Później manufaktura z Jarocina zaczęła produkować własne kolumny, a jak jej oferta wygląda obecnie, jakie są możliwości jej kilkukrotnie przenoszonego i stale rozbudowywanego zakładu, jakie legendy świata audio korzystają z jej usług, o tym chyba żadnemu audiofilowi nie trzeba po raz kolejny opowiadać. Fezz Audio to natomiast poboczny projekt rodzinnej firmy specjalizującej się w produkcji transformatorów toroidalnych, a przynajmniej takie były jego początki. Wielu ekspertów twierdzi, że toroidy średnio nadają się do wzmacniaczy lampowych, ale bracia Lachowscy mieli na ten temat inne zdanie. Opracowali transformator, który wywiązywał się z tej roli znakomicie, a skoro to się udało, postanowili pójść za ciosem i zbudować kompletny wzmacniacz. Gdyby wyglądał jak ten, który teraz przyszło mi przetestować, firma prawdopodobnie nie przetrwałaby zbyt długo, bo udławiłaby się swoim własnym sukcesem.

Na czym polega fenomen brytyjskich monitorów? Jeśli potraficie odpowiedzieć na to ostatnie pytanie jednym zdaniem, szczerze zazdroszczę, bo ja - choć doskonale wiem - wciąż mam z tym problem. Teoretycznie brytyjskie monitory nie powinny mieć żadnej przewagi nad polskimi, włoskimi, duńskimi, niemieckimi, francuskimi, amerykańskimi, czeskimi, japońskimi czy chińskimi. W czasach globalizacji niemal wszystko można zrobić wszędzie. Mimo to produkcja specyficznego typu kolumn wychodzi wyspiarzom fenomenalnie. Do tego stopnia, że wciąż mają na to niemal całkowity monopol. Co ciekawe, nie mówimy o kosmicznie zaawansowanym sprzęcie wykorzystującym najnowsze zdobycze techniki. Przeciwnie - tu chodzi raczej o wierność tradycji, a nawet umiejętność przeciwstawiania się krótkotrwałym trendom. W świecie, w którym większość firm stawia na oryginalne pomysły i materiały rodem z promów kosmicznych, Brytyjczycy proponują nam klasyczne, kanciaste pudła z dość zwyczajnymi przetwornikami, często sprawiające wrażenie zrobionych na odpierdziel, a audiofile wciąż składają zamówienia, płacą i grzecznie czekają na swoją parę. Czy decydujący jest tutaj aspekt historyczny, czy może jakaś przekazywana z pokolenia na pokolenie wiedza o strojeniu głośników i skrzynek? Ciężko powiedzieć, ale podobno znacznie łatwiej usłyszeć. Dlatego właśnie zdecydowałem się na test kolejnego brytyjskiego klasyka.

W świecie audiofilskiego sprzętu Naim zawsze był odmieńcem. Kiedy czterdzieści lat temu wszyscy zachwycali się nowym medium, jakim była płyta kompaktowa, manufaktura z Salisbury zbojkotowała ten format, opowiadając się za winylami. Brytyjczycy ostatecznie się złamali, ale chyba tylko dlatego, że w latach dziewięćdziesiątych nie było już wyboru. Powoli rozpędzała się wówczas moda na systemy wielokanałowe, jednak Naim zupełnie się tym nie przejął. Niby coś próbował, wprowadzając na przykład jednoczęściowy kombajn z odtwarzaczem płyt DVD, ale później niewiele się w tym temacie działo i po dziś dzień katalog tej marki jest zdominowany przez urządzenia stereofoniczne. Ale to dopiero początek historii. Podczas gdy zdecydowana większość producentów elektroniki stara się budować produkty ładne, czasami wręcz urzekająco piękne, Naim od samego początku proponował nam brzydkie, czarne klocki, przywodzące na myśl prostowniki do akumulatorów albo sprzęt pracujący w profesjonalnych serwerowniach. Każda normalna firma stara się także montować w swojej aparaturze normalne, standardowe, powszechnie stosowane złącza, ale nie, to by było zbyt proste. Dlatego Brytyjczycy przez wiele lat uparcie stosowali DIN-y różniące się liczbą i kątem rozstawienia pinów oraz wiele innych, dziwnych gniazd, przeważnie zasilających. Oprócz tego zamieniali miejscami terminale głośnikowe, rekomendowali stosowanie niezwykle długich kabli (co miało po części rekompensować brak zabezpieczeń w końcówce mocy) i odradzali swoim klientom zabawę z akcesoriami zasilającymi. Żeby jeszcze te dziwaczne graty były tanie, ale nigdy nie były. Jeśli prowadzicie firmę produkującą sprzęt hi-fi i zastanawiacie się, co zrobić, aby zniechęcić klientów do jego zakupu i maksymalnie utrudnić życie tym, którzy mimo wszystko się na to zdecydują, możecie śmiało brać z Naima przykład.

Silent Angel to marka powołana do życia przez chińską firmę Thunder Data, która istnieje od 2017 roku i specjalizuje się w budowaniu serwerów i sprzętu do komunikacji sieciowej, a także w opracowywaniu oprogramowania służącego do przechowywania i przesyłu danych w sieci. Jedną z pasji jej założycieli, Erica Jiana Huanga i Chorusa Chuanga, jest jednak sprzęt hi-fi, dlatego też panowie postanowili dorzucić do tego ogródka coś od siebie i wprowadzili na rynek urządzenie, które podzieliło miłośników dobrego brzmienia skuteczniej niż dyskusja o hi-endowych kablach. Silent Angel N8, bo o nim mowa, był bodajże pierwszym audiofilskim switchem sieciowym, a ponieważ był znacznie droższy niż podobne urządzenia, jakie można kupić w sklepach komputerowych, na forach i grupach dyskusyjnych rozpętało się piekło. Jeśli mam być szczery, od początku patrzyłem na ten temat sceptycznie, więc postanowiłem to cudo przetestować. Mój świat nie stanął na głowie, brzmienie nie zmieniło się nie do poznania, a moje streamery nie zaczęły ze szczęścia tańczyć fokstrota, ale N8 nadal pracuje w mojej "serwerowni". Wydaje mi się, że urządzenie to trafiło przede wszystkim do dwóch grup klientów - tych, którzy ze względu na inną konfigurację systemu faktycznie usłyszeli różnicę oraz tych, którzy traktują sprzęt audio jak sport, a odsłuchy jak zawody, w których liczy się każdy ułamek sekundy i każdy milimetr, a wygrywa ten, kto słyszy więcej. Wydając małą fortunę na okablowanie, akcesoria zasilające, stoliki, platformy antywibracyjne, magiczne cegły, tybetańskie kuleczki i inne szarlataństwa ze świata audio voodoo, głupio byłoby się nagle zatrzymać i zignorować gorącą nowość, która przyprawia sceptyków o ból tylnej części ciała. Jeszcze ważniejszym efektem całego tego zamieszania jest to, że wszyscy poznaliśmy i dobrze zapamiętaliśmy nieznaną dotąd markę Silent Angel, a ta wprowadzała na rynek kolejne urządzeni, na szczęście już nie tak ekscentryczne. Jednym z nich jest transport sieciowy M1T.

Niewielu producentom udało się wejść na rynek sprzętu audio z takim przytupem, z jakim zrobiła to marka Rose. Nie dziwi to jednak nikogo, kto miał styczność z jej urządzeniami, takimi jak streamery RS150 i RS250 lub opisywany na łamach naszego magazynu system all-in-one RS201E. Koreańscy projektanci postawili na bezkompromisową nowoczesność i wysoką jakość wykonania. Eleganckie i minimalistyczne obudowy, kolorowe ekrany dotykowe zajmujące praktycznie całą przednią ściankę, kompatybilność z większością popularnych serwisów i usług strumieniowych, ogromne możliwości konfiguracji sprzętu i porządne podzespoły przekładające się na audiofilski dźwięk - czego chcieć więcej? Chyba tylko wzmacniacza, który nie tylko pasowałby do takiego źródła gabarytowo i wizualnie, ale także pozwoliłby wykorzystać jego pełny potencjał.

Od wielu lat rośnie liczba osób zainteresowanych sprzętem luksusowym, pięknym, oferującym znakomite parametry i brzmienie wysokiej próby, ale jednocześnie tak prostym w instalacji i użytkowaniu jak głośnik sieciowy czy dizajnerska lampka sterowana aplikacją. Niektórzy audiofile uważają, że te dwie rzeczy muszą się ze sobą kłócić. Wychodzą z założenia, że zwiększenie komfortu obcowania z muzyką automatycznie obniża jakość jej reprodukcji. Jeśli mamy w domu stertę pudełek stojących na kolcach i połączonych ze sobą drogimi kablami, jeśli całe pomieszczenie zostało podporządkowane temu jednemu celowi, jeśli przed każdym odsłuchem przeprowadzamy skomplikowaną procedurę wygrzewania wszystkich elementów systemu, jednocześnie sprawdzając wilgotność powietrza i napięcie w gniazdku, zasługujemy na świetny dźwięk, a jeśli kupimy kolumny aktywne, obsługując je za pomocą aplikacji na telefon, audiofilami absolutnie nazywać się nie możemy. Tylko czy na pewno? Producenci elektroniki już dawno odkryli, że można zrobić to prościej. Ich hi-endowe systemy all-in-one sprzedają się jak świeże bułeczki, bo wystarczy podłączyć do nich kolumny i zestaw stereo gotowy. A gdyby tak wyeliminować konieczność zakupu jakiejkolwiek elektroniki, tworząc audiofilski odpowiednik głośników sieciowych. Tej misji podjęło się już wiele firm, bo sama idea nie jest nowa ani rewolucyjna. Zazwyczaj polegało to jednak na przebudowie kolumn budżetowych, aby z dodatkową elektroniką w środku nie kosztowały majątku. Rezultat to tanie kolumny zasilane kiepską elektroniką, czyli mnóstwo kompromisów i dźwięk daleki od ideału. Teraz swoje pierwsze bezprzewodowe zestawy głośnikowe pokazała firma Pylon Audio. I zrobiła to zupełnie inaczej.

Najtrudniejszy pierwszy krok - śpiewała Anna Jantar. I choć ta znana piosenka opowiada o tym, jak to w maju poznał się z panią pan, pierwsze kroki są trudne w każdej dziedzinie. Później najczęściej jest już z górki. Spróbujcie na przykład założyć firmę specjalizującą się w projektowaniu i produkcji audiofilskich słuchawek. Bez gotowych podzespołów, ogromnego zaplecza finansowego, utalentowanych inżynierów, czasu potrzebnego na opracowanie i przetestowanie prototypów oraz odrobiny szczęścia na etapie pozyskiwania partnerów biznesowych wydaje się to niemożliwe, ale niektórzy się tego podejmują i pokazują, że jednak się da. Jedną z takich osób jest Fang Bian - Chińczyk, doktor nanotechnologii, którą ukończył na uniwersytecie w Nowym Jorku. Choć manufaktura ma swoją siedzibę w USA, pan Bian swoją karierę zaczynał, produkując w Chinach przenośne odtwarzacze audio. Dziś firma kojarzona jest z nausznikami, i to nie byle jakimi. Wiedza o nanotechnologii pozwoliła jej założycielowi rozwiązać wiele problemów konstrukcyjnych związanych z wytwarzaniem przetworników planarnych i dodatkowo zautomatyzować dużą część produkcji. Mimo to HiFiMAN zatrudnia obecnie około 200 osób, co czyni go jednym z największych graczy na rynku. Ile różnych modeli słuchawek marka wypuściła na rynek? Tego nie podejmuję się liczyć, ale ponieważ od pierwszego kroku minęło osiemnaście lat, przedsiębiorstwo Fanga Biana dysponuje ogromnym doświadczeniem i ma potężny kosz z częściami, z których montuje kolejne nauszniki. W pewnym sensie jest to odcinanie kuponów od całej dotychczasowej działalności, ale jeśli korzystają na tym również klienci, to cóż w tym złego?

Atoll jest dla mnie specjalistą od wzmacniaczy. Wszystko jedno, czy mówimy o tańszych modelach, takich jak IN80 Signature i IN100 Signature, czy może o bardziej wypasionych konstrukcjach w stylu IN200 Signature lub AM300, pewien zestaw cech zawsze się powtarza - jest to sprzęt porządny, zaprojektowany i wykonany w tradycyjny sposób, może mało zachwycający z zewnątrz, za to imponujący w środku i podczas odsłuchu. Francuzi nie mają w zwyczaju fundować klientom rewolucji w sferze wzornictwa, nie stosują idiotycznie drogich gniazd, w nosie mają opowieści o wibroakustyce, ale dbają o to, co najważniejsze, trzymając się z dala zarówno od lamp, jak i wzmacniaczy pracujących w klasie D. Jeżeli szukacie porządnego, tranzystorowego piecyka, który jest zbudowany jak za starych, dobrych czasów, a do tego tle konkurencji wydaje się być całkiem rozsądnie wyceniony, to szukacie Atolla. Ze źródłami tej marki nie jestem aż tak dobrze obeznany. Przez dłuższy czas byłem przekonany, że Francuzi okopali się w obozie obrońców płyty kompaktowej. Byłem w błędzie. Atoll od dłuższego czasu inwestuje w przetworniki i streamery, odnosząc na tym polu sukcesy, jakich po tak skromnej firmie bym się nie spodziewał. Nic dziwnego, że w katalogu pojawiły się również systemy all-in-one. I nie mówimy tu o budżetowych samograjach mających dobrze prezentować się na komodzie pod telewizorem, ale o pełnowymiarowych urządzeniach łączących w jednej obudowie klasyczny wzmacniacz zintegrowany i nowoczesny odtwarzacz strumieniowy. Krótko mówiąc, ma to być propozycja dla audiofilów, którzy i tak rozważają zakup dwóch klocków, a tak mogą uprościć sprawę i zaoszczędzić sporo pieniędzy. Dlatego właśnie w moje łapska trafił topowy jednoczęściowy system Atolla - SDA300 Signature.

Melodika to polska marka, która od samego początku działalności opowiadała się za zdroworozsądkowym podejściem do sprzętu audio. Trzonem oferty są kable i akcesoria, jednak firma kojarzona jest też z bardzo popularnymi kolumnami, a od niedawna również głośnikami instalacyjnymi. Bez względu na to, o jakim produkcie mówimy, priorytet zawsze był taki sam - dać melomanom jak najwięcej dobrego dźwięku za jak najmniejsze pieniądze. Jeśli chodzi o okablowanie, Melodikę zawsze kojarzyłem z budżetową, ale wyjątkowo rozbudowaną serią Purple Rain. Przewody sygnałowe, głośnikowe, cyfrowe, zasilające, a nawet rozgałęziacze, adaptery, wtyki czy kable sprzedawane na metry - jest tu chyba wszystko. Podobają mi się też zwięzłe opisy skoncentrowane na kwestiach technicznych i parametrach. Konstrukcja, przewodniki, przekroje, ekranowanie, rezystancja - widzimy tu konkretne informacje, a nie pisane wierszem opisy brzmienia i opowieści o geometrii inspirowanej koncepcją yin i yang. Polityka no-nonsense i polska produkcja zaowocowały przystępnymi cenami, co przyczyniło się do sukcesu purpurowych kabli. Chcąc pójść odrobinę dalej, firma wprowadziła serię Brown Sugar. Obecnie zawiera ona siedemnaście pozycji, przy czym są to tylko i wyłącznie przewody głośnikowe i zworki zbudowane z ich wykorzystaniem. To dość niezwykłe, bo pomysł nie narodził się wczoraj, a mimo to nie doczekaliśmy się jeszcze ani jednego przewodu sygnałowego, cyfrowego lub zasilającego. Zamiast tego Melodika postanowiła zaprezentować - tak, zgadliście - kolejny kabel głośnikowy. Ale za to jaki!
Garfield