
Charakterystyczne logo amerykańskiej firmy powinno kojarzyć nam się z głośnikami. Jakimi dokładnie? Na to pytanie każdy meloman będzie miał inną odpowiedź, i wszyscy będą mieli rację. Niektórzy najczęściej stykają się z tymi najmniejszymi, pracującymi w słuchawkach dokanałowych, nausznych i wokółusznych. JBL jest także potentatem na rynku głośników bezprzewodowych, dostarczając klientom kolejne generacje modeli w najróżniejszych rozmiarach, kształtach i cenach. Domowe systemy audio? Ależ oczywiście. Czy będzie to soundbar, zestaw kina domowego czy bezprzewodowe głośniki stereo, to już zależy od naszych potrzeb i preferencji. Nagłośnienie samochodowe? Po tej zakładce można buszować bez końca, o ile nasz samochód nie ma głośników JBL-a zamontowanych fabrycznie (a jest na to całkiem spora szansa). Dawniej firma chwaliła się dominacją na rynku profesjonalnych systemów nagłośnieniowych, głównie jeśli chodzi o sale kinowe i koncertowe, stadiony i hale sportowe, centra handlowe i konferencyjne, restauracje i inne obiekty użyteczności publicznej, ale dziś chyba nawet nie musi nam o tym przypominać. No dobrze, a co jeśli chcielibyśmy postawić w swoim salonie coś lepszego niż soundbar lub głośnik bezprzewodowy? Nie chcę zabrzmieć jak stetryczały audiofil opowiadający dyrdymały, że prawdziwe hi-fi skończyło się wraz z nadejściem nośników cyfrowych lub masowej przesiadki użytkowników ze wzmacniaczy lampowych na tranzystorowe, ale amerykańska firma zawsze miała w swojej ofercie co najmniej kilka serii kolumn typowo audiofilskich, od budżetówki po ekstremalny hi-end, jednak do niedawna można było odnieść wrażenie, że krok po kroku z tego segmentu się wycofuje. Z niedrogich, ale przyzwoitych zestawów głośnikowych, które można podłączyć do wzmacniacza lub amplitunera została nam właściwie tylko seria Arena. Wymagającym audiofilom JBL proponuje duże, studyjne monitory, jak chociażby 4367, a także hi-endowe "szafy" w stylu S3900, S4700, S9900 i flagowego modelu Everest DD67000. To tak, jakby producent telewizorów oferował wyłącznie dwa modele w różnych odmianach - jeden tani, pozbawiony najnowszych funkcji i dostępny w wersjach o przekątnej od 26 do 32 cali, a drugi skrajnie nowoczesny, hi-endowy, wyposażony w systemy i bajery rodem z filmów science-fiction i produkowany w rozmiarach od 82 do 98 cali.

W życiu każdego miłośnika płyt winylowych przychodzi taki moment, kiedy w głowie zaczyna kołatać się myśl o zmianie wkładki gramofonowej. Może się ona zrodzić z czystej konieczności, na przykład z powodu zużycia lub uszkodzenia posiadanej wkładki, jednak kiedy kieruje nami chęć wydobycia z czarnych płyt lepszego dźwięku, wchodzimy na wyższy poziom wtajemniczenia. Ogromny postęp w tej dziedzinie może przynieść nawet przeskok z modelu montowanego fabrycznie przez producenta gramofonu (większość popularnych wkładek "na start" kosztuje około 200-350 zł) na tego samego typu kartridż za 500-700 zł. A jeśli chcielibyśmy pójść dalej? Jeżeli tylko pozwala nam na to przedwzmacniacz korekcyjny lub wejście phono we wzmacniaczu, możemy pomyśleć o przesiadce z wkładki MM (Moving Magnet) na MC (Moving Coil). Te są bowiem uznawane za znacznie bardziej zaawansowane i audiofilskie. I choć zazwyczaj trzeba się liczyć z większym wydatkiem i znacznie niższym napięciem wyjściowym, na pewno warto spróbować. Pytanie tylko jaki model wybrać... Tutaj zaczyna się prawdziwa jazda. Dobieranie wkładki do pozostałych elementów toru to dość skomplikowana sztuka, dlatego liczba dostępnych na rynku modeli potrafi przyprawić o zawrót głowy. Jeżeli postanowimy trzymać się z daleka od mniejszych manufaktur i zagłębimy się w katalogi największych graczy rynku, może nawet dojść do sytuacji, w której po kilku wieczorach spędzonych na lekturze danych technicznych trafimy na serię trzech, pięciu lub siedmiu wkładek o takiej samej konstrukcji, ale różniących się od siebie obudową, wspornikiem lub szlifem igły. Właśnie taką propozycję podsuwa audiofilom Audio-Technica.

Audeze to jedna z kilku firm, które mniej więcej dziesięć lat temu wykorzystały bierność doświadczonych producentów słuchawek, a w szczególności ich wyraźny brak pomysłów i podnoszenia poprzeczki w dziedzinie jakości brzmienia, w odpowiednim momencie wdzierając się na rynek hi-endowych nauszników. Operacja wydawała się bardzo ryzykowna, bo choć audiofile domagali się coraz lepszych słuchawek i narzekali na to, że nawet flagowe modele uznanych marek nie spełniają ich oczekiwań, pozostawało pytanie czy skuszą się na sprzęt zupełnie nowej firmy. Nie od dziś wiadomo, że ludzie mają swoje przyzwyczajenia, a logo na pudełku to dla nich gwarancja trwałości i niezawodności. To, że domagali się jeszcze lepszego sprzętu od takich firm, jak Sennheiser, Beyerdynamic, AKG czy Audio-Technica nie oznaczało przecież, że wydadzą swoje pieniądze na słuchawki stworzone przez młodziutką manufakturę, której nazwa w pierwszej chwili z niczym, ale to niczym im się nie kojarzyła. Mimo to, Amerykanie postawili wszystko na jedną kartę i zbudowali piękne, duże, komfortowe nauszniki wykorzystujące przetworniki planarne będące własnym opracowaniem Audeze, z muszlami wykonanymi z drewna, metalowymi elementami konstrukcyjnymi, skórzanymi obiciami padów i pałąka, grubymi kablami i opakowaniem w formie profesjonalnej, plastikowej skrzyneczki. Cudo. Marzenie. Ekstaza. Nic dziwnego, że pomysł chwycił. W ciągu dekady amerykańska firma naprodukowała tyle różnych modeli i specjalnych edycji, że aż ciężko je wszystkie zliczyć. Wokółuszne, dokanałowe, otwarte, zamknięte, drewniane, plastikowe, z fazorami, bez fazorów, te z pałąkiem od tamtych i tamte z przetwornikami od tych... Szczerze mówiąc, dawno się w tym wszystkim pogubiłem, a nowymi modelami Audeze interesuję się dopiero wtedy, gdy jest szansa usłyszeć świetny dźwięk za stosunkowo niewielkie pieniądze. Tak było na przykład z modelem LCD2 Classic - jednym z pierwszych, które odchudzono i odarto ze wszelkich zbędnych ozdóbek, zostawiając tylko to, co najważniejsze i obniżając cenę. Pod koniec ubiegłego roku zaprezentowano jednak coś zupełnie nowego - model o wiele mówiącym oznaczeniu LCD-1.

Początki wielu firm zajmujących się produkcją sprzętu audio były bardzo skromne. Nawet najwięksi gracze zaczynali często od pojedynczego wzmacniacza skonstruowanego na kuchennym stole, budowy kolumn estradowych dla zaprzyjaźnionego zespołu muzycznego lub modyfikowania odtwarzaczy płyt kompaktowych i końcówek mocy na zlecenie zapaleńców, którzy dopatrzyli się w nich kilku słabszych elementów. Czytając tego typu historie można wręcz nabrać przekonania, że z każdego wzmacniacza zlutowanego z części kupionych za ostatnie oszczędności musi narodzić się coś więcej. Konstruktorzy takich urządzeń widzą już entuzjastyczne recenzje, zamówienia spływające z całego świata, własne pokoje na największych wystawach i nową fabrykę z pięknym pokojem odsłuchowym i stanowiskami montażowymi wyposażonymi w najnowocześniejszy sprzęt, jednak najczęściej wszystko to pozostaje w sferze marzeń. Okazuje się, że dobre pomysły, doświadczenie, a nawet wsparcie zadowolonych klientów to jeszcze nie wszystko. Po każdym sukcesie pojawiają się kolejne problemy - biurokracja, nieprzewidziane koszty, problemy ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników, certyfikaty, dostępność części i wszystko, co można wrzucić do worka z napisem "proza życia". Aby się z tym uporać, trzeba być bardzo upartym i konsekwentnym albo... Nie zaczynać od zera. Gdybyśmy chcieli zbudować wzmacniacz lampowy, z pomocą przyjdą nam na pewno dostępne i wielokrotnie przećwiczone schematy. Technologia nie jest nowa, w związku z czym kluczem do sukcesu są odpowiedniej jakości komponenty i umiejętność połączenia ich w jedną całość, a nie kosmiczne technologie, do których dostęp mają tylko nieliczni. Powiedzmy, że wszystko jest już rozrysowane. Tylko skąd wziąć porządną obudowę, jak wykonać transformatory i gdzie kupić dobre lampy, abyśmy zmieścili się w zakładanej cenie? Siedząc przy kuchennym stole, moglibyśmy już w tym momencie zaparzyć sobie melisę. A gdyby okazało się, że mamy fabrykę transformatorów toroidalnych oferującą również lampy elektronowe, kable, gniazda, akcesoria i obudowy do sprzętu audio? Inna rozmowa. A właśnie tak zaczyna się historia marki Fezz Audio.

Jeszcze kilkanaście lat temu wysokiej klasy kondycjonery, listwy i kable zasilające były w audiofilskim środowisku traktowane trochę jak ciekawostka dla mocno wkręconych amatorów dłubania przy sprzęcie, a trochę jak szarlataneria, czarna magia lub spisek uknuty przez pazernych producentów tego typu akcesoriów, chcących oczywiście wycisnąć ostatni grosz z "biednych melomanów", którzy - zdaniem przeciwników zasilającego osprzętu - nie znają podstawowych praw fizyki i nie wiedzą, że to "nie ma prawa działać". Dziś oczywiście wciąż słychać takie głosy, jednak świat poszedł do przodu i albo tajne porozumienie producentów, dystrybutorów, sprzedawców i recenzentów sprzętu audio doprowadziło do zmiany postrzegania akcesoriów zasilających, albo coraz więcej osób zaczęło próbować, słuchać, wymieniać, oceniać efekty i inwestować w zasilanie swojego systemu audio. Wpływ kosztownych rozgałęziaczy i grubych jak kciuk przewodów sieciowych na jakość brzmienia to jedno. Druga kwestia to oczywiście bezpieczeństwo. Kto nie doświadczył lub nie słyszał historii o telewizorach, pralkach i lodówkach zniszczonych na skutek zwarcia, przepięcia, awarii sieci energetycznej, nieprawidłowo wykonanej instalacji elektrycznej lub uderzenia pioruna... W przypadku pralki czy lodówki jest to na pewno pewien kłopot, jednak strata finansowa jest zazwyczaj nieporównywalna ze spaleniem audiofilskiego wzmacniacza lub przetwornika. Wielu audiofilów wychodzi więc z założenia, że lepiej dmuchać na zimne, a jeśli przy okazji można zyskać lepszy dźwięk, to już dwie pieczenie na jednym ogniu. W produkcji akcesoriów zasilających wyspecjalizowało się wiele firm, z których część wytwarza również okablowanie, wtyki, wzmacniacze lub inne komponenty hi-fi. Nordost, PS Audio, Accuphase, NuPrime, Enerr, ISOL-8 - to tylko kilka firm, które pod tą samą lub bliźniaczą marką oferują klientom podobne rozwiązania. Swoją propozycję ma również Cardas. Co ciekawe, tylko jedną, za to bardzo oryginalną. Oto listwa zasilająca Nautilus Power Strip, którą postanowiłem przetestować w towarzystwie flagowego kabla Clear Beyond Power XL.

Jeżeli rynek sprzętu audio podzielimy na trzy grupy - największych graczy znanych na całym świecie, średnie firmy kierujące swoje urządzenia do bardziej wtajemniczonych odbiorców i najmniejsze manufaktury, których miesięczna produkcja to kilka, maksymalnie kilkanaście gotowych wzmacniaczy, gramofonów lub wzmacniaczy słuchawkowych - z punktu widzenia prawdziwego zapaleńca najciekawsza wydaje się właśnie ta trzecia. Nie twierdzę, że audiofile nie mają czego szukać w ofercie takich gigantów, jak McIntosh, Krell, JBL, Naim, Bowers & Wilkins czy Sennheiser. Mają. Nikt normalny nie powie przecież, że Statement to kiepski wzmacniacz, 800 D3 to mało atrakcyjne kolumny, a HE 1 to nauszniki, które nie spełnią oczekiwań najbardziej wymagających melomanów. Nie ulega jednak wątpliwości, że z im większą firmą mamy do czynienia, tym mocniej produkowane przez nią urządzenia obudowane są dodatkami, których czasami nie widać i nie słychać, ale trzeba za nie zapłacić. Większość topowych marek ma piękne, nowoczesne fabryki, zatrudnia utalentowanych projektantów i inżynierów, inwestuje w ochronę środowiska, sponsoruje zespół wyścigowy lub współpracuje ze znanymi artystami, stawia imponujące stoiska na każdej większej wystawie, buduje i utrzymuje showroomy w luksusowych dzielnicach największych miast, nie wspominając o zakrojonych na szeroką skalę kampaniach reklamowych. Kupując wzmacniacz, płacimy więc nie tylko za sam sprzęt, ale także wszystko, co się z nim wiąże. Ale czy fakt, że sprzęt danej firmy wylądował na planie kilku nowych filmów i seriali w jakikolwiek sposób przełoży się na lepszy dźwięk? Odpowiedź jest oczywista. Być może dlatego trzecią grupę firm tak uważnie śledzą klienci, którym zależy przede wszystkim na jakości brzmienia. Ci, którzy wszystkie dostępne środki chcieliby przeznaczyć na to, aby zbliżyć się do muzyki, a nie pochwalić się przed znajomymi lub odzyskać jak najwięcej pieniędzy przy odsprzedaży sprzętu za kilka lat. Jest tylko jeden problem. W tym świecie trzeba być gotowym na eksperymenty, odsłuchy i duże ryzyko, a przede wszystkim dysponować sporą wiedzą i doświadczeniem, aby umieć odróżnić ziarno od plew.

Sennheiser na swoją renomę pracuje już ponad 75 lat. To marka na tyle znana, szanowana i przede wszystkim rozpoznawalna, że jej produkty praktycznie nie wymagają żadnej dodatkowej promocji. Wydaje się, że Niemcy mogliby po cichutku wprowadzić na rynek nowy model słuchawek, nie rozsyłając przy tej okazji żadnych informacji prasowych, nie organizując hucznych premier ani nie udostępniając sprzętu recenzentom, a melomani i tak szybko podłapaliby temat, chcąc jak najszybciej przekonać się cóż tym razem przygotował dla nich jeden z największych graczy w tej branży. W katalogu Sennheisera znajdziemy właściwie wszystko, od niedrogich nauszników i dokanałówek po hi-endowe modele zbudowane z myślą o najbardziej wymagających audiofilach. Obecnie każdy rozsądny producent mobilnego sprzętu audio stawia jednak na słuchawki, które mogą towarzyszyć nam wszędzie, oferując dobry dźwięk ze smartfona, tabletu lub komputera. Muszą być praktyczne, eleganckie i funkcjonalne - najlepiej bezprzewodowe i wyposażone w różnego rodzaju systemy, takie jak aktywna redukcja szumów czy obsługa asystentów głosowych. Niemiecka firma zrozumiała to już dawno temu, prezentując pierwszą generację słuchawek Momentum. Z jednego modelu wyrosła następnie cała seria zawierająca słuchawki nauszne, wokółuszne i dokanałowe, a później także bezprzewodowe. Ich najnowsza odmiana została wyposażona to nic innego, jak unowocześniona wersja oryginału - duże, uniwersalne słuchawki, które uruchamiają się natychmiast po rozłożeniu, rozpoznają moment ich założenia i zdjęcia, a dodatkowo zostały wyposażone w łączność Bluetooth 5.0, system NFC, układ redukcji szumów NoiseGard z funkcją Transparent Hearing, możliwość obsługi za pomocą aplikacji Sennheiser Smart Control, kompatybilność z asystentami głosowymi, takimi jak Siri czy Google Assistant oraz - uwaga, uwaga - możliwość pracy w połączeniu USB.

Focal to jeden z niekwestionowanych gigantów w świecie audiofilskich zestawów głośnikowych. I nie chodzi mi nawet o skalę przedsięwzięcia, choć kompleksy fabryczne w Saint-Étienne i Bourbon-Lancy są równie imponujące, jak grubość katalogu czy liczba oficjalnych dystrybutorów i dealerów. Od wielu, wielu lat największe wrażenie robi na mnie jednak wszechstronność francuskich inżynierów i brak słabych punktów w wizerunku Focala jako marki odnoszącej sukcesy na różnych polach związanych z reprodukcją dźwięku. Systemy car-audio, profesjonalne monitory studyjne, głośniki komputerowe, soundbary, budżetowe zestawy kina domowego czy piękne, hi-endowe kolumny dla prawdziwych pasjonatów - w każdej dziedzinie Focal czuje się dobrze. Wystarczy połączyć to wszystko z autorskimi, rozwijanymi od wielu lat rozwiązaniami technicznymi, dopracowanymi procesami produkcji, świetnym wzornictwem, spójną wizją brzmienia jako takiego oraz potężnym zapleczem finansowym, aby otrzymać obraz dobrze naoliwionej maszyny, która w zasadzie nie popełnia błędów. Nas oczywiście najbardziej interesują audiofilskie zestawy głośnikowe i słuchawki. Oba sektory napędzane są technologiami opracowanymi na potrzeby hi-endowych modeli, które zarówno w jednym, jak i drugim świecie noszą tę samą nazwę - Utopia. To w nich Francuzi zawarli całą swoją wiedzę, łącząc ją z najlepszymi materiałami i tworząc produkty niebezpiecznie zbliżające się do ideału. Rozwiązania zastosowane we flagowych modelach po pewnym czasie ściekają do niższych serii, choć czasami liczy się po prostu czas wprowadzenia danej serii na rynek. Im nowsza i droższa, tym więcej unikalnych patentów i nowoczesnych materiałów w niej zobaczymy.

Miłośnicy wysokiej klasy sprzętu audio przyzwyczaili się do rozmów o głośnikach, wzmacniaczach, kablach i gramofonach, a nawet platformach antywibracyjnych czy innych akcesoriach mających mniejszy lub większy wpływ na brzmienie systemu stereo. Coraz częściej tematem numer jeden nie jest jednak sama elektronika, ale oprogramowanie, dzięki któremu możemy w wygodny sposób dostać się do udostępnionych w sieci plików lub potężnych zasobów serwisów streamingowych. Kiedyś audiofile potrafili godzinami dyskutować o wyższości srebrnych interkonektów nad miedzianymi. Bardziej emocjonujących problemów nie było. Dziś po sieci krążą te same pytania - czy dany streamer lub system all-in-one odtwarza pliki DSD, czy ma TIDAL-a i dekodowanie MQA, czy może odtwarzać muzykę w trybie gapless, czy współpracuje z Roonem, czy jest AirPlay i Spotify Connect, czy do firmowej aplikacji można zaimportować playlisty z innych programów... Nie ma się czemu dziwić. Coraz ważniejszą częścią całej tej układanki jest bowiem sposób, w jaki sterujemy danym urządzeniem i łączymy je ze swoim cyfrowym światem. Powoli dochodzimy do momentu, w którym sprzęt audio może być mały lub duży, tranzystorowy lub lampowy, srebrny lub czarny, a nawet prosty i tani lub ekstrawagancki i bardzo kosztowny - nie ma to większego znaczenia w porównaniu z tym, co możemy z nim zrobić i jakie brzmienie uzyskamy na końcu. Producenci audiofilskich gratów starają się za tym wszystkim nadążyć, ale po pierwsze dla większości z nich jest to bardzo trudne (w porównaniu z gigantami, którzy koncentrują się na głośnikach bezprzewodowych i soundbarach, niewielki producent wzmacniaczy zawsze będzie miał pod górkę), a po drugie jest im to trochę na rękę. Dzięki rosnącej roli oprogramowania, komponenty hi-fi szybciej się starzeją, a klienci chcący uzyskać dostęp do nowych rozwiązań muszą wymienić przynajmniej jeden klocek na nowy. Pół biedy jeżeli mówimy o budżetowych streamerach czy amplitunerach, ale jeżeli sprawa dotyczy streamera, wzmacniacza lub systemu all-in-one, na który nie tak dawno wydaliśmy kilka średnich krajowych? No właśnie. Boli.

Mówiąc o audiofilskiej egzotyce, zazwyczaj mamy na myśli coś w rodzaju wzmacniacza lampowego zbudowanego przez małą, rodzinną firmę z Hiszpanii, wkładki gramofonowe produkowane ręcznie przez jakiegoś zakręconego Japończyka lub ekstremalnie kosztowne kable wytwarzane przez inżynierów pracujących dla NASA. Wyobraźnię miłośników oryginalnego sprzętu audio równie skutecznie powinien jednak pobudzić wzmacniacz zaprojektowany i zbudowany w malowniczej Nowej Zelandii. Co by nie mówić, to dość osobliwe miejsce. Położona na południowo-zachodnim Pacyfiku Nowa Zelandia jest jednym z trzech państw na świecie posiadającym dwa oficjalne hymny narodowe - "God Save the Queen" oraz "God Defend New Zealand". W kraju tym naliczono ponad czterdzieści siedem milionów owiec, co w przeliczeniu daje około dwanaście owiec na jednego mieszkańca. Podobno nawet dzisiaj bardzo popularną bajką w Nowej Zelandii jest "Miś Uszatek". Dziesięć lat temu, na zlecenie mieszkańców wyspy Niue, Mennica Polska wybiła osiem tysięcy okazjonalnych monet jednodolarowych z wizerunkiem tego sympatycznego pluszaka. Nowozelandczycy prawdopodobnie nie obawiają się inwazji z zewnątrz, bowiem symbolem Sił Powietrznych Nowej Zelandii jest kiwi - ptak nielot. Zapierające dech w piersiach krajobrazy Nowej Zelandii stały się też scenografią do ekranizacji "Władcy Pierścieni". Rząd powołał nawet ministra do spraw "Władcy Pierścieni", aby jak najwięcej zarobić na promocji kraju, w którym kręcono niemal wszystkie sceny. Jak wobec tego może wyglądać wzmacniacz, który powstaje w tak pięknych okolicznościach przyrody? Ano właśnie tak. Przed nami Plinius Inspire 880.
Kuba