
Jeżeli rynek sprzętu audio podzielimy na trzy grupy - największych graczy znanych na całym świecie, średnie firmy kierujące swoje urządzenia do bardziej wtajemniczonych odbiorców i najmniejsze manufaktury, których miesięczna produkcja to kilka, maksymalnie kilkanaście gotowych wzmacniaczy, gramofonów lub wzmacniaczy słuchawkowych - z punktu widzenia prawdziwego zapaleńca najciekawsza wydaje się właśnie ta trzecia. Nie twierdzę, że audiofile nie mają czego szukać w ofercie takich gigantów, jak McIntosh, Krell, JBL, Naim, Bowers & Wilkins czy Sennheiser. Mają. Nikt normalny nie powie przecież, że Statement to kiepski wzmacniacz, 800 D3 to mało atrakcyjne kolumny, a HE 1 to nauszniki, które nie spełnią oczekiwań najbardziej wymagających melomanów. Nie ulega jednak wątpliwości, że z im większą firmą mamy do czynienia, tym mocniej produkowane przez nią urządzenia obudowane są dodatkami, których czasami nie widać i nie słychać, ale trzeba za nie zapłacić. Większość topowych marek ma piękne, nowoczesne fabryki, zatrudnia utalentowanych projektantów i inżynierów, inwestuje w ochronę środowiska, sponsoruje zespół wyścigowy lub współpracuje ze znanymi artystami, stawia imponujące stoiska na każdej większej wystawie, buduje i utrzymuje showroomy w luksusowych dzielnicach największych miast, nie wspominając o zakrojonych na szeroką skalę kampaniach reklamowych. Kupując wzmacniacz, płacimy więc nie tylko za sam sprzęt, ale także wszystko, co się z nim wiąże. Ale czy fakt, że sprzęt danej firmy wylądował na planie kilku nowych filmów i seriali w jakikolwiek sposób przełoży się na lepszy dźwięk? Odpowiedź jest oczywista. Być może dlatego trzecią grupę firm tak uważnie śledzą klienci, którym zależy przede wszystkim na jakości brzmienia. Ci, którzy wszystkie dostępne środki chcieliby przeznaczyć na to, aby zbliżyć się do muzyki, a nie pochwalić się przed znajomymi lub odzyskać jak najwięcej pieniędzy przy odsprzedaży sprzętu za kilka lat. Jest tylko jeden problem. W tym świecie trzeba być gotowym na eksperymenty, odsłuchy i duże ryzyko, a przede wszystkim dysponować sporą wiedzą i doświadczeniem, aby umieć odróżnić ziarno od plew.

Sennheiser na swoją renomę pracuje już ponad 75 lat. To marka na tyle znana, szanowana i przede wszystkim rozpoznawalna, że jej produkty praktycznie nie wymagają żadnej dodatkowej promocji. Wydaje się, że Niemcy mogliby po cichutku wprowadzić na rynek nowy model słuchawek, nie rozsyłając przy tej okazji żadnych informacji prasowych, nie organizując hucznych premier ani nie udostępniając sprzętu recenzentom, a melomani i tak szybko podłapaliby temat, chcąc jak najszybciej przekonać się cóż tym razem przygotował dla nich jeden z największych graczy w tej branży. W katalogu Sennheisera znajdziemy właściwie wszystko, od niedrogich nauszników i dokanałówek po hi-endowe modele zbudowane z myślą o najbardziej wymagających audiofilach. Obecnie każdy rozsądny producent mobilnego sprzętu audio stawia jednak na słuchawki, które mogą towarzyszyć nam wszędzie, oferując dobry dźwięk ze smartfona, tabletu lub komputera. Muszą być praktyczne, eleganckie i funkcjonalne - najlepiej bezprzewodowe i wyposażone w różnego rodzaju systemy, takie jak aktywna redukcja szumów czy obsługa asystentów głosowych. Niemiecka firma zrozumiała to już dawno temu, prezentując pierwszą generację słuchawek Momentum. Z jednego modelu wyrosła następnie cała seria zawierająca słuchawki nauszne, wokółuszne i dokanałowe, a później także bezprzewodowe. Ich najnowsza odmiana została wyposażona to nic innego, jak unowocześniona wersja oryginału - duże, uniwersalne słuchawki, które uruchamiają się natychmiast po rozłożeniu, rozpoznają moment ich założenia i zdjęcia, a dodatkowo zostały wyposażone w łączność Bluetooth 5.0, system NFC, układ redukcji szumów NoiseGard z funkcją Transparent Hearing, możliwość obsługi za pomocą aplikacji Sennheiser Smart Control, kompatybilność z asystentami głosowymi, takimi jak Siri czy Google Assistant oraz - uwaga, uwaga - możliwość pracy w połączeniu USB.

Focal to jeden z niekwestionowanych gigantów w świecie audiofilskich zestawów głośnikowych. I nie chodzi mi nawet o skalę przedsięwzięcia, choć kompleksy fabryczne w Saint-Étienne i Bourbon-Lancy są równie imponujące, jak grubość katalogu czy liczba oficjalnych dystrybutorów i dealerów. Od wielu, wielu lat największe wrażenie robi na mnie jednak wszechstronność francuskich inżynierów i brak słabych punktów w wizerunku Focala jako marki odnoszącej sukcesy na różnych polach związanych z reprodukcją dźwięku. Systemy car-audio, profesjonalne monitory studyjne, głośniki komputerowe, soundbary, budżetowe zestawy kina domowego czy piękne, hi-endowe kolumny dla prawdziwych pasjonatów - w każdej dziedzinie Focal czuje się dobrze. Wystarczy połączyć to wszystko z autorskimi, rozwijanymi od wielu lat rozwiązaniami technicznymi, dopracowanymi procesami produkcji, świetnym wzornictwem, spójną wizją brzmienia jako takiego oraz potężnym zapleczem finansowym, aby otrzymać obraz dobrze naoliwionej maszyny, która w zasadzie nie popełnia błędów. Nas oczywiście najbardziej interesują audiofilskie zestawy głośnikowe i słuchawki. Oba sektory napędzane są technologiami opracowanymi na potrzeby hi-endowych modeli, które zarówno w jednym, jak i drugim świecie noszą tę samą nazwę - Utopia. To w nich Francuzi zawarli całą swoją wiedzę, łącząc ją z najlepszymi materiałami i tworząc produkty niebezpiecznie zbliżające się do ideału. Rozwiązania zastosowane we flagowych modelach po pewnym czasie ściekają do niższych serii, choć czasami liczy się po prostu czas wprowadzenia danej serii na rynek. Im nowsza i droższa, tym więcej unikalnych patentów i nowoczesnych materiałów w niej zobaczymy.

Miłośnicy wysokiej klasy sprzętu audio przyzwyczaili się do rozmów o głośnikach, wzmacniaczach, kablach i gramofonach, a nawet platformach antywibracyjnych czy innych akcesoriach mających mniejszy lub większy wpływ na brzmienie systemu stereo. Coraz częściej tematem numer jeden nie jest jednak sama elektronika, ale oprogramowanie, dzięki któremu możemy w wygodny sposób dostać się do udostępnionych w sieci plików lub potężnych zasobów serwisów streamingowych. Kiedyś audiofile potrafili godzinami dyskutować o wyższości srebrnych interkonektów nad miedzianymi. Bardziej emocjonujących problemów nie było. Dziś po sieci krążą te same pytania - czy dany streamer lub system all-in-one odtwarza pliki DSD, czy ma TIDAL-a i dekodowanie MQA, czy może odtwarzać muzykę w trybie gapless, czy współpracuje z Roonem, czy jest AirPlay i Spotify Connect, czy do firmowej aplikacji można zaimportować playlisty z innych programów... Nie ma się czemu dziwić. Coraz ważniejszą częścią całej tej układanki jest bowiem sposób, w jaki sterujemy danym urządzeniem i łączymy je ze swoim cyfrowym światem. Powoli dochodzimy do momentu, w którym sprzęt audio może być mały lub duży, tranzystorowy lub lampowy, srebrny lub czarny, a nawet prosty i tani lub ekstrawagancki i bardzo kosztowny - nie ma to większego znaczenia w porównaniu z tym, co możemy z nim zrobić i jakie brzmienie uzyskamy na końcu. Producenci audiofilskich gratów starają się za tym wszystkim nadążyć, ale po pierwsze dla większości z nich jest to bardzo trudne (w porównaniu z gigantami, którzy koncentrują się na głośnikach bezprzewodowych i soundbarach, niewielki producent wzmacniaczy zawsze będzie miał pod górkę), a po drugie jest im to trochę na rękę. Dzięki rosnącej roli oprogramowania, komponenty hi-fi szybciej się starzeją, a klienci chcący uzyskać dostęp do nowych rozwiązań muszą wymienić przynajmniej jeden klocek na nowy. Pół biedy jeżeli mówimy o budżetowych streamerach czy amplitunerach, ale jeżeli sprawa dotyczy streamera, wzmacniacza lub systemu all-in-one, na który nie tak dawno wydaliśmy kilka średnich krajowych? No właśnie. Boli.

Mówiąc o audiofilskiej egzotyce, zazwyczaj mamy na myśli coś w rodzaju wzmacniacza lampowego zbudowanego przez małą, rodzinną firmę z Hiszpanii, wkładki gramofonowe produkowane ręcznie przez jakiegoś zakręconego Japończyka lub ekstremalnie kosztowne kable wytwarzane przez inżynierów pracujących dla NASA. Wyobraźnię miłośników oryginalnego sprzętu audio równie skutecznie powinien jednak pobudzić wzmacniacz zaprojektowany i zbudowany w malowniczej Nowej Zelandii. Co by nie mówić, to dość osobliwe miejsce. Położona na południowo-zachodnim Pacyfiku Nowa Zelandia jest jednym z trzech państw na świecie posiadającym dwa oficjalne hymny narodowe - "God Save the Queen" oraz "God Defend New Zealand". W kraju tym naliczono ponad czterdzieści siedem milionów owiec, co w przeliczeniu daje około dwanaście owiec na jednego mieszkańca. Podobno nawet dzisiaj bardzo popularną bajką w Nowej Zelandii jest "Miś Uszatek". Dziesięć lat temu, na zlecenie mieszkańców wyspy Niue, Mennica Polska wybiła osiem tysięcy okazjonalnych monet jednodolarowych z wizerunkiem tego sympatycznego pluszaka. Nowozelandczycy prawdopodobnie nie obawiają się inwazji z zewnątrz, bowiem symbolem Sił Powietrznych Nowej Zelandii jest kiwi - ptak nielot. Zapierające dech w piersiach krajobrazy Nowej Zelandii stały się też scenografią do ekranizacji "Władcy Pierścieni". Rząd powołał nawet ministra do spraw "Władcy Pierścieni", aby jak najwięcej zarobić na promocji kraju, w którym kręcono niemal wszystkie sceny. Jak wobec tego może wyglądać wzmacniacz, który powstaje w tak pięknych okolicznościach przyrody? Ano właśnie tak. Przed nami Plinius Inspire 880.

W dzisiejszych czasach wiele firm raz po raz wykonuje dziwne ruchy świadczące o tym, że zależy im przede wszystkim na przyciągnięciu nowych klientów. Producenci sprzętu stereofonicznego nagle zaczynają interesować się kinem domowym, specjaliści od wysokiej klasy kolumn głośnikowych wprowadzają na rynek słuchawki, a w katalogach marek nie mających kompletnie nic wspólnego z winylami z dnia na dzień pojawia się szeroka paleta gramofonów. Audiofile zawsze patrzyli na tego typu zachowania z dezaprobatą. Wiadomo, że każde przedsiębiorstwo musi się rozwijać, jednak w skomplikowanym świecie muzycznej aparatury warto też trzymać się tego, na czym znamy się najlepiej, a kto ciągnie za ogon wiele srok, najczęściej usłyszy tylko przeraźliwy jazgot i zostanie z kilkoma długimi, czarnymi piórami. Mission to jeden z tych producentów, którzy trzymają się tematu od kiedy pamiętam. Marka należąca do koncernu IAG koncentruje się na produkcji zestawów głośnikowych i jest kojarzona z budżetówką, choć ostatnio stara się ten wizerunek przełamać, coraz odważniej atakując wyższe przedziały cenowe. Każda seria jest na tyle rozbudowana, aby umożliwić budowę systemu stereo lub kina domowego do dowolnego pomieszczenia. Potwierdza to najnowsza, flagowa linia ZX, w której znajdziemy aż osiem konstrukcji - dwa zestawy podstawkowe, trzy modele podłogowe, dwa głośniki centralne i głośnik efektowy przeznaczony do montażu na ścianie. Do naszego testu trafiły większe monitory ZX-2.

Kimber Kable to jedna z najlepiej rozpoznawalnych, a także jedna z najstarszych manufaktur specjalizujących się w produkcji audiofilskiego okablowania. Firmę założył w 1979 roku Ray Kimber - inżynier i pasjonat sprzętu audio, któremu jeszcze kilka lat wcześniej zapewne nie przyszłoby do głowy, że wkrótce jego życie zacznie kręcić się wokół czegoś, co w tamtych czasach niemal wszyscy - zarówno profesjonaliści, jak i amatorzy - traktowali jako zupełnie oczywisty, nieciekawy i niewarty uwagi element systemu audio. Dziś dla miłośników wysokiej klasy elektroniki kable są bardzo istotnym dodatkiem, dzięki któremu można poprawić brzmienie zestawu hi-fi, jednak w warunkach domowych rzadko dochodzi do sytuacji, w których przewody powodują problemy grubszego kalibru - brumienie, trzaski, szumy czy ekstremalnie wysokie zniekształcenia. Przyjmujemy, że trzeba mieć naprawdę dużego pecha, aby - poza lepszym lub gorszym brzmieniem - okablowanie serwowało nam tego typu atrakcje. Zupełnie inaczej wygląda to z punktu widzenia inżyniera odpowiedzialnego za nagłośnienie dużej sali koncertowej. Tutaj nie dość, że mamy do czynienia z przewodami o znacznie większej długości, to jeszcze zwykle biegną one obok sprzętu generującego różnego rodzaju zakłócenia. Na scenie i w jej otoczeniu pracują nie tylko wzmacniacze, zestawy głośnikowe i instrumenty elektroniczne, ale także sprzęt oświetleniowy, wentylatory czy wytwornice dymu. Dziesiątki, wręcz setki metrów kabli rozłożonych w takim miejscu działają jak gigantyczna antena, zbierając wszystkie elektromagnetyczne brudy i wysyłając je dalej, aby w końcu, wielokrotnie wzmocnione, trafiły do głośników. W takiej sytuacji nie mówimy już o drobnostkach w rodzaju lekko wyostrzonej góry pasma czy odchudzonego basu, ale szumach i trzaskach uniemożliwiających słuchanie. Ray Kimber w swojej pracy mierzył się z tym problemem raz po raz - a to prowadząc kable inaczej, a to prosząc oświetleniowców o przestawienie lamp, a to przygotowując prowizoryczne ekranowanie. Na lepsze przewody oczywiście nie miał co liczyć. Z dwóch powodów - po pierwsze nikt nie chciał wydawać pieniędzy na coś tak prozaicznego, jak kable, a po drugie coś takiego, jak lepsze kable praktycznie wtedy nie istniało. Temat powoli badało już kilka firm, jednak ich inżynierowie działali trochę po omacku. Owszem, zawsze można było kupić kable droższe. Ale czy były one lepsze? Czasami tak, czasami nie. Ray postanowił więc zacząć od początku i sprawdzić co takiego sprawia, że jedne przewody są bardziej odporne na zakłócenia i grają lepiej, a inne zbierają szumy jak antena i dają kiepski, zniekształcony dźwięk. Rezultaty były porażające.

W ostatnim czasie niemiecka firma wprowadziła na rynek wiele nowości, z których znaczna część to bezpośredni atak na segmenty, których jej inżynierowie albo jeszcze nigdy nie badali, albo wręcz przeciwnie - znają je doskonale, ale zwyczajnie o tym zapomnieli, pochłonięci projektowaniem nowych zestawów głośnikowych. Przede wszystkim, w katalogu ELAC-a znów pojawiły się gramofony. Nowy rozdział otworzył wspaniały Miracord 90 Anniversary. Wówczas jeszcze wydawało się, że jest to tylko rocznicowy prezent dla najwierniejszych fanów, jednak z czasem dodano kolejne modele, a przedstawiciele niemieckiej firmy dali nam do zrozumienia, że ich celem jest odbudowanie mocnej pozycji ELAC-a na rynku źródeł analogowych. Na oficjalnej stronie internetowej niemieckiego producenta zaroiło się także od elektroniki. Czego tu nie ma... Serwery, streamery, wzmacniacze, przedwzmacniacze gramofonowe - wszystko, czego potrzeba, aby z komponentów tej marki zbudować pełny system stereo. Do postaci kolejnej zakładki rozrosła się także gama głośników instalacyjnych, a obok nich umieszczono akcesoria - kable, podstawki, zatyczki, kolce, a nawet zestawy do czyszczenia i polerowania kolumn wykończonych lakierem o wysokim połysku. Wszystko wskazuje na to, że ELAC bardzo chce wyjść z szuflady, w której właściwie sam się ulokował i w której przez wiele, wiele lat było mu dobrze. Powstaje więc oczywiste pytanie - skoro Niemcy są tak zaabsorbowani różnego rodzaju pobocznymi projektami, to czy przyłożyli się też do najnowszych zestawów głośnikowych?

Brytyjska firma Acoustic Transducer Company, dziś znana jako ATC Loudspeaker Technology, została założona w 1974 roku przez Billy'ego Woodmana. Jej pierwszym i najważniejszym celem była produkcja niestandardowych przetworników elektroakustycznych, które mogłyby być wykorzystywane zarówno w profesjonalnych, jak i domowych zestawach głośnikowych. Manufaktura szybko zyskała sławę za sprawą 12-calowego przetwornika PA75-314 stworzonego z myślą o nagłośnieniu estradowym, gdzie wymagana jest przede wszystkim zdolność przenoszenia dużej mocy przy jak najniższym poziomie zniekształceń. Brytyjscy inżynierowie znakomicie sobie z tym poradzili, dzięki czemu wśród profesjonalistów szybko zrobiło się o nich głośno. W 1976 roku w ofercie ATC pojawił się zupełnie inny przetwornik, którego nietypowa konstrukcja zrewolucjonizowała rynek monitorów studyjnych. Mowa oczywiście o 75-mm, średniotonowej kopułce SM 75-150s, uznanej przez wielu specjalistów za najlepszy tego typu przetwornik na świecie. Kolejna dekada była dla firmy okresem, w którym jej inżynierom dane było nie tylko projektować znakomite przetworniki i systemy nagłośnieniowe, ale także nawiązać bliską współpracę z profesjonalistami pracującymi w studiach nagraniowych i radiowych, salach koncertowych, a także tymi najbardziej rozpoznawalnymi - stojącymi za mikrofonem i znęcającymi się nad swoimi instrumentami. Kiedy z głośnikami ATC zetknęli się tacy artyści, jak Pink Floyd czy Supertramp, wiadomo było, że firma przebiła pewną barierę i weszła na ścieżkę mocno przyspieszonego rozwoju.

Dawno, dawno temu marzeniem każdego audiofila było posiadanie systemu stereo składającego się z przynajmniej trzech, czterech albo pięciu urządzeń. Do pewnego momentu większość elementów takiej wieży stanowiły źródła. W pewnym momencie wypadało mieć na wyposażeniu magnetofon, tuner radiowy, gramofon i odtwarzacz płyt kompaktowych, więc wystarczyło dodać do tego wzmacniacz zintegrowany i już robiło się kilkadziesiąt kilogramów elektroniki. W czasach niepodzielnego panowania srebrnych krążków wiele z tych urządzeń trafiło na strych, jednak wtedy zakręconym melomanom śniło się po nocach co innego - przedwzmacniacze, końcówki mocy, monobloki, a nawet odtwarzacze podzielone na transport i przetwornik cyfrowo-analogowy. Każde urządzenie zajmuje się przecież czymś innym, a z technicznego punktu widzenia wciskanie do jednej obudowy przedwzmacniacza operującego na słabszych sygnałach i końcówki mocy z potężnym zasilaczem to mimo wszystko kompromis. W świecie hi-endu do pewnego momentu nie istniało takie pojęcie, jak wzmacniacz zintegrowany. Przeskakując na najwyższy poziom jakościowy musieliśmy przyjąć do wiadomości, że zamiast kompaktowych, jednoczęściowych piecyków będziemy teraz bawić się przedwzmacniaczami i końcówkami mocy, a może nawet monoblokami i zewnętrznymi zasilaczami. Zastąpienie jednego klocka trzema lub pięcioma wydaje się co najmniej nierozsądne, jednak często wystarczyło porównać takie systemy pod kątem jakości brzmienia, aby raz na zawsze zmienić punkt widzenia i zapałać miłością do dzielonek. Kiedy weszło się na tę drogę, najczęściej nie było już powrotu. Do dziś przedwzmacniacze i końcówki mocy pozostają raczej domeną hi-endowców. Tańsze urządzenia tego typu owszem istnieją, czasami można je nawet zobaczyć na sklepowych półkach, jednak nie jest to popularne rozwiązanie. Dzielone wzmacniacze widuje się na wystawach, gdzie pokazywane są systemy warte setki tysięcy złotych, ale w domach, w realnych sytuacjach, jako alternatywa dla integry ze średniej półki? Raczej nie. A może warto?
seba