
Kimber Kable to jedna z najlepiej rozpoznawalnych, a także jedna z najstarszych manufaktur specjalizujących się w produkcji audiofilskiego okablowania. Firmę założył w 1979 roku Ray Kimber - inżynier i pasjonat sprzętu audio, któremu jeszcze kilka lat wcześniej zapewne nie przyszłoby do głowy, że wkrótce jego życie zacznie kręcić się wokół czegoś, co w tamtych czasach niemal wszyscy - zarówno profesjonaliści, jak i amatorzy - traktowali jako zupełnie oczywisty, nieciekawy i niewarty uwagi element systemu audio. Dziś dla miłośników wysokiej klasy elektroniki kable są bardzo istotnym dodatkiem, dzięki któremu można poprawić brzmienie zestawu hi-fi, jednak w warunkach domowych rzadko dochodzi do sytuacji, w których przewody powodują problemy grubszego kalibru - brumienie, trzaski, szumy czy ekstremalnie wysokie zniekształcenia. Przyjmujemy, że trzeba mieć naprawdę dużego pecha, aby - poza lepszym lub gorszym brzmieniem - okablowanie serwowało nam tego typu atrakcje. Zupełnie inaczej wygląda to z punktu widzenia inżyniera odpowiedzialnego za nagłośnienie dużej sali koncertowej. Tutaj nie dość, że mamy do czynienia z przewodami o znacznie większej długości, to jeszcze zwykle biegną one obok sprzętu generującego różnego rodzaju zakłócenia. Na scenie i w jej otoczeniu pracują nie tylko wzmacniacze, zestawy głośnikowe i instrumenty elektroniczne, ale także sprzęt oświetleniowy, wentylatory czy wytwornice dymu. Dziesiątki, wręcz setki metrów kabli rozłożonych w takim miejscu działają jak gigantyczna antena, zbierając wszystkie elektromagnetyczne brudy i wysyłając je dalej, aby w końcu, wielokrotnie wzmocnione, trafiły do głośników. W takiej sytuacji nie mówimy już o drobnostkach w rodzaju lekko wyostrzonej góry pasma czy odchudzonego basu, ale szumach i trzaskach uniemożliwiających słuchanie. Ray Kimber w swojej pracy mierzył się z tym problemem raz po raz - a to prowadząc kable inaczej, a to prosząc oświetleniowców o przestawienie lamp, a to przygotowując prowizoryczne ekranowanie. Na lepsze przewody oczywiście nie miał co liczyć. Z dwóch powodów - po pierwsze nikt nie chciał wydawać pieniędzy na coś tak prozaicznego, jak kable, a po drugie coś takiego, jak lepsze kable praktycznie wtedy nie istniało. Temat powoli badało już kilka firm, jednak ich inżynierowie działali trochę po omacku. Owszem, zawsze można było kupić kable droższe. Ale czy były one lepsze? Czasami tak, czasami nie. Ray postanowił więc zacząć od początku i sprawdzić co takiego sprawia, że jedne przewody są bardziej odporne na zakłócenia i grają lepiej, a inne zbierają szumy jak antena i dają kiepski, zniekształcony dźwięk. Rezultaty były porażające.

W ostatnim czasie niemiecka firma wprowadziła na rynek wiele nowości, z których znaczna część to bezpośredni atak na segmenty, których jej inżynierowie albo jeszcze nigdy nie badali, albo wręcz przeciwnie - znają je doskonale, ale zwyczajnie o tym zapomnieli, pochłonięci projektowaniem nowych zestawów głośnikowych. Przede wszystkim, w katalogu ELAC-a znów pojawiły się gramofony. Nowy rozdział otworzył wspaniały Miracord 90 Anniversary. Wówczas jeszcze wydawało się, że jest to tylko rocznicowy prezent dla najwierniejszych fanów, jednak z czasem dodano kolejne modele, a przedstawiciele niemieckiej firmy dali nam do zrozumienia, że ich celem jest odbudowanie mocnej pozycji ELAC-a na rynku źródeł analogowych. Na oficjalnej stronie internetowej niemieckiego producenta zaroiło się także od elektroniki. Czego tu nie ma... Serwery, streamery, wzmacniacze, przedwzmacniacze gramofonowe - wszystko, czego potrzeba, aby z komponentów tej marki zbudować pełny system stereo. Do postaci kolejnej zakładki rozrosła się także gama głośników instalacyjnych, a obok nich umieszczono akcesoria - kable, podstawki, zatyczki, kolce, a nawet zestawy do czyszczenia i polerowania kolumn wykończonych lakierem o wysokim połysku. Wszystko wskazuje na to, że ELAC bardzo chce wyjść z szuflady, w której właściwie sam się ulokował i w której przez wiele, wiele lat było mu dobrze. Powstaje więc oczywiste pytanie - skoro Niemcy są tak zaabsorbowani różnego rodzaju pobocznymi projektami, to czy przyłożyli się też do najnowszych zestawów głośnikowych?

Brytyjska firma Acoustic Transducer Company, dziś znana jako ATC Loudspeaker Technology, została założona w 1974 roku przez Billy'ego Woodmana. Jej pierwszym i najważniejszym celem była produkcja niestandardowych przetworników elektroakustycznych, które mogłyby być wykorzystywane zarówno w profesjonalnych, jak i domowych zestawach głośnikowych. Manufaktura szybko zyskała sławę za sprawą 12-calowego przetwornika PA75-314 stworzonego z myślą o nagłośnieniu estradowym, gdzie wymagana jest przede wszystkim zdolność przenoszenia dużej mocy przy jak najniższym poziomie zniekształceń. Brytyjscy inżynierowie znakomicie sobie z tym poradzili, dzięki czemu wśród profesjonalistów szybko zrobiło się o nich głośno. W 1976 roku w ofercie ATC pojawił się zupełnie inny przetwornik, którego nietypowa konstrukcja zrewolucjonizowała rynek monitorów studyjnych. Mowa oczywiście o 75-mm, średniotonowej kopułce SM 75-150s, uznanej przez wielu specjalistów za najlepszy tego typu przetwornik na świecie. Kolejna dekada była dla firmy okresem, w którym jej inżynierom dane było nie tylko projektować znakomite przetworniki i systemy nagłośnieniowe, ale także nawiązać bliską współpracę z profesjonalistami pracującymi w studiach nagraniowych i radiowych, salach koncertowych, a także tymi najbardziej rozpoznawalnymi - stojącymi za mikrofonem i znęcającymi się nad swoimi instrumentami. Kiedy z głośnikami ATC zetknęli się tacy artyści, jak Pink Floyd czy Supertramp, wiadomo było, że firma przebiła pewną barierę i weszła na ścieżkę mocno przyspieszonego rozwoju.

Dawno, dawno temu marzeniem każdego audiofila było posiadanie systemu stereo składającego się z przynajmniej trzech, czterech albo pięciu urządzeń. Do pewnego momentu większość elementów takiej wieży stanowiły źródła. W pewnym momencie wypadało mieć na wyposażeniu magnetofon, tuner radiowy, gramofon i odtwarzacz płyt kompaktowych, więc wystarczyło dodać do tego wzmacniacz zintegrowany i już robiło się kilkadziesiąt kilogramów elektroniki. W czasach niepodzielnego panowania srebrnych krążków wiele z tych urządzeń trafiło na strych, jednak wtedy zakręconym melomanom śniło się po nocach co innego - przedwzmacniacze, końcówki mocy, monobloki, a nawet odtwarzacze podzielone na transport i przetwornik cyfrowo-analogowy. Każde urządzenie zajmuje się przecież czymś innym, a z technicznego punktu widzenia wciskanie do jednej obudowy przedwzmacniacza operującego na słabszych sygnałach i końcówki mocy z potężnym zasilaczem to mimo wszystko kompromis. W świecie hi-endu do pewnego momentu nie istniało takie pojęcie, jak wzmacniacz zintegrowany. Przeskakując na najwyższy poziom jakościowy musieliśmy przyjąć do wiadomości, że zamiast kompaktowych, jednoczęściowych piecyków będziemy teraz bawić się przedwzmacniaczami i końcówkami mocy, a może nawet monoblokami i zewnętrznymi zasilaczami. Zastąpienie jednego klocka trzema lub pięcioma wydaje się co najmniej nierozsądne, jednak często wystarczyło porównać takie systemy pod kątem jakości brzmienia, aby raz na zawsze zmienić punkt widzenia i zapałać miłością do dzielonek. Kiedy weszło się na tę drogę, najczęściej nie było już powrotu. Do dziś przedwzmacniacze i końcówki mocy pozostają raczej domeną hi-endowców. Tańsze urządzenia tego typu owszem istnieją, czasami można je nawet zobaczyć na sklepowych półkach, jednak nie jest to popularne rozwiązanie. Dzielone wzmacniacze widuje się na wystawach, gdzie pokazywane są systemy warte setki tysięcy złotych, ale w domach, w realnych sytuacjach, jako alternatywa dla integry ze średniej półki? Raczej nie. A może warto?

Zgłębiając historię wielu znanych firm zajmujących się produkcją sprzętu audio łatwo zauważyć, że praktycznie każda z nich zaliczyła co najmniej kilka wzlotów i kilka równie spektakularnych upadków. Dziś aż ciężko byłoby nam wyobrazić sobie, że jeden z czołowych producentów zestawów głośnikowych mógłby niemal całkowicie zniknąć z rynku w przeciągu kilku lat, ale życie potrafi zastawić sidła nawet na największych kozaków, a konkurencja nie śpi i wykorzysta każdą okazję, by wskoczyć na ich miejsce. Nawet doskonale prosperujące manufaktury, w których wszystko się zgadza i wszystko chodzi jak w zegarku, nie są kuloodporne i nieomylne. Czasami wystarczy jeden słabszy rok, jedna błędna decyzja konstruktorów, jedna gorsza seria produktów lub jedna wpadka finansowa, aby interes przestał się kręcić. Na szczęście, im dłużej funkcjonujemy i im większe mamy doświadczenie, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że przejściowe problemy obrócą cały nasz dorobek w popiół. W takich chwilach okazuje się, że piękna historia może być najlepszym kapitałem. Doskonałym przykładem jest to, co dzieje się obecnie z firmą Wharfedale. Brytyjski producent zestawów głośnikowych przechodził ostatnio trudny okres. Wprawdzie nie zawiesił działalności, ale funkcjonował jakby w ukryciu, trafiając jedynie do klientów szukających kolumn budżetowych. Sam o tej marce myślałem tylko wtedy, gdy trzeba było zebrać do testu kilka monitorów w cenie do tysiąca złotych za parę. Teraz wszystko to się zmieniło. Wharfedale znów ma coś do zaoferowania audiofilom, znów funkcjonuje i przypomina wszystkim o swojej bogatej historii. To właśnie ona stała się podstawą do stworzenia pięknego, klasycznego, trójdrożnego monitora, który dosłownie ciągnie cały ten wózek. Model ten stał się na świecie prawdziwą sensacją. W pięknym stylu przypomniał nam, że Wharfedale to nie chiński specjalista od budżetówki, ale audiofilska manufaktura, której korzenie sięgają lat trzydziestych ubiegłego wieku. Przed nami Linton Heritage.

Devialet to jedna z najciekawszych firm specjalizujących się w produkcji hi-endowego sprzętu audio. Francuzi z pewnością nie boją się iść pod prąd, bo robią to od samego początku, raz po raz szokując audiofilów wysmakowanym wzornictwem swoich urządzeń, zastosowanymi w nich rozwiązaniami technicznymi i nietypowym podejściem do tematu. Podczas, gdy większość firm od lat klepie takie same wzmacniacze, odtwarzacze i kolumny, rewolucją nazywając zmianę tweeterów z jedwabnych na tytanowe, u Devialeta mamy szansę zobaczyć zupełnie inny świat. Świat, w którym luksusowy zestaw stereo składa się z jednego, płaskiego, srebrnego klocka przypominającego coś w rodzaju kosmicznego panelu sterowania inteligentnym domem oraz wybranych przez nas kolumn, do których ów klocek może się błyskawicznie dostosować, zmieniając swoje parametry na podstawie pomiarów dokonanych przez ekspertów. Ogromna piramida z lampowych przedwzmacniaczy, tranzystorowych monobloków i dzielonych streamerów, zajmująca pół salonu i połączona kilometrami grubych kabli? Fakt, audiofile cieszą się do takich systemów jak dzieci do gier na smartfonach, ale inżynierowie Devialeta uważają, że nie ma to nic wspólnego z luksusem. Dla nich luksus to wolna przestrzeń i elegancki sprzęt nie przysłaniający widoku za oknem, wykonujący nasze polecenia, dopasowujący się do naszych potrzeb, pozwalający nam słuchać muzyki bez żadnych ograniczeń. Zamiast podświetlanych wskaźników wychyłowych dostajemy pilota, który wygląda jakby został wykonany na zamówienie przez jeden z najlepszych zakładów jubilerskich. Nic dziwnego, że kiedy Francuzi postanowili stworzyć głośnik bezprzewodowy, świat ujrzał coś, co dosłownie zmiotło konkurencję z powierzchni ziemi.

Mark Levinson to jedna z niekwestionowanych legend świata sprzętu grającego. Firma, której logo pojawia się tylko na urządzeniach z najwyższej półki, a także w samochodach, których producenci postanowili zadbać o każdy szczegół, w tym bezkompromisową jakość systemu audio. Przedwzmacniacze, końcówki mocy, wzmacniacze zintegrowane i odtwarzacze tej marki pozostają synonimem amerykańskiego luksusu. Co tu dużo mówić, Mark Levinson to po prostu marzenie każdego melomana. Jak to z marzeniami bywa, jego spełnienie nie jest i nigdy nie było proste. Dla większości audiofilów barierą nie do przeskoczenia są oczywiście ceny. Amerykanie może nie uważają ich za przesadzone, ale oni mają przecież specyficzne podejście do wielu rzeczy, a reszta świata zdążyła się do tego przyzwyczaić. Nie oglądaliście programów, w których młode małżeństwo ogląda piękne, położone nad oceanem domy i odrzuca kolejne propozycje agenta nieruchomości, bo w jednym domu salon miał tylko sześćdziesiąt metrów, a w drugim osiemdziesiąt, a to stanowczo za mało? Nie widzieliście dziennikarzy motoryzacyjnych, którzy Porsche Cayenne nazywają "małym SUV-em", a każde auto z silnikiem o mocy poniżej trzystu koni mechanicznych jest ich zdaniem "underpowered"? Może więc nie ma nic dziwnego w tym, że porządny wzmacniacz to dla amerykańskich audiofilów hi-endowy, najlepiej dwuczęściowy preamp z dwoma pionowymi monoblokami oddającymi 500 W przy 8 Ω i 1000 W przy 4 Ω. Ewentualnie, w dla wygodnickich, co to im szkoda miejsca na sprzęt albo wydali wszystkie oszczędności na powiększenie przydomowego basenu - wysokiej klasy integra.

Większość producentów wysokiej klasy sprzętu grającego nie ma wątpliwości, że streamingu muzyki nie można już traktować w kategoriach przyszłości, ale teraźniejszości. Po przedłużającym się okresie niepewności, montowania we wzmacniaczach i odtwarzaczach płyt kompaktowych pojedynczych gniazd cyfrowych, czekania na rozwój wydarzeń na rynku muzycznym i śledzenia sytuacji z plikami wysokiej rozdzielczości, sprawy nagle nabrały tempa. Specjaliści od elektroniki audio obserwowali się nawzajem niczym żołnierze przesiadujący w okopach, a tymczasem melomani sami dokonali wyboru, w czym wsparły ich firmy, o których nikt wcześniej nie słyszał. Pojawiły się nie wiadomo skąd, nastawiły swój celownik na audiofilów szukających najnowocześniejszych rozwiązań i wyprzedziły starych wyjadaczy z dużą prędkością. Nie oglądają się za siebie, bo nie muszą. Nie lawirują między dwoma lub trzema światami, chcą przypodobać się jednocześnie miłośnikom płyt kompaktowych, winyli i streamerów. Odważnie idą do przodu, zawsze jako pierwsi testują i udostępniają swoim klientom nowe rozwiązania, szybko adaptują się do zmian, konsekwentnie rozwijają swoje produkty i dbają o oprogramowanie, które dla użytkowników jest dzisiaj tak samo ważne, jak sam sprzęt. Niektórzy zaczynali od urządzeń z niższej półki, natomiast inni od samego początku stawiali na wysoką jakość, dochodząc do źródeł hi-endowych. Takich, których zazdrości im nawet znacznie starsza, bardziej utytułowana i bogatsza konkurencja. Jedną z takich firm jest Auralic. W jego ofercie do pewnego momentu ciężko się było połapać. Poszczególne modele miały różne rozmiary i kształty, różniły się możliwościami i wyposażeniem. Można tu było znaleźć mały streamer, duży streamer, nowszy streamer, przetwornik, streamer z przedwzmacniaczem... Dziś po tym zamieszaniu praktycznie nie ma śladu. Teraz w katalogu znajdziemy tylko dwie serie - niższą G1 i wyższą G2. Ta druga to totalny odlot. Hi-end pełną gębą. Urządzenia należące do linii G1 na pierwszy rzut oka wyglądają natomiast niewiele gorzej, ale są znacznie, znacznie tańsze. A do streamera Aries G1 i przetwornika z funkcjami strumieniowymi Vega G1 dołączył właśnie model, na którego powrót czekało wielu fanów Auralica. Przed nami Altair G1.

Audio-Technica to jedna z firm, które w świadomości miłośników muzyki mogą istnieć z co najmniej kilku powodów. Japończycy specjalizują się przede wszystkim w produkcji mikrofonów. W ich katalogu można znaleźć dziesiątki różnych modeli - studyjnych, wiszących, konferencyjnych, reporterskich, a nawet gamingowych. Bez względu na ostateczny kształt i zastosowanie, stworzenie mikrofonu wymaga znajomości szeregu zagadnień technicznych oraz zaplecza umożliwiającego wytwarzanie i precyzyjny montaż niewielkich, delikatnych elementów. Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni czują się w tym jak ryba w wodzie. Opanowanie tak zaawansowanej i specyficznej technologii automatycznie otwiera kolejne drzwi. Jeżeli nauczymy się produkować mikrofony, możemy spróbować szczęścia z innymi urządzeniami wymagającymi użycia podobnych rozwiązań, w tym przede wszystkim maleńkich cewek, membran i magnesów. Mowa oczywiście o słuchawkach i wkładkach gramofonowych, które Audio-Technica również dostarcza audiofilom i profesjonalistom z całego świata. Jakiś czas temu firma poszła o krok dalej. Widząc powracającą modę, a właściwie boom na płyty winylowe, postanowiła wprowadzić do oferty także kompletne, gotowe do użycia gramofony. Słuchawki? W tej zakładce znajdziemy wszystko, od małych pchełek typu true wireless, przez klasyczne słuchawki do użytku domowego, aż po hi-endowe nauszniki dla najbardziej wymagających audiofilów. Można jednak odnieść wrażenie, że ci ostatni rzadko pamiętają o Audio-Technice, gdy myślą o słuchawkach z najwyższej półki. Rozmawiają o wysokich modelach Audeze, Focala, HiFiMAN-a, Sennheisera, od czasu do czasu wspominają o hi-endowych nausznikach takich marek, jak Beyerdynamic, Grado, Ultrasone, Final Audio Design, Stax, Denon, Meze czy MrSpeakers, często nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że Audio-Technica też ma tutaj coś do zaoferowania. I jest to coś bardzo, ale to bardzo ciekawego. Przed nami ATH-ADX5000.

Skandynawski sprzęt audio to nie tylko piękne wzmacniacze i wysokiej klasy zestawy głośnikowe, ale także wszystko, co zamknęlibyśmy w kategorii urządzeń dizajnerskich - wyjątkowo sprytne głośniki bezprzewodowe, minimalistyczne soundbary i systemy kina domowego zaprojektowane tak, by nie zabierać nam jakże cennej w dzisiejszych czasach przestrzeni życiowej. Wyglądają jak ozdoby ze sklepu z ekskluzywnymi meblami, nie ingerują w wystrój pokoju odsłuchowego, nie zmuszają nas do przestawiania mebli, a grają. Czasami równie dobrze, jak znacznie większe zestawy za porównywalne pieniądze. Nikogo zatem nie dziwi, że wiele firm znanych z produkcji typowo audiofilskiego sprzętu zaczęło stopniowo przerzucać się na takie właśnie urządzenia. Jedną z nich jest Audio Pro - szwedzki specjalista od kompaktowych głośników.
Wojtek