
Atoll to firma, z której produktami audiofile są już dobrze zaznajomieni. Szczególnie jeśli chodzi o wzmacniacze zintegrowane i dzielone, choć niektórzy chętnie sięgają także po odtwarzacze płyt kompaktowych, streamery lub wzmacniacze słuchawkowe tej marki. Elektronika z Brécey na stałe wpisała się w krajobraz rynku audio. Mimo to, francuska manufaktura pod wieloma względami odstaje od obowiązujących dziś norm. Nie poszła za modą na upraszczanie konstrukcji swoich urządzeń i używanie komponentów coraz gorszej jakości, nie oddała procesu produkcyjnego w ręce jednej z dalekowschodnich fabryk ani nie dołączyła się do cenowego wyścigu, który sprawił, że to, co kiedyś postrzegaliśmy jako hi-end, dziś już hi-endem nie jest. Zupełnie jakby w Normandii czas się zatrzymał, choć przetworniki i odtwarzacze sieciowe Atolla pozwalają sądzić, że francuscy konstruktorzy bez problemu nadążają za rozwojem technicznym i zapotrzebowaniem klientów. Historia głosi, że założyciele firmy - bracia Stefan i Emmanuel Dubreuil - sami stali kiedyś po tej stronie barykady. Obaj szukali sensownego sprzętu grającego, ale zawsze coś im nie pasowało. A to dźwięk był nie taki, a to jakość wykonania budziła ich wątpliwości, a jeśli już oba te warunki były spełnione, cena wydawała im się co najmniej niedorzeczna. Skąd my to znamy, prawda? Zamiast narzekać, Stefan i Emmanuel wzięli sprawy w swoje ręce i w 1997 roku rozpoczęli produkcje urządzeń, które miały być inne. Zaczęli od wzmacniaczy zintegrowanych IN50 i IN80, przedwzmacniacza PR100 oraz końcówek mocy AM50 i AM80. Z wieloma zmianami i ulepszeniami, są one produkowane do dziś. Po serii bardzo pozytywnych recenzji we francuskiej i europejskiej prasie, w 1998 roku wprowadzono na rynek końcówkę mocy AM100, a później pierwsze odtwarzacze płyt kompaktowych - CD50, CD80 i CD100. Poprzeczka miała jednak zostać podniesiona jeszcze kilka razy. Rok później w ofercie Atolla pojawił się pierwszy klocek z serii 200 - przedwzmacniacz PR200. W 2001 roku zamówień z całego świata było już tak dużo, że Francuzi musieli wybudować nowy zakład produkcyjny. Dopiero cztery lata później katalog Atolla wzbogacił się o integrę IN200, końcówkę mocy AM200 i odtwarzacz płyt kompaktowych CD200. Wszystkie zaczęły sprzedawać się tak dobrze, że hałas maszyn pracujących w Brécey został zagłuszony przez huk korków od szampana.

Quad to jedna z niekwestionowanych legend brytyjskiego przemysłu audio i zarazem jedna z niewielu manufaktur, których poczynania odbiły się szerokim echem na całym świecie, a w pewnym momencie mogły nawet zadecydować o popularyzacji rozwiązań uważanych dziś za wybitnie audiofilskie. Chcąc pogłębić swoją wiedzę i przybliżyć historię marki tym, których jej wyroby nigdy szczególnie nie interesowały, wyszukałem mnóstwo artykułów historycznych, recenzji, wywiadów i innych materiałów, jednak cała ta robota tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że skrótowa prezentacja osiągnięć Quada mija się z celem. Jako człowiek interesujący się sprzętem audio i wszystkim, co się z tym tematem wiąże, chyba nie potrafiłbym napisać takiego klasycznego wstępu polegającego na wyliczeniu kilku kluczowych faktów, dat i modeli, które zapisały się w historii firmy złotymi zgłoskami. Przecież to 84 lata rozwoju, projektowania i produkcji aparatury służącej do słuchania muzyki w najlepszym możliwym wydaniu. To trudne początki przerwane bombardowaniami brytyjskiej stolicy. To rewelacyjne przedwzmacniacze i lampowe końcówki mocy które w czasach koronacji królowej Elżbiety II wyznaczały punkt odniesienia, a z pewnymi modyfikacjami są produkowane do dziś. To elektrostatyczne zestawy głośnikowe, przed którymi klękali posiadacze hi-endowych głośników dynamicznych. To nowatorskie rozwiązania techniczne i niezliczone nagrody przyznane zarówno wybitnym produktom, jak i samej firmie oraz jej założycielowi - Peterowi Walkerowi. Żeby nie było, że się poddałem - w historię Quada, która miała być wstępem do niniejszego testu, wgryzałem się kilka dni i zgromadziłem materiały na artykuł, który po wydrukowaniu zająłby pewnie piętnaście albo dwadzieścia stron, a i tak brakowałoby w nim kilku ważnych faktów, interesujących zdjęć, opisów nieprodukowanych już urządzeń oraz ciekawostek na temat zasady działania pełnopasmowych elektrostatów i błyskotliwych patentów wykorzystywanych w latach osiemdziesiątych podczas ich produkcji. Wybierając się w tę podróż i przeskakując przez kolejne fakty, miałem wrażenie jakbym oglądał niezwykle wciągający film dokumentalny na temat dziejów sprzętu audio w ogóle - od wczesnych, prostych wzmacniaczy lampowych aż po skrajnie nowoczesne, eleganckie systemy stereo wykonane z nieprawdopodobną precyzją, oferujące wysoką moc przy zachowaniu rozsądnego zużycia energii, a do tego wyposażone w wejścia cyfrowe, ekrany dotykowe i przetworniki obsługujące pliki DSD. I właśnie z takim zestawem będziemy dziś mieli do czynienia.

Większość producentów słuchawek to potężne firmy funkcjonujące w branży audio od kilkudziesięciu lat lub marki działające pod skrzydłami jednego z wielkich, globalnych koncernów. W ostatnich latach obserwowaliśmy także wysyp nauszników, które wyglądają jakby zostały zaprojektowane przez tych samych ludzi i wykonane w tej samej, dalekowschodniej fabryce, a następnie przyozdobione emblematami firm, które kojarzymy przede wszystkim ze wzmacniaczami lub kolumnami. Mniejszym graczom jest znacznie trudniej. Nawet jeśli uda im się opracować i wyprodukować znakomite, zaawansowane technicznie przetworniki, pozostają jeszcze muszle, poduszki, pałąk z całym mechanizmem regulacji, gniazda, kable, opakowanie, akcesoria i szereg innych drobiazgów, na których można się wyłożyć. Kiedyś drobne błędy jeszcze by przeszły, ale w dzisiejszych czasach wszystkie te elementy muszą być dopieszczone od samego początku, bo klienci przyzwyczaili się do bardzo wysokiego poziomu, a plotki o gniazdach wyłamujących się z nauszników dwa miesiące po upływie gwarancji mogą przekreślić cały plan, choćby nawet brzmienie było warte każdej złotówki. Jeżeli nie wierzycie, że skonstruowanie audiofilskich słuchawek jest niezwykle trudne, zobaczcie ile pieniędzy musiał w ten dział zainwestować Focal. Aby wejść na ten rynek z przytupem, Francuzi wybudowali oddzielne, znakomicie wyposażone laboratorium i linię produkcyjną oraz zatrudnili fachowców znających się na rzeczach, którymi wcześniej manufaktura z Saint-Étienne się nie zajmowała. Mało? W takim razie weźmy założoną w 2017 roku firmę Austrian Audio - spadkobiercę tego, co zostało z AKG. Choć na zdjęciu przed jej siedzibą widzimy mniej więcej czterdzieści osób, w katalogu figurują zaledwie dwa bliźniacze modele słuchawek i dwa mikrofony. Skoro to wszystko, co tak znakomitym specjalistom udało się stworzyć w ciągu trzech lat, sprawa jest jasna - jeśli nie ma się kontaktu z innym, doświadczonym producentem albo milionów dolarów i odrobiny szczęścia, stworzenie słuchawek od zera będzie bardzo, bardzo trudne. Niektórym mniejszym firmom udaje się jednak zaistnieć w świecie hi-endowych nauszników bez stawiania fabryki widocznej z kosmosu lub podpierania się cudzymi rozwiązaniami technicznymi. Jedną z nich jest Ultrasone.

Założona w 1998 roku firma Amphion od samego początku projektuje oraz konstruuje kolumny głośnikowe wyróżniające się czymś, czego brakuje wielu dostępnym na rynku konstrukcjom - niezwykle niską wrażliwością na niedoskonałości akustyki pomieszczenia odsłuchowego. Dzięki przemyślanym rozwiązaniom technicznym kolumny tej marki potrafią wypełnić dowolną przestrzeń wysokiej jakości dźwiękiem, a przynajmniej tak twierdzą fińscy konstruktorzy, ich zagraniczni przedstawiciele, zadowoleni klienci i instalatorzy. Nie wspominając o dziesiątkach muzyków i realizatorów dźwięku, którzy w swojej pracy korzystają z profesjonalnych monitorów Amphiona i akurat nie przejmują się ani akustyką swojego studia, ani estetyką sprzętu ustawionego na konsolecie, ale cenią sobie głośniki manufaktury z Kuopio za rzetelność, przejrzystość i prawdomówność. Założyciel firmy, Anssi Hyvönen, z pewnością ma wiele powodów do dumy, ale nawet rosnąca liczba pozytywnych recenzji i prestiżowych wyróżnień nie zachęciła go do porzucenia pierwotnych założeń, odejścia od sprawdzonych wzorców i, wybaczcie mi szczerość, trzepania kasy na zamożnych audiofilach, którzy często nie mają zielonego pojęcia o sprawach technicznych, nie wiedzą jaka jest różnica między pasmem przenoszenia a impedancją, a do wybitnych, referencyjnych nagrań zaliczają płaskie, trzeszczące, niemożebnie kartonowe płyty The Beatles z 1967 roku. Finowie od wielu, wielu lat robią swoje, rzadko wprowadzając większe zmiany w katalogu i rozsądnie wyceniając swoje produkty. Ich głośniki wydają się być kwintesencją prostoty i audiofilskiego minimalizmu, lecz kryją w sobie tajemnice, dzięki którym sprawdzają się w wielu pokojach i systemach. Jedną z największych ciekawostek związanych z Amphionem jest lokalizacja fabryki. Nie jest to ani nowoczesna hala produkcyjna położona w jednej z przemysłowych dzielnic wielkiego miasta, ani maleńki zakład stolarski z tradycjami, lecz nieczynna stacja benzynowa na przedmieściach Kuopio, przy drodze numer 533. Niepozorny budynek z zardzewiałym zadaszeniem nad zlikwidowanymi dystrybutorami paliwa został wyposażony we wszystkie maszyny potrzebne do produkcji zestawów głośnikowych. Nieopodal znajduje się wielkie centrum handlowe, a po drugiej stronie, za sosnowym lasem - jezioro. Jedno z ponad stu osiemdziesięciu tysięcy w Finlandii.

W ostatnich latach Audio-Technica wyjątkowo zaciekle i agresywnie atakuje rynek słuchawek. Tempa wprowadzania nowych modeli i różnorodności rozbudowywanego w ten sposób, a przecież budowanego nie od dziś katalogu mogą jej pozazdrościć nawet tacy giganci, jak Sennheiser czy JBL. Zadziwia mnie nie tylko upór japońskich konstruktorów, ale także chęć dotarcia do szerokiego grona odbiorców. Melomani szukający nauszników lub dokanałówek do smartfona mogą spędzić na stronie Audio-Techniki długie godziny zanim uda im się zawęzić krąg poszukiwań do trzech modeli, które mogłyby spełnić ich oczekiwania. Spore pole manewru mają także audiofile przekonani o tym, że najwyższą jakość dźwięku gwarantują tylko klasyczne modele przewodowe, najlepiej z jakimś porządnym przetwornikiem lub wzmacniaczem słuchawkowym. Gdzieś między tymi światami znajduje się jeszcze grupa modeli, które mogą pracować zarówno w trybie bezprzewodowym, jak i przewodowym - i to za pomocą kabla USB, a więc z pominięciem analogowego wyjścia w komputerze. Aktualna oferta japońskiej firmy jest tak przepastna, że nie sposób jej zgłębić. Przykład? Wejdźcie na stronę sieci sklepów Top Hi-Fi & Video Design i wybierzcie zakładkę ze słuchawkami Bluetooth. Otrzymacie listę produktów trzynastu różnych marek. Yamaha - 1, Master & Dynamic - 6, Pioneer - 7, Bowers & Wilkins - 10, Koss - 12, Sennheiser - 13. Audio-Technica? 42. Czterdzieści dwa! Oczywiście, wyszukiwarka może na przykład pokazać ten sam model w różnych kolorach, ale tak samo jest w przypadku innych marek, którym nie udało się dobić nawet do połowy tej liczby. Japończycy wpadli w szał, a efekt jest taki, że już kompletnie nie wiem, którym z ich nowych modeli powinienem się zainteresować. Ponieważ jednak mocno zapadł mi w pamięć odsłuch flagowych nauszników ATH-ADX5000, zacząłem się zastanawiać, czy podobnego efektu nie udałoby się uzyskać za nieco mniejsze pieniądze. Wieść głosi, że takim "tańszym odpowiednikiem" ATH-ADX5000 jest wprowadzony w drugiej połowie ubiegłego roku model ATH-AP2000Ti - ciekawe, nafaszerowane egzotycznymi materiałami, stricte audiofilskie słuchawki, które w odróżnieniu od wspomnianego flagowca otrzymały zamknięte muszle. A skoro nie kosztują 10999, lecz 6599 zł, postanowiłem dać im szansę.

Linn to jeden z producentów, którzy w skomplikowanym świecie hi-endowego sprzętu audio zdołali wydzielić sobie własną przestrzeń i od wielu, wielu lat funkcjonują w niej bez oglądania się na innych. Szkoccy inżynierowie pozostają wierni pomysłom, które w pierwszej chwili mogą wydawać się oryginalne lub nawet ekscentryczne, ale działają. Szczególnie wtedy, gdy zaakceptujemy ich kilka i zgodzimy się na to, aby wprowadzać firmową filozofię w życie całymi pakietami - od źródła przez amplifikację aż po zestawy głośnikowe. Podobnie jak Naim, Cyrus i kilku innych brytyjskich specjalistów od audiofilskiej elektroniki, Linn zawsze układał swoją ofertę tak, aby zachęcać melomanów do myślenia systemowego - aby zakup pojedynczego urządzenia nie był końcem, lecz początkiem pewnej drogi. Oczywiście, nikt nikogo do niczego nie zmuszał. Szkoci nie mieli w zwyczaju montowania nietypowych gniazd utrudniających lub uniemożliwiających połączenie ich sprzętu z produktami konkurencyjnych marek ani nie blokowali klientów w żaden inny sposób. Zwykle działała tutaj sama świadomość, że w dowolnym momencie możemy ulepszyć swoją wieżę poprzez poddanie któregoś z klocków fabrycznemu upgrade'owi lub dołożenie do zestawu kolejnego pudełka, które zrobi dla nas coś dobrego. Modułowa budowa systemów Linna została wprowadzona już w pierwszym, legendarnym gramofonie tej marki i stała się normą dla wszystkich kolejnych projektów. Dzięki niej klienci mogą budować swoje systemy długofalowo, w sposób przemyślany i - mimo stosunkowo wysokich cen - jak najbardziej opłacalny. Mogłoby się wydawać, że firma, której pierwszym dostępnym komercyjnie produktem był gramofon, będzie broniła wszystkich konserwatywnych pomysłów, a w epoce plików i streamingu okopie się w obozie winylowo-cedekowym, ale tutaj zaskoczenie - Linn był jednym z pierwszych producentów urządzeń audio, którzy całkowicie usunęli ze swojej oferty odtwarzacze CD. W podjęciu tej decyzji pomógł odtwarzacz sieciowy Klimax DS, opracowany z myślą o odtwarzaniu plików w jakości studyjnej. Szkoci twierdzą, że model ten gwarantował jakość dźwięku nieosiągalną dla klasycznych maszyn przystosowanych do obsługi fizycznych nośników. Trzynaście lat temu taka deklaracja wystarczyła, aby zaszokować świat hi-endu i zachęcić wiernych fanów marki do przesiadki na nowe źródło. Dziś plikowa rewolucja jest faktem dokonanym. Do pełni szczęścia brakuje nam już chyba tylko serwisów streamingowych oferujących muzykę w formacie DSD. Sprzęt audio pasujący do tego świata musi nie tylko dobrze grać, ale także łączyć się ze wszystkim, co sobie wymyślimy, elegancko się prezentować i nie zajmować zbyt wiele miejsca. Najlepiej byłoby, gdyby całą filozofię Linna dało się zamknąć w jednym pudełku, które można rozbudować nie zwiększając rozmiarów obudowy. I oto jest - przed nami Selekt DSM.

Moda na bezprzewodowe słuchawki wybuchła wraz z upowszechnieniem się smartfonów. Przez kilka lat na tym rynku działo się naprawdę sporo. Producenci elektroniki musieli nie tylko opanować nowe rozwiązania techniczne, ale także zastanowić się na jakie modele postawić i jakich środków użyć, aby wysunąć się na prowadzenie. Projektanci mieli mnóstwo pomysłów. Każde nowe nauszniki miały być przełomowe. Z okazji ich premiery organizowano konferencje prasowe, podczas których prezentowano zuchwałe plany podbicia słuchawkowego świata i kilku okolicznych galaktyk. Było gęsto. Czasami trochę żenująco, ale ciekawie. Teraz testowanie bezprzewodowych słuchawek kojarzy mi się ze straszną, ale to straszną nudą. Naprawdę. Wszystkie są robione pod takiego samego klienta. Wszystkie wyglądają podobnie, mają podobne funkcje i podobne opakowania wzorowane na pudełkach Apple'a - czarno-białe, z prostym zdjęciem i opisami wydrukowanymi minimalistyczną, wąską czcionką. Odnoszę wrażenie, że ze wszystkich ciekawych kształtów, typów i rozmiarów zostały już tylko dwie opcje - zamknięte nauszniki ze składanymi muszlami, obsługą wirtualnych asystentów i aktywną redukcją hałasu oraz "czru łajerlesy" w ładującym pudełeczku. Każdy inny typ słuchawek bezprzewodowych jest traktowany jak kuriozum. Producenci wręcz boją się wychlić z czymś nowym. A jednak produkty opatrzone logiem Harman Kardon zawsze były trochę inne - bardziej dopracowane, dojrzałe i dopieszczone. Teoretycznie blisko spokrewnione z głośnikami i słuchawkami JBL-a, ale z JBL-em i Harmanem jest jak z Toyotą i Lexusem - niby to jeden koncern, a jednak w dostarczanym klientom produktach różnic jest więcej niż podobieństw. Może to samo zobaczymy w słuchawkach Fly ANC?

Na łamach StereoLife staramy się nie komentować wydarzeń niezwiązanych ze sprzętem stereo. Nie poruszamy kwestii politycznych, nie powtarzamy fake newsów ani nie zmieniamy loga kilkadziesiąt razy w roku, aby pokazać poparcie dla ekologów, maturzystów, lekarzy, piłkarzy lub raperów. Nie od tego jesteśmy. Koronawirusa także mamy już serdecznie dosyć, jednak jest to jeden z tych tematów, od których naprawdę ciężko uciec. Pandemia szybko zaczęła zmieniać nasze życie, a z rynku audio płynęły różne, czasami zupełnie sprzeczne sygnały. Niektóre firmy już na wczesnym etapie epidemii pozamykały swoje siedziby i przestawiły się na działania online, co w niektórych przypadkach wyszło całkiem nieźle. Część dystrybutorów po pewnym czasie zaczęła donosić o rosnącej sprzedaży, wprowadzając środki bezpieczeństwa w swoich sklepach. W ostatnim czasie w Warszawie uruchomiono dwa nowe salony i jeden outlet ze sprzętem hi-fi. Jeśli więc chodzi o nasze rodzime poletko, naprawdę nie jest źle. Na świecie, jak można się było domyślać, wygląda to bardzo różnie. Pod koniec lutego odwołano zaplanowaną na maj wystawę High End. Od tego czasu z kalendarza wykreślono wiele podobnych imprez. Część fabryk pozamykano do odwołania, a terminy dostaw zmieniano tyle razy, że wciąż nie wiadomo która zmiana będzie tą ostatnią. Jedną z pierwszych manufaktur, w którą uderzył koronawirus był Unison Research. Fabryka zlokalizowana na obrzeżach Treviso znalazła się w "czerwonej strefie". Na początku marca Włosi informowali o związanych z tym faktem utrudnieniach, ale starali się pracować normalnie i całkiem dobrze im to wychodziło. W końcu nie mówimy o gigantycznej fabryce zatrudniającej tysiące ludzi, ale rodzinnej firmie, pod którą każdego dnia pojawia się może dwadzieścia samochodów, a technicy montujący wzmacniacze nigdy nie pracowali jeden obok drugiego i nie stukali się łokciami. Niestety, dwa miesiące później odszedł Giovanni Nasta - założyciel firmy Opera, która połączyła się z Unisonem pod skrzydłami jednej spółki i pod dachem jednego budynku. Ogromna strata. Mam nadzieję, że jego brak nie będzie wiązał się z jakąś rewolucją w firmie, o którą tak dbał. Jestem pewien, że Włosi - teraz zapewne pod dowództwem syna Giovanniego, Bartolomeo - poradzą sobie ze wszystkimi przeciwnościami losu. Gdybyśmy jednak mieli kiedyś dzielić historię Unisona na "czasy przed" i "czasy po", ostatnim urządzeniem starej ery będzie jego najnowsze dzieło - przedwzmacniacz gramofonowy uPhono+.

Jesteśmy wzrokowcami. Choćbyśmy nie wiem jak starali się od tego uciec, zwyczajnie się nie da. Naukowcy twierdzą, że nawet 80% informacji dociera do naszego mózgu dzięki zmysłowi wzroku. Mechanizmy, które pierwotnie miały uchronić nas przed dzikimi zwierzętami lub innymi zagrożeniami i pozwolić naszym przodkom skutecznie polować, teraz wykorzystujemy do bezpiecznego poruszania się po mieście oraz błyskawicznej oceny wszystkiego, co pojawi się w naszym otoczeniu. Biologiczna aparatura wideo - choć nie tak doskonała, jak u niektórych zwierząt - działa naprawdę błyskawicznie. Na co dzień się nad tym nie zastanawiamy, ale robimy to odruchowo, niemal całkowicie bezwiednie. Bardzo ciekawy eksperyment przeprowadzili na przykład Nalini Ambady i Robert Rosenthal z Uniwersytetu Harvarda. Chcąc przekonać się, jak studenci odbierają swoich profesorów, pokazali grupie osób spoza uczelni 10-sekundowe filmy nagrane podczas różnych wykładów, oczywiście bez głosu. Ankietowani odpowiedzieli na szereg pytań i każdemu z wykładowców przyznali oceny w różnych kategoriach. Jednych odebrali jako doświadczonych, dobrze przygotowanych i sympatycznych, a innych - przykładowo - jako nerwowych, rozkojarzonych lub nastawionych do studentów wrogo. Następnie długość filmów skrócono do 5 sekund. Obserwacje osób biorących udział w eksperymencie ani trochę się nie zmieniły. Ambady i Rosenthal poszli więc po bandzie i zostawili badanym tylko 2 sekundy na ocenę danego wykładowcy. Wyniki nie uległy zmianie - obserwacje i oceny ankietowanych były właściwie identyczne. Choć pierwsze wrażenie nie musi być zgodne z rzeczywistością, na jego podświadome wygenerowanie potrzeba nam mniej więcej tyle czasu, ile trwa przełknięcie śliny. W ten sposób oceniamy nie tylko ludzi, ale także przedmioty. Zjawisko to wykorzystują specjaliści od tak zwanego marketingu sensorycznego, który ma na celu wywołać pożądane decyzje zakupowe konsumenta i nasilić jego emocjonalne przywiązanie do danej marki. Liczą się oczywiście wszystkie zmysły, jednak zdaniem ekspertów tylko wzrok może oddziaływać na aż siedmiu płaszczyznach - od oświetlenia i wystroju wnętrza przez opakowanie aż po wygląd samego produktu. Dla niektórych to przerażające, dla innych - zupełnie naturalne.

W wielu dziedzinach naszego życia panuje zgoda co do kierunku, w którym należy podążać. Telewizory mają być większe, cieńsze i bardziej wszechstronne. Samochody - bogato wyposażone, wygodne i ekonomiczne. Laptopy - mocniejsze, lżejsze, szybsze, bardziej wytrzymałe i na tyle eleganckie, aby można było pokazać się z nimi w modnej kawiarni. Żaden producent telewizorów nie wyskoczy z informacją, że modele zaplanowane na przyszły rok będą mniejsze i grubsze, a do tego zostaną pozbawione sporej części przydatnych funkcji. Żaden producent samochodów nie będzie chwalił się tym, że jego rynkowy hit po liftingu będzie miał mniej miejsca w kabinie, a spalanie znacząco wzrośnie. Żaden specjalista od laptopów nie powie, że procesory muszą być wolniejsze, bo produkowane obecnie modele pracują zdecydowanie za szybko. Jeśli chodzi o sprzęt audio, trendy wyznaczają głównie urządzenia sieciowe i bezprzewodowe. Nowe amplitunery muszą zapewniać dostęp do popularnych serwisów streamingowych, a słuchawki i małe głośniki przenośne - wspierać wszystkie najnowsze technologie, z asystentami głosowymi na czele. Jeżeli jednak zapomnimy o tematach, które są w modzie, spojrzymy na sprawę z punktu widzenia audiofila i przyjrzymy się konkretnym elementom systemu stereo, sprawy zaczną się komplikować. No bo jaki ma być idealny wzmacniacz? Jedni twierdzą, że powinna to być potężna integra dysponująca mocą 250 W na kanał, natomiast inni uważają, że do pełni szczęścia potrzebna jest co najwyżej 15-watowa lampa, najlepiej single-ended. Kable? Jedni robią grube i ciężkie węże, przy których ogrodowy szlauch to śmiech na sali, a inni - delikatne, cienkie, lekkie, często przezroczyste tasiemki wykonane z nieprawdopodobną precyzją. Zestawy głośnikowe mogą mieć dwa metry wysokości i wykorzystywać dwa tuziny przetworników, ale wiele audiofilskich kolumn to minimalistyczne konstrukcje, których konstruktorzy zamiast na ilość, postawili na jakość. Ponieważ podążanie tą drogą przynosi zaskakująco dobre rezultaty, niektórzy melomani wybierają sprzęt audio tak, jak żywność lub kosmetyki - biorąc nie te, które coś szczególnego mają, ale te, których skład jest najkrótszy. Niektórzy twierdzą, że w segmencie hi-endowego audio owszem można się pobawić w ten cały minimalizm, ale z mniejszym budżetem prawdopodobnie się to nie uda. Kupimy mniej, dostaniemy mniej i na tym się skończy. Hmm... Jesteście pewni?
Grzesiek