
Jesteśmy wzrokowcami. Choćbyśmy nie wiem jak starali się od tego uciec, zwyczajnie się nie da. Naukowcy twierdzą, że nawet 80% informacji dociera do naszego mózgu dzięki zmysłowi wzroku. Mechanizmy, które pierwotnie miały uchronić nas przed dzikimi zwierzętami lub innymi zagrożeniami i pozwolić naszym przodkom skutecznie polować, teraz wykorzystujemy do bezpiecznego poruszania się po mieście oraz błyskawicznej oceny wszystkiego, co pojawi się w naszym otoczeniu. Biologiczna aparatura wideo - choć nie tak doskonała, jak u niektórych zwierząt - działa naprawdę błyskawicznie. Na co dzień się nad tym nie zastanawiamy, ale robimy to odruchowo, niemal całkowicie bezwiednie. Bardzo ciekawy eksperyment przeprowadzili na przykład Nalini Ambady i Robert Rosenthal z Uniwersytetu Harvarda. Chcąc przekonać się, jak studenci odbierają swoich profesorów, pokazali grupie osób spoza uczelni 10-sekundowe filmy nagrane podczas różnych wykładów, oczywiście bez głosu. Ankietowani odpowiedzieli na szereg pytań i każdemu z wykładowców przyznali oceny w różnych kategoriach. Jednych odebrali jako doświadczonych, dobrze przygotowanych i sympatycznych, a innych - przykładowo - jako nerwowych, rozkojarzonych lub nastawionych do studentów wrogo. Następnie długość filmów skrócono do 5 sekund. Obserwacje osób biorących udział w eksperymencie ani trochę się nie zmieniły. Ambady i Rosenthal poszli więc po bandzie i zostawili badanym tylko 2 sekundy na ocenę danego wykładowcy. Wyniki nie uległy zmianie - obserwacje i oceny ankietowanych były właściwie identyczne. Choć pierwsze wrażenie nie musi być zgodne z rzeczywistością, na jego podświadome wygenerowanie potrzeba nam mniej więcej tyle czasu, ile trwa przełknięcie śliny. W ten sposób oceniamy nie tylko ludzi, ale także przedmioty. Zjawisko to wykorzystują specjaliści od tak zwanego marketingu sensorycznego, który ma na celu wywołać pożądane decyzje zakupowe konsumenta i nasilić jego emocjonalne przywiązanie do danej marki. Liczą się oczywiście wszystkie zmysły, jednak zdaniem ekspertów tylko wzrok może oddziaływać na aż siedmiu płaszczyznach - od oświetlenia i wystroju wnętrza przez opakowanie aż po wygląd samego produktu. Dla niektórych to przerażające, dla innych - zupełnie naturalne.

W wielu dziedzinach naszego życia panuje zgoda co do kierunku, w którym należy podążać. Telewizory mają być większe, cieńsze i bardziej wszechstronne. Samochody - bogato wyposażone, wygodne i ekonomiczne. Laptopy - mocniejsze, lżejsze, szybsze, bardziej wytrzymałe i na tyle eleganckie, aby można było pokazać się z nimi w modnej kawiarni. Żaden producent telewizorów nie wyskoczy z informacją, że modele zaplanowane na przyszły rok będą mniejsze i grubsze, a do tego zostaną pozbawione sporej części przydatnych funkcji. Żaden producent samochodów nie będzie chwalił się tym, że jego rynkowy hit po liftingu będzie miał mniej miejsca w kabinie, a spalanie znacząco wzrośnie. Żaden specjalista od laptopów nie powie, że procesory muszą być wolniejsze, bo produkowane obecnie modele pracują zdecydowanie za szybko. Jeśli chodzi o sprzęt audio, trendy wyznaczają głównie urządzenia sieciowe i bezprzewodowe. Nowe amplitunery muszą zapewniać dostęp do popularnych serwisów streamingowych, a słuchawki i małe głośniki przenośne - wspierać wszystkie najnowsze technologie, z asystentami głosowymi na czele. Jeżeli jednak zapomnimy o tematach, które są w modzie, spojrzymy na sprawę z punktu widzenia audiofila i przyjrzymy się konkretnym elementom systemu stereo, sprawy zaczną się komplikować. No bo jaki ma być idealny wzmacniacz? Jedni twierdzą, że powinna to być potężna integra dysponująca mocą 250 W na kanał, natomiast inni uważają, że do pełni szczęścia potrzebna jest co najwyżej 15-watowa lampa, najlepiej single-ended. Kable? Jedni robią grube i ciężkie węże, przy których ogrodowy szlauch to śmiech na sali, a inni - delikatne, cienkie, lekkie, często przezroczyste tasiemki wykonane z nieprawdopodobną precyzją. Zestawy głośnikowe mogą mieć dwa metry wysokości i wykorzystywać dwa tuziny przetworników, ale wiele audiofilskich kolumn to minimalistyczne konstrukcje, których konstruktorzy zamiast na ilość, postawili na jakość. Ponieważ podążanie tą drogą przynosi zaskakująco dobre rezultaty, niektórzy melomani wybierają sprzęt audio tak, jak żywność lub kosmetyki - biorąc nie te, które coś szczególnego mają, ale te, których skład jest najkrótszy. Niektórzy twierdzą, że w segmencie hi-endowego audio owszem można się pobawić w ten cały minimalizm, ale z mniejszym budżetem prawdopodobnie się to nie uda. Kupimy mniej, dostaniemy mniej i na tym się skończy. Hmm... Jesteście pewni?

W ostatnich latach JBL zapracował sobie na miano najbardziej znanego producenta przenośnego sprzętu audio. Gdyby spytać kogokolwiek o pierwsze skojarzenie w tym temacie, mielibyśmy wielką szansę na to, że usłyszymy nazwę właśnie tego amerykańskiego producenta. Pomijając bogatą historię amerykańskiej firmy, na ten sukces zapracowało właściwie kilkanaście przenośnych głośników i słuchawek bezprzewodowych wykorzystywanych przez olbrzymią grupę docelową jako odbiornik muzyki puszczanej z telefonu. Z pewnością swoje pięć groszy dorzucił tutaj bardzo dynamiczny rozwój serwisów streamingowych i dostępność sprzętu JBL-a, bo w elektronicznych supermarketach można kupić nie tylko najprostsze i najtańsze modele głośników tej marki. Jest tylko jeden problem - nie zawsze możemy pozwolić sobie na to, by muzykę puszczać głośno. Z pomocą przychodzą, jak zawsze, różnego rodzaju słuchawki - od dousznych kablowych po nauszne bezprzewodowe. Amerykanie szybko i - trzeba to powiedzieć - niezwykle agresywnie weszli na ten rynek, oferując szeroki wachlarz produktów, od sportowych dokanałówek po duże, eleganckie nauszniki wykorzystujące najnowsze technologie. Zarówno bogate portfolio, jak i rozsądnie skalkulowane ceny świadczą o tym, że JBL chce dotrzeć do szerokiego grona odbiorców, co niekoniecznie musi obejmować również "społeczność audiofilską". Ale czy to się ze sobą gryzie? Chyba nie. A już na pewno jeśli chodzi o bezprzewodowe nauszniki, które będą towarzyszyć nam zarówno w domu, jak i poza nim.

Średnio kilka razy w miesiącu dostaję propozycję przetestowania jakiegoś nowego urządzenia. Większość z tych maili i telefonów można podzielić na trzy grupy. Pierwsza to typowy spam, który przychodzi nawet nie wiadomo skąd. Prawdopodobnie z dalekowschodnich fabryk produkujących wszystko od soundbarów po złote kondensatory. Druga to maile rozsyłane przez młodych i energicznych pracowników agencji reklamowych, którym wydaje się, że na wieść o możliwości otrzymania jednego z pierwszych sampli jakichś tam bezprzewodowych słuchawek powinienem dosłownie posikać się ze szczęścia. Trzecia grupa to producenci i dystrybutorzy, którzy o audiofilskim sprzęcie nie mają zielonego pojęcia. Zwykle oferują coś mocno średniego, co jednak ich zdaniem jest absolutnie przełomowe. Desperacko próbują wprowadzić na rynek wzmacniacze, kable lub kondycjonery zasilające klasy śmietnikowej. Z oczywistych względów na większość tego typu wiadomości odpisuję jednym zdaniem, a na niektóre nie odpowiadam w ogóle, co może i jest niekulturalne, ale niektóre z tych maili też do eleganckich nie należą. Być może coś ważnego mnie omija. Być może jedną na dziesięć takich rzeczy warto byłoby się zainteresować. Gdybyśmy jednak brali do testów cały ten badziew, nie miałbym czasu na urządzenia, które wydają mi się milion razy bardziej interesujące i które, dzięki uprzejmości wielu fantastycznych ludzi działających w branży audio, mogę mieć pod drzwiami następnego dnia. Może to zabrzmi brutalnie, ale nowy Chord, nowe Sennheisery i nowe Cardasy kręcą mnie bardziej niż wzmacniacz słuchawkowy marki Fidelice Precision, nauszniki Austrian Audio czy kable Black Cat. I jestem przekonany, że zgodzi się z tym większość audiofilów. Niełatwo mnie przekonać do przetestowania czegoś, czego nie znam lub o czym nie słyszałem zbyt wiele. Zdanie mogę zmienić jeśli jest to produkt nowej marki założonej przez ludzi z dużym doświadczeniem (Fyne Audio, Soul Note, My Monitors), jeśli będzie to coś naprawdę intrygującego (1ARC, Soundgil, Sound Project) lub jeśli z propozycją testu zgłosi się do mnie dystrybutor znany ze ściągania do naszego kraju dziwnych, mało znanych, ale pięknych i wartościowych urządzeń. Jednym z nich bydgoski Audio-Connect. Dobry gust trzech przyjaciół, którzy założyli ten salon jest dla mnie sprawą niepodważalną. Nie interesuje mnie nawet jak będzie się nazywało ich nowe znalezisko, gdzie będzie produkowane i czy akurat będą to kolumny, wzmacniacze czy kable zasilające. Może to być nawet lampowa integra z Łotwy albo przetwornik cyfrowo-analogowy z Korei Południowej. Jeśli mam taką możliwość, biorę. Poznajcie zatem monitory Qln Prestige One.

Miłośnicy wysokiej klasy sprzętu audio przyzwyczaili się, że w tej branży rzadko kiedy można mówić o przełomowych pomysłach i rozwiązaniach technicznych. Jeśli nawet coś takiego się pojawia, musi się w pewnym sensie zestarzeć, dojrzeć, nabrać rozpędu. Choć z dzisiejszego punktu widzenia wydaje się to nieprawdopodobne, nawet do płyt kompaktowych audiofile podchodzili jak pies do jeża. Uważali, że digitalizacja muzyki nie przyniesie nic dobrego, a brzmienie pierwszych dostępnych na rynku odtwarzaczy uznali za rozczarowujące. Według nich było ono sztuczne, twarde, techniczne i bezduszne. Co ciekawe, kilkadziesiąt lat później wielu z nich zaczęło bronić srebrnych krążków przed inwazją gęstych plików i serwisów strumieniowych, tym razem twierdząc, że cedeki brzmią bardziej naturalnie, prognozując przy tymz jakimi problemami będą zmagać się posiadacze streamerów. Że będą pozbawieni emocji towarzyszących kupowaniu płyt, wyjmowaniu ich z folii i wąchaniu umieszczonej w środku książeczki... Że staną się uzależnieni od dostawcy Internetu, a przecież fizycznym nośnikom Internet do niczego niepotrzebny... Że artysta, wytwórnia lub właściciel danego serwisu będą mogli w dowolnej chwili usunąć wybrane tytułu z bazy i nic nie będzie można na to poradzić... Odrobina racji w tym jest, jednak czytając podobne komentarze trudno oprzeć się wrażeniu, że audiofil to taki człowiek, któremu w kwestii odtwarzania muzyki po prostu nie sposób dogodzić. Z punktu widzenia osobnika spoza tego grona - niegroźny wariat. Dla producenta sprzętu grającego - w szczególności takiego, z którego mają korzystać dziesiątki tysięcy ludzi - audiofil jest natomiast kimś takim, jak klient, który przychodzi do restauracji, choć od rana boli go brzuch. Jest głodny, ale zły. Na nic nie ma ochoty. Wszystko jest jego zdaniem paskudne. Ostatecznie zamawia wodę i narzeka, że zbyt ciepła, zbyt zimna albo zbyt gazowana. Specjaliści od elektroniki - podobnie, jak właściciele restauracji - wiedzą, że opinii takiego pacjenta nie należy brać sobie do serca. Pomarudzi sobie i pójdzie do apteki. W tym czasie zamówienie złoży jednak dwudziestu innych klientów, którym jedno danie smakuje bardziej, drugie może trochę mniej, ale generalnie są zadowoleni. Uśmiechają się, chwalą, dziękują i wracają. Co więcej, są otwarci na nowe pomysły szefa kuchni. Chcą być bogatsi o nowe doświadczenia, a niektórzy nawet lubią pochwalić się, że już byli, już próbowali i już wiedzą jak smakuje na przykład ramen z jajkami, chili i limonką albo bezglutenowy sorbet ananasowy.

Amatorów sprzętu grającego z wysokiej półki zazwyczaj interesują najnowsze modele znanych marek, ich parametry i szczegóły budowy wewnętrznej, czasami także informacje o pochodzeniu poszczególnych komponentów czy ciekawe opowieści o tym, jak to transformatory nawijano trzy miesiące, aż do osiągnięcia pożądanego efektu, albo jak rygorystyczny jest proces selekcji lamp mocy. Rzadko kto interesuje się tak przyziemnymi rzeczami, jak struktura własnościowa danej firmy. Czy jest to rodzinna manufaktura, przedsiębiorstwo prowadzone równocześnie przez kilka różnych podmiotów, czy może własność międzynarodowego koncernu, którego zarząd o transformatorach i kondensatorach nie wie zupełnie nic, ale chce, aby karuzela kręciła się tak, jak należy? Jeszcze do niedawna tego typu historie wydawały mi się niesamowicie nudne. Znam dziennikarzy, którzy z przedstawicielami największych graczy potrafią godzinami rozmawiać o przejęciach, akcjach, wykupach i pakietach większościowych, pytając o nowe wzmacniacze tylko na początku, z czystej kurtuazji, jakby ich rozmówcom było w zasadzie wszystko jedno na czym robią pieniądze. Nie da się jednak ukryć, że czasami jeden ważny krok potrafi wprowadzić firmę na nowe tory. I nawet jeśli sama zmiana właściciela średnio nas fascynuje, szybko zaczyna odbijać się na rzeczach, na które akurat zwracamy uwagę. Niedawno do takiego wydarzenia doszło w Danii. Copland - znany i obecny na rynku od dawna, ale ostatnio ewidentnie uśpiony producent elektroniki - wrócił w ręce swojego pierwotnego założyciela. I dobrze!

Mówiąc o brytyjskich monitorach, zwykle myślimy o kultowych głośnikach zaprojektowanych dla rozgłośni BBC. Ich legenda jest dziś kontynuowana przez firmy, które albo uczestniczyły w tamtych projektach i zbudowały na tym swoją rynkową pozycję, albo zostały założone przez zapaleńców, a czasami nawet synów i wnuków inżynierów, którzy kilkadziesiąt lat temu pracowali nad tymi zestawami lub mieli jakąkolwiek styczność z ich produkcją. Niektórzy po pewnym czasie opuścili ten klub, idąc dalej i szukając nowych rozwiązań technicznych, nowych materiałów i nowych możliwości rozwoju. W końcu jak długo można klepać takie same kolumny i prześcigać się w zapewnieniach, że akurat naszym najbliżej jest do oryginału... Rogers, Harbeth, Spendor, Graham Audio, Falcon Acoustics - żadna z tych firm nie ma monopolu na sukces. Nawet jeśli utożsamiamy brytyjskie monitory z ich produktami, powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, że mówimy o replikach studyjnych zestawów sprzed wielu, wielu lat, które upodobali sobie wąsaci audiofile. Mam nawet wrażenie, że od pewnego momentu to bardziej oni, a nie profesjonaliści byli odpowiedzialni za budowanie ich legendy. Dziś w studiach nagraniowych nie używa się już czegoś takiego, jak LS5/9. Od czasu do czasu trafia się na ekscentryków, którzy gotową robotę lubią sprawdzić na takich głośnikach, jednak nawet oni robią to na zasadzie eksperymentu - jak dane nagranie zabrzmi u ludzi, którzy mają dziwny, stary albo po prostu kiepski sprzęt hi-fi. Na studyjnych monitorach sprzed pięćdziesięciu lat nikt normalny nie pracuje. Tak, jak żaden normalny kierowca rajdowy nie ściga się starym samochodem. Owszem, można mieć sentyment do Lancii 037, w której Walter Röhrl wygrywał z Audi Quattro albo Subaru Imprezy WRC, za którego kierownicą siedział Colin McRae, ale dzisiaj są już inne, lepsze samochody. Nawiasem mówiąc, Harbeth, Spendor i Graham Audio nie robią już aktywnych monitorów studyjnych ani nawet nie próbują na bazie vintage'owych modeli budować czegoś, co mogłoby się spodobać inżynierom dźwięku. Żadna z tych konstrukcji nie ma swojego nowoczesnego, studyjnego, aktywnego odpowiednika. Istnieje za to spora grupa producentów, którzy dostarczają kolumny zarówno na rynek profesjonalny, jak i amatorski. Jednym z nich jest ATC.

Na temat firmy Pylon Audio, jej historii i filozofii napisaliśmy już chyba wszystko, co można było napisać. Chciałbym powiedzieć, że śledziliśmy jej losy od samego początku, ale tak naprawdę zainteresowaliśmy się jej produktami dopiero wtedy, gdy zaczęła odnosić pierwsze sukcesy, a o kolumnach z serii Topaz i Pearl zaczęło się robić głośno. Później były Sapphire'y, Diamondy, Opale i Corale, nie wspominając o zestawach, w których powstaniu jarocińska manufaktura miała mniejszy lub większy udział (jak chociażby podłogówki produkowane pod marką Unitra czy piękne Audio Physiki z serii Classic). Każdy taki test był okazją do nadrobienia zaległości w dziedzinie najnowszych sukcesów Pylona. Wyglądało to tak, jakby firma krok po kroku zaliczała kolejne punkty przygotowanego znacznie wcześniej planu. Wprowadzenie kolejnej serii kolumn, dodanie wersji lakierowanych, wejście na rynki zagraniczne, produkcja własnych przetworników średnio-niskotonowych, premiera nowych flagowców, nawiązanie współpracy z utytułowanymi partnerami, nagrody, wystawy, wyróżnienia, poszerzenie palety fornirów i lakierów, powiększenie fabryki... Raz po raz nachodzi mnie myśl, że warto byłoby pojechać do Jarocina i przygotować reportaż z zakładów Pylona, jednak za każdym razem pojawia się oczywisty problem - taki artykuł musiałby być często aktualizowany, bo w ciągu roku sytuacja może się już zmienić na tyle mocno, że spora część informacji zwyczajnie straci ważność.

Szwajcarski sprzęt audio kojarzy mi się z wyrafinowanymi projektami, wysokiej jakości materiałami, nieprawdopodobną dbałością o szczegóły i, niestety, koszmarnie wysokimi cenami. Mieszkańcy tego specyficznego, górzystego państwa nie mają w zwyczaju oszczędzać na każdej jednej rzeczy, dlatego jeśli już się za coś biorą, mierzą wysoko i wyceniają swoją pracę adekwatnie do osiągniętego efektu. Lubią też korzystać z lokalnych surowców i usług krajowych dostawców, a to jeszcze bardziej podnosi koszt produkcji, bo Szwajcaria uchodzi za jeden z najdroższych krajów na świecie. W Zurychu za małą kawę trzeba zapłacić około 17-18 zł. Jakby ktoś chciał protestować albo zwyczajnie skubańców najechać, nie będzie miał łatwo. Po pierwsze, niemal w każdym szwajcarskim domu jest broń. Każdy mężczyzna musi odbyć służbę wojskową, po której nie dość, że zachowuje broń, to jeszcze co roku musi wziąć udział w kursie strzeleckim. Po drugie, w Szwajcarii znajduje się około trzysta tysięcy bunkrów, które mogą pomieścić dziewięć milionów ludzi. Zmieszczą się w nich wszyscy mieszkańcy, ich goście, zwierzęta i ogrodowe krasnale. Jest to podyktowane przepisami, zgodnie z którymi każdy obywatel musi mieć dostęp do schronienia w swoim budynku lub jego bezpośredniej bliskości. Nikogo nie dziwi również to, że nowe domy na alpejskich zboczach są stawiane za pomocą helikopterów, a do niektórych posiadłości dojeżdża się kolejką linową. Poszukiwacze budżetowego sprzętu audio mogą więc od razu odpuścić sobie każde jedno urządzenie wyprodukowane w Szwajcarii. Co innego melomani, którzy cenią sobie wysoką jakość brzmienia, a przy okazji lubią otaczać się luksusowymi przedmiotami. Do nich bezkompromisowe podejście Helwetów trafi natychmiast.

Triangle to jedna z firm, które umiejętnie łączą klasykę z nowoczesnością. Manufaktura założona czterdzieści lat temu przez Renauda de Vergnette'a ma na koncie wiele odważnych, a nawet ekscentrycznych pomysłów, jednak - w przeciwieństwie do innych francuskich producentów zestawów głośnikowych - nie pozwoliła, aby napędzały ją wyłącznie technologiczne nowinki i nie odcinała się od tradycyjnych technik produkcji i materiałów tylko po to, aby budować wizerunek skrajnie progresywnego przedsiębiorstwa. Kiedy wielcy konkurenci Triangle'a budowali głośniki z kompozytów stosowanych w przemyśle lotniczym i tworzyli przedziwne kolumny w kształcie odwróconego wykrzyknika lub zawieszonej na wąskiej nóżce kuli, pan de Vergnette uparcie stosował w swoich przetwornikach "przestarzałą" celulozę, twierdząc, że żaden inny materiał nie daje tak naturalnego, tak pięknego i przyjemnego dla ludzkiego ucha brzmienia. Parametry, wykresy i tworzywa opracowane z myślą o promach kosmicznych - wszystko fajnie, ale nic nie przemawiało do niego tak, jak odsłuch. Niewykluczone, że już wtedy zarysował się pewien podział, który w kolejnych latach tylko się pogłębiał. Firmy napędzane poszukiwaniem nowych rozwiązań raz po raz pokazywały światu coś oryginalnego, przy okazji wyrzucając swoje wcześniejsze dokonania do kosza, natomiast w Soissons od pewnego momentu głośniki spokojnie ewoluowały. Każda kolejna generacja miała być lepsza od poprzedniej, ale odbywało się to raczej na zasadzie szlifowania detali lub szukania metod pozwalających wynieść stosowane dotąd przetworniki i obudowy na wyższy poziom, a nie regularnego ogłaszania rewolucji, miotania się na lewo i prawo, czyszczenia katalogu raz na dwa lata i rozwolnienia projektowego, z którego zadowolony jest dział marketingu, a nie klienci. Triangle'a z pewnością jest za co lubić, a teraz być może takich powodów będziemy mieli jeszcze więcej. Do naszego testu trafiły bowiem kolumny z nowej serii Borea. Już na pierwszy rzut oka widać kto je zbudował. Intuicja podpowiada, że dostaniemy tu wszytko, za co szanujemy zestawy tej marki, ale tym razem będzie znacznie, znacznie taniej.
Boguś