
Mówiąc o brytyjskich monitorach, zwykle myślimy o kultowych głośnikach zaprojektowanych dla rozgłośni BBC. Ich legenda jest dziś kontynuowana przez firmy, które albo uczestniczyły w tamtych projektach i zbudowały na tym swoją rynkową pozycję, albo zostały założone przez zapaleńców, a czasami nawet synów i wnuków inżynierów, którzy kilkadziesiąt lat temu pracowali nad tymi zestawami lub mieli jakąkolwiek styczność z ich produkcją. Niektórzy po pewnym czasie opuścili ten klub, idąc dalej i szukając nowych rozwiązań technicznych, nowych materiałów i nowych możliwości rozwoju. W końcu jak długo można klepać takie same kolumny i prześcigać się w zapewnieniach, że akurat naszym najbliżej jest do oryginału... Rogers, Harbeth, Spendor, Graham Audio, Falcon Acoustics - żadna z tych firm nie ma monopolu na sukces. Nawet jeśli utożsamiamy brytyjskie monitory z ich produktami, powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, że mówimy o replikach studyjnych zestawów sprzed wielu, wielu lat, które upodobali sobie wąsaci audiofile. Mam nawet wrażenie, że od pewnego momentu to bardziej oni, a nie profesjonaliści byli odpowiedzialni za budowanie ich legendy. Dziś w studiach nagraniowych nie używa się już czegoś takiego, jak LS5/9. Od czasu do czasu trafia się na ekscentryków, którzy gotową robotę lubią sprawdzić na takich głośnikach, jednak nawet oni robią to na zasadzie eksperymentu - jak dane nagranie zabrzmi u ludzi, którzy mają dziwny, stary albo po prostu kiepski sprzęt hi-fi. Na studyjnych monitorach sprzed pięćdziesięciu lat nikt normalny nie pracuje. Tak, jak żaden normalny kierowca rajdowy nie ściga się starym samochodem. Owszem, można mieć sentyment do Lancii 037, w której Walter Röhrl wygrywał z Audi Quattro albo Subaru Imprezy WRC, za którego kierownicą siedział Colin McRae, ale dzisiaj są już inne, lepsze samochody. Nawiasem mówiąc, Harbeth, Spendor i Graham Audio nie robią już aktywnych monitorów studyjnych ani nawet nie próbują na bazie vintage'owych modeli budować czegoś, co mogłoby się spodobać inżynierom dźwięku. Żadna z tych konstrukcji nie ma swojego nowoczesnego, studyjnego, aktywnego odpowiednika. Istnieje za to spora grupa producentów, którzy dostarczają kolumny zarówno na rynek profesjonalny, jak i amatorski. Jednym z nich jest ATC.

Na temat firmy Pylon Audio, jej historii i filozofii napisaliśmy już chyba wszystko, co można było napisać. Chciałbym powiedzieć, że śledziliśmy jej losy od samego początku, ale tak naprawdę zainteresowaliśmy się jej produktami dopiero wtedy, gdy zaczęła odnosić pierwsze sukcesy, a o kolumnach z serii Topaz i Pearl zaczęło się robić głośno. Później były Sapphire'y, Diamondy, Opale i Corale, nie wspominając o zestawach, w których powstaniu jarocińska manufaktura miała mniejszy lub większy udział (jak chociażby podłogówki produkowane pod marką Unitra czy piękne Audio Physiki z serii Classic). Każdy taki test był okazją do nadrobienia zaległości w dziedzinie najnowszych sukcesów Pylona. Wyglądało to tak, jakby firma krok po kroku zaliczała kolejne punkty przygotowanego znacznie wcześniej planu. Wprowadzenie kolejnej serii kolumn, dodanie wersji lakierowanych, wejście na rynki zagraniczne, produkcja własnych przetworników średnio-niskotonowych, premiera nowych flagowców, nawiązanie współpracy z utytułowanymi partnerami, nagrody, wystawy, wyróżnienia, poszerzenie palety fornirów i lakierów, powiększenie fabryki... Raz po raz nachodzi mnie myśl, że warto byłoby pojechać do Jarocina i przygotować reportaż z zakładów Pylona, jednak za każdym razem pojawia się oczywisty problem - taki artykuł musiałby być często aktualizowany, bo w ciągu roku sytuacja może się już zmienić na tyle mocno, że spora część informacji zwyczajnie straci ważność.

Szwajcarski sprzęt audio kojarzy mi się z wyrafinowanymi projektami, wysokiej jakości materiałami, nieprawdopodobną dbałością o szczegóły i, niestety, koszmarnie wysokimi cenami. Mieszkańcy tego specyficznego, górzystego państwa nie mają w zwyczaju oszczędzać na każdej jednej rzeczy, dlatego jeśli już się za coś biorą, mierzą wysoko i wyceniają swoją pracę adekwatnie do osiągniętego efektu. Lubią też korzystać z lokalnych surowców i usług krajowych dostawców, a to jeszcze bardziej podnosi koszt produkcji, bo Szwajcaria uchodzi za jeden z najdroższych krajów na świecie. W Zurychu za małą kawę trzeba zapłacić około 17-18 zł. Jakby ktoś chciał protestować albo zwyczajnie skubańców najechać, nie będzie miał łatwo. Po pierwsze, niemal w każdym szwajcarskim domu jest broń. Każdy mężczyzna musi odbyć służbę wojskową, po której nie dość, że zachowuje broń, to jeszcze co roku musi wziąć udział w kursie strzeleckim. Po drugie, w Szwajcarii znajduje się około trzysta tysięcy bunkrów, które mogą pomieścić dziewięć milionów ludzi. Zmieszczą się w nich wszyscy mieszkańcy, ich goście, zwierzęta i ogrodowe krasnale. Jest to podyktowane przepisami, zgodnie z którymi każdy obywatel musi mieć dostęp do schronienia w swoim budynku lub jego bezpośredniej bliskości. Nikogo nie dziwi również to, że nowe domy na alpejskich zboczach są stawiane za pomocą helikopterów, a do niektórych posiadłości dojeżdża się kolejką linową. Poszukiwacze budżetowego sprzętu audio mogą więc od razu odpuścić sobie każde jedno urządzenie wyprodukowane w Szwajcarii. Co innego melomani, którzy cenią sobie wysoką jakość brzmienia, a przy okazji lubią otaczać się luksusowymi przedmiotami. Do nich bezkompromisowe podejście Helwetów trafi natychmiast.

Triangle to jedna z firm, które umiejętnie łączą klasykę z nowoczesnością. Manufaktura założona czterdzieści lat temu przez Renauda de Vergnette'a ma na koncie wiele odważnych, a nawet ekscentrycznych pomysłów, jednak - w przeciwieństwie do innych francuskich producentów zestawów głośnikowych - nie pozwoliła, aby napędzały ją wyłącznie technologiczne nowinki i nie odcinała się od tradycyjnych technik produkcji i materiałów tylko po to, aby budować wizerunek skrajnie progresywnego przedsiębiorstwa. Kiedy wielcy konkurenci Triangle'a budowali głośniki z kompozytów stosowanych w przemyśle lotniczym i tworzyli przedziwne kolumny w kształcie odwróconego wykrzyknika lub zawieszonej na wąskiej nóżce kuli, pan de Vergnette uparcie stosował w swoich przetwornikach "przestarzałą" celulozę, twierdząc, że żaden inny materiał nie daje tak naturalnego, tak pięknego i przyjemnego dla ludzkiego ucha brzmienia. Parametry, wykresy i tworzywa opracowane z myślą o promach kosmicznych - wszystko fajnie, ale nic nie przemawiało do niego tak, jak odsłuch. Niewykluczone, że już wtedy zarysował się pewien podział, który w kolejnych latach tylko się pogłębiał. Firmy napędzane poszukiwaniem nowych rozwiązań raz po raz pokazywały światu coś oryginalnego, przy okazji wyrzucając swoje wcześniejsze dokonania do kosza, natomiast w Soissons od pewnego momentu głośniki spokojnie ewoluowały. Każda kolejna generacja miała być lepsza od poprzedniej, ale odbywało się to raczej na zasadzie szlifowania detali lub szukania metod pozwalających wynieść stosowane dotąd przetworniki i obudowy na wyższy poziom, a nie regularnego ogłaszania rewolucji, miotania się na lewo i prawo, czyszczenia katalogu raz na dwa lata i rozwolnienia projektowego, z którego zadowolony jest dział marketingu, a nie klienci. Triangle'a z pewnością jest za co lubić, a teraz być może takich powodów będziemy mieli jeszcze więcej. Do naszego testu trafiły bowiem kolumny z nowej serii Borea. Już na pierwszy rzut oka widać kto je zbudował. Intuicja podpowiada, że dostaniemy tu wszytko, za co szanujemy zestawy tej marki, ale tym razem będzie znacznie, znacznie taniej.

Podobnie, jak aktorzy specjalizujący się w konkretnych rolach i rzadko wychodzący poza swoją ekranową strefę komfortu, tak i producenci audiofilskiej aparatury mogą dać się zaszufladkować. Mam zresztą wrażenie, że wielu ludziom taka sytuacja odpowiada, bo przyporządkowanie poszczególnym markom "ulubionej" kategorii sprzętu pozwala uprościć skomplikowany świat elektroniki, w którym i tak obowiązują dość luźne zasady, a odsłuch może pogrzebać wszystkie ułożone wcześniej teorie - cenowe, techniczne lub czysto światopoglądowe. Bryston uchodzi za specjalistę od wzmacniaczy. Nie bez powodu, bo w niektórych kręgach piecyki tej marki są przedmiotem kultu. Uchodzą za niezwykle dopracowane i pancerne (co potwierdzają nie tylko karty gwarancyjne wypisywane na dwie dekady od momentu zakupu, ale także relacje niezależnych serwisantów, którzy w wielu wzmacniaczach po takim czasie zastępują większość komponentów nowymi lub rezygnują z wykonania usługi ze względu na marne szanse odratowania urządzenia, podczas gdy w Brystonach operacja zwykle kończy się na profilaktycznej wymianie kilku kondensatorów, czyszczeniu wnętrza i podstawowych regulacjach), a ich brzmienie uchodzi za wybitnie naturalne i doskonale wyważone. Kanadyjczycy nie chcą jednak zamykać się w świecie tranzystorowych końcówek mocy i od dawna oferują swoim klientom inne komponenty hi-fi, takie jak odtwarzacze płyt kompaktowych, przetworniki i transporty cyfrowe, przedwzmacniacze gramofonowe, wzmacniacze słuchawkowe, pasywne i aktywne zestawy głośnikowe, a nawet kondycjonery sieciowe i zasilacze. Bryston doskonale wie jak podzielić system stereo na kilka lub kilkanaście elementów. A czy umie także dostosować się do panujących trendów i umieścić kilka urządzeń w jednej obudowie?

Historia firmy założonej w 1883 roku przez Hermann Thorensa od początku kręciła się wokół muzyki. I to dosłownie, bo początkowo skromna manufaktura zajmowała się produkcją pozytywek. Na początku XX wieku w fabryce położonej w malowniczej, szwajcarskiej miejscowości Sainte-Croix powstały pierwsze fonografy z rolkami, a kilka lat później gramofony tubowe przeznaczone do odtwarzania płyt szelakowych. Co ciekawe, owe majestatyczne urządzenia utrzymały się w ofercie Thorensa przez kilka dekad, aż zostały zastąpione gramofonami przypominającymi współczesne konstrukcje. Pod koniec lat dwudziestych ubiegłego stulecia Thorens wypuścił pierwszy model wyposażony w silnik elektryczny. W 1934 roku firma skonstruowała układ napędzający oś talerza przez zespół zębatek, jednak prawdziwym przełomem okazał się zaprezentowany w 1957 roku gramofon TD 124. Tak właściwie, należałoby raczej napisać "napęd", bo urządzenie dostarczano klientom bez obudowy i bez ramienia. Nabywcy modelu z tego rocznika mogli jeszcze liczyć na podstawkę do mocowania ramienia, jednak już w kolejnych latach zrezygnowano z tego ułatwienia i melomani musieli właściwie skonstruować sobie gramofon wokół tego specyficznego zespołu napędowego. TD 124 musiał jednak być wyjątkowo dobry, bo wielu użytkowników chętnie podejmowało się tego zadania. Nawet dziś ten legendarny model osiąga zawrotne ceny na internetowych aukcjach. Można powiedzieć, że to właśnie lata pięćdziesiąte były okresem, w którym szwajcarska firma zapewniła sobie mocną pozycję na rynku, ciesząc się opinią producenta dopracowanych i niezawodnych gramofonów. Dziś kojarzymy ją przede wszystkim z dizajnerskimi projektami o kształcie odbiegającym od standardowego prostokąta, co w połączeniu z niecodziennymi wersjami kolorystycznymi daje naprawdę piorunujący efekt. Szwajcarzy produkują również hi-endowe gramofony, a ostatnio po raz kolejny sięgnęli do swojej bogatej historii, wprowadzając utrzymane w stylu retro modele TD 1600 i TD 1601. Są piękne, ale koszmarnie drogie. Tuż pod nimi w firmowej hierarchii znajduje się bardzo elegancka, ale mniejsza i znacznie tańsza szlifierka oznaczona symbolem TD 402 DD. Może warto jej się przyjrzeć?

Japońskich producentów sprzętu audio można podzielić na dwie kategorie - potężne firmy wytwarzające amplitunery, głośniki, słuchawki i inne urządzenia na skalę masową oraz znacznie mniejsze manufaktury specjalizujące się często w jednej, bardzo konkretnej dziedzinie. Jeśli porzucimy obraz japońskiej elektroniki, który znamy chociażby z półek elektronicznych supermarketów i wejdziemy na wyższy poziom w poszukiwaniu czegoś naprawdę wyjątkowego, odkryjemy całą masę urządzeń stworzonych przez prawdziwych pasjonatów. Rzadko kiedy są to produkty zaprojektowane na podstawie badań rynku, z których wynika, że klienci potrzebują teraz smukłych zestawów głośnikowych w kolorze białym. Tutaj odbywa się to w zupełnie inny sposób. Doświadczony, dysponujący potężną wiedzą i doskonałym zapleczem technicznym konstruktor dochodzi do wniosku, że fajnie byłoby zbudować słuchawki wykorzystujące bardzo nietypowe przetworniki, ze skomplikowanymi obudowami wykonanymi z jubilerską precyzją z rzadkiego stopu metalu, a całość uzupełnić na przykład kablem z monokrystalicznego srebra wzmacnianego włóknem węglowym. Po co? Bo tak mu się zamarzyło. Bo zaprojektował w życiu setki nauszników i dokanałówek przeznaczonych dla tak zwanych zwykłych użytkowników oraz dziesiątki modeli stricte audiofilskich, a teraz postanowił pójść dalej i pobalansować na krawędzi tego, co technicznie jest dzisiaj możliwe. W dużej firmie taki pomysł zostałby zapewne odrzucony ze względu na zbyt wysokie koszty produkcji i małą szansę dotarcia do klientów zainteresowanych tak hi-endowymi słuchawkami, ale jeżeli nasza manufaktura dokładnie tym się zajmuje, od czasu do czasu możemy sobie pozwolić na odrobinę zdrowego szaleństwa. Kiedy prace dobiegną końca, melomani dostają jasną informację - firma stworzyła coś wyjątkowego. Coś, czego nie uda się znaleźć w katalogu wielkich koncernów nawet za milion lat. I choć wcześniej nikt nie pytał o możliwość wprowadzenia tak dziwnych, bezkompromisowych słuchawek, zazwyczaj szybko okazuje się, że znajdują się na nie chętni. Bo przecież nigdy nie wiadomo kiedy sympatycznemu Japończykowi znów wpadnie do głowy taki pomysł i czy w ogóle uda mu się go zrealizować.

Mało znana, polska manufaktura, której oferta składa się zasadniczo z jednego urządzenia i kilku akcesoriów. Nie pachnie to dobrze, prawda? Być może dlatego, że na rynku raz po raz pojawiają się produkty stworzone przez majsterkowiczów, którzy chwytają za lutownicę jeszcze zanim zrobią porządne rozeznanie w temacie. Mają znajomego stolarza, więc na bazie gotowych podzespołów budują całkiem eleganckie, ale kiepsko brzmiące kolumny. Trzy lata konstruują wzmacniacz lampowy, który wprawdzie nie ma jeszcze obudowy i nie kwalifikuje się do sprzedaży, ale podobno gra znakomicie, bo tak powiedział znajomy, który pięć lat temu był na Audio Video Show i zdążył zwiedzić z piętnaście pokoi zanim zgłodniał i ruszył zjeść kebab przy wejściu na dworzec Warszawa Ochota. Każdy normalny człowiek trzyma się od takich wynalazków z daleka. Ja również. Kiedy pada propozycja przetestowania takiego urządzenia, zgodnie z prawdą odpowiadam, że harmonogram testów mam zajęty na dwa lub trzy miesiące do przodu. To gwarantuje nam spokój, bo tacy pacjenci są z reguły bardzo niecierpliwi. Wydaje im się, że najtrudniejszą część przedsięwzięcia mają już za sobą, a entuzjastyczne recenzje, nagrody i zamówienia spływające z całego świata to w zasadzie formalność. Trafiają się jednak produkty, które pewnie nigdy nie zagoszczą na pierwszych stronach najbardziej rozpoznawalnych periodyków, a mimo to są naprawdę wyjątkowe i mocno wyróżniają się nawet na tle utytułowanej konkurencji. Nie jest to jednak kwestia przypadku. Niemal zawsze stoją za nimi ludzie z ogromną wiedzą i doświadczeniem w branży audio. Są cierpliwi i pokorni. Nie uprawiają dziwnych form marketingu. Nie szukają poklasku i szybkiego, spektakularnego sukcesu, ale uważnie słuchają opinii specjalistów i klientów. Pracują nad ulepszaniem swoich produktów w sposób ciągły, wypuszczając nowy model dopiero wtedy, kiedy wszystko jest już dopięte na ostatni guzik. Takim urządzeniom z reguły warto przyjrzeć się bliżej.

Dyskusje na temat działania lub niedziałania kabli zasilających dawno mi się znudziły. Być może dlatego, że - w przeciwieństwie do niektórych ich uczestników - zaliczyłem wszystkie lub prawie wszystkie etapy tej przygody. Podobnie, jak wielu audiofilów dysponujących bardzo zaawansowanymi i kosztownymi kondycjonerami, listwami i sieciówkami, zaczynałem jako sceptyk. Inaczej chyba się nie da, bo doświadczenie w tej materii zdobywa się na drodze czasochłonnych eksperymentów i odsłuchów, a nie nagłego olśnienia lub zakupu najdroższych akcesoriów dostępnych na rynku. Kiedy zacząłem testować kable zasilające, a nawet konstruować własne sieciówki z gotowych przewodów i wtyczek, miałem jeszcze budżetowy system i kiepską listwę, w związku z czym aby zmiany były wyraźnie słyszalne, musiałem sięgnąć po modele z wyższej półki. Kupno przewodu wartego więcej niż zasilane urządzenie wydawało się idiotyczne, jednak później system nie grał już tak samo, a myśl o poprawie brzmienia powracała jak bumerang. Na przestrzeni lat przetestowałem wiele kabli, rozgałęziaczy i kondycjonerów. Uczestniczyłem w gościnnych odsłuchach i różnego rodzaju eksperymentach. Porównywałem kable komputerowe z hi-endowymi drutami za dziesiątki tysięcy złotych. Dlatego średnio interesują mnie kolejne czysto teoretyczne dyskusje. Jak mawiają nasi przyjaciele zza oceanu, byłem tam, robiłem to, mam koszulkę. Lubię natomiast sprawdzać akcesoria zasilające w praktyce. I właśnie tym się dzisiaj zajmiemy.

Charakterystyczne logo amerykańskiej firmy powinno kojarzyć nam się z głośnikami. Jakimi dokładnie? Na to pytanie każdy meloman będzie miał inną odpowiedź, i wszyscy będą mieli rację. Niektórzy najczęściej stykają się z tymi najmniejszymi, pracującymi w słuchawkach dokanałowych, nausznych i wokółusznych. JBL jest także potentatem na rynku głośników bezprzewodowych, dostarczając klientom kolejne generacje modeli w najróżniejszych rozmiarach, kształtach i cenach. Domowe systemy audio? Ależ oczywiście. Czy będzie to soundbar, zestaw kina domowego czy bezprzewodowe głośniki stereo, to już zależy od naszych potrzeb i preferencji. Nagłośnienie samochodowe? Po tej zakładce można buszować bez końca, o ile nasz samochód nie ma głośników JBL-a zamontowanych fabrycznie (a jest na to całkiem spora szansa). Dawniej firma chwaliła się dominacją na rynku profesjonalnych systemów nagłośnieniowych, głównie jeśli chodzi o sale kinowe i koncertowe, stadiony i hale sportowe, centra handlowe i konferencyjne, restauracje i inne obiekty użyteczności publicznej, ale dziś chyba nawet nie musi nam o tym przypominać. No dobrze, a co jeśli chcielibyśmy postawić w swoim salonie coś lepszego niż soundbar lub głośnik bezprzewodowy? Nie chcę zabrzmieć jak stetryczały audiofil opowiadający dyrdymały, że prawdziwe hi-fi skończyło się wraz z nadejściem nośników cyfrowych lub masowej przesiadki użytkowników ze wzmacniaczy lampowych na tranzystorowe, ale amerykańska firma zawsze miała w swojej ofercie co najmniej kilka serii kolumn typowo audiofilskich, od budżetówki po ekstremalny hi-end, jednak do niedawna można było odnieść wrażenie, że krok po kroku z tego segmentu się wycofuje. Z niedrogich, ale przyzwoitych zestawów głośnikowych, które można podłączyć do wzmacniacza lub amplitunera została nam właściwie tylko seria Arena. Wymagającym audiofilom JBL proponuje duże, studyjne monitory, jak chociażby 4367, a także hi-endowe "szafy" w stylu S3900, S4700, S9900 i flagowego modelu Everest DD67000. To tak, jakby producent telewizorów oferował wyłącznie dwa modele w różnych odmianach - jeden tani, pozbawiony najnowszych funkcji i dostępny w wersjach o przekątnej od 26 do 32 cali, a drugi skrajnie nowoczesny, hi-endowy, wyposażony w systemy i bajery rodem z filmów science-fiction i produkowany w rozmiarach od 82 do 98 cali.
Pyloniarz