
Podobno świat wysokiej klasy sprzętu audio rządzi się swoimi prawami, ale czy na pewno? Czy audiofilska aparatura różni się od luksusowych samochodów, nowoczesnych telewizorów, eleganckich zegarków czy innych przedmiotów, których nie kupujemy dla zaspokojenia zupełnie podstawowych potrzeb? Wchodząc do tego świata zachowujemy się inaczej niż podczas codziennych zakupów, płacenia rachunków czy wybierania dostawcy usług telekomunikacyjnych. Kiedy poradzimy sobie z przyziemnymi sprawami, przychodzi czas na coś tylko dla nas. Sprzęt stereo z założenia jest czymś wyjątkowym, ale czy każde urządzenie zasługuje na takie miano? Tutaj, podobnie jak w innych dziedzinach naszego życia, sprawy nie zawsze mają się tak dobrze. Od wielu lat obserwujemy umacniającą się dominację wielkich firm nad mniejszymi. Klienci raczej nie przywiązują do tego wielkiej wagi. Niektórzy płyną z nurtem, wybierając produkty uznanych marek. Tych, które na największych wystawach wynajmują całe korytarze z kompleksami sal i stoisk. Tych, które zatrudniają sztab specjalistów od marketingu i co dwa tygodnie wypuszczają jakieś nowe urządzenie, by jeszcze bardziej umocnić swą pozycję. Cóż w tym złego? Absolutnie nic. Owa pozycja przecież nie wzięła się znikąd. Mimo to, ciężko pozbyć się wrażenia, że im więcej czasu i pieniędzy dana marka inwestuje w tego typu działania, tym mniej uwagi poświęca samym produktom. Za każdym razem działa to podobnie. Pierwszy etap działalności to oryginalne pomysły i budowanie wzmacniaczy na kuchennym stole. Drugi zaczyna się w chwili uruchomienia profesjonalnej produkcji. Trwa rozbudowa katalogu, rozwijanie technologii, zbieranie pozytywnych recenzji i ekspansja na rynki zagraniczne. Zwykle to właśnie w tym okresie powstają urządzenia, które później audiofile określają mianem kultowych. Trzeci etap to awans do grona największych graczy. Firma zaczyna wprowadzać coraz droższe urządzenia, montować swój sprzęt w luksusowych autach, wypuszczać modele z autografem znanych muzyków lub sportowców, przenosić fabryki, tworzyć spółki, holdingi i korporacje, a ostatecznie zatrudnia dziesięć razy więcej handlowców, kierowników i młodszych menedżerów niż doświadczonych projektantów i inżynierów. Niektórzy audiofile są przekonani, że kupując drogi, hi-endowy wzmacniacz dostaną coś naprawdę niesamowitego, oryginalnego i jedynego w swoim rodzaju. Tymczasem często są to ładniejsze, bardziej dopracowane odpowiedniki urządzeń z niższego pułapu cenowego. Dokładnie taki sam wzmacniacz mają setki, tysiące, a nawet dziesiątki tysięcy ludzi na całym świecie. Wysoka cena nie gwarantuje niczego poza lepszą jakością wykonania i poprawnym brzmieniem. Wracamy więc do pierwotnego problemu. Co robić, jeśli chcemy kupić coś wyjątkowego? Coś, co faktycznie uruchomi w nas właściwe emocje i będzie czymś więcej, niż tylko droższą, cięższą i bardziej aluminiową wersją amplitunera z supermarketu...

Laikowi może się wydawać, że JBL to stosunkowo nowa firma, z rozmachem podbijająca rynek sprzętu audio. W końcu jej ekspansja do wielkich sieci ze sprzętem elektronicznym rozpoczęła się stosunkowo niedawno. Efekty widać gołym okiem - logo tego producenta pojawia się coraz częściej, nie tylko na produktach okupujących sklepowe półki, ale także na zawodach sportowych, w spotach telewizyjnych i reklamach zamieszczanych w branżowych czasopismach. Nie tylko tych skupiających się na muzyce, głośnikach przenośnych czy słuchawkach. Jednak nic bardziej mylnego. Rosnąca popularność produktów JBL-a i obecność tej marki w różnych mediach to tylko swego rodzaju skutek uboczny polityki prowadzonej co najmniej od kilku lat, a sama firma jest znanym na całym świecie głośnikowym gigantem, który niedawno obchodził siedemdziesiąte urodziny. Firmę w 1946 roku założył James Bullough Lansing. Jej nazwę tworzą więc inicjały założyciela. Co ciekawe, ten sam człowiek udźwiękowił pierwszy film w historii kina - "The Jazz Singer". W 1969 roku JBL stał się częścią Harman International Industries i pod tym sztandarem zbudował swoją dzisiejszą pozycję potentata na rynku systemów nagłośnieniowych dla teatrów, sal kinowych i koncertowych oraz studiów nagrań.

Bowers & Wilkins to jedna z firm, których sukces praktycznie od zawsze opierał się na technologii. Brytyjczycy w swojej pracy skupiają się na wszystkim, co da się zmierzyć i zbadać, a nawet zasymulować na ekranie komputera jeszcze zanim prototypowe membrany czy cewki pojawią się w świecie rzeczywistym. Nic dziwnego, że kolumny tej marki stały się oczywistym wyborem dla audiofilów zmęczonych pustymi, powtarzanymi w kółko sloganami o urządzeniach wyznaczających nowy poziom odniesienia w swojej klasie. Kupując głośniki z Worthing, płacimy nie tylko za zastosowane komponenty i materiały, ale przede wszystkim za godziny pracy inżynierów i testerów, którzy w swoich laboratoriach i salach odsłuchowych testują nawet najmniejsze elementy takie, jak wkręty, kolce czy zworki. Mimo to, marka znana jest z nietypowych czy wręcz egzotycznych rozwiązań. Kolumny w kształcie muszli ślimaka? Membrany z materiału stosowanego w kamizelkach kuloodpornych? Diamentowe tweetery w długich, zwężających się do tyłu tubach? To jest prawdziwy czad. Nie wszystkie technologie są zarezerwowane dla hi-endowych modeli. Bowers & Wilkins stosuje bowiem ciekawą politykę, będącą jednocześnie skutecznym zabiegiem marketingowym. Wspinając się w górę po firmowej drabince, otrzymujemy coraz więcej zaawansowanych rozwiązań i materiałów zaczerpniętych z lotnictwa, świata wyścigów samochodowych lub innych dziedzin kojarzących się jednoznacznie z nowoczesną inżynierią. Konstruktorzy z Worthing od lat przekonują nas, że działa to w obie strony. Rozwiązania zaprojektowane na potrzeby najdroższych modeli, z czasem wchodzą również do tych tańszych. W ekonomii podobne zjawisko znane jest jako teoria skapywania (Trickle-Down Theory). Jak donosi Wikipedia, jest to populistyczne określenie polityki przychylnej najbogatszym lub uprzywilejowanym. Brytyjska firma bez wątpienia ma powody, by promować taką koncepcję. Rozwiązania wprowadzone dawno temu we flagowych kolumnach, faktycznie zaczęły pojawiać się w tych bardziej przystępnych. Chętnie naśladowała je także konkurencja. Zaokrąglone skrzynki, membrany z żółtej plecionki, tweetery montowane w oddzielnych obudowach na samej górze, ciekawie wyprofilowane tunele rezonansowe? Wystarczy przyjrzeć się niektórym kolumnom dostępnym dziś na rynku, aby zauważyć, że przypominają one konstrukcje B&W sprzed kilku lub nawet kilkunastu lat.

Mimo błyskawicznego rozwoju nowych technologii, historia sprzętu audio w pewnym sensie zatoczyła koło. Wciąż odkrywamy, że tradycyjne rozwiązania mają swój niezaprzeczalny urok. Kto by pomyślał, że w epoce streamingu Western Electric uruchomi fabrykę kultowych lamp 300B, Ballfinger wprowadzi pierwszy od wielu lat nowo zaprojektowany gramofon szpulowy, a takie legendy hi-endu, jak McIntosh, Mark Levinson i Technics wprowadzą na rynek luksusowe adaptery dla wymagających melomanów? Gdyby tylko wiedziały o tym firmy, które zdecydowały się zamknąć ten rozdział w czasach dominacji płyty kompaktowej, być może dziś szybko odbudowałyby swoją pozycję na tym rynku. Dziś już mało kto o tym pamięta, ale jednym z producentów, którzy oryginalnie specjalizowali się w wytwarzaniu gramofonów jest ELAC. Niemiecka firma powstała w 1926 roku w Kilonii i początkowo zajmowała się badaniem rozchodzenia się fal w różnych ośrodkach. Naturalną konsekwencją tych prac była produkcja sonarów montowanych między innymi na okrętach podwodnych. Co ciekawe, manufaktura kojarzona dziś głównie z głośnikami, nigdy nie porzuciła tej działalności. ELAC Nautik jest obecnie częścią fińskiej korporacji Wärtsilä, a z jego systemów elektronicznych korzystają prawie wszystkie okręty marynarki wojennej państw NATO i wielu innych klientów z krajów, które firma nazywa przyjacielskimi. Nie zmienia to faktu, że tuż po wojnie zapotrzebowanie na sonary było niezauważalne, dlatego ELAC wziął się za produkcję sprzętu audio i już w 1948 roku zaprezentował swój pierwszy gramofon o nazwie PW1. Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte można nazwać złotą erą w historii firmy. Niemcy naprawdę rządzili, jednak wprowadzenie płyty kompaktowej było ciosem, który można porównać chyba tylko z wojenną klęską. Wielu ludzi na ich miejscu zapewne zamknęłoby fabrykę i zajęło się sprzedażą komputerów lub czymś podobnym, jednak w Kilonii nikt nie miał zamiaru zamykać fabryki na kłódkę. ELAC znów przerzucił się na inny rodzaj elektroniki i w krótkim czasie wyrósł na jednego z liderów europejskiego rynku głośnikowego. Niemieccy inżynierowie nie bali się oryginalnych pomysłów. W 1984 roku powstały więc kolumny elektrostatyczne, rok później wprowadzono dookólny tweeter 4Pi, a w 1993 roku w zestawach ELAC-a po raz pierwszy zagościły wstęgowe JET-y, uważane przez wielu audiofilów za jedne z najlepszych głośników wysokotonowych na świecie. Dwa lata temu firma obchodziła swe dziewięćdziesiąte urodziny. Z tej okazji zaprezentowano dwie nowe linie kolumn (Debut i Uni-Fi), serwer muzyczny Discovery i wzmacniacz Element EA101EQ-G. Swoim wiernym fanom firma miała jednak zrobić jeszcze jeden prezent - jubileuszowy gramofon Miracord 90 Anniversary.

Kiedy zaczynałem interesować się sprzętem stereo, swoje audiofilskie preferencje w tej materii należało manifestować poprzez rozdzielanie systemu na jak najmniejsze elementy. Uważano, że od wzmacniacza zintegrowanego lepszy jest przedwzmacniacz i końcówka mocy, a jeszcze wyższy stopień wtajemniczenia osiągniemy zamieniając końcówkę na dwa monobloki. Jeśli chodzi o źródła, podstawowym rozwiązaniem był odtwarzacz płyt kompaktowych, ale za zdecydowanie lepszą opcję uchodził oddzielny transport i przetwornik. Gdyby do każdego z tych urządzeń można było podłączyć dodatkowy zasilacz, zegar taktujący lub inne wyspecjalizowane pudełko, wielu poszłoby tą drogą. Dziś zabawa w potężne wieże wydaje się być domeną ekstremalnego hi-endu. Nawet wymagającym słuchaczom w zupełności wystarczy para porządnych kolumn, wzmacniacz zintegrowany i źródło. Ale jakie? No właśnie... W tej kwestii wciąż panuje niezły bałagan. Mam wrażenie, że w pewnym momencie zaczęliśmy kupować kolejne urządzenia nie po to, aby poprawić jakość brzmienia, ale raczej ze względu na konieczność dołożenia do systemu nowych gniazd i funkcji. Kiedy producenci zauważyli, że coraz więcej audiofilów chce słuchać plików z komputera, rynek zalały przetworniki. Niedługo potem zaczęła się era streamerów. Kto już zainwestował w DAC-a, ale chciał odłączyć laptopa od swojej wieży i wygodnie zarządzać odtwarzaniem muzyki, musiał dokupić kolejny klocek. A co z multiroomem lub integracją naszego sprzętu z systemem inteligentnego domu? Jeżeli dołożymy do tego jakiś magiczny oczyszczacz sygnału cyfrowego, okaże się, że mamy trzy lub cztery urządzenia pełniące rolę źródła. W takiej sytuacji nikogo nie powinna dziwić rosnąca popularność audiofilskich systemów all-in-one, jak Atoll SDA200, Lumin M1, Micromega M-One 100 czy Naim Uniti Atom. Co jednak mają począć melomani, którzy mają już wysokiej jakości wzmacniacz i kolumny, a do szczęścia potrzebują tylko źródła. Jednego, za to pozwalającego słuchać muzyki z czego tylko chcemy - plików wysokiej rozdzielczości, serwisów streamingowych, a nawet płyt kompaktowych. Pomysł wydaje się prosty, ale na rynku naprawdę nie ma zbyt wielu tego typu urządzeń. Jeśli już takowe znajdziecie, cena może zabić. Dlatego właśnie swoje rozwiązanie problemu zaprezentował Marantz. Przed nami jeszcze ciepły ND8006.

Nie wiem czy ktokolwiek próbował policzyć ilu producentów sprzętu audio przypada na jednego mieszkańca lub kilometr kwadratowy w poszczególnych krajach, ale liderem tego rankingu z pewnością mogłaby zostać Wielka Brytania. Ileż oni tam tego mają! Acoustic Energy, AMR, Arcam, ATC, Audiolab, AVID, Bowers & Wilkins, Cambridge Audio, Chartwell, Chord, Creek, Epos, Exposure, Graham Audio, Graham Slee, Harbeth, KEF, Kudos, Linn, Meridian, Mission, Monitor Audio, Musical Fidelity, Naim, PMC, ProAc, Q Acoustics, QED, Quad, Rega, REL, Roksan, Sonneteer, Spendor, Sudgen, The Chord Company, The Funk Firm, Trilogy czy Wharfedale to tylko niektóre marki, które zyskały międzynarodowy rozgłos i zadomowiły się w umysłach audiofilów. Wyspiarze muszą naprawdę kochać muzykę, ale mają też zacięcie do majsterkowania i smykałkę do interesów. Wielu brytyjskich producentów zaczynało od wzmacniaczy skonstruowanych na kuchennym stole lub kolumn zbudowanych na zamówienie przyjaciół, a po wielu latach wyrośli na potężne firmy oferujące hi-endowe urządzenia. Mimo to, w audiofilskim środowisku szczególnym szacunkiem darzone są mniejsze manufaktury. Te, które nawet wdrażając nowe technologie potrafią połączyć je z tradycyjnymi rozwiązaniami i zachować swój unikalny charakter. Często są to firmy założone i prowadzone przez prawdziwych pasjonatów. Ludzi, którym naprawdę zależy. Jedną z takich firm jest Cyrus. Firma mniej znana, a więc dysponująca skromniejszymi możliwościami niż Cambridge Audio, Chord czy Naim, za to mająca swój oryginalny, trudny do podrobienia styl i wyznająca filozofię skupioną przede wszystkim na brzmieniu. Wizytówką manufaktury z Huntingdon są kompaktowe wzmacniacze i odtwarzacze płyt kompaktowych, ale Cyrus był też jedną z firm, które szybko weszły w temat streamingu i zrobiły to wyjątkowo dobrze. Brytyjczycy bezbłędnie wyczuli w jakim kierunku będzie podążał rynek i jak będziemy słuchać muzyki w najbliższej przyszłości. Nawet dziś ich odtwarzacze sieciowe i systemy all-in-one sprzed kilku lat prezentują się znakomicie. W aktualnym katalogu znajdziemy tylko dwa samodzielne streamery - Stream Xa i Stream X Signature. Zobaczmy jak pierwszy z nich poradzi sobie w naszym teście.

W dzisiejszych czasach ciężko jest oszacować wartość sprzętu na pierwszy rzut oka. Bardzo podobne pod względem konstrukcyjnym kolumny mogą być wycenione zarówno na pięć, jak i pięćdziesiąt tysięcy złotych za parę. Dwa wzmacniacze lampowe wykorzystujące identyczny zestaw szklanych baniek i dysponujące zbliżoną mocą może dzielić przepaść, którą zwykłemu zjadaczowi chleba trudno logicznie wytłumaczyć. Słuchawki? Choć uważam się za znawcę tematu, mógłbym jutro dostać do ręki nowy, nie zapowiadany jeszcze nigdzie model jednego z wiodących producentów hi-endowych nauszników i nie wiedziałbym czy kosztuje pięć, dziesięć czy dwadzieścia tysięcy złotych. Czy to oznacza, że świat oszalał? Trochę tak. Ostateczna cena sprzętu nie zawsze wynika wprost z zastosowanych w nim technologii i materiałów. Często składa się na nią wiele innych czynników. W wielu firmach testy odsłuchowe są nie tylko elementem procesu projektowania, ale też sprawdzianem przed wprowadzeniem nowego modelu do sprzedaży. Jak nasz wynalazek prezentuje się na tle konkurencji? Ile klienci będą w stanie za niego zapłacić? Ile egzemplarzy faktycznie się sprzeda? Wszystko to ma wpływ na ostateczną kwotę. Jeżeli producent uważa, że udało mu się zbudować kolumny warte pięćdziesiąt tysięcy złotych za parę, wystawi taką właśnie cenę. Jeżeli kolejny zrobi odrobinę lepsze, będzie żądał za nie sto tysięcy, a potem przyjdą kolejni i powiedzą, a co tam - milion! W tym szaleństwie warto czasem zejść na ziemię i poszukać sprzętu, który nie kosztuje majątku. Tylko gdzie?

Kino domowe - to hasło, które w latach dziewięćdziesiątych wywołało prawdziwe trzęsienie ziemi. Od wprowadzenia do obiegu płyty kompaktowej, żaden inny wynalazek nie zawładnął świadomością klientów i nie skłonił ich do wymiany swojego dotychczasowego sprzętu tak, jak systemy wprowadzające dźwięk przestrzenny. Ludzie mogli nawet nie być do końca świadomi na czym ta zabawa polega, niektórzy mieli problemy z prawidłowym rozmieszczeniem dwóch głośników w swoim salonie, a o tym, że teraz trzeba będzie rozstawić ich co najmniej pięć, dowiadywali się czasami po zakupie. Mimo to, w pewnym momencie każdy chciał mieć kino domowe. Bo miał je już sąsiad, bo można było je wygrać w każdym teleturnieju, bo stara wieża była już mocno wysłużona. Całej akcji sprzeciwiła się tylko jedna grupa odbiorców - audiofile, którzy z natury są dość konserwatywni, a przy wyborze sprzętu grającego kierują się trochę innymi kryteriami niż pozostali klienci. Jak zwykle, nikt ich nie słuchał. Ani tak zwani normalni ludzie, ani rynek, który dzięki nowemu wynalazkowi złapał wiatr w żagle i kręcił się jak licznik w taksówce. Na narzekania audiofilów zwykli ludzie mówili - o co wam chodzi?! Przecież wszystko gra, można sobie włączyć pięć trybów przestrzennych, a w tylnych głośnikach słychać świszczące kule w filmach i oklaski na koncertach. Tego wcześniej nie było. Dystrybutorzy i sprzedawcy pewnie wiedzieli, że tony plastikowych głośników i amplitunerów za kilka, maksymalnie kilkanaście lat wylądują na wysypisku, ale wtedy odpowiadali audiofilom prosto - o co wam chodzi?! Chcecie stereo, to kupcie sobie stereo, a od kina się odczepcie, bo sprzedajemy tego dziesięć razy więcej niż tych purystycznych, brytyjskich wzmacniaczy. Co więcej, do wzmacniacza trzeba kupić dwie kolumny, a do amplitunera - jeszcze co najmniej dwa surroundy, głośnik centralny i subwoofer. Wkrótce zestawy kina domowego zaczęły pojawiać się w audiofilskich periodykach. Czytelnicy narzekali, że szkoda papieru, że plastikowe pierdziawki nie są warte testowania, a dziennikarze na to - o co wam chodzi? Rynek zdecydował, kino domowe jest na fali, więc trzeba opisywać i testować, jak wszystko inne. Musiało minąć kilkanaście lat, aby wszystko wróciło do normy. Kino domowe przestało być tematem numer jeden i zajęło należne mu miejsce. Ale czy na pewno?

Dla audiofilów z mojego pokolenia, JBL to przede wszystkim jeden z największych na świecie producentów głośników. Domowych, kinowych, samochodowych, profesjonalnych, instalacyjnych i bezprzewodowych. Charakterystyczne logo z wykrzyknikiem automatycznie kojarzy mi się z potężnym, koncertowym brzmieniem i nie ma w tym nic dziwnego, bo wielokrotnie widziałem je na głośnikach wykorzystywanych w salach koncertowych i kinowych, a także na różnego rodzaju imprezach. Co ciekawe, historia marki JBL nie składała się z samych sukcesów i nabrała prawdziwego rozpędu dopiero po tragicznej śmierci jej założyciela. Dziś to jednak amerykański sen pełną gębą. JBL jest głośnikowym gigantem, z którym pod względem skali działalności mogłyby rywalizować tylko niektóre firmy, i to gdyby zdecydowały się połączyć swe siły. Firma dostarcza praktycznie wszystko, od budżetowych głośników bezprzewodowych po hi-endowe kolumny warte setki tysięcy złotych. Co najmniej od kilku lat, JBL ze szczególną pasją opanowuje jednak rynek tańszych zestawów głośnikowych, jednoczęściowych systemów stereo, soundbarów, głośników sieciowych i słuchawek. To zresztą nie przypadek, bo właśnie w tych sektorach dzieje się najwięcej. Zupełnie jakby szefowie firmy, widząc gwałtowny boom na tego typu produkty, przestawili wajchę w fabryce i przerzucili prawie wszystkie dostępne zasoby z miejsca na miejsce. Była to bardzo dobra decyzja, bo wysokiej klasy kolumny Amerykanie zawsze potrafili wytwarzać i nic nie wskazuje na to, by mieli się z tej działki wycofać. Jeśli zaś chodzi o słuchawki czy głośniki bezprzewodowe, w ciągu zaledwie kilku lat JBL wyrósł na jednego z niezaprzeczalnych liderów w tych dziedzinach, wciągając rynek jak wielki odkurzacz.

Rynek słuchawek rozwija się w niesamowitym tempie. Praktycznie co tydzień jakaś większa firma ogłasza premierę nowego modelu. Najczęściej chodzi o słuchawki bezprzewodowe i różnego rodzaju dokanałówki, jednak modele zaprojektowane z myślą o najbardziej wymagających audiofilach mają niemały udział w całej tej gonitwie. Jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu słuchawki za tysiąc lub dwa tysiące złotych były praktycznie szczytem hi-endu. Dziś to już przeszłość, bo pojawiły się firmy, które wzbiły się wysoko ponad ten poziom. W ślad za nimi poszli uznani producenci nauszników oraz manufaktury związane do tej pory wyłącznie z kolumnami lub wzmacniaczami. W krótkim czasie wzbiliśmy się na nieosiągalny dotychczas poziom jakościowy, co znajduje odbicie w cenach dzisiejszych flagowców. HiFiMan Susvara - 29900 zł, Audeze LCD-4 - 18995 zł, Focal Utopia - 17999 zł, Final Audio Design D8000 - 15299 zł, Ultrasone Edition 5 - 14990 zł. Nie jest lekko, ale jedno na pewno się nie zmieniło. Hi-endowe słuchawki są w stanie przenieść nas w świat nieosiągalny dla klasycznych, stacjonarnych systemów stereo za te pieniądze. Aby cieszyć się taką jakością bez zakładania czegokolwiek na głowę, musielibyśmy na źródło, wzmacniacz, kolumny i akcesoria wydać dziesięć razy tyle, albo lepiej. Topowe modele to zabawa dla tych, którzy nie uznają żadnych kompromisów i są w stanie zapłacić 90% więcej za dodatkowe 10% jakości brzmienia. Dla wymagającego audiofila słuchawki takie, jak HiFiMan Edition X, Sennheiser HD 800, OPPO PM-1, Audeze LCD-2 czy Final Audio Design Sonorous VI będą już spełnieniem marzeń. Świetnie, ale trzeba je czymś napędzić, a tu sprawa robi się skomplikowana. Na rynku jest sporo dedykowanych wzmacniaczy i przetworników, ale - podobnie jak w przypadku kolumn i wzmacniaczy stereo - wszystko musi do siebie pasować. Znalezienie idealnego partnera dla hi-endowych nauszników może być trudniejsze, niż wszystkim się wydaje. Na szczęście producenci i dystrybutorzy nie próżnują, czego najlepszym przykładem jest wzmacniacz WA7 Fireflies amerykańskiej firmy Woo Audio, która niedawno zadebiutowała w Polsce.
Obserwator Słońca