
Kino domowe - to hasło, które w latach dziewięćdziesiątych wywołało prawdziwe trzęsienie ziemi. Od wprowadzenia do obiegu płyty kompaktowej, żaden inny wynalazek nie zawładnął świadomością klientów i nie skłonił ich do wymiany swojego dotychczasowego sprzętu tak, jak systemy wprowadzające dźwięk przestrzenny. Ludzie mogli nawet nie być do końca świadomi na czym ta zabawa polega, niektórzy mieli problemy z prawidłowym rozmieszczeniem dwóch głośników w swoim salonie, a o tym, że teraz trzeba będzie rozstawić ich co najmniej pięć, dowiadywali się czasami po zakupie. Mimo to, w pewnym momencie każdy chciał mieć kino domowe. Bo miał je już sąsiad, bo można było je wygrać w każdym teleturnieju, bo stara wieża była już mocno wysłużona. Całej akcji sprzeciwiła się tylko jedna grupa odbiorców - audiofile, którzy z natury są dość konserwatywni, a przy wyborze sprzętu grającego kierują się trochę innymi kryteriami niż pozostali klienci. Jak zwykle, nikt ich nie słuchał. Ani tak zwani normalni ludzie, ani rynek, który dzięki nowemu wynalazkowi złapał wiatr w żagle i kręcił się jak licznik w taksówce. Na narzekania audiofilów zwykli ludzie mówili - o co wam chodzi?! Przecież wszystko gra, można sobie włączyć pięć trybów przestrzennych, a w tylnych głośnikach słychać świszczące kule w filmach i oklaski na koncertach. Tego wcześniej nie było. Dystrybutorzy i sprzedawcy pewnie wiedzieli, że tony plastikowych głośników i amplitunerów za kilka, maksymalnie kilkanaście lat wylądują na wysypisku, ale wtedy odpowiadali audiofilom prosto - o co wam chodzi?! Chcecie stereo, to kupcie sobie stereo, a od kina się odczepcie, bo sprzedajemy tego dziesięć razy więcej niż tych purystycznych, brytyjskich wzmacniaczy. Co więcej, do wzmacniacza trzeba kupić dwie kolumny, a do amplitunera - jeszcze co najmniej dwa surroundy, głośnik centralny i subwoofer. Wkrótce zestawy kina domowego zaczęły pojawiać się w audiofilskich periodykach. Czytelnicy narzekali, że szkoda papieru, że plastikowe pierdziawki nie są warte testowania, a dziennikarze na to - o co wam chodzi? Rynek zdecydował, kino domowe jest na fali, więc trzeba opisywać i testować, jak wszystko inne. Musiało minąć kilkanaście lat, aby wszystko wróciło do normy. Kino domowe przestało być tematem numer jeden i zajęło należne mu miejsce. Ale czy na pewno?

Dla audiofilów z mojego pokolenia, JBL to przede wszystkim jeden z największych na świecie producentów głośników. Domowych, kinowych, samochodowych, profesjonalnych, instalacyjnych i bezprzewodowych. Charakterystyczne logo z wykrzyknikiem automatycznie kojarzy mi się z potężnym, koncertowym brzmieniem i nie ma w tym nic dziwnego, bo wielokrotnie widziałem je na głośnikach wykorzystywanych w salach koncertowych i kinowych, a także na różnego rodzaju imprezach. Co ciekawe, historia marki JBL nie składała się z samych sukcesów i nabrała prawdziwego rozpędu dopiero po tragicznej śmierci jej założyciela. Dziś to jednak amerykański sen pełną gębą. JBL jest głośnikowym gigantem, z którym pod względem skali działalności mogłyby rywalizować tylko niektóre firmy, i to gdyby zdecydowały się połączyć swe siły. Firma dostarcza praktycznie wszystko, od budżetowych głośników bezprzewodowych po hi-endowe kolumny warte setki tysięcy złotych. Co najmniej od kilku lat, JBL ze szczególną pasją opanowuje jednak rynek tańszych zestawów głośnikowych, jednoczęściowych systemów stereo, soundbarów, głośników sieciowych i słuchawek. To zresztą nie przypadek, bo właśnie w tych sektorach dzieje się najwięcej. Zupełnie jakby szefowie firmy, widząc gwałtowny boom na tego typu produkty, przestawili wajchę w fabryce i przerzucili prawie wszystkie dostępne zasoby z miejsca na miejsce. Była to bardzo dobra decyzja, bo wysokiej klasy kolumny Amerykanie zawsze potrafili wytwarzać i nic nie wskazuje na to, by mieli się z tej działki wycofać. Jeśli zaś chodzi o słuchawki czy głośniki bezprzewodowe, w ciągu zaledwie kilku lat JBL wyrósł na jednego z niezaprzeczalnych liderów w tych dziedzinach, wciągając rynek jak wielki odkurzacz.

Rynek słuchawek rozwija się w niesamowitym tempie. Praktycznie co tydzień jakaś większa firma ogłasza premierę nowego modelu. Najczęściej chodzi o słuchawki bezprzewodowe i różnego rodzaju dokanałówki, jednak modele zaprojektowane z myślą o najbardziej wymagających audiofilach mają niemały udział w całej tej gonitwie. Jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu słuchawki za tysiąc lub dwa tysiące złotych były praktycznie szczytem hi-endu. Dziś to już przeszłość, bo pojawiły się firmy, które wzbiły się wysoko ponad ten poziom. W ślad za nimi poszli uznani producenci nauszników oraz manufaktury związane do tej pory wyłącznie z kolumnami lub wzmacniaczami. W krótkim czasie wzbiliśmy się na nieosiągalny dotychczas poziom jakościowy, co znajduje odbicie w cenach dzisiejszych flagowców. HiFiMan Susvara - 29900 zł, Audeze LCD-4 - 18995 zł, Focal Utopia - 17999 zł, Final Audio Design D8000 - 15299 zł, Ultrasone Edition 5 - 14990 zł. Nie jest lekko, ale jedno na pewno się nie zmieniło. Hi-endowe słuchawki są w stanie przenieść nas w świat nieosiągalny dla klasycznych, stacjonarnych systemów stereo za te pieniądze. Aby cieszyć się taką jakością bez zakładania czegokolwiek na głowę, musielibyśmy na źródło, wzmacniacz, kolumny i akcesoria wydać dziesięć razy tyle, albo lepiej. Topowe modele to zabawa dla tych, którzy nie uznają żadnych kompromisów i są w stanie zapłacić 90% więcej za dodatkowe 10% jakości brzmienia. Dla wymagającego audiofila słuchawki takie, jak HiFiMan Edition X, Sennheiser HD 800, OPPO PM-1, Audeze LCD-2 czy Final Audio Design Sonorous VI będą już spełnieniem marzeń. Świetnie, ale trzeba je czymś napędzić, a tu sprawa robi się skomplikowana. Na rynku jest sporo dedykowanych wzmacniaczy i przetworników, ale - podobnie jak w przypadku kolumn i wzmacniaczy stereo - wszystko musi do siebie pasować. Znalezienie idealnego partnera dla hi-endowych nauszników może być trudniejsze, niż wszystkim się wydaje. Na szczęście producenci i dystrybutorzy nie próżnują, czego najlepszym przykładem jest wzmacniacz WA7 Fireflies amerykańskiej firmy Woo Audio, która niedawno zadebiutowała w Polsce.

Śledząc doniesienia prasowe dotyczące nowych słuchawek i wzmacniaczy słuchawkowych, można odnieść wrażenie, że ich producentom totalnie puściły hamulce. Nie tylko wypuszczają na rynek jeden model za drugim, ale też wchodzą na poziomy cenowe zarezerwowane dotychczas dla hi-endowych kolumn. Na pierwszy rzut oka mogłoby się to wydawać dziwne, ale firmy specjalizujące się w produkcji nauszników odpowiadają po prostu na potrzeby klientów. Gdyby nikt nie kupował luksusowych słuchawek, skończyłoby się na dwóch czy trzech modelach za absurdalne pieniądze, po czym branża spokojnie wróciłaby do produkcji sprzętu, który nie tylko pokonuje techniczne i brzmieniowe bariery, ale też się sprzedaje. Wysokiej klasy nauszniki trafiają jednak na podatny grunt, bo na świecie nie brakuje melomanów, którzy muzyki słuchają głównie lub wyłącznie w ten sposób. Odsłuch z wykorzystaniem kolumn zaczyna być luksusem, na który coraz mniej ludzi może sobie pozwolić. Trzeba na to mieć nie tylko pieniądze, ale też miejsce i odpowiednie warunki, bez narzekających na hałas domowników, bawiących się dzieci czy dochodzącego zza ściany hałasu wirującej pralki. Przesiadka na pliki i serwisy streamingowe sprawiła, że wielu audiofilów słucha muzyki z komputera. Niektórzy w ciągu kilku lat zgromadzili na dyskach gigabajty plików, często w wysokiej rozdzielczości. Czy to nie idealny czas dla hi-endowych słuchawek? Bariery pękły dosłownie w ciągu kilku lat. Pojawiły się zaawansowane słuchawki dynamiczne, ale wkrótce audiofile zaczęli przesiadać się na modele planarne. Na ich produkcji wybiły się firmy, o których jeszcze kilka lat temu mało kto słyszał - Audeze, HiFiMAN czy OPPO. Starzy wyjadacze wciąż stronią od tej technologii, dopieszczając przetworniki dynamiczne i tworząc na ich bazie równie kosztowne modele. Wydaje się jednak, że ci, którzy nie wejdą w temat hi-endowych słuchawek planarnych, wkrótce zostaną w tyle. Do wyścigu przyłączyła się więc firma kojarzona wyłącznie z produkcją audiofilskich nauszników i dokanałówek - Final Audio Design.

Audio Physic to jedna z marek, które w środowisku audiofilskim cieszą się wyjątkowo dobrą opinią. Wszystko jedno czy zapytamy o zdanie profesjonalistę czy amatora, czy interesują nas kolumny z aktualnej oferty czy te już nieprodukowane - logo niemieckiej manufaktury to po prostu gwarancja jakości, która narodziła się wiele lat temu i mimo różnych przeciwności losu, a nawet zmian personalnych, utrzymuje się do dziś. Ekipa z Brilon ma dziś wszystko, czym powinien móc się pochwalić producent wysokiej klasy zestawów głośnikowych, a to przenosi się także na sprzęt, który trafia w ręce klientów. Posiadacze kolumn Audio Physica otrzymują nie tylko znakomity dźwięk, ale także piękne obudowy, zaawansowane technicznie i wytwarzane na zamówienie głośniki, mnóstwo ukrytych wewnątrz rozwiązań zmierzających do eliminacji szkodliwych drgań oraz prestiż marki, który nie wziął się znikąd. Nawet ci, którym nie do końca pasuje firmowa szkoła brzmienia, przyznają, że te kolumny faktycznie coś w sobie mają. Mimo to, wielu audiofilów tęskni za starszymi konstrukcjami - tymi kanciastymi lub leciutko zaokrąglonymi skrzynkami w naturalnych fornirach i z kompletem przetworników pochodzących od renomowanych, skandynawskich poddostawców. Ilekroć tego typu zestawy pojawiają się w ogłoszeniach, natychmiast znajdują nowych właścicieli. Nie bez powodu, bo nowe modele wyglądają inaczej, a do tego są wycenione tak, jak przystało na hi-endowy sprzęt produkowany w Niemczech. Kiedy więc dowiedziałem się, że Audio Physic planuje wypuścić na rynek serię tańszych kolumn w klasycznych obudowach, od razu zapisałem się na test. Oto najmniejszy przedstawiciel nowej linii - Classic 5.

Gdybyście w pracy, przy obiedzie lub podczas piątkowego spotkania z kumplami powiedzieli, że zamierzacie kupić głośnik bezprzewodowy za dwanaście tysięcy złotych, nikt nie wziąłby tego na poważnie. Przede wszystkim dlatego, że takie głośniki nie istnieją, prawda? A już na pewno nie w świadomości przeciętnego zjadacza chleba, który taką kwotę mógłby wydać na używany samochód, ogromny telewizor z plastikowym soundbarem, remont łazienki albo wesele córki, ale na pewno nie na sprzęt służący tylko do kontaktu ze sztuką. Audiofile też spożytkowaliby taką kwotę zupełnie inaczej. Zaczęliby od wyboru kolumn, następnie znaleźli pasujący do nich wzmacniacz, a resztę wydali na źródło, okablowanie i akcesoria. Problem w tym, że taka maszyneria zajmuje w pokoju dużo miejsca, kurzy się i starzeje na naszych oczach, nie wspominając już o plączących się po podłodze kablach. Rozwiązaniem są głośniki bezprzewodowe, które podłączamy w dowolnym miejscu i odpalamy za pomocą smarfona, przy czym to sam głośnik zajmuje się odtwarzaniem muzyki z sieci. Ceny wahają się od kilkuset do kilku tysięcy złotych. Za te pieniądze dostaniemy już bardzo porządny zestaw, który można porównać do wepchniętej w jedną obudowę miniwieży. Sukces takich modeli, jak Naim Muso czy JBL Authentics L16SP pokazuje, że jednoczęściowe rozwiązania naprawdę się sprawdzają. Skoro więc Brytyjczycy i Amerykanie w dziedzinie głośników bezprzewodowych nie mają do zaoferowania nic lepszego, to kto ich przebije? Odważyli się na to Francuzi z Devialeta, wprowadzając na rynek model o nieco tajemniczej nazwie Phantom. Dziennikarze i klienci początkowo byli trochę zdezorientowani, ale kiedy zapoznali się z nowym produktem, ze świata zaczęły napływać same zachwyty. Piękny, kompaktowy głośnik narobił - i to dosłownie - takiego hałasu, że w katalogu wkrótce pojawiły się dwa kolejne modele - mocniejszy Silver Phantom i najmocniejszy Gold Phantom. 4500 W mocy, maksymalne ciśnienie akustyczne na poziomie 108 dB, pasmo przenoszenia rozciągające się od 14 Hz do 27 kHz, małe zniekształcenia i wyczynowe brzmienie zamknięte w obudowie o objętości 6 litrów, wykończonej 22-karatowym złotem. Przed nami prawdopodobnie najlepszy głośnik bezprzewodowy na świecie!

Sennheiser to bez wątpienia jeden z największych, a może nawet największy na świecie specjalista od słuchawek i mikrofonów. Niemiecka firma może się pochwalić bogatą historią, całą masą własnych rozwiązań technicznych i pionierskich produktów, niezliczonymi nagrodami i zaufaniem milionów użytkowników. Przeglądając jej katalog, można dojść do wniosku, że nie brakuje w nim żadnego produktu związanego z amatorskim i profesjonalnym sprzętem słuchawkowym. Chcecie kupić eleganckie słuchawki do smartfona? Nie ma problemu. Potrzebujecie nauszników z aktywną redukcją hałasu? W porządku. A może dokanałówki do biegania albo zestaw gamingowy z czułym mikrofonem? Sennheiser z przyjemnością dostarczy to, co sobie wymarzycie. Jeszcze jakiś czas temu najdroższe w gamie słuchawek audiofilskich były kultowe HD 600, jednak konkurencja wchodziła w coraz wyższe rejony cenowe i jakościowe, dlatego w 2009 roku niemieccy konstruktorzy pokazali światu model HD 800. Dziś model ten jest traktowany jako swoisty punkt odniesienia w kategorii słuchawek otwartych. Ma swój charakter, ale nie da się zaprzeczyć, że to fantastyczny produkt, który w swoim czasie przełamał wiele stereotypów i dał do myślenia panoszącym się na rynku rywalom Sennheisera. Ci jednak nie odpuścili, dlatego niemiecka firma poszła o krok dalej i wskrzesiła prawdziwą legendę, prezentując nową wersję elektrostatycznych Orpheusów. Zestaw słuchawkowy za pięćdziesiąt tysięcy euro... Tego pewnie długo nikt nie przebije. Szkoda, że dla większości klientów to już nie stratosfera, nawet nie kosmos, ale odległa galaktyka, którą widać tylko na poprawionych komputerowo zdjęciach z ogromnego teleskopu. Na taką kwotę można wziąć kredyt i kupić mieszkanie, które będzie nasze za dwadzieścia lub trzydzieści lat. Nawet bardzo zamożny klient zastanowi się nad tym dwa razy, bo ostatecznie to przecież tylko słuchawki. Dlatego właśnie firma nie odpuszcza tematu słuchawek HD 800, a wręcz systematycznie go odgrzewa.

Kiedy norweska firma wchodziła na polski rynek sześć lat temu, nikt nie spodziewał się, że narobi takiego zamieszania. Skromne, minimalistyczne wzmacniacze i odtwarzacze płyt kompaktowych na pewno mogły się podobać, ale prawdziwa jazda zaczęła się w momencie, gdy Hegel odważnie wszedł w temat przetworników, a później zaczął montować je w swoich integrach. Skandynawowie są na ogól bardzo praktyczni i chętnie przyswajają nowe rozwiązania, więc kiedy producenci audiofilskiego sprzętu na ogół zaczynali montować w swoich wzmacniaczach pojedyncze gniazda USB, Hegel oferował swoim klientom urządzenia z pełną gamą wejść cyfrowych. Najlepiej widać to na przykładzie najtańszego modelu, którego kolejne wersje sprzedawały się w naszym kraju znakomicie. H70 miał trzy gniazda cyfrowe z niewielkim przełącznikiem hebelkowym na tylnej ściance. Wprowadzony cztery lata temu H80 został już wyposażony w dwa wejścia optyczne, dwa koaksjalne i jedno USB typu B. Teraz przyszła pora na kolejny etap ewolucji. Zaprezentowany niedawno model H90 ma trzy wejścia optyczne, jedno koaksjalne i jedno USB typu B, a zaraz obok to, co najważniejsze - gniazdo sieciowe dające użytkownikowi dostęp do funkcji streamingowych. Konkurencja wprawdzie trochę się obudziła, ale najnowsza integra to kolejny kandydat na rynkowy przebój. A czy faktycznie nim będzie?

Gdyby każdy europejski kraj mógł się zajmować produkcją wyłącznie jednego rodzaju sprzętu audio, długo zastanawiałbym się komu powierzyć temat wzmacniaczy, odtwarzaczy czy kabli, ale w przypadku zestawów głośnikowych prawdopodobnie oddałbym swój głos na Danię. Wielu audiofilów będzie argumentować, że brytyjskie kolumny też są niczego sobie, ale według mojej układanki powędrowałaby tam licencja na wytwarzanie przetworników lub wzmacniaczy, o ile tych drugich nie wcisnąłbym Włochom. Z duńskich fabryk wyjeżdżają nie tylko głośniki wykorzystywane przez innych producentów, ale przede wszystkim kompletne paczki takich firm, jak Dynaudio, DALI, Gato Audio, Gamut, Audiovector, Davone, System Audio czy Bang & Olufsen. Jeśli choć trochę orientujecie się w temacie, na pewno wiecie, że duńskie kolumny to nie tylko dobre przetworniki, zwrotnice i wszystko, co można podpiąć pod technologię, ale także nowoczesne wzornictwo, wysoka jakość materiałów i rewelacyjna stolarka. Firmy pochodzące z tego kraju wyjątkowo mocno trzymają się filozofii nakazującej budować wszystkie elementy kolumn pod jednym dachem. Dynaudio ma swoje głośniki, DALI swoje, a Audiovector swoje. Może to trochę dziwne, bo zamiast opracowywać własne membrany, kosze i układy magnetyczne, konstruktorzy tych firm mogliby skoczyć do jednej z kilku renomowanych fabryk dosłownie w przerwie obiadowej, kupić dwadzieścia palet przetworników i pojechać do domu. A jednak, zamiast siedzieć przy kominku i czytać nowe kryminały, wolą projektować niepowtarzalne głośniki i kontrolować każdy etap produkcji swoich kolumn, od obudów po tabliczki znamionowe i maskownice.

Nie tak dawno recenzowaliśmy na naszych łamach bardzo sympatyczny duet Rotela z serii 14, a teraz wpadł w moje ręce drugi od góry model wzmacniacza zintegrowanego z najnowszej serii 15. No nie powiem, ucieszyłem się. Muszę przyznać, że kiedyś byłem w sprawach audio raczej konserwatywny. Wzmacniacz ma wzmacniać, a od grania jest cedek, gramofon i magnetofon. Obecnie coraz częściej korzystam z internetowych serwisów steamingowych i słucham muzyki z plików. W związku z tym moje wymagania troszkę się zmieniły. Wzmacniacz z wbudowanym przetwornikiem cyfrowo-analogowym jest coraz milej widziany na mojej półce ze sprzętem do odsłuchu. I między innymi dlatego spora, ciężka paczka z Rotelem RA-1572 tak mnie ucieszyła.
Adam