
Melomani szukający sposobu na unowocześnienie swojego systemu stereo lub uzyskanie dostępu do muzyki z sieci mają do wyboru całe mnóstwo gotowych rozwiązań. Szczególną popularnością cieszą się małe urządzenia, których zadaniem jest wpięcie się w naszą domową infrastrukturę, przeszukanie jej zasobów pod kątem plików audio, uzyskanie dostępu do serwisów streamingowych i podanie tak odtworzonego sygnału dalej do naszego przetwornika, wzmacniacza lub amplitunera. Ogromną siłą takich urządzeń jest ich funkcjonalność oraz fakt, że dzięki mniejszej obudowie i małej liczbie przycisków i pokręteł, zwykle kosztują one mniej niż pełnowymiarowe streamery. Yamaha WXAD-10, Klipsch Gate, Sonos Connect, Denon HEOS Link HS2, Arcam rPlay czy Auralic Aries Mini to tylko niektóre przykłady takich urządzeń, będących w gruncie rzeczy małymi komputerami łączącymi naszą wieżę ze światem cyfrowej muzyki. Wybór polega nie tylko na sprawdzeniu konkretnego urządzenia pod kątem odsłuchowym, ale przede wszystkim na podjęciu decyzji w który system chcemy wejść. Któremu producentowi bardziej ufamy, które rozwiązanie oferuje najwięcej funkcji, z których korzystamy, ale też który ekosystem można rozbudować w przyszłości, na przykład o głośniki bezprzewodowe, które mogłyby stanąć w innych pomieszczeniach naszego domu. Sytuacja nie jest prosta ani dla kupujących, ani tym bardziej dla producentów takich streamerów, którzy muszą brać pod uwagę wiele różnych czynników i uważnie śledzić rynek. Audiofile będą w tym całym szaleństwie wracać do podstawowej kwestii - dźwięku. Funkcjonalność jest ważna, ale jeżeli jakość brzmienia nie będzie dla nas zadowalająca, to do diabła z tymi gniazdkami i aplikacjami. Wydaje się, że podobną logiką kieruje się firma Bluesound, więc postanowiliśmy wziąć do testu jej najprostszy samodzielny odtwarzacz sieciowy - Node 2.

Focal naprawdę oszalał na punkcie słuchawek. Na zbudowanie sporego katalogu wystarczyło im zaledwie kilka lat. Oczywiście można twierdzić, że dla firmy z tak ogromnym dorobkiem w dziedzinie zestawów głośnikowych nie było to nic wielkiego, ale gdyby obie dziedziny były sobie tak bliskie, do słuchawkowego wyścigu szybko przyłączyliby się prawie wszyscy producenci audiofilskich kolumn. Wielu z nich faktycznie podjęło w tym celu pewne działania, ale w większości przypadków skończyło się na kilku modelach do smartfona, ewentualnie paru większych nausznikach, które jednak nie mogą nawiązać rywalizacji z najlepszymi słuchawkami na rynku. Bowers & Wilkins radzi sobie nieźle, ale najdroższe P9 to wciąż budżetówka w porównaniu z Utopiami. Sonus Faber Pryma to piękny przedmiot i fantastyczny gadżet, ale brzmieniowo jest jeszcze w zupełnie innej galaktyce. KEF, Paradigm, Klipsch? Tak naprawdę żaden producent kolumn głośnikowych nie zaatakował rynku słuchawek w tak mocny i bezkompromisowy sposób, jak Focal. Francuzi zagrozili pozycji starych wyjadaczy i firm specjalizujących się w hi-endowych nausznikach. Zrobili to niemal bez wahania, jakby cała operacja była przygotowywana od dawna. Bo prawdopodobnie była. Najtańszy model wokółuszny - Listen - kosztuje 899 zł. Za flagowe Utopie trzeba zapłacić 17999 zł. Przepaść między nimi wypełniał Elear, jednak na rynku pojawiła się właśnie długo oczekiwana nowość - model Clear, który ma oferować wygodę użytkowania, większość kluczowych rozwiązań technicznych i pewne elementy brzmienia topowego modelu za znacznie mniejsze pieniądze. Francuzi ucięli z ceny swego flagowca ponad dziesięć tysięcy złotych. Jeżeli faktycznie są to porównywalne produkty, nie ma na co czekać - trzeba dokładnie przyjrzeć się tym jeszcze cieplutkim słuchawkom.

Kiedy ktoś porusza temat sprzętu audio marki Yamaha, przed oczami staje mi wiele niezwykle ciekawych rzeczy, którymi nie każda firma może się pochwalić. W naszej branży japoński koncern kojarzony jest przede wszystkim z nowoczesnymi amplitunerami, legendarnymi zestawami mikro z serii PianoCraft, soundbarami symulującymi dźwięk dookólny i wyposażonymi w system kalibracji akustycznej YPAO, a od jakiegoś czasu także z bardzo wszechstronnym i wciąż rozrastającym się systemem multiroom MusicCast. Jeżeli wpiszecie nazwę firmy w popularną wyszukiwarkę, szybko zrozumiecie jednak, że to zaledwie pewien wycinek jej działalności. Nawet po wejściu na główną stronę producenta, należy dokonać wyboru. Yamaha, ale co? Motocykle, instrumenty muzyczne, pro audio czy może elektronika do użytku domowego? Japończycy słyną z produkcji znakomitych fortepianów, ale jeśli chcielibyście kupić keyboard, gitarę, zestaw perkusyjny, flet, klarnet, saksofon, trąbkę, obój, puzon, skrzypce akustyczne lub elektryczne, wibrafon, ksylofon, marimbę, dzwony rurowe lub werbel marszowy - nie ma problemu. Z ciekawości otworzyłem zakładkę z marimbami, bo bardzo lubię dźwięk tego instrumentu. Znalazłem tam dziewięć różnych modeli, od 3,5 do 5 oktaw. A może chcielibyście zająć się muzyką zawodowo i założyć własne studio nagraniowe, salę koncertową, stację radiową lub telewizyjną? Jeśli tak, to w katalogu Yamahy znajdziecie wszystko od mikserów po profesjonalne monitory aktywne. Chcąc nagłośnić cały swój dom, możecie wybrać głośniki bezprzewodowe z systemem MusicCast, a jeżeli szukacie czegoś naprawdę wyjątkowego, wystarczy przyjrzeć się potężnym głośnikom NS-5000 wykończonym prawdziwym lakierem fortepianowym. Tę wyliczankę można ciągnąć bez końca, ale ja dzisiaj nie o tym. Dziś będzie o wzmacniaczu.

Onkyo to prawdziwy specjalista od fajnego i przystępnego cenowo sprzętu. Japończycy nie zmieniają wzornictwa raz na trzy lata i nie wchodzą w ryzykowne tematy, ale mocno rzeźbią to, czego naprawdę potrzebują klienci. Systemy kina domowego, od komponentów w płaskich obudowach po zaawansowane kombajny z bogatym wyposażeniem, urządzenia stereofoniczne, miniwieże, a nawet odtwarzacze przenośne. Amplitunery tej marki, zarówno wielokanałowe, jak i dwukanałowe, cieszą się w naszym kraju ogromną popularnością. Nie ma się czemu dziwić, bo firma inwestuje w nowe technologie, dzięki czemu nawet urządzenia z dolnej półki oferują bardzo przyzwoitą funkcjonalność. Za dwa, trzy, w porywach cztery tysiące złotych dostaniemy tu urządzenie, które potrafi prawie wszystko. Audiofile zawsze preferowali jednak systemy złożone z oddzielnych klocków, więc w katalogu znajdziemy sześć wzmacniaczy zintegrowanych, sześć odtwarzaczy płyt kompaktowych, dwa tunery, dwa odtwarzacze sieciowe i gramofon. Rekord świata to nie jest, ale odnoszę wrażenie, że już od jakiegoś czasu firma idzie na jakość, a nie ilość. Firma poważnie traktuje temat nowych źródeł i formatów, a jednymi z najciekawszych kąsków w jej ofercie są streamery. Tańszy NS-6130 to bezpośredni konkurent Denona DNP-730AE, Yamahy WXC-50, Pioneera N-30AE i Marantza NA6005. NS-6170 jest tylko trochę droższy, ale teoretycznie powinien już rywalizować z takimi urządzeniami, jak Bluesound Node 2, Pro-Ject Stream Box DS+, Rotel T14 czy Pioneer NC-50DAB. Od takiego źródła możemy już wymagać nie tylko rozbudowanej funkcjonalności, ale też dobrego dźwięku. Sprawdźmy czy tak jest w rzeczywistości.

Exposure to jedna z firm, dla których czas stanął w miejscu, a przynajmniej jeszcze do niedawna tak się wydawało. Brytyjscy producenci sprzętu audio są wprawdzie znani ze swego umiłowania tradycji i klasycznych rozwiązań, ale wielu z nich na przestrzeni lat udało się wejść na zupełnie inny poziom. Naim z producenta brzydkich wzmacniaczy dla najbardziej ortodoksyjnych audiofilów zmienił się w legendarną markę dostarczającą wszystko od eleganckich głośników sieciowych po nagłośnienie do luksusowych limuzyn. Linn nie jest kojarzony z gramofonami i odtwarzaczami płyt kompaktowych, ale hi-endowymi systemami z dopracowanymi funkcjami streamingowymi. Meridian przerzucił się z oldskulowych komponentów stereo na inteligentne kolumny aktywne, przetworniki i wzmacniacze biurkowe. Chord zawładnął rynkiem przetworników do tego stopnia, że reszta jego oferty dla wielu mogłaby nie istnieć. Arcam, Audiolab, Cyrus, Musical Fidelity, Quad i Roksan też starają się rozwijać swoje produkty. Od czasu do czasu wprowadzają jakiś przetwornik lub streamer, dorzucają wejścia cyfrowe do swoich wzmacniaczy zintegrowanych, niektórym udało się stworzyć bardzo nowoczesne systemy all-in-one lub inne urządzenia, których szukają dziś melomani. Dla mniejszych manufaktur, założonych i prowadzonych zwykle przez audiofilów starej daty, był to zawsze duży problem. Creek, Exposure, Sonneteer, Sugden? Tutaj może się pojawić co najwyżej nowy wzmacniacz z ładniejszymi przyciskami. Jednak im dłużej wydaje się trwać ten technologiczny zastój, tym bardziej ów zamrożony w czasie sprzęt różni się od nowych wynalazków. Czasami trudno oprzeć się wrażeniu, że te klasyczne konstrukcje są po prostu lepsze. Szczególnie jeśli chodzi o wzmacniacze. Wydajne układy impulsowe, zaawansowane przetworniki, wymienne moduły sieciowe, sterowanie z poziomu aplikacji... Wszystko to jest bardzo kuszące, ale jednak audiofilom trudno oprzeć się na widok porządnego pieca z ciężkim transformatorem, grzejącymi się radiatorami i analogową gałą w miejscu przycisków i wyświetlacza. Nic dziwnego, że producenci takiego sprzętu mocno się rozleniwili. Raz na milion lat przypominają sobie, że oprócz klepania w kółko tych samych wzmacniaczy, można też zaprojektować coś nowego. Kiedy dowiedziałem się, że Exposure przygotowuje dużą premierę, byłem pewny, że chodzi o kolejną generację klasycznych klocków z serii 2010 lub 3010, ewentualnie poprawioną wersję budżetowego systemu 1010. Ale nie! Brytyjczycy zaprezentowali całkowicie nową linię XM składającą się z czterech kompaktowych, ale funkcjonalnych urządzeń. Poczułem się wyróżniony, że doszło do tego za mojego życia.

Wielu producentów sprzętu audio co najmniej kilka razy w tygodniu chwali się w mediach społecznościowych swoją historią, największymi osiągnięciami i ciekawymi rozwiązaniami technicznymi. Chwilami można odnieść wrażenie, że niektórym z nich nie starcza czasu na faktyczne projektowanie, ulepszanie i słuchanie nowych modeli. Widzimy dużo przyciągających uwagę zdjęć i wiadomości przypominających audiofilom o funkcjonujących od dawna produktach, a istotnych premier i rewolucyjnych pomysłów jak na lekarstwo. Zupełnie inaczej wyglądają sprawy na stronach i profilach większości włoskich marek. Włosi potrafią budować piękne, obdarzone bardzo muzykalnym brzmieniem wzmacniacze, kolumny i gramofony, ale kiedy już zrobią swoje, mają lepsze rzeczy do roboty niż siedzenie w sieci i zachwalanie swoich wyrobów. Urządzenia takich marek, jak Audia, Audio Analogue, Aqua, Diesis Audio, Franco Serblin, Gold Note, Pathos, Sonus Faber, Synthesis czy Unison Research mówią same za siebie. Ich twórcy mogą w spokoju konsumować wyborne wino, spotykać się ze znajomymi w lokalnych restauracjach, chodzić na koncerty i oddawać się innym przyjemnościom życia. Kiedy myślimy o włoskim sprzęcie audio, przed oczami stają nam kolumny w kształcie lutni, piękne gramofony i ekscentryczne wzmacniacze lampowe z drewnianymi ozdobami, wystającymi z obudowy kondensatorami i elegancko wyrzeźbionymi radiatorami, ale nie wszyscy producenci znajdują przyjemność w serwowaniu klientom tak oryginalnych konstrukcji. Założona w Toskanii firma Audio Analogue od 1995 roku łączy rzetelnie zaprojektowaną elektronikę z ascetycznym podejściem do wzornictwa. Większość oferowanych obecnie urządzeń hołduje zasadzie symetrii połączonej z totalnym minimalizmem i wysoką jakością zastosowanych materiałów. Czy to nie świetny przepis na purystyczny sprzęt dla wymagających audiofilów?

Kojarzycie wzmacniacze i przetworniki marki NuForce? Ja doskonale pamiętam swoje pierwsze spotkanie z referencyjnym kompletem składającym się z przedwzmacniacza i dwóch końcówek mocy, które razem ważyły mniej niż odtwarzacz płyt kompaktowych ze świetnej półki, a mimo to bez problemu napędzały nawet hi-endowe kolumny. Wówczas zastosowana w nich technologia jeszcze raczkowała, a wielu audiofilów uważało, że takie małe pudełeczka nie mają żadnych szans w starciu z klasycznymi wzmacniaczami ważącymi po kilkanaście czy kilkadziesiąt kilogramów. Początkowo sam też nie byłem wielkim fanem konstrukcji cyfrowych, impulsowych czy jak je wtedy nazywano. Pierwsze naprawdę audiofilskie wzmacniacze tego typu na pewno miały swoje zalety, ale w ich brzmieniu brakowało mi wielu, wielu rzeczy, które potrafiły pokazać nawet znacznie tańsze urządzenia tranzystorowe zbudowane w tradycyjny sposób. A jednak maleństwa NuForce'a, wraz z innymi podobnymi konstrukcjami przetarły szlak, którym wkrótce mieli podążyć inni. Na rynku regularnie pojawiały się wzmacniacze i systemy all-in-one pracujące w klasie D. Praktycznie każdy producent deklarował, że opracował własną wersję tego rozwiązania, dzięki czemu brzmienie w ogóle nie przypomina tego, co do tej pory kojarzyliśmy z tą technologią. I prawie za każdym razem było dokładnie odwrotnie. Dźwięk może i był dynamiczny, na pewno w skali makro, do tego całkiem neutralny i przejrzysty, ale też płaski, wyprany z emocji, sztucznie ocieplony i nieprawdziwy. Mimo to, w temat wchodziło coraz więcej firm takich, jak Primare, Cyrus, T+A czy NAD. Nie sposób też pominąć Lyngdorfa, który rozwinął hi-endowe konstrukcje pracujące w tej technologii zanim ktokolwiek inny dostrzegł drzemiący w niej potencjał. W pewnym momencie, nawet nie wiem kiedy, stało się coś dziwnego. Wzmacniacze impulsowe zaczęły grać. Niektóre potrzebowały do tego dobrze dobranych kolumn, ale cóż w tym złego? Primare I32, Lyngdorf TDAI-2170 czy T+A PA 1000 E to integry, które naprawdę potrafią wydobyć z siebie audiofilski dźwięk. A NuForce? Ten w zasadzie rozpadł się na dwie części. Pierwsza funkcjonuje pod dotychczasową nazwą, produkując głównie przenośny sprzęt audio, a także pełnowymiarowy sprzęt do systemów stereo i kina domowego. W 2014 roku marka została wchłonięta przez producenta projektorów, firmę Optoma. Drugą część zabrał ze sobą Jason Lim - współzałożyciel i szef NuForce'a, który mniej więcej w tym samym momencie postanowił wykupić cały dział projektujący urządzenia hi-end i prawa do stworzonych przez tę markę technologii. Następnie przyciągnął utalentowanych inżynierów specjalizujących się w projektowaniu wzmacniaczy impulsowych i powołał do życia własną markę - NuPrime.

Dokładnie dziesięć lat temu miałem przyjemność uczestniczyć w europejskiej premierze flagowych kolumn Focala. Utopie zawsze były dla francuskiej firmy ekstremalnie ważne. Nie tylko ze względów wizerunkowych, ale też technologicznych. To właśnie dla topowych zestawów projektowano najbardziej wyczynowe magnesy, konstruowano całe linie technologiczne pozwalające na jeszcze dokładniejsze wykonanie kluczowych elementów i sięgano po egzotyczne materiały. Ilekroć myślę o produktach tej marki, widzę piękne kolumny z wooferami napędzanymi przez elektromagnesy, berylowymi tweeterami i obudowami złożonymi z oddzielnych klocków, których kąt nachylenia względem siebie można regulować za pomocą eleganckiej korbki. Minęło dziesięć lat, a Grande Utopia EM wciąż pozostaje szczytowym osiągnięciem Focala. Wprawdzie podczas projektowania linii Sopra opracowano kilka nowych rozwiązań, które francuscy inżynierowie zaczęli sukcesywnie wszczepiać do najdroższych modeli, ale flagowiec jest produkowany w niezmienionym kształcie i na razie wydaje się, że nie ma potrzeby wprowadzać jego następcy. Oczywiście tak potężnych kolumn nie zobaczymy w każdym sklepie. Grande Utopia EM w Polsce była prezentowana cyklicznie podczas wystawy Audio Video Show. Jej pokazy przyciągały prawdziwe tłumy, jednak wiadomo jak wyglądają odsłuchy podczas tego typu imprez. Nawet w przypadku tak wyczynowego sprzętu zawsze pojawia się pewien element losowości. Ot, chociażby opóźniony transport wzmacniacza, który miał napędzać francuskie zestawy. Niecałe cztery lata temu mogłem jednak spotkać się z nimi sam na sam. W przypadku tak ekstremalnie hi-endowych produktów, często oczekujemy absolutnej perfekcji. Sama cena takiego sprzętu sprawia, że chcemy aby brzmienie powaliło nas na kolana, ale zazwyczaj do tego nie dochodzi. Dlaczego? To proste. Bo naprawdę ciężko jest zrobić kolumny przekraczające granice tego, co wydawało nam się możliwe. Nawet jeśli dysponujemy nieograniczonym budżetem i kosmiczną technologią. Grande Utopia EM to wyjątek od reguły. Tutaj wysiłki francuskich inżynierów przekładają się na spektakularny, niesamowity, perfekcyjny dźwięk. Jedynym dużym problemem jest cena. Sześćset tysięcy złotych za parę kolumn to trochę dużo. Gdybym sprzedał swój dom, samochód, nerkę i co tam jeszcze mógłbym z siebie wymontować, wciąż sporo by mi brakowało. Na szczęście w katalogu Focala figuruje jeszcze jedna Utopia, w wydaniu słuchawkowym, za 17999 zł. Nie chcę powiedzieć, ze to tanio, ale jest to zupełnie inny rząd wielkości. Nazwa nawiązująca do flagowych kolumn sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z taką samą jakością brzmienia, a to bardzo zachęcająca perspektywa. Ale czy na pewno tak jest?

Sennheisera nie trzeba przedstawiać ani audiofilom, ani nawet średnio zorientowanym w temacie melomanom, którzy kiedykolwiek stanęli przed wyborem słuchawek. Produktów niemieckiego potentata nie da się nie zauważyć. Są obecne praktycznie wszędzie, pod każdą postacią i w każdym przedziale cenowym. Gdybyśmy spośród dostępnych w katalogu modeli mieli całkowicie losowo wybrać jeden, mogłby to być zestaw słuchawkowy dla graczy za 979 zł, dokanałówki za 69 zł lub audiofilskie nauszniki za 10399 zł. Jak to w życiu bywa, produkty te różnią się nie tylko ceną, przeznaczeniem i oferowaną jakością brzmienia, ale także pewną rozpoznawalnością, na którą składa się wiele różnych czynników. Liczba sprzedanych egzemplarzy, pozytywne recenzje i opinie użytkowników, ale również to, jak często profesjonaliści i znawcy tematu porównują inne słuchawki z takim kultowym modelem. W historii Sennheisera było wiele takich przypadków, ale dla mnie numerem jeden są nauszniki HD 600, wciąż produkowane i niezmiennie wspaniałe. Tak naprawdę, historia tego modelu zaczęła się jeszcze wcześniej. W roku 1995 manufaktura z Wennebostel pokazała światu model HD 580 - piękne, wokółuszne słuchawki, które wówczas uznawano za jedne z najlepszych na rynku, a już na pewno w swojej cenie. Niemcy szybko wykorzystali ich sukces, wprowadzając specjalną wersję HD580 Jubilee, która w 1997 roku, z drobnymi zmianami, weszła do produkcji jako model HD 600. Niektórzy twierdzą, że inżynierowie i szefowie Sennheisera nie docenili swoich słuchawek, a ich kolejne modyfikacje miały usprawiedliwić szybki wzrost cen. Z dzisiejszego punktu widzenia wydaje się to śmieszne. Producenci audiofilskich słuchawek wystawiają bowiem astronomiczne ceny za swoje najnowsze wynalazki, a różnice między kolejnymi wersjami tego samego modelu mogą ograniczać się do kilku mało istotnych detali. Po ponad dwudziestu latach nieprzerwanej produkcji, kultowe HD 600 kosztują 1699 zł. Jak na słuchawki, które jeszcze niedawno uchodziły za szczyt hi-endu, nie jest to wygórowana kwota. Najciekawsze jest to, że przez te wszystkie lata Sennheiserowi nie udało się poprawić tej legendarnej konstrukcji. Owszem, w 2003 roku firma zaprezentowała model HD 650. Miał być lepszy pod każdym względem, ale nie był. Poprawiono kabel, a w szczególności wtyczki od strony muszli, zrezygnowano z oryginalnego koloru plastikowych elementów na rzecz bezpiecznej szarości, ale też zmieniono ogólny balans tonalny, co zdaniem niektórych słuchaczy wyszło słuchawkom na dobre, a według znakomitej większości klientów - zabiło charakter oryginału. Przy okazji oczywiście podniesiono cenę. Różnica utrzymała się po dziś dzień, bo HD 650 kosztują obecnie 1959 zł. Wydawało się, że temat jest zamknięty, ale każdą legendę trzeba przecież od czasu do czasu odświeżyć, dlatego pod koniec zeszłego roku ogłoszono premierę nowego modelu - HD 660 S.

Podobno świat wysokiej klasy sprzętu audio rządzi się swoimi prawami, ale czy na pewno? Czy audiofilska aparatura różni się od luksusowych samochodów, nowoczesnych telewizorów, eleganckich zegarków czy innych przedmiotów, których nie kupujemy dla zaspokojenia zupełnie podstawowych potrzeb? Wchodząc do tego świata zachowujemy się inaczej niż podczas codziennych zakupów, płacenia rachunków czy wybierania dostawcy usług telekomunikacyjnych. Kiedy poradzimy sobie z przyziemnymi sprawami, przychodzi czas na coś tylko dla nas. Sprzęt stereo z założenia jest czymś wyjątkowym, ale czy każde urządzenie zasługuje na takie miano? Tutaj, podobnie jak w innych dziedzinach naszego życia, sprawy nie zawsze mają się tak dobrze. Od wielu lat obserwujemy umacniającą się dominację wielkich firm nad mniejszymi. Klienci raczej nie przywiązują do tego wielkiej wagi. Niektórzy płyną z nurtem, wybierając produkty uznanych marek. Tych, które na największych wystawach wynajmują całe korytarze z kompleksami sal i stoisk. Tych, które zatrudniają sztab specjalistów od marketingu i co dwa tygodnie wypuszczają jakieś nowe urządzenie, by jeszcze bardziej umocnić swą pozycję. Cóż w tym złego? Absolutnie nic. Owa pozycja przecież nie wzięła się znikąd. Mimo to, ciężko pozbyć się wrażenia, że im więcej czasu i pieniędzy dana marka inwestuje w tego typu działania, tym mniej uwagi poświęca samym produktom. Za każdym razem działa to podobnie. Pierwszy etap działalności to oryginalne pomysły i budowanie wzmacniaczy na kuchennym stole. Drugi zaczyna się w chwili uruchomienia profesjonalnej produkcji. Trwa rozbudowa katalogu, rozwijanie technologii, zbieranie pozytywnych recenzji i ekspansja na rynki zagraniczne. Zwykle to właśnie w tym okresie powstają urządzenia, które później audiofile określają mianem kultowych. Trzeci etap to awans do grona największych graczy. Firma zaczyna wprowadzać coraz droższe urządzenia, montować swój sprzęt w luksusowych autach, wypuszczać modele z autografem znanych muzyków lub sportowców, przenosić fabryki, tworzyć spółki, holdingi i korporacje, a ostatecznie zatrudnia dziesięć razy więcej handlowców, kierowników i młodszych menedżerów niż doświadczonych projektantów i inżynierów. Niektórzy audiofile są przekonani, że kupując drogi, hi-endowy wzmacniacz dostaną coś naprawdę niesamowitego, oryginalnego i jedynego w swoim rodzaju. Tymczasem często są to ładniejsze, bardziej dopracowane odpowiedniki urządzeń z niższego pułapu cenowego. Dokładnie taki sam wzmacniacz mają setki, tysiące, a nawet dziesiątki tysięcy ludzi na całym świecie. Wysoka cena nie gwarantuje niczego poza lepszą jakością wykonania i poprawnym brzmieniem. Wracamy więc do pierwotnego problemu. Co robić, jeśli chcemy kupić coś wyjątkowego? Coś, co faktycznie uruchomi w nas właściwe emocje i będzie czymś więcej, niż tylko droższą, cięższą i bardziej aluminiową wersją amplitunera z supermarketu...
Pawel1965