
Nie macie czasami wrażenia, że niektóre firmy w poszukiwaniu idealnego dźwięku zabrnęły tak daleko, że później ciężko im przebić swoje własne dokonania? Prace nad nowymi modelami muszą jednak posuwać się naprzód, bo tego przecież oczekuje spora grupa klientów, przygląda się temu branża, a przede wszystkim konkurencja. Producenci, którzy nie mają tak wielkiej siły przebicia, jak pierwszoligowi gracze, tylko czekają na ich pomyłkę lub wyraźne oznaki opieszałości. Kiedy w katalogu Sennheisera, Beyerdynamika, Audio-Techniki, Kossa czy AKG ciężko było znaleźć słuchawki wychodzące ponad poziom tysiąca pięciuset złotych, na rynku pojawiły się planarne nauszniki Audeze i HiFiMAN-a oraz nieprzeciętnie drogie, limitowane edycje słuchawek Ultrasone. Kiedy uznani producenci podnieśli poprzeczkę do poziomu około czterech tysięcy złotych, konkurencja pokazała modele za kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy. Do wyścigu dołączyły takie marki, jak Focal czy Final Audio Design. W sklepach regularnie pojawiają się nowe nauszniki z górnej półki. Często dość egzotyczne, jak Kennerton czy ENIGMAcoustics. Sennheiser odpowiedział na to krótko i zwięźle, prezentując nową wersję jednego ze swoich największych hitów. HE-1 czyli zestaw składający się z elektrostatycznych słuchawek i lampowego wzmacniacza z wbudowanym przetwornikiem zakończył wiele dyskusji, ale dał też początek nowym. Audiofile zaczęli się zastanawiać co teraz zrobi niemiecka firma. Pokaże tańszy odpowiednik nowego Orpheusa? Gdyby można było kupić coś podobnego za mniej, niż pięćdziesiąt tysięcy euro, byłoby miło. A może Sennheiser wykorzysta tę wiedzę aby wypuścić serię słuchawek planarnych? Otóż nie. Niemcy wprowadzili hi-endowe słuchawki zamknięte, zaprojektowane jako partner dla wzmacniacza HDV 820. Oto HD 820.

Pylon Audio to ewenement nie tylko na polskim, ale także europejskim rynku audio. Firma z Jarocina wyjątkowo szybko podbiła serca melomanów dostarczając im proste, solidnie zbudowane i bardzo przystępne cenowo kolumny, które brzmieniowo potrafiły nawiązać rywalizację z ciut droższą konkurencją. Kiedy przedsięwzięcie nabrało wiatru w żagle - również za sprawą napływających zamówień na obudowy, które Pylon Audio dostarcza dziś dla czołowych, europejskich marek - zapadła decyzja, aby stopniowo podnosić poprzeczkę w każdym z aspektów działalności. Na przestrzeni lat mogliśmy z bliska obserwować ten rozwój ponieważ firma chętnie dzieli się informacjami o nowych modelach, prezentuje je na dużych wystawach, a także udostępnia zdjęcia zadowolonych klientów, dystrybutorów i dealerów. W katalogu regularnie pojawiają się coraz wyższe serie kolumn, nowe wykończenia, a nawet konstrukcje wykorzystujące przetworniki, jakich nie zobaczymy w żadnych innych zestawach. Mimo to, polska manufaktura nie zapomina o swoich korzeniach i audiofilach, którzy chcieliby otrzymać jak najlepszy dźwięk, ale nie mogą sobie pozwolić na Emeraldy 25, które w bazowym kolorze kosztują prawie 12000 zł. Co ciekawe, dysponując budżetem 2000 zł możemy w tym momencie wybrać z oferty Pylona jeden z czterech modeli podłogowych - Pearl 20, Opal 20, Pearl 25 lub Coral 25. Niewiele firm może w takiej kwocie zaproponować nam konstrukcje z trzech różnych serii. Abstrahując od kolumn typowo hi-endowych i obudów wykonywanych na zamówienie Audio Physica, wyraźnie widać na czym polega fenomen jarocińskiej firmy, prawda? Nie powstrzymało jej to jednak przed rozwinięciem tej części katalogu. Do wymienionych modeli dołączył właśnie piąty, na dodatek dość wyjątkowy. Przed nami Pearl 27.

Nie znam audiofila, który na pewnym etapie swojej drogi nie natknął się na kolumny marki ProAc. To ciekawe, bo angielska manufaktura chyba nigdy nie zabiegała o względy klientów w jakiś szczególny sposób. Nie organizuje specjalnych akcji promocyjnych ani nie wynajmuje największych sal konferencyjnych na wystawach. Przeciwnie. Prawie w ogóle nie pokazuje się na dużych imprezach i nie atakuje audiofilów newsletterami z informacją o nowym kolorze produkowanego już od wielu lat modelu. W odróżnieniu od wielu brytyjskich specjalistów od zestawów głośnikowych, ProAc nie chwali się historycznymi związkami z BBC ani obecnością swoich kolumn w słynnym studiu nagraniowym przy Abbey Road. Jego oficjalna strona internetowa wygląda jakby powstała kilkanaście lat temu. Fakt, że przedsiębiorstwo prowadzone przez Stewarta Tylera jeszcze nie upadło, dla fachowców od marketingu musi być nie lada zagadką. Jeżeli natomiast zapytacie o zdanie audiofilów, usłyszycie wyłącznie głosy wielkiego uznania i szacunku graniczącego z kultem. O ile bowiem ProAc nie zawraca sobie głowy przyziemnymi sprawami, kolumny z reguły robi wspaniałe. Im bardziej konkurencja ucieka mu w temacie nowoczesnych materiałów, metod projektowania, technologii produkcji i indywidualnych wykończeń, tym bardziej wyjątkowe wydają się być jego klasyczne, kanciaste skrzynki z głośnikami wyglądającymi tak, jakby w Brackley czas zatrzymał się dobre kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt lat temu. Mimo to, w katalogu od czasu do czasu pojawiają się nowe modele. Jednym z nich jest Response DT8.

Świat odtwarzaczy przenośnych to w pewnym sensie takie państwo w państwie. Coraz częściej zajmują się nimi firmy o bardzo wąskiej specjalizacji, a grono mocno wkręconych i obeznanych w temacie użytkowników takich urządzeń przypomina niegroźną sektę. Czasami mam wrażenie, że niektórzy członkowie tego klubu zrezygnowali z używania normalnych słów i porozumiewają się ze sobą wymieniając symbole DAP-ów i zastosowanych w nich kości. Wydawałoby się, że takimi urządzeniami powinni interesować się audiofile, którzy zazwyczaj słuchają muzyki na pełnowymiarowym systemie stereo lub biurkowym przetworniku z wysokiej klasy słuchawkami i nie chcą rezygnować z dobrego dźwięku w podróży lub podczas spacerów po mieście. To jednak nie do końca się sprawdza, bo tylko część spośród zdeklarowanych miłośników sprzętu mobilnego interesuje się kolumnami i wzmacniaczami. Może więc przenośne odtwarzacze audio trafiają głównie do ludzi zainteresowanych różnymi gadżetami, które można mieć zawsze przy sobie? Chyba też nie, bo im do słuchania muzyki przeważnie wystarcza smartfon z bezprzewodowymi słuchawkami. Wcale nie jest łatwo określić ani zrozumieć komu tak naprawdę potrzebne są audiofilskie playery. Dla przeciętnego człowieka "empetrójka" to przeżytek. A jednak takich DAP-ów są setki, a ich użytkowników i miłośników - tysiące. Na rynku można znaleźć modele od kilkuset do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Największą popularnością cieszą się jednak odtwarzacze, które wiele potrafią, czytają pliki hi-res i mają w środku części przyzwoitej jakości, a nie kosztują majątku. Jednym z najnowszych przedstawicieli tego gatunku jest FiiO M7.

Akcesoria zasilające to dla wielu audiofilów niezbadane terytorium. Niektórzy otwarcie deklarują, że nie wierzą w działanie profesjonalnych rozgałęziaczy i kondycjonerów, w związku z czym nawet nie podejmują prób przekonania się o tym na własnej skórze, choćby w doskonale znanych sobie warunkach lub na zasadzie ślepego testu. Inni mają świadomość potencjalnego lub rzeczywistego wpływu tego typu osprzętu na brzmienie, jednak interesuje ich przede wszystkim to, aby podłączone do sieci wzmacniacze, przetworniki i końcówki mocy miały zapewnioną ochronę przed różnymi przykrymi niespodziankami. Ale co stoi na przeszkodzie, aby mieć i jedno, i drugie? Jeżeli jednym ruchem moglibyśmy poprawić bezpieczeństwo swojego systemu, a przy okazji zrobić choćby mały krok do przodu w kwestii jakości dźwięku, byłoby wspaniale. Urządzenia zaprojektowane w takim celu produkuje wiele specjalistycznych firm. Większość z nich zajmuje się tylko i wyłącznie zasilaniem. Nie ma się czemu dziwić, bo jest to dość skomplikowana dziedzina, a już szczególnie jeśli mówimy o akcesoriach stworzonych z myślą o oczyszczaniu prądu dla sprzętu audio. Jeżeli oprócz kilku podstawowych zabezpieczeń w konstrukcji takiego kondycjonera trzeba uwzględnić jego wpływ na brzmienie podłączonej elektroniki, pamiętając o spełnieniu wymagań bardzo wymagających klientów, sprawa robi się znacznie bardziej złożona niż w przypadku zwykłej, komputerowej listwy. Jednym z takich producentów jest ISOL-8.

Pamiętacie lata dziewięćdziesiąte i furorę, jaką w tym czasie zrobiły na świecie tak zwane boomboxy? Przenośne radiomagnetofony wyposażone w możliwie największe, czasami odłączane głośniki i rączkę do przenoszenia były idealnym rozwiązaniem dla młodych ludzi. Stosunkowo lekkie, mobilne i uniwersalne urządzenia znajdujące się w zasięgu finansowym przeciętnego nastolatka lub jego rodziców produkował praktycznie każdy liczący się koncern zajmujący się sprzętem audio. W naszym kraju niezwykle popularne były boomboxy Philipsa, ale takie firmy, jak Sony, Panasonic, Sharp, Aiwa, Sanyo czy JVC też nie dawały za wygraną. Dzięki możliwości zastosowania baterii jako źródła zasilania, tego typu radioodtwarzacze sprawdzały się nie tylko w domu, ale także na wyjazdach, campingach czy imprezach plenerowych. Dobry boombox oprócz możliwości odtwarzania kaset magnetofonowych i płyt kompaktowych oraz oczywiście radia, obowiązkowo musiał mieć na pokładzie jakieś bajery, jak chociażby najprostszy korektor, podbicie basu, dźwięk surround, autorewers, a przy dobrych wiatrach może nawet pilota. Z czasem rola magnetofonu stopniowo malała, a później, w rezultacie rozpowszechniania się muzyki cyfrowej, zaczęto wyposażać sprzęt w złącza USB i możliwość odtwarzania plików MP3. W pewnym momencie wydawało się, że boomboxy to już przeszłość. Wygląda jednak na to, że moda sprzed trzydziestu lat odradza się w nowej formie.

NAD zawsze specjalizował się w produkcji znakomitych, budżetowych wzmacniaczy stereo. Jeszcze niedawno melomani przygotowujący się do kupna takiego urządzenia mieli bardzo łatwe zadanie. Wystarczyło wyznaczyć budżet i oszacować wymagania posiadanych kolumn w kwestii zapotrzebowania na moc, a brytyjska firma, znajdująca się obecnie w kanadyjskich rękach, miała nam do zaoferowania trzy, cztery, może pięć zintegrowanych piecyków, które zasadniczo różniły się tylko wysokością obudowy, oddawaną mocą, masą i ilością gniazd na tylnym panelu. W odróżnieniu od manufaktur, które za kolejny model o nieznacznie lepszych parametrach potrafią naliczyć dodatkowo kilka tysięcy złotych, w katalogu NAD-a wszystkie wzmacniacze zintegrowane mieściły się w przedziale od tysiąca złotych z małym kawałkiem do czterech tysięcy. Sytuacja zmieniła się dopiero po wprowadzeniu na rynek serii Masters, która prawdę mówiąc wciąż żyje swoim życiem. Nawet średnio zamożni audiofile mogli więc myśleć o integrach NAD-a, nawet tych mocniejszych, w kategoriach realistycznego zakupu, przed którym mogło ich powstrzymać tylko wyjątkowo paskudne wzornictwo. Na przestrzeni lat urządzenia tej marki trochę wyładniały, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że wyjątkowo niski współczynnik akceptacji małżonki stał się taką samą wizytówką NAD-a, jak znakomite brzmienie. Przy tak konkurencyjnych cenach, klienci są jednak w stanie wiele wybaczyć i ten garażowy dizajn wybaczają burym wzmacniaczom już od kilkudziesięciu lat. Aż tu znienacka pojawił się problem. Firma wypuściła na rynek serię urządzeń zbudowanych w nowy sposób. Bardziej wszechstronnych, nowoczesnych, ucyfryzowanych i gotowych na wyzwania nowej ery słuchania muzyki. I tak klient, który odłożył na wzmacniacz wymaganą kwotę, przeczytał tuzin recenzji i uzyskał zgodę na umieszczenie w salonie jakiegoś brzydkiego kloca, nagle staje przed zasadniczym pytaniem. Kupić normalny, sprawdzony wzmacniacz, z jakich NAD jest znany, czy wejść w ten nowy, interesujący świat i kupić urządzenie będące “więcej niż tylko wzmacniaczem”? Dziś postaramy się na to pytanie odpowiedzieć, bowiem niedawno testowaliśmy najtańszy spośród “starych” piecyków NAD-a, model C316BEE, a teraz stanie przed nami najmniejszy model zaprojektowany w nowej technologii - C338.

Pojawienie się nowych źródeł i formatów, związane bezpośrednio ze zmianą sposobu pozyskiwania i słuchania muzyki, było dla wielu firm z branży audio dużym wyzwaniem. O ile jednak producentów audiofilskich kolumn czy akcesoriów zmiany nie dotknęły prawie wcale, inni musieli się do nich dostosować. Systemy stereo zaczęły ewoluować od podstaw. Miejsce odtwarzaczy płyt kompaktowych zajęły przetworniki i streamery, we wzmacniaczach pojawiły się wejścia cyfrowe, a specjaliści od audiofilskich kabli wzbogacili swą ofertę o przewody USB i LAN. Kto na tych manewrach wyszedł najlepiej? Oczywiście ci, którzy w porę zauważyli przybierający na sile trend i wprowadzili na rynek urządzenia pozwalające cieszyć się muzyką z plików i serwisów streamingowych. Mało kto zrobił to tak skutecznie, jak Chord. Kiedy inni specjaliści od audiofilskiej elektroniki wykorzystywali przetworniki zbudowane na bazie dostępnych kości, znanych chociażby z odtwarzaczy srebrnych krążków, Brytyjczycy wpompowali całą swoją energię w projekt, który jakby czekał na swój moment w historii. Mowa o autorskim przetworniku, który przy wsparciu Chorda zaprojektował Robert Watts. Zamiast małej kosteczki pełniącej funkcję DAC-a, zastosowano w nim programowalne układy FPGA. Uzyskano w ten sposób znacznie lepsze parametry i brzmienie, które zdaniem szefa firmy, Johna Franksa, było jak z innego świata. Kiedy Chord zaprezentował model Hugo, zaczęła się prawdziwa jazda. Choć nie był tani, klienci pokochali go za ponadprzeciętną funkcjonalność i oczywiście wysoką jakość brzmienia. Dziś w ofercie manufaktury z Farleigh można znaleźć kilka przetworników różniących się głównie rozmiarami, przeznaczeniem, stopniem zaawansowania technicznego i oczywiście ceną.

Wybierając sprzęt do naszych testów, zazwyczaj wyszukujemy najciekawsze rynkowe nowości i poddajemy je wstępnej selekcji, aby czas poświęcony na sesję zdjęciową, odsłuchy i opisywanie naszych wrażeń nie był zmarnowany. Istnieją jednak urządzenia, które opisujemy poza tym schematem. Można powiedzieć, że to takie nasze specjalne znaleziska. Kolumny, wzmacniacze, przetworniki, czasami nawet kable lub akcesoria zasilające, które zrobiły na nas wyjątkowo dobre wrażenie podczas gościnnych odsłuchów w zaprzyjaźnionym salonie, na wystawie lub konferencji prasowej. Często są to również modele, które już od pewnego czasu funkcjonują na rynku i zbierają coraz więcej pozytywnych opinii. W odróżnieniu od nowości, co do których wprawdzie można mieć dobre przeczucia, ale do momentu pierwszego uruchomienia nic tak naprawdę nie wiadomo, tutaj dysponujemy już pewnym doświadczeniem i mamy podstawy sądzić, że otrzymamy wyjątkowo dobry dźwięk. Oczywiście na bazie krótkiego odsłuchu na wystawie nie można niczego stwierdzić ze stuprocentową pewnością, jednak kiedy kolejne podejścia przynoszą podobne obserwacje, coś musi być na rzeczy. Co ciekawe, większość takich sprzętowych odkryć to urządzenia mało znanych, wręcz niszowych producentów. Divine Acoustics Proxima, Audel CG Tower, Albedo HL 2.2, Equilibrium Ether Ceramique, Soul Note SD300, G Lab Design Fidelity Block, Chartwell LS3/5, Eryk S Concept Digi, DIMD PP10 Stereo, Ars-Sonum Filarmonia SK, Audiobyte Black Dragon czy Auris Audio Fortissimo to egzotyka nawet dla obeznanych w temacie audiofilów. Tak zwane wynalazki. Ale jakie! Ich twórcy zazwyczaj zdają sobie sprawę, że prawdopodobnie nigdy nie nawiążą rywalizacji z wielkimi koncernami, ale też nie na tym im zależy. Chcą budować sprzęt dla prawdziwych pasjonatów. Docierać do melomanów, którzy w katalogach znanych marek nie znaleźli tego, czego szukają. Jedną z takich firm jest Sound Project. Do tej pory kojarzyłem ją głównie ze wzmacniaczami słuchawkowymi o dość garażowym wyglądzie. I pewnie tak by pozostało, gdyby nie monitory o nazwie Nina. Po raz pierwszy usłyszałem je na wystawie Audio Video Show i pamiętam, że byłem wprost oczarowany, ale - jak to na tego typu imprezach - nie wiedziałem jaki udział w tym sukcesie miały kolumny, a jaki elektronika, kable, adaptacja akustyczna czy wreszcie same nagrania. Za rok sytuacja się powtórzyła i to już dało mi do myślenia. Trzeci odsłuch w salonie dystrybutora przesądził sprawę. Zabieram te maleństwa do naszej redakcji i sprawdzę na co naprawdę je stać.

Rynek sprzętu audio tworzą dziś nie tylko tak zwani wielcy gracze, ale także mniejsze manufaktury kierujące swoje produkty do bardzo konkretnego klienta. W niektórych dziedzinach to właśnie te skromniejsze firmy zaczęły wytyczać nowe ścieżki, którymi wkrótce poszły także marki znane wszystkim melomanom. Podczas, gdy starzy wyjadacze zajmują się wypuszczaniem coraz większych kolumn i coraz mocniejszych wzmacniaczy za coraz większe pieniądze, ich mniej utytułowana konkurencja rozwija skrzydła i dociera do klientów, którzy owszem chcą kupić dobry sprzęt, ale jeszcze nie powariowali. Być może dlatego dziś hi-endowe słuchawki to Audeze, HiFiMAN i Focal, a nie Beyerdynamic, porządny wzmacniacz ze świetnym przetwornikiem to dla nas Hegel, a nie Creek, a synonimem głośnika sieciowego jest Sonos, a nie Monitor Audio. Jak mawiają sportowcy, niewykorzystane sytuacje się mszczą, a po w ciągu zaledwie kilku lat sytuacja na rynku potrafi zmienić się diametralnie. Dlatego też warto śledzić poczynania firm, które może nie są znane na całym świecie i nie wydają setek tysięcy dolarów na działania marketingowe, ale za to mają dobre pomysły i realizują swe plany w bardzo konsekwentny sposób. Jedną z takich manufaktur jest Gato Audio. Domyślam się, że wielu audiofilów widzi tę nazwę po raz pierwszy, a szkoda, bo w tym roku duńska firma świętowała dziesiąte urodziny. Informacja o okrągłej rocznicy przeszła w branży bez echa. Być może dlatego, że z tej okazji nie wypuszczono całej serii jubileuszowych produktów w złotych obudowach. Duńczycy robią swoje jak gdyby nigdy nic. Ich specjalnością są kompaktowe, ale bardzo eleganckie i nowoczesne komponenty stereo. Dokładnie z takim urządzeniem będziemy mogli się zmierzyć. Oto rozbudowany wzmacniacz zintegrowany DIA-250S.
Tomasz