
Rynek sprzętu audio tworzą dziś nie tylko tak zwani wielcy gracze, ale także mniejsze manufaktury kierujące swoje produkty do bardzo konkretnego klienta. W niektórych dziedzinach to właśnie te skromniejsze firmy zaczęły wytyczać nowe ścieżki, którymi wkrótce poszły także marki znane wszystkim melomanom. Podczas, gdy starzy wyjadacze zajmują się wypuszczaniem coraz większych kolumn i coraz mocniejszych wzmacniaczy za coraz większe pieniądze, ich mniej utytułowana konkurencja rozwija skrzydła i dociera do klientów, którzy owszem chcą kupić dobry sprzęt, ale jeszcze nie powariowali. Być może dlatego dziś hi-endowe słuchawki to Audeze, HiFiMAN i Focal, a nie Beyerdynamic, porządny wzmacniacz ze świetnym przetwornikiem to dla nas Hegel, a nie Creek, a synonimem głośnika sieciowego jest Sonos, a nie Monitor Audio. Jak mawiają sportowcy, niewykorzystane sytuacje się mszczą, a po w ciągu zaledwie kilku lat sytuacja na rynku potrafi zmienić się diametralnie. Dlatego też warto śledzić poczynania firm, które może nie są znane na całym świecie i nie wydają setek tysięcy dolarów na działania marketingowe, ale za to mają dobre pomysły i realizują swe plany w bardzo konsekwentny sposób. Jedną z takich manufaktur jest Gato Audio. Domyślam się, że wielu audiofilów widzi tę nazwę po raz pierwszy, a szkoda, bo w tym roku duńska firma świętowała dziesiąte urodziny. Informacja o okrągłej rocznicy przeszła w branży bez echa. Być może dlatego, że z tej okazji nie wypuszczono całej serii jubileuszowych produktów w złotych obudowach. Duńczycy robią swoje jak gdyby nigdy nic. Ich specjalnością są kompaktowe, ale bardzo eleganckie i nowoczesne komponenty stereo. Dokładnie z takim urządzeniem będziemy mogli się zmierzyć. Oto rozbudowany wzmacniacz zintegrowany DIA-250S.

Obserwowanie rozwoju poszczególnych firm z branży audio bywa niezwykle ciekawe. Z czasem można podjąć się prognozowania pewnych trendów, a po latach sprawdzać czy nasze przewidywania się sprawdziły. Dzisiejszy test to nie tylko opis kolejnego produktu, ale także kontynuacja mojej przygody z serbską firmą Auris Audio, która cztery lata temu dostarczyła nam do testu jeden z pierwszych modeli w swojej, wówczas jeszcze bardzo krótkiej historii. Nie spodziewaliśmy się, że Adagio 300B będzie perfekcyjny, a pod wieloma względami taki właśnie był. Biorąc pod uwagę, że firma została założona zaledwie rok wcześniej, trudno było w to uwierzyć. Kiedy jednak z pudełka wyjęliśmy elegancki, klasyczny, dopracowany w każdym detalu wzmacniacz zbudowany w oparciu o kultowe, bezpośrednio żarzone triody, stało się jasne, że nie może to być dziełem przypadku. Serbska integra sprawiała wrażenie urządzenia zbudowanego przez prawdziwego audiofila, który już dawno wszystko to sobie przemyślał, następnie zebrał potrzebne elementy i pewnego dnia podjął decyzję o rozpoczęciu produkcji. W ten sam sposób zorganizowany był ówczesny katalog firmy. Większość tego typu manufaktur startuje od jednego, może trzech lub czterech wzmacniaczy, a tutaj niemal od samego początku dostępne były rozmaite urządzenia podzielone na kilka serii. Auris zbudował fabrykę z niezbędnym zapleczem technicznym, zatrudniał obeznanych w temacie inżynierów, miał profesjonalne opakowania i nowoczesną stronę internetową, a oprócz tego odnosił sukcesy na największych wystawach sprzętu audio. Wyglądało to podejrzanie dobrze, a w kolejnych latach firma pokazała, że zamierza na stałe wpisać się w krajobraz audiofilskiego świata. Dowodem na to jest między innymi najnowsza integra Fortissimo.

Japonia to jeden z krajów, których kultura i gospodarka w bardzo dużym stopniu wpłynęła na resztę świata. Odseparowane od niego geograficznie, wyspiarskie państwo przez dłuższy okres swojej historii było również utrzymywane w stanie izolacji przez cesarzy i szogunów wydających zakazy handlu i podróży zagranicznych. Dopiero w 1867 roku Japonia, wzorem państw europejskich, zaczęła rozwijać gospodarkę kapitalistyczną i podbijać nowe lądy. Zdobycze terytorialne wyniosły kraj do rangi mocarstwa, jednak prawdziwy boom nastąpił dopiero po wojnie. Dziś kojarzymy Japonię z gwałtownym rozwojem elektroniki, robotyki, przemysłu samochodowego i komputerowego, a także wszelkiego rodzaju nowinkami i egzotycznymi gadżetami. Od czasu do czasu przypominamy sobie jednak o niezwykle bogatej historii i poszanowaniu tradycji, którego Japończycy nie zatracili w tym technologicznym wyścigu. Z jednej strony widzimy nowoczesne roboty, superszybkie pociągi i fabryki wielkich koncernów elektronicznych, a z drugiej - pagody, kimona, sushi i parzoną tradycyjnymi metodami herbatę. Ciekawe odbicie różnych elementów kojarzących nam się z Japonią można zaobserwować w działaniach takich firm, jak Yamaha. Koncern produkuje bowiem zarówno fortepiany, jak i nowoczesne głośniki bezprzewodowe. Obok streamerów i amplitunerów wykorzystujących najnowsze rozwiązania techniczne zobaczymy piękne, klasyczne wzmacniacze i kolumny odwołujące się do złotej ery sprzętu audio. Dziś zajmiemy się jednym z tych nowocześniejszych urządzeń. Oto odtwarzacz sieciowy NP-S303.

Unison Research to jeden moich ulubionych producentów jeśli chodzi o wzmacniacze lampowe. Abyśmy dobrze się zrozumieli, powinienem to napisać już na początku niniejszego testu, więc napisałem. Jeżeli uważacie, że jest to sprzeczne z ideą testowania sprzętu przez recenzentów zachowujących maksymalny obiektywizm, możecie na cały poniższy artykuł wziąć sporą poprawkę lub poszukać recenzentów, którzy mimo pewnych nawyków wynikających z wykonywanego zawodu nie mają żadnych osobistych preferencji. Jako właściciel wzmacniacza zintegrowanego Triode 25, jestem od razu na celowniku i nie będę próbował się od tego odcinać. Z drugiej strony, sam fakt posiadania sprzętu danej marki przez recenzenta lub chętnego wykorzystywania go w testach innych urządzeń również o czymś świadczy, prawda? Jesteśmy przecież audiofilami i choć nie zawsze wybieramy mądrze, wierzcie mi - przerzucając dziesiątki, często nawet setki kartonów w ciągu roku, człowiek wie co wybrać dla siebie, a przynajmniej czego na pewno nie kupować. Zapytacie dlaczego lubię sprzęt Unisona? Z wielu powodów. Wbrew pozorom, wzornictwo nie jest jednym z nich, choć wielu audiofilów uważa, że to właśnie pod tym względem urządzenia z Treviso najbardziej wyróżniają się z tłumu. Dla mnie kluczowa jest ich niebywała solidność. Miałem okazję odwiedzić fabrykę, w której produkowany jest sprzęt marek Unison Research i Opera, więc coś na ten temat wiem. Włosi w swojej pracy nie idą na kompromisy. Nie używają przypadkowych części ani nie składają wzmacniaczy po spożyciu lokalnego, pysznego swoją drogą wina. W ich siedzibie panuje wzorowy porządek, a każde urządzenie składane jest przez jednego pracownika, od początku do końca. We wzmacniaczach tej marki nie znajdziecie cienkich blaszek, plastikowych przycisków czy potencjometrów, które każdy czterolatek wyłamie bez najmniejszego problemu. O ile więc forma zewnętrzna klocków Unisona prawie zawsze jest swego rodzaju eksperymentem i w związku z tym budzi skrajne emocje, to do wnętrza, detali i ogólnej jakości wykonania po prostu nie ma jak się przyczepić. Co najlepsze, sprawdza się to tak samo w przypadku modeli ze szczytu katalogu, jak i najtańszych konstrukcji w pełni lampowych oraz hybrydowych wzmacniaczy i źródeł z serii Unico. Tak naprawdę, firma od dawna trzyma się sprawdzonych rozwiązań i stawia na stabilny rozwój, co gwarantuje jej mocną pozycję na rynku. Nigdy wcześniej nie produkowała jednak wzmacniaczy słuchawkowych. Przedwzmacniacze, kolumny, gramofonowe wzmacniacze korekcyjne, a nawet odtwarzacze płyt kompaktowych - owszem, ale w temat nauszników Włosi weszli dopiero niedawno. Oto historyczny, pierwszy wzmacniacz słuchawkowy w ich ofercie.

Audeze jest jedną z firm, które w ciągu ostatniej dekady zmieniły obraz słuchawkowego świata. Kiedy najwięksi producenci spoczęli na laurach i niechętnie podchodzili do tematu rozwijania droższych modeli, Amerykanie udowodnili, że ta zabawa jak najbardziej ma sens. Że tworzenie bardziej zaawansowanych nauszników nie jest tylko spełnianiem zachcianek wąskiej grupy entuzjastów, a hi-endowe słuchawki mogą dotrzeć do wielu, wielu melomanów. Jeśli tylko będą naprawdę wyjątkowe. Firmę w 2008 roku założyli panowie Sankar Thiagasamudram i Alexander Rosson, jednak duży wkład w powstanie pierwszych modeli miał również Pete Uka - inżynier, który wcześniej pracował nad nowymi, elastycznymi materiałami dla NASA. Była koncepcja, były materiały, ale do pełni szczęścia brakowało jeszcze kogoś, kto potrafiłby zbudować przetworniki. Brakującym ogniwem był Dragoslav Colich, który projektował przetworniki planarne od ponad trzydziestu lat. Z miejsca objął on stanowisko dyrektora technicznego i niedługo później świat ujrzał pierwsze słuchawki marki Audeze - model LCD-1. Jeszcze więcej zamieszania na rynku audio zrobiły wprowadzone później modele LCD-2 i LCD-3 oraz będące rozwinięciem tej koncepcji LCD-X i LCD-XC. Szybko okazało się, że stworzenie serii hi-endowych słuchawek planarnych było strzałem w dziesiątkę. Wkrótce o produktach młodziutkiej firmy rozmawiali niemal wszyscy amatorzy audiofilskich nauszników. Nowe konstrukcje utytułowanych producentów automatycznie porównywano z nimi, a nie na odwrót. Skoro sprawy wydawały się iść tak dobrze, firma podążała dalej w tym samym kierunku wprowadzając coraz lepsze, bardziej zaawansowane i oczywiście droższe modele. Od słuchawek LCD-1, LCD-2 i LCD-3, które i tak uważano za bardzo luksusowe, doszliśmy do poziomu wycenionego na 18995 zł modelu LCD-4. Wyobrażam sobie, że pewnego dnia któryś z szefów firmy przyjechał do jej biura położonego w Santa Ana w Kalifornii i od drzwi krzyknął - basta! W ten sposób można dojść nawet do miliona dolarów, ale co z tego? Może czas wrócić do sprawdzonych pomysłów i wypuścić na rynek klasyczne słuchawki, ale w znacznie niższej cenie? Tak narodziły się LCD2 Classic.

Patrząc na rynek przetworników cyfrowo-analogowych nie sposób nie zauważyć ewolucji, jaka dokonała się w tej dziedzinie w ostatnich latach. Z jednej strony mamy zalew tanich - co nie znaczy złych - przetworników z rynku chińskiego, w tym coraz częściej modeli z wyższej półki, a z drugiej systematyczny rozwój układów i budowanie coraz bardziej wydajnych urządzeń przez znane marki w rynku audio. Dostawcy kompletnych DAC-ów doszli już do takiego poziomu jakościowego, że mając odpowiednie zaplecze i odrobinę wiedzy z zakresu elektroniki, można pokusić się o zbudowanie takiego urządzenia samodzielnie. Popularność cyfrowych źródeł muzyki wymusiła na producentach sprzętu montowanie odpowiednich wejść także we wzmacniaczach i amplitunerach. Prawie każdy nowy model ukazujący się obecnie na rynku posiada wbudowany przetwornik albo przynajmniej możliwość o jego rozbudowę. Na tym tle wyróżniają się firmy, które idą własną drogą, jak chociażby brytyjski Chord Electronics. Jakiś czas temu na polskim rynku pojawiła się jednak interesująca nowość z Rumunii - przetwornik marki Audiobyte.

Reloop jest traktowany w audiofilskim świecie jako dziwny, ale interesujący gość z zewnątrz. Ktoś, kto od dawna ma wszelkie predyspozycje by stać się członkiem klubu, ale nigdy się do niego nie zapisał. Firma została założona w 1996 roku przez grupę młodych entuzjastów muzyki, a dziś ma w swoim katalogu całą masę sprzętu profesjonalnego. To między innymi kontrolery, miksery, słuchawki, wzmacniacze, głośniki, mikrofony, gramofony i wkładki gramofonowe przeznaczone głównie dla DJ-ów. Z tych ostatnich korzystają nie tylko ludzie szczerzący kły znad konsolety, ale także niektórzy melomani. Nie jest bowiem tajemnicą, że dla wielu użytkowników taki profesjonalny charakter sprzętu jest czymś bardzo pożądanym. Audiofile uwielbiają kolumny i wzmacniacze, które narodziły się w studiach nagraniowych lub były w takich warunkach testowane. Gramofon zaprojektowany oryginalnie dla DJ-ów to coś zupełnie innego niż deska z prostym ramieniem, talerzem i włącznikiem. Można też wysnuć tezę, że tego typu maszyny są porządniejsze, mocniejsze i bardziej długowieczne, choć ciężko sobie wyobrazić aby w warunkach domowych gramofon był używany tak, jak podczas koncertu czy nawet pracy w studiu. Tak czy inaczej, wielu audiofilów zaczęło traktować profesjonalne gramofony jako alternatywę dla konstrukcji przeznaczonych na rynek domowy. Skoro wygląda ciekawiej, ma więcej gadżetów, a kosztuje praktycznie tyle samo, to nie ma się nad czym zastanawiać, prawda? Reloop w końcu dostrzegł ten potencjał i dwa lata temu wprowadził na rynek model Turn 3 - pierwszy gramofon oznaczony wiele mówiącym logiem Reloop HiFi. Niemcy najwyraźniej trafili w gust melomanów, bo zainteresowanie tym modelem było i wciąż jest naprawdę duże. Rzecz w tym, że Turn 3 nie wygląda jak maszyna dla profesjonalistów. Jest elegancki i funkcjonalny, ale tak naprawdę nie ma ani jednego elementu, który zostałby żywcem przeniesiony ze szlifierek dla DJ-ów. Dla jednych to jego największy plus, a dla innych wielka szkoda. Dlatego też firma zdecydowała się pociągnąć temat i wprowadziła coś, co ucieszy fanów profesjonalnego stylu. Przed nami najnowszy Turn 5.

Wielu melomanów i audiofilów na drodze sprzętowej ewolucji wspina się coraz wyżej i wyżej, czasami aż do poziomu graniczącego z czystym szaleństwem. Nie ma w tym nic dziwnego, bo ludzie, którzy kochają muzykę chcą jej słuchać w jak najlepszym wydaniu i są w stanie zrobić naprawdę wiele, aby ten cel osiągnąć. Ta niekończąca się zabawa ma jednak wiele poważnych minusów. Każdy jej uczestnik ma tu wiele do powiedzenia, ale moim zdaniem największym ograniczeniem jest konieczność inwestowania dużych pieniędzy dla dalszej poprawy jakości brzmienia. Po przekroczeniu pewnego poziomu jakościowego, stosunek kosztów do skutków staje się co najmniej dyskusyjny. Sprawy nie poprawia fakt, że już relatywnie niedrogi system stereo może zapewnić nam dźwięk naprawdę dobrej jakości. Problem w tym, że znalezienie porządnego sprzętu za rozsądne pieniądze wydaje się być coraz trudniejsze. Kiedyś trzeba było odstać swoje w kolejce po wymarzoną wieżę Diory lub Unitry. Później przerzuciliśmy się na urządzenia takich marek, jak Technics, Pioneer, Sony czy Kenwood. Na początku obecnego stulecia w segmencie budżetowym królował sprzęt Marantza, Creeka, Cambridge'a, NAD-a, Onkyo, Denona, Arcama i kilku innych marek wyznających filozofię no-nonsense. Nie wszystkie pozostały jej wierne, jednak wbrew powszechnej modzie na podnoszenie poprzeczki, wiele firm nie jest w stanie rozstać się z dobrymi i tanimi komponentami stereo.

Japończycy potrafią zaskakiwać. O tym, że lubią eksperymentować, chyba nie trzeba przekonywać nikogo. Zamiłowanie do technologii weszło im w krew tak bardzo, że można je znaleźć niemal w każdej dziedzinie życia, od superszybkich pociągów po egzoszkielety. Gdybyście weszli do jednego z biurowców w Osace i zobaczyli, że winda z czwartego piętra wjeżdża od razu na ósme, to nie błąd. Przez piąte, szóste i siódme przebiega bowiem zjazd z autostrady, przecinający wieżowiec na wylot. Czasami można odnieść wrażenie, że japońscy inżynierowie potrafią korzystać z możliwości, które inni odrzuciliby jako dziwne albo po prostu głupie. Dzięki nim świat ujrzał między innymi syntezatory, płyty kompaktowe, przenośne odtwarzacze CD i gramofony z napędem bezpośrednim. Przeglądając ofertę wielu japońskich producentów sprzętu audio można odnieść wrażenie, że trzymanie się jednego rodzaju urządzeń to nie ich bajka. Istnieją wprawdzie firmy specjalizujące się w wytwarzaniu słuchawek, wzmacniaczy lampowych lub wkładek gramofonowych, jednak większe korporacje mają w zwyczaju traktować temat nieco szerzej. Jedną z takich firm jest Fostex. Jeżeli spośród wszystkich produktów opisanych na oficjalnej stronie tej marki mielibyście wylosować jeden, moglibyście trafić na słuchawki amatorskie lub profesjonalne, przetwornik cyfrowo-analogowy, mikrofon, przenośny wzmacniacz lampowy, duże zestawy głośnikowe, aktywne monitory lub subwoofer, kontroler głośności, a nawet system stereo zamknięty w obudowie dostosowanej do studyjnego racka. Firma działa na styku świata audiofilskiego i profesjonalnego, dbając aby jej produkty były atrakcyjne dla obu tych grup. A czy aktywne monitory w takim wydaniu naprawdę mogą sprawdzić się w domu?

Melomani szukający sposobu na unowocześnienie swojego systemu stereo lub uzyskanie dostępu do muzyki z sieci mają do wyboru całe mnóstwo gotowych rozwiązań. Szczególną popularnością cieszą się małe urządzenia, których zadaniem jest wpięcie się w naszą domową infrastrukturę, przeszukanie jej zasobów pod kątem plików audio, uzyskanie dostępu do serwisów streamingowych i podanie tak odtworzonego sygnału dalej do naszego przetwornika, wzmacniacza lub amplitunera. Ogromną siłą takich urządzeń jest ich funkcjonalność oraz fakt, że dzięki mniejszej obudowie i małej liczbie przycisków i pokręteł, zwykle kosztują one mniej niż pełnowymiarowe streamery. Yamaha WXAD-10, Klipsch Gate, Sonos Connect, Denon HEOS Link HS2, Arcam rPlay czy Auralic Aries Mini to tylko niektóre przykłady takich urządzeń, będących w gruncie rzeczy małymi komputerami łączącymi naszą wieżę ze światem cyfrowej muzyki. Wybór polega nie tylko na sprawdzeniu konkretnego urządzenia pod kątem odsłuchowym, ale przede wszystkim na podjęciu decyzji w który system chcemy wejść. Któremu producentowi bardziej ufamy, które rozwiązanie oferuje najwięcej funkcji, z których korzystamy, ale też który ekosystem można rozbudować w przyszłości, na przykład o głośniki bezprzewodowe, które mogłyby stanąć w innych pomieszczeniach naszego domu. Sytuacja nie jest prosta ani dla kupujących, ani tym bardziej dla producentów takich streamerów, którzy muszą brać pod uwagę wiele różnych czynników i uważnie śledzić rynek. Audiofile będą w tym całym szaleństwie wracać do podstawowej kwestii - dźwięku. Funkcjonalność jest ważna, ale jeżeli jakość brzmienia nie będzie dla nas zadowalająca, to do diabła z tymi gniazdkami i aplikacjami. Wydaje się, że podobną logiką kieruje się firma Bluesound, więc postanowiliśmy wziąć do testu jej najprostszy samodzielny odtwarzacz sieciowy - Node 2.
stereolife