
Śledząc doniesienia prasowe dotyczące nowych słuchawek i wzmacniaczy słuchawkowych, można odnieść wrażenie, że ich producentom totalnie puściły hamulce. Nie tylko wypuszczają na rynek jeden model za drugim, ale też wchodzą na poziomy cenowe zarezerwowane dotychczas dla hi-endowych kolumn. Na pierwszy rzut oka mogłoby się to wydawać dziwne, ale firmy specjalizujące się w produkcji nauszników odpowiadają po prostu na potrzeby klientów. Gdyby nikt nie kupował luksusowych słuchawek, skończyłoby się na dwóch czy trzech modelach za absurdalne pieniądze, po czym branża spokojnie wróciłaby do produkcji sprzętu, który nie tylko pokonuje techniczne i brzmieniowe bariery, ale też się sprzedaje. Wysokiej klasy nauszniki trafiają jednak na podatny grunt, bo na świecie nie brakuje melomanów, którzy muzyki słuchają głównie lub wyłącznie w ten sposób. Odsłuch z wykorzystaniem kolumn zaczyna być luksusem, na który coraz mniej ludzi może sobie pozwolić. Trzeba na to mieć nie tylko pieniądze, ale też miejsce i odpowiednie warunki, bez narzekających na hałas domowników, bawiących się dzieci czy dochodzącego zza ściany hałasu wirującej pralki. Przesiadka na pliki i serwisy streamingowe sprawiła, że wielu audiofilów słucha muzyki z komputera. Niektórzy w ciągu kilku lat zgromadzili na dyskach gigabajty plików, często w wysokiej rozdzielczości. Czy to nie idealny czas dla hi-endowych słuchawek? Bariery pękły dosłownie w ciągu kilku lat. Pojawiły się zaawansowane słuchawki dynamiczne, ale wkrótce audiofile zaczęli przesiadać się na modele planarne. Na ich produkcji wybiły się firmy, o których jeszcze kilka lat temu mało kto słyszał - Audeze, HiFiMAN czy OPPO. Starzy wyjadacze wciąż stronią od tej technologii, dopieszczając przetworniki dynamiczne i tworząc na ich bazie równie kosztowne modele. Wydaje się jednak, że ci, którzy nie wejdą w temat hi-endowych słuchawek planarnych, wkrótce zostaną w tyle. Do wyścigu przyłączyła się więc firma kojarzona wyłącznie z produkcją audiofilskich nauszników i dokanałówek - Final Audio Design.

Audio Physic to jedna z marek, które w środowisku audiofilskim cieszą się wyjątkowo dobrą opinią. Wszystko jedno czy zapytamy o zdanie profesjonalistę czy amatora, czy interesują nas kolumny z aktualnej oferty czy te już nieprodukowane - logo niemieckiej manufaktury to po prostu gwarancja jakości, która narodziła się wiele lat temu i mimo różnych przeciwności losu, a nawet zmian personalnych, utrzymuje się do dziś. Ekipa z Brilon ma dziś wszystko, czym powinien móc się pochwalić producent wysokiej klasy zestawów głośnikowych, a to przenosi się także na sprzęt, który trafia w ręce klientów. Posiadacze kolumn Audio Physica otrzymują nie tylko znakomity dźwięk, ale także piękne obudowy, zaawansowane technicznie i wytwarzane na zamówienie głośniki, mnóstwo ukrytych wewnątrz rozwiązań zmierzających do eliminacji szkodliwych drgań oraz prestiż marki, który nie wziął się znikąd. Nawet ci, którym nie do końca pasuje firmowa szkoła brzmienia, przyznają, że te kolumny faktycznie coś w sobie mają. Mimo to, wielu audiofilów tęskni za starszymi konstrukcjami - tymi kanciastymi lub leciutko zaokrąglonymi skrzynkami w naturalnych fornirach i z kompletem przetworników pochodzących od renomowanych, skandynawskich poddostawców. Ilekroć tego typu zestawy pojawiają się w ogłoszeniach, natychmiast znajdują nowych właścicieli. Nie bez powodu, bo nowe modele wyglądają inaczej, a do tego są wycenione tak, jak przystało na hi-endowy sprzęt produkowany w Niemczech. Kiedy więc dowiedziałem się, że Audio Physic planuje wypuścić na rynek serię tańszych kolumn w klasycznych obudowach, od razu zapisałem się na test. Oto najmniejszy przedstawiciel nowej linii - Classic 5.

Gdybyście w pracy, przy obiedzie lub podczas piątkowego spotkania z kumplami powiedzieli, że zamierzacie kupić głośnik bezprzewodowy za dwanaście tysięcy złotych, nikt nie wziąłby tego na poważnie. Przede wszystkim dlatego, że takie głośniki nie istnieją, prawda? A już na pewno nie w świadomości przeciętnego zjadacza chleba, który taką kwotę mógłby wydać na używany samochód, ogromny telewizor z plastikowym soundbarem, remont łazienki albo wesele córki, ale na pewno nie na sprzęt służący tylko do kontaktu ze sztuką. Audiofile też spożytkowaliby taką kwotę zupełnie inaczej. Zaczęliby od wyboru kolumn, następnie znaleźli pasujący do nich wzmacniacz, a resztę wydali na źródło, okablowanie i akcesoria. Problem w tym, że taka maszyneria zajmuje w pokoju dużo miejsca, kurzy się i starzeje na naszych oczach, nie wspominając już o plączących się po podłodze kablach. Rozwiązaniem są głośniki bezprzewodowe, które podłączamy w dowolnym miejscu i odpalamy za pomocą smarfona, przy czym to sam głośnik zajmuje się odtwarzaniem muzyki z sieci. Ceny wahają się od kilkuset do kilku tysięcy złotych. Za te pieniądze dostaniemy już bardzo porządny zestaw, który można porównać do wepchniętej w jedną obudowę miniwieży. Sukces takich modeli, jak Naim Muso czy JBL Authentics L16SP pokazuje, że jednoczęściowe rozwiązania naprawdę się sprawdzają. Skoro więc Brytyjczycy i Amerykanie w dziedzinie głośników bezprzewodowych nie mają do zaoferowania nic lepszego, to kto ich przebije? Odważyli się na to Francuzi z Devialeta, wprowadzając na rynek model o nieco tajemniczej nazwie Phantom. Dziennikarze i klienci początkowo byli trochę zdezorientowani, ale kiedy zapoznali się z nowym produktem, ze świata zaczęły napływać same zachwyty. Piękny, kompaktowy głośnik narobił - i to dosłownie - takiego hałasu, że w katalogu wkrótce pojawiły się dwa kolejne modele - mocniejszy Silver Phantom i najmocniejszy Gold Phantom. 4500 W mocy, maksymalne ciśnienie akustyczne na poziomie 108 dB, pasmo przenoszenia rozciągające się od 14 Hz do 27 kHz, małe zniekształcenia i wyczynowe brzmienie zamknięte w obudowie o objętości 6 litrów, wykończonej 22-karatowym złotem. Przed nami prawdopodobnie najlepszy głośnik bezprzewodowy na świecie!

Sennheiser to bez wątpienia jeden z największych, a może nawet największy na świecie specjalista od słuchawek i mikrofonów. Niemiecka firma może się pochwalić bogatą historią, całą masą własnych rozwiązań technicznych i pionierskich produktów, niezliczonymi nagrodami i zaufaniem milionów użytkowników. Przeglądając jej katalog, można dojść do wniosku, że nie brakuje w nim żadnego produktu związanego z amatorskim i profesjonalnym sprzętem słuchawkowym. Chcecie kupić eleganckie słuchawki do smartfona? Nie ma problemu. Potrzebujecie nauszników z aktywną redukcją hałasu? W porządku. A może dokanałówki do biegania albo zestaw gamingowy z czułym mikrofonem? Sennheiser z przyjemnością dostarczy to, co sobie wymarzycie. Jeszcze jakiś czas temu najdroższe w gamie słuchawek audiofilskich były kultowe HD 600, jednak konkurencja wchodziła w coraz wyższe rejony cenowe i jakościowe, dlatego w 2009 roku niemieccy konstruktorzy pokazali światu model HD 800. Dziś model ten jest traktowany jako swoisty punkt odniesienia w kategorii słuchawek otwartych. Ma swój charakter, ale nie da się zaprzeczyć, że to fantastyczny produkt, który w swoim czasie przełamał wiele stereotypów i dał do myślenia panoszącym się na rynku rywalom Sennheisera. Ci jednak nie odpuścili, dlatego niemiecka firma poszła o krok dalej i wskrzesiła prawdziwą legendę, prezentując nową wersję elektrostatycznych Orpheusów. Zestaw słuchawkowy za pięćdziesiąt tysięcy euro... Tego pewnie długo nikt nie przebije. Szkoda, że dla większości klientów to już nie stratosfera, nawet nie kosmos, ale odległa galaktyka, którą widać tylko na poprawionych komputerowo zdjęciach z ogromnego teleskopu. Na taką kwotę można wziąć kredyt i kupić mieszkanie, które będzie nasze za dwadzieścia lub trzydzieści lat. Nawet bardzo zamożny klient zastanowi się nad tym dwa razy, bo ostatecznie to przecież tylko słuchawki. Dlatego właśnie firma nie odpuszcza tematu słuchawek HD 800, a wręcz systematycznie go odgrzewa.

Kiedy norweska firma wchodziła na polski rynek sześć lat temu, nikt nie spodziewał się, że narobi takiego zamieszania. Skromne, minimalistyczne wzmacniacze i odtwarzacze płyt kompaktowych na pewno mogły się podobać, ale prawdziwa jazda zaczęła się w momencie, gdy Hegel odważnie wszedł w temat przetworników, a później zaczął montować je w swoich integrach. Skandynawowie są na ogól bardzo praktyczni i chętnie przyswajają nowe rozwiązania, więc kiedy producenci audiofilskiego sprzętu na ogół zaczynali montować w swoich wzmacniaczach pojedyncze gniazda USB, Hegel oferował swoim klientom urządzenia z pełną gamą wejść cyfrowych. Najlepiej widać to na przykładzie najtańszego modelu, którego kolejne wersje sprzedawały się w naszym kraju znakomicie. H70 miał trzy gniazda cyfrowe z niewielkim przełącznikiem hebelkowym na tylnej ściance. Wprowadzony cztery lata temu H80 został już wyposażony w dwa wejścia optyczne, dwa koaksjalne i jedno USB typu B. Teraz przyszła pora na kolejny etap ewolucji. Zaprezentowany niedawno model H90 ma trzy wejścia optyczne, jedno koaksjalne i jedno USB typu B, a zaraz obok to, co najważniejsze - gniazdo sieciowe dające użytkownikowi dostęp do funkcji streamingowych. Konkurencja wprawdzie trochę się obudziła, ale najnowsza integra to kolejny kandydat na rynkowy przebój. A czy faktycznie nim będzie?

Gdyby każdy europejski kraj mógł się zajmować produkcją wyłącznie jednego rodzaju sprzętu audio, długo zastanawiałbym się komu powierzyć temat wzmacniaczy, odtwarzaczy czy kabli, ale w przypadku zestawów głośnikowych prawdopodobnie oddałbym swój głos na Danię. Wielu audiofilów będzie argumentować, że brytyjskie kolumny też są niczego sobie, ale według mojej układanki powędrowałaby tam licencja na wytwarzanie przetworników lub wzmacniaczy, o ile tych drugich nie wcisnąłbym Włochom. Z duńskich fabryk wyjeżdżają nie tylko głośniki wykorzystywane przez innych producentów, ale przede wszystkim kompletne paczki takich firm, jak Dynaudio, DALI, Gato Audio, Gamut, Audiovector, Davone, System Audio czy Bang & Olufsen. Jeśli choć trochę orientujecie się w temacie, na pewno wiecie, że duńskie kolumny to nie tylko dobre przetworniki, zwrotnice i wszystko, co można podpiąć pod technologię, ale także nowoczesne wzornictwo, wysoka jakość materiałów i rewelacyjna stolarka. Firmy pochodzące z tego kraju wyjątkowo mocno trzymają się filozofii nakazującej budować wszystkie elementy kolumn pod jednym dachem. Dynaudio ma swoje głośniki, DALI swoje, a Audiovector swoje. Może to trochę dziwne, bo zamiast opracowywać własne membrany, kosze i układy magnetyczne, konstruktorzy tych firm mogliby skoczyć do jednej z kilku renomowanych fabryk dosłownie w przerwie obiadowej, kupić dwadzieścia palet przetworników i pojechać do domu. A jednak, zamiast siedzieć przy kominku i czytać nowe kryminały, wolą projektować niepowtarzalne głośniki i kontrolować każdy etap produkcji swoich kolumn, od obudów po tabliczki znamionowe i maskownice.

Nie tak dawno recenzowaliśmy na naszych łamach bardzo sympatyczny duet Rotela z serii 14, a teraz wpadł w moje ręce drugi od góry model wzmacniacza zintegrowanego z najnowszej serii 15. No nie powiem, ucieszyłem się. Muszę przyznać, że kiedyś byłem w sprawach audio raczej konserwatywny. Wzmacniacz ma wzmacniać, a od grania jest cedek, gramofon i magnetofon. Obecnie coraz częściej korzystam z internetowych serwisów steamingowych i słucham muzyki z plików. W związku z tym moje wymagania troszkę się zmieniły. Wzmacniacz z wbudowanym przetwornikiem cyfrowo-analogowym jest coraz milej widziany na mojej półce ze sprzętem do odsłuchu. I między innymi dlatego spora, ciężka paczka z Rotelem RA-1572 tak mnie ucieszyła.

Gdybyśmy stworzyli listę najbardziej oryginalnych producentów sprzętu audio, Naim na pewno znalazłby się w ścisłej czołówce. Gdyby owa lista obejmowała tylko firmy, które odniosły prawdziwy, międzynarodowy sukces, mógłby nawet wylądować na pierwszym miejscu. Z dzisiejszego punktu widzenia to bardzo ciekawe, bo w audiofilskim środowisku marka ta zawsze uchodziła za alternatywną, mocno odcinającą się od mainstreamowych pomysłów. Brytyjczycy od samego początku tworzyli nietypowe, dziwne urządzenia, ale nie raz udowodnili, że efekty ich pracy mogą być spektakularne. Nawet jeśli po drodze złamane zostaną niektóre reguły gry, a priorytety będą ustawione zupełnie inaczej niż u setek innych firm. Kiedy w latach siedemdziesiątych wszyscy starali się przyciągnąć klientów pięknymi klockami obładowanymi gałkami i przyciskami, Naim wprowadzał brzydkie, prostopadłościenne pudełka wyposażone w podstawowe funkcje i gniazda. Gdy u większości producentów standardem były złącza RCA, Brytyjczycy montowali w swoich urządzeniach DIN-y, praktycznie uniemożliwiając łączenie swoich komponentów ze sprzętem innych marek. Kiedy świat zachwycał się płytami kompaktowymi, manufaktura z Salisbury zlekceważyła temat do tego stopnia, że audiofile zastanawiali się czy kiedykolwiek ujrzą odtwarzacz sygnowany jej logiem. CDS pojawił się na rynku dopiero w 1991 roku, niemal dziesięć lat po premierze pionierskich maszyn czytających srebrne krążki. Mamy więc firmę założoną przez kierowcę wyścigowego, produkującą brzydki, mało funkcjonalny sprzęt audio, z trudem nadążającą za nowościami lub wręcz z premedytacją walczącą z rynkowymi trendami. Firmę, która swoich klientów zachęca, a raczej zmusza do kupna pełnego systemu złożonego z kilku komponentów, chociażby ze względu na gniazda, których nikt już nie używa. Firmę produkującą wzmacniacze, do których ze względów bezpieczeństwa trzeba podłączać kable głośnikowe o długości przynajmniej kilku metrów. Gdybym mieszkał w Salisbury w latach osiemdziesiątych, a pewnego dnia w pubie spotkał Juliana Verekera proponującego abym zainwestował swoje oszczędności w jego firmę, nie dałbym mu złamanego funta. I byłbym jednym z największych kretynów w historii świata audio.

Mimo zachodzących na rynku zmian i globalizacji wkradającej się w każdy zakamarek naszego życia, audiofile wciąż podchodzą z nieufnością do sprzętu produkowanego w Chinach. Nie mamy problemów z kupowaniem smartfonów, laptopów czy telewizorów dostarczanych przez tamtejsze fabryki i wiemy, że znalezienie elektroniki bez grama chińszczyzny w środku jest prawie niemożliwe, ale kiedy projektanci z Państwa Środka biorą się za kolumny, wzmacniacze lub słuchawki, jakoś nam z tym faktem nie po drodze. Niby zdajemy sobie sprawę, że produkty wielu europejskich czy amerykańskich marek są w gruncie rzeczy produkowane w Chinach, ale łatwiej przychodzi nam kupno sprzętu znanych marek, które zapracowały na swoje dobre imię jeszcze we własnej ojczyźnie. Czasami te obawy są jak najbardziej uzasadnione. Znane firmy mogą korzystać z tańszej siły roboczej i dużych możliwości przerobowych dalekowschodnich fabryk, ale nie pozwolą sobie na wypuszczenie tandety, która w najlepszym przypadku sprawi klientom ogromny zawód, a w najgorszym okaże się wręcz niebezpieczna. Chińczycy długo wysyłali nam części samochodowe rozpadające się po tygodniu, wybuchające baterie i wzmacniacze siejące zakłóceniami na pół bloku, więc przepraszam, ale nie chcę słuchać, że jestem uprzedzony. Z drugiej strony, wrzucanie wszystkich chińskich produktów do jednego worka też jest niesprawiedliwe. Pomijam fakt, że musiałby to być niezwykle duży worek, ale jest jeszcze coś. Po wielu latach wszczepiania w swój rynek nowoczesnych technologii, Chińczycy dysponują potężnym zapleczem badawczym, projektowym i produkcyjnym. Konsekwencją rozwoju jest jakość, której nie muszą już kopiować. Mogą tworzyć ją sami. Na rynku audio działa już kilka firm, które przełamują stereotypy. Jedną z nich jest Questyle.

Wzmacniacze zintegrowane wyposażone w moduł przetwornika cyfrowo-analogowego, phono stage czy nawet funkcje streamingowe są chyba najbardziej chodliwym towarem na rynku audio zaraz po słuchawkach i głośnikach bezprzewodowych. Nie ma w tym nic dziwnego, bo coraz więcej audiofilów potrzebuje takich funkcji. Nawet jeśli nie do słuchania muzyki z plików hi-res czy winyli, to chociażby w celu wykorzystania systemu stereo do nagłośnienia wieczornych projekcji z dekodera, konsoli lub odtwarzacza Blu-ray z wyjściem cyfrowym. Moda na łączenie kilku funkcji w jednym urządzeniu zawitała już nawet do świata hi-endu, ale najbardziej odbiła się na modelach z niskiej i średniej półki. Każdy dobry wzmacniacz wyposażony w gniazda cyfrowe to potencjalny hit. Szczególnie, jeśli dodatkowe funkcje nie zostały przeszczepione z taniej miniwieży, tylko faktycznie coś sobą reprezentują. Problem w tym, że ceny takich wzmacniaczy zaczynają się na poziomie 4000-5000 zł. Cyrus One - 3900, NAD C368 - 4299 zł, Marantz HD-AMP1 - 4995 zł, Denon PMA-1600NE - 6995 zł, Hegel H90 - 7290 zł. Jeżeli potrzebujemy czegoś tańszego, dobrym rozwiązaniem mogą być amplitunery stereo takie, jak Onkyo TX-8150 czy Yamaha R-N803D. Oba zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie, ale trochę zalatują kinem domowym. Wyglądają bardziej jak amplitunery AV, w których pięć kanałów zastąpiono dwoma lepszymi, a ja wolałbym aby producent zaczął od dobrego wzmacniacza i dopiero potem wsadził do niego całe wyposażenie dodatkowe. Dokładnie tą drogą poszła teraz pierwsza z wymienionych firm. Na wystawie High End w Monachium odbyła się premiera wzmacniacza Onkyo A-9150 z zaawansowanym przetwornikiem, wyjściem słuchawkowym i przedwzmacniaczem gramofonowym obsługującym wkładki MM i MC. Od razu posypały się pytania - kiedy, ile watów, jaki przetwornik, jaka cena? Zaraz wszystkiego się dowiemy!
Adam