
Niezbyt często zdarzają się mi testy urządzeń wyprodukowanych w Polsce. Wynika to po części z tego, że nadal w naszym kraju jest stosunkowo niewielu producentów, a dystrybutorzy firm zagranicznych mają większą siłę przebicia. Dlatego jestem zawsze bardzo zadowolony, kiedy w moje ręce trafia jakieś urządzenie oznaczone naklejką "Made in Poland". Urządzenia proponowane przez rodzimych producentów są bardzo różne. Są firmy wytwarzające sprzęt z najwyższej półki, dla zasobnych w gotówkę miłośników muzyki, często fantastycznie zaprojektowane i wykonane. Są urządzenia dopasowane do indywidualnych życzeń klientów, jednostkowe, produkowane na konkretne zamówienie. Jest też spora grupa produktów, gdzie konstruktorzy stawiają jedynie na brzmienie, całkowicie ignorując sferę wizualną, co moim zdaniem nie jest najlepszym rozwiązaniem. I w końcu jest całkiem duża grupa produktów dopracowanych wizualnie, dobrze grających i do tego jeszcze wycenionych w sposób bardzo rozsądny. Może trochę uprzedzę fakty, ale testowany przedwzmacniacz plasuje się w tej ostatniej kategorii.

[English version] W dobie przetworników, streamerów i wzmacniaczy działających niemalże na zasadzie perpetuum mobile, zestawy głośnikowe pozostają bastionem konserwatystów. Ich producenci oczywiście eksperymentują z nowymi materiałami, pracują nad poprawą parametrów magnesów, cewek i zwrotnic, co bardziej pomysłowi montują w swoich kolumnach przetworniki wstęgowe, linie transmisyjne i ciekawe membrany bierne, jednak generalnie segment głośnikowy to wciąż czysta klasyka. Większość audiofilskich zestawów bazuje na pomysłach sprzed kilku dekad, ale nie ma w tym nic złego, o ile konstruktor potrafi zrobić wszystko dobrze, zgodnie z zasadami sztuki. Jedną z firm, która hołduje najlepszym tradycjom budowania kolumn jest Xavian - czeska manufaktura, którą 17 lat temu założył Roberto Barletta. Nazwisko niezbyt czeskie, bo nasz bohater jest czystej krwi Włochem, który na północ wyemigrował za sprawą swej małżonki. Zmiana miejsca zamieszkania nie odebrała mu jednak pasji, jaką od wielu lat było dla niego budowanie zestawów głośnikowych. Wręcz przeciwnie - w Czechach znalazł utalentowanych rzemieślników, dzięki którym już pierwsze produkty Xaviana były doceniane nie tylko za brzmienie, ale także za jakość stolarki.

Historia marki KEF zdaje się zahaczać o wszystkie punkty prowadzące do nieuchronnego sukcesu i idealnie wpisuje się w audiofilskie postrzeganie świata. Firma została założona w 1961 roku przez Raymonda Cooke'a. Jej siedziba znajdowała się początkowo w baraku na obrzeżach fabryki Kent Engineering & Foundry - firmy zajmującej się obróbką metalu na brzegach rzeki Medway, niedaleko miasta Maidstone w hrabstwie Kent. Od pierwszych liter tych trzech wyrazów wywodzi się zresztą nazwa KEF. Cooke jako były inżynier BBC interesował się nowymi materiałami i technologiami, pragnąc opracować produkty, które byłyby w stanie odtwarzać nagrania tak, jak podczas oryginalnego wykonania. Od samego początku firma eksperymentowała z materiałami, które w owych czasach uznawano jeszcze za nietypowe lub wręcz kosmiczne. Pierwsze głośniki K1 wykorzystywały przetworniki z próżniowo formowaną polistyrenową membraną wzmacnianą folią, a głośnik wysokotonowy T15 miał membranę wykonaną z Melinexu, znanego także jako Mylar w Stanach Zjednoczonych i Hostophan w Europie - cienkiej, ale jednocześnie mocnej warstwy poliestru. KEF nigdy nie bał się innowacji, a prawdziwy przełom nadszedł wraz z opracowaniem pierwszego głośnika Uni-Q w 1988 roku.

Niemiecka firma to przykład triumfu wiedzy i inżynierskiego podejścia do tematu nad projektami opartymi wyłącznie na testach odsłuchowych i opowieściami o zbawiennym wpływie magicznych kryształów na brzmienie. Załoga T+A od lat konsekwentnie realizuje swoje pomysły na sprzęt audio, czego dowodem i ukoronowaniem było wprowadzenie do sprzedaży najnowszych urządzeń z topowej serii High Voltage. Do odtwarzacza i wzmacniacza zintegrowanego dołączyło naraz kilka modeli umożliwiających rozbudowanie zestawu stereo nawet do sześciu czy siedmiu potężnych klocków. Samym procesem wzmocnienia sygnału w najbardziej rozbudowanym układzie może zajmować się aż pięć urządzeń - przedwzmacniacz, dwie końcówki mocy pracujące w trybie mono i dwa dedykowane im zasilacze. Flagowy system T+A to prawdziwy pokaz siły, którego możliwości można było podziwiać na kilku dużych wystawach, a także w salonie polskiego dystrybutora w Warszawie. W ofercie manufaktury z Herford można jednak znaleźć także o wiele bardziej przystępne cenowo produkty.

Sennheiser to jedna z najlepiej rozpoznawalnych marek nie tylko na rynku amatorskich słuchawek dla audiofilów i melomanów, ale także sprzętu profesjonalnego - mikrofonów, systemów bezprzewodowych czy zestawów słuchawkowych dla pilotów. Logo z charakterystyczną, mocno pochyloną literą "S" musiał widzieć każdy, kto w swoim życiu choćby zbliżył się do studia nagraniowego, radia czy telewizji, nie mówiąc już o koncertach czy różnego rodzaju konferencjach. Wśród miłośników dobrego brzmienia Sennheiser znany jest przede wszystkim ze słuchawek do użytku domowego, jak chociażby HD 598, HD 600, HD 700 czy HD 800. Takich symboli można wymieniać mnóstwo ponieważ oferta niemieckiej firmy jest niesamowicie bogata - obejmuje słuchawki nauszne, wokółuszne i dokanałowe, otwarte i zamknięte, bezprzewodowe, sportowe, wyciszające hałas otoczenia, studyjne, gamingowe, mobilne i jakie jeszcze chcecie. Na tle modeli oznaczonych symbolami literowo-liczbowymi wyróżnia się jednak kilka propozycji, którym konstruktorzy nadali imiona - Momentum, Urbanite, Amperior i G4ME. Te pierwsze wprowadzono najpierw w wersji wokółusznej, a potem nausznej i dokanałowej. Do wyboru było wiele wersji kolorystycznych, w tym także kilka "malowań" specjalnych i jubileuszowych. Seria została zaprojektowana z myślą o użytkownikach urządzeń mobilnych i melomanach, którzy oprócz pilota z mikrofonem chcieli dostać także wysokiej jakości materiały i audiofilskie brzmienie.

Professional Monitor Company to firma, którą z punktu widzenia audiofila definiują dwa główne pojęcia. Pierwszym z nich, które pojawia się właściwie w każdym teście jest "rynek profesjonalny" - PMC rzeczywiście działa na tym polu od wielu lat, odnosząc prawdopodobnie nawet większe sukcesy, niż na rynku amatorskim. W odróżnieniu od producentów, którzy chwalą się obecnością swoich kolumn w kilku studiach nagraniowych, brytyjska marka faktycznie tam się narodziła, a lista utytułowanych użytkowników tych kolumn jest tak długa, że trzeba było posortować ją alfabetycznie. W domu lub w pracy zestawów PMC słuchają takie sławy, jak Brian May, Coldplay, Elbow, Kraftwerk, Marillion, Prince, Robbie Williams, Tori Amos czy Thomas Newman, natomiast wśród instytucji znajdziemy między innymi Audio Network, Backyard Studios, Capitol Studios, Dorian Gray Studios, Finyl Tweek, Insane Sounds, La Vall Studios, Metropolis Mastering czy Wired Masters. Nawet nie wiedząc nic na temat samych głośników, z łatwością można zauważyć, że mają znakomite referencje. Drugie pojęcie definiujące markę PMC, szczególnie w sektorze kolumn do zastosowań domowych, to "linia transmisyjna" - rozwiązanie stosowane rzadko, głównie ze względu na skomplikowane obliczenia, konieczność zastosowania specyficznych głośników i wysokie koszty produkcji obudowy, w którą wkomponowany jest taki labirynt.

Patrząc na rozwój współczesnego świata urządzeń audio, bardzo często można dojść do wniosku, że jedyną słuszną drogą jest powolna acz nieunikniona przesiadka na komputerowe pliki tworzone w coraz to gęstszych formatach pożerających takie ilości miejsca na dyskach, że aż strach pomyśleć, co to będzie za 10 lat. Na szczęście w tym zwariowanym, zero-jedynkowym świecie jest jeszcze fragment rzeczywistości, w której nie można słuchać muzyki byle gdzie i byle jak, ze słuchawek wciśniętych do uszu i podłączonych do maleńkich pudełek nabitych cyfrową muzyką. Ten świat to spokojna kraina analogowego relaksu, która już nie raz wydawała się być skazana na zagładę, a jednak wciąż trwa i na dodatek od kilku lat sukcesywnie rośnie w siłę.

[English version] Jeszcze do niedawna katalog Denona skupiał się na urządzeniach przeznaczonych niemal wyłącznie do systemów stereo i kina domowego - wzmacniaczach, odtwarzaczach, streamerach i systemach mikro. Ofertę uzupełniały akcesoria i szeroka gama słuchawek, całkiem ciekawych zresztą. Umacniający się trend pchający wiele sektorów w kierunku urządzeń mobilnych spowodował zmianę również w katalogu japońskiego koncernu, wywołując niemalże lawinę nowych propozycji o różnym przeznaczeniu. W ubiegłym roku pojawiło się tutaj kilka nowości, jak na przykład systemy z serii CEOL, wyglądający jak damska torebka głośnik Envaya, elegancki i smukły soundbar DHT-T110 czy wreszcie bezprzewodowe głośniki HEOS. Denon najwyraźniej nie zamierza na tym poprzestać, ponieważ niedawno swoją premierę miał również pierwszy w historii marki wzmacniacz słuchawkowy z przetwornikiem cyfrowo-analogowym. Urządzenie nie dość, że zachęca kompaktowymi rozmiarami, to jeszcze świetnie prezentuje się na biurku.

Bez względu na to, czy weźmiemy na celownik samochody, smartfony czy zegarki, firmy operujące w danej branży można zwykle podzielić na dwie kategorie. Pierwsza to producenci ukierunkowani na stały i w miarę bezpieczny zysk - oferujący dokładnie takie towary, jakie w danym momencie się sprzedają. Wielkiej pasji w tym nie ma, ale jeśli przepływ kartonów w jedną stronę jest zamieniany na przepływ gotówki w drugą, nikt nie widzi problemu w tym, że w owych pudłach znajdują się produkty nudne, jak flaki z olejem. Drugą grupę stanowią firmy stawiające na oryginalność i pomysłowość. Te kierują swoje produkty do koneserów, którzy nie lubią szarości i są nawet gotowi podjąć pewne ryzyko, aby wyrwać się ze szpon przeciętności. Final Audio Design z pewnością należy do tej drugiej grupy.

Creek to firma, która już od ponad trzydziestu lat dostarcza melomanom porządny i rozsądnie wyceniony sprzęt audio. Tradycję tę zapoczątkował już pierwszy piecyk zaprojektowany przez Mike'a Creeka. Wprowadzony w 1982 roku model CAS4040 oddawał 30 watów na kanał i kosztował dokładnie 99 funtów. Pierwszym prawdziwym hitem na rynku polskim była skromna integra 4330. Wzmacniacz był malutki i niesamowicie skromny, jednak jego brzmienie w niektórych aspektach pachniało jakością, której dostarczały konstrukcje kilkukrotnie droższe. W umiejętnie dobranym towarzystwie, ten czterdziestowatowy piecyk potrafił zagrać naprawdę wybornie. Wiem to, bo 4330 w wersji mkII R był moim pierwszym wzmacniaczem z prawdziwego zdarzenia.
revelatorr