
[English version] W naszych testach często opisujemy najnowsze produkty uznanych marek, a więc urządzenia przyciągające uwagę bez względu na ich przeznaczenie i przedział cenowy. Tym razem postanowiliśmy poddać próbie coś bardzo rzadkiego - lampowy wzmacniacz słuchawkowy greckiej firmy Lab12. Choć odnosi ona już pewne sukcesy i prezentuje swoje wyroby na międzynarodowych wystawach, w audiofilskim świecie jest praktycznie nieznana. W sieci pojawiło się dosłownie kilka krótkich wzmianek na jej temat i jedna recenzja autorstwa Mateja Isaka prowadzącego zaprzyjaźniony z nami portal Mono and Stereo. Siedziba firmy mieści się w Atenach, a poza rodzimym rynkiem jej produkty są dystrybuowane w czterech europejskich krajach. Są to Węgry, Norwegia, Szwajcaria i Polska. W katalogu znajdziemy kabel zasilający i pięć pudełeczek do różnych zastosowań - przedwzmacniacz, przetwornik cyfrowo-analogowy, końcówkę mocy, wzmacniacz słuchawkowy oraz pasywny przedwzmacniacz z selektorem źródeł. Wszystkie łączy klasyczne wzornictwo i lampowa konstrukcja - nawet DAC ma stopień wyjściowy zbudowany w oparciu o szklane bańki.

Niewielkie urządzenia przeznaczone do współpracy z laptopem lub smartfonem stają się coraz ważniejszym segmentem rynku audio. Już od jakiegoś czasu obserwujemy wzmożoną aktywność na tym polu. Naszą skrzynkę mailową zalewają informacje o nowych przetwornikach do słuchawek, głośnikach bezprzewodowych i radiach potrafiących połączyć się ze wszystkim prócz łazików księżycowych. Nawet ludzie z branży przyznają, że dla wielu firm tego typu produkty są nie tyle dziwnym kaprysem, co sposobem na przetrwanie. Dochodzą nas słuchy, że marki znane z produkcji audiofilskich kolumn notują teraz większe zyski ze sprzedaży słuchawek i głośników komputerowych, niż pełnowymiarowych urządzeń. Nie ma w tym nic dziwnego, bo przekonanie, że sprzęt musi dobrze grać przy zachowaniu jak najmniejszych wymiarów zewnętrznych nie narodziło się wczoraj.

Quad to jeden z weteranów świata hi-fi. Firma została założona w 1936 roku przez Petera Walkera, który najwyraźniej bardzo dobrze rozumiał zagadnienia związane z reprodukcją dźwięku i nie bał się stosować odważnych rozwiązań w tej dziedzinie. Rozwój przedsiębiorstwa przyhamowała wojna, zmuszając ekipę do przeprowadzki ze zbombardowanego Londynu do miasta Huntington w hrabstwie Cambridgeshire. Od tamtej pory było już coraz lepiej, a w katalogu pojawiały się kolejne konstrukcje, głównie wzmacniacze. W 1953 roku do sprzedaży wprowadzono zestawy głośnikowe o nazwie ESL - pierwsze dostępne komercyjnie pełnopasmowe kolumny elektrostatyczne. Panele te zapewniały tak wysoką jakość dźwięku, że zostały zakupione przez BBC w celu monitorowania nagrań i audycji radiowych. Niestety, elektrostaty zostały wyparte przez głośniki dynamiczne zarówno w studiach, jak i w domach. BBC zastąpiło je kolumnami LS3/5A, które po jakimś czasie również zyskały status legendy, jednak dla wielu audiofilów panele ESL pozostały czymś w rodzaju głośnika docelowego. Były tak dobre, że nawet dziś wielu amatorów dobrego brzmienia dałoby się pokroić, aby móc przygarnąć je do domu.

Na łamach naszego portalu przetestowaliśmy już dwie konstrukcje marki AudioSolutions - niewielkie podłogówki Euphony 50 oraz nieco droższe monitory Rhapsody 60. Przeprowadziliśmy też wywiad z ich konstruktorem - Gediminasem Gaidelisem, który prywatnie wyznał mi, że nie lubi, kiedy recenzenci w kółko powtarzają dwie rzeczy dotyczące jego kolumn. Pierwsza to wzmianka o kraju ich pochodzenia. Dla wielu miłośników dobrego dźwięku jest to ważna informacja ponieważ sprzęt audio często nosi charakterystyczne dla danego kraju cechy brzmieniowe. Są to oczywiście stereotypy, które nie zawsze się sprawdzają, ale przyjęło się, że francuski sprzęt gra szybko i dość jasno, niemiecki stawia na dynamikę i rozdzielczość, a brytyjski oferuje naturalny i lekko ocieplony dźwięk. Litewskie kolumny są na tym rynku ciekawostką i domyślam się, że niektórzy podkreślali ten fakt ponieważ nie wiedzieli, czego można się po nich spodziewać. Drugą często wymienianą informacją jest stosunkowo młody wiek konstruktora. Gediminas Gaidelis nie ma długiej, siwej brody, ale głośnikami zaczął się interesować bardzo wcześnie, w związku z czym dzisiaj może pochwalić się naprawdę sporą wiedzą i doświadczeniem, którego mogłoby mu pozazdrościć wielu starych wyjadaczy.

Wierni czytelnicy naszego magazynu na pewno wiedzą już to i owo o kablach amerykańskiej marki. Nasza przygoda z nimi zaczęła się od testu nietypowego kompletu Clear Sky + Parsec, a wiele tajemnic związanych z wewnętrzną budową przewodów i ogólną filozofią firmy wyjaśniło się podczas rozmowy z jej założycielem - Geogrem Cardasem. Zamieszczony przez nas wywiad był tak obszerny, że nie będę nawet podejmował próby jego streszczenia. Chętnych zapraszam do lektury, a pozostałym przypomnę, że z kablami Cardasa wiąże się kilka charakterystycznych haseł. Pierwszym jest magia złotego podziału. O co chodzi? Niektórzy z lekcji matematyki pamiętają, że złoty podział to proporcje dotyczące wymiarów geometrycznych uznane już dawno temu za idealne. Reguła ta stosowana była między innymi w architekturze, ale widać ją też w różnych zjawiskach naturalnych. Niektórzy pomyślą, że proporcje stosowane już podczas budowy piramid mają się do audiofilskich kabli tak, jak populacja słoni afrykańskich do lotów kosmicznych, ale George Cardas uważa, że zależności geometryczne są jednym z najważniejszych czynników kształtujących brzmienie jego produktów.

Mimo dużej różnorodności dostępnego na polskim rynku sprzętu audio, wciąż pojawiają się u nas nowe urządzenia i nieznane dotąd marki, które potencjalnie mogą nawet narobić zamieszania w tym nieco hermetycznym świecie. Do chwili dostarczenia do testu opisywanego urządzenia, nie miałem do czynienia z żadnym produktem marki Aqua Acoustic Quality, będącej własnością firmy AQ Technologies z siedzibą w Milanie. Pewnie kojarzyłbym ją, gdybym śledził zagraniczne czasopisma poświęcone tematyce audio, ale aż tak zapalonym audiofilem nie jestem. Na swojej drodze wielokrotnie spotykałem jednak produkty firm pochodzących ze słonecznej Italii i przychodzą mi do głowy trzy główne skojarzenia. Po pierwsze - niebanalne wzornictwo. Wystarczy w tym miejscu wspomnieć chociażby o kolumnach Sonusa czy wzmacniaczach Pathosa. Po drugie - zaawansowana technologia. Włochy może nie są krajem, który wymienilibyśmy na pierwszym miejscu jeśli chodzi o rozwój technologiczny, ale w dziedzinie sprzętu audio dzieje się tam naprawdę wiele. I wreszcie po trzecie - brzmienie.

Poruszając się po świecie sprzętu audio wysokiej klasy, łatwo jest się zapomnieć w poszukiwaniu idealnego brzmienia. Słuchając coraz lepszych kolumn, wzmacniaczy i kabli można zabrnąć w rejony zupełnie abstrakcyjne, zarówno jeśli chodzi o poziom cenowy testowanych produktów, jak i ich funkcjonalną niedorzeczność. Zaawansowanym w swojej chorobie audiofilom może się wydawać, że włączenie trzeciego konwertera między komputer a wzmacniacz będzie dobrym pomysłem, a końcówka mocy w cenie samochodu to okazja, bo przecież tak pięknie gra. Aby nie popaść w to szaleństwo, od czasu do czasu urządzamy sobie kurację, która pozwala zejść na ziemię i nabrać dystansu do wszystkiego, co robimy. Testujemy więc nie tylko hi-endowy sprzęt stereo, ale także budżetowe słuchawki, stacje dokujące i głośniki komputerowe.

Atoll to francuski producent elektroniki audio funkcjonujący na naszym rynku już od jakiegoś czasu i kojarzony głównie ze wzmacniaczami. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, ponieważ znaczna część katalogu to właśnie piece w różnych postaciach. Sympatią i uznaniem cieszą się zwłaszcza integry ze średniej półki oraz bardzo sensowne i stosunkowo niedrogie kombinacje dzielone. Francuzi zazwyczaj nie szczypią się z zasilaniem, dzięki czemu ich wzmacniacze mają opinię wydajnych, dynamicznych i uniwersalnych. W katalogu Atolla znajdziemy jednak znacznie więcej produktów. Do wyboru mamy na przykład kilka odtwarzaczy płyt kompaktowych, tuner, phono stage, dwa przetworniki i dwa odtwarzacze sieciowe, co pozwala na złożenie całkiem pokaźnej i funkcjonalnej wieży. Teraz konstruktorzy postanowili wprowadzić kolejną nowość z gatunku urządzeń modnych i chwytliwych - niewielki klocek będący połączeniem DAC-a, wzmacniacza słuchawkowego i przedwzmacniacza.

[English version] Świat hi-endu może się wydawać dziwny i tajemniczy, jednak kiedy zrozumie się pewne mechanizmy i pozna smak bliskiego kontaktu z muzyką na własnej skórze, trudno nie wkręcić się w tę zabawę. Dla posiadaczy wysokiej klasy systemów audio znaczenia nabierają nawet kable i listwy zasilające. Najważniejszym elementem są jednak kolumny. Chcąc wspiąć się wyżej, naturalnie rozglądamy się za konstrukcjami bardziej wyczynowymi i dopieszczonymi. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że większość dostępnych na rynku zestawów wygląda z grubsza tak samo. W katalogach wielu producentów znajdziemy spore, trójdrożne kolumny z czterema klasycznymi głośnikami, obudowami wykończonymi na wysoki połysk i akcentami ze skóry, metalu lub szkła. Głośniki basowe mogą być umieszczone z przodu, po bokach lub na dole. Górę pasma mogą odtwarzać kopułki, wstęgi lub inne wynalazki. Zdecydowana większość kolumn będzie jednak wykorzystywała obudowy wentylowane, a te są już dla wielu audiofilów zbyt nudne i oczywiste. Zamiast nich można wybrać elektrostaty lub magnetostaty, ale wymaga to nie lada odwagi i gotowości do poświęceń w kwestii wystroju wnętrza. Może się okazać, że panele muszą wylądować niemal na środku pokoju odsłuchowego. Do tego dochodzi konieczność zakupu bardzo wydajnego wzmacniacza. Inną opcją są kolumny zamknięte, jednak o ile skrzynki wentylowane mają problemy ze wzbudzającym się i nierównym basem, to zestawy w obudowach zamkniętych często idą w drugą stronę. Na pewno nie każdy lubi ten rodzaj dźwięku. Tuby, odgrody i promienniki dookólne? Można, ale trzeba znaleźć model, który pokochamy ze wszystkimi jego plusami i minusami. Istnieje jednak jeszcze jedno rozwiązanie, które jest rzadko stosowane, ale przy odpowiedniej aplikacji daje bardzo ciekawe rezultaty. Mowa o linii transmisyjnej.

Pod koniec ubiegłego roku w naszym teście pojawił się wzmacniacz lampowy MingDa MC34-A. Konstrukcja ciekawa chociażby ze względu na swoją cenę. Za 3299 zł trudno jest znaleźć porządny sprzęt zbudowany w tej popularnej wśród audiofilów technologii. Wzmacniacz okazał się jednak nie tylko nieźle wykonany, ale także całkiem rozsądny pod względem komfortu obsługi i jakości brzmienia. Może nie był to dźwięk przełamujący stereotyp szklanych baniek i wykraczający poza granice ich możliwości, ale MC34-A słuchało nam się zaskakująco przyjemnie, a to już bardzo wiele. Ponieważ jest to jedna z najtańszych konstrukcji w katalogu tej marki, zaczęliśmy się zastanawiać, jak może grać bardziej wypasiony, chiński wzmacniacz lampowy. MingDa produkuje przecież nie tylko budżetowe integry, ale też modele luksusowe z dopiskiem SE. Na stronie producenta można też znaleźć takie cuda, jak chociażby monobloki na kultowych triodach 300B. Skoro wiemy, że firma potrafi zrobić całkiem zacny wzmacniacz w cenie, do której nawet nie zbliża się europejska czy amerykańska konkurencja, to co dostaniemy za niemal dwukrotnie większe pieniądze?
Daniel Duda