
Przeglądając katalogi producentów sprzętu audio szybko dojdziemy do wniosku, że większość z nich trzyma się konkretnej stylistyki. Nie zawsze sprawdza się to w przypadku manufaktur oferujących pojedyncze urządzenia, ale więksi gracze trzymają się wyrobionych dawno temu kanonów. Chcąc złożyć pełną wieżę z klocków Marantza, Cambridge'a, Naima, Accuphase'a lub McIntosha możemy nawet mieszać ze sobą modele z różnych serii i przedziałów cenowych, a i tak będą pasowały do siebie jak ulał. Włochom taka daleko posunięta unifikacja chyba nie do końca pasuje, czego przykładem mogą być chociażby urządzenia Pathosa. Chyba każdy produkt tej marki jest trochę inny, ale też każdy jest na swój sposób wyjątkowy. Jedynym punktem wspólnym jest chyba dbałość o detale, widoczna w takich elementach, jak potencjometry, osłony lamp, drewniane boczki czy radiatory uformowane w kształt firmowego loga. Urządzenia włoskiej firmy na pewno są urocze i niebanalne, ale czy potrafią zagwarantować równie piękne brzmienie?

Final Audio Design to gratka dla maniaków osobistego sprzętu grającego. W ofercie tej firmy znajdziemy głównie słuchawki dokanałowe i nauszniki. Japońska manufaktura wiele lat temu zaczynała od wkładki gramofonowej. Po niej przyszły inne elementy systemu, zaś słuchawki dokanałowe pojawiły się na samym końcu i wraz z większymi modelami stanowią jedyną grupę produktów w katalogu. Tak wysoka specjalizacja jest wynikiem współpracy z firmą Molex - ogromnym koncernem produkującym złącza elektroniczne. Od 2007 roku obie firmy wspólnie rozwijały i doskonaliły projekty, w efekcie czego otrzymujemy ofertę złożoną z 15 modeli słuchawek połączonych w cztery serie. Każda z linii to inny pomysł na projekt, inna inspiracja i inny design. Testowane słuchawki dokanałowe pochodzą z serii Piano Forte, której produkty inspirowane były budową kolumn tubowych. Cechą wspólną tych konstrukcji jest brak silikonowych wkładek, w które zwykle wyposażone są słuchawki douszne.

Plotki o zbliżającym się wprowadzeniu do sprzedaży nowego wzmacniacza Hegla krążyły w audiofilskim środowisku przynajmniej od kilku tygodni. Norwegowie chcieli jednak dopiąć wszystko na ostatni guzik zanim oficjalnie potwierdzili tę informację, prezentując nowy model na swojej stronie internetowej. Może zaczęli zdawać sobie sprawę z tego, jak bardzo wyczekiwane są ich premiery i jak uważnie ich poczynania śledzi większość ludzi z branży. A może po prostu byli bardzo dumni ze swojego nowego produktu i zadbali o to, aby wszystko zadziałało jak należy? Wprowadzenie modelu H160 to spore wydarzenie, ale też nie ma się czemu dziwić. Hegel ma bowiem to do siebie, że nie wprowadza zmian w swoim katalogu tylko po to, aby przypomnieć audiofilom i dziennikarzom o swoim istnieniu. Każdy nowy model musi wprowadzać jakąś zmianę i być zauważalnie lepszy od poprzedników. Sprawdza się to zarówno w przypadku przetworników, jak i dużych wzmacniaczy zintegrowanych.

Primare to marka funkcjonująca na naszym rynku od wielu lat i niezmiennie zaliczana do grona prestiżowych. Może dlatego, że Szwedzi nigdy nie produkowali tandety, nie romansowali z budżetówką i nie wykonywali nerwowych ruchów mających na celu szybkie pozyskanie klienta. Firma prowadzi nowoczesną, ale rozważną politykę, mierząc w urządzenia ze średnich i wyższych przedziałów cenowych. Można powiedzieć, że niektóre z nich balansowały nawet na granicy hi-endu, ale trudno było oprzeć się wrażeniu, że jakaś niewidzialna siła nie pozwala szwedzkim konstruktorom pójść na całość i jednym ruchem tej granicy przekroczyć. Były własne pomysły na wzmacniacze pracujące w klasie D, bardzo fajne streamery i przetworniki, a także płytki rozszerzające funkcjonalność wzmacniaczy zintegrowanych, jednak wszystko to odbywało się w ramach sprawdzonego i bezpiecznego przedziału cenowego, w którym marka się wyspecjalizowała. Informacje o planowanym wprowadzeniu zupełnie nowej serii, która miałaby ponownie wprowadzić Primare na hi-endowe salony pojawiła się tak naprawdę już kilka lat temu. Ludzie z branży generalnie wiedzieli, że Szwedzi nad czymś takim pracują, jednak nikt do końca nie wiedział, nad czym konkretnie.

Amerykanie podchodzą do wielu tematów z typowym dla siebie rozmachem. A skoro lubią mieszkać w pokaźnych domach i jeździć dużymi samochodami, nikogo nie powinno dziwić, że także do produkcji nauszników zabrali się w ten sposób. Firma Audeze powstała stosunkowo niedawno, bo w 2009 roku, jednak w tym czasie zdążyła awansować do rangi jednej z najbardziej szanowanych manufaktur wyjątkowo audiofilskich słuchawek. Podobno początkowo zakład nie był przygotowany na tak duży sukces, jednak pięć lat wystarczyło amerykańskim projektantom aby stanąć do rywalizacji z dużymi i znanymi markami. A sytuacja była o tyle trudniejsza, że firma nie zaczynała od tanich konstrukcji, by potem stopniowo wspinać się coraz wyżej. Słuchawki Audeze od początku miały być wyjątkowo dopracowane, bardzo dobre i - co tu ukrywać - odpowiednio kosztowne. Dziś katalog otwiera model LCD-2 za 3950 zł, a najdroższe LCD-3 kosztują 7450 zł, a więc przekraczamy już poziom cenowy flagowych konstrukcji takich marek, jak Sennheiser, AKG czy Beyerdynamic.

[English version] Marantz to jedna z firm, której udało się wejść w temat kina domowego, amplitunerów i nowoczesnych streamerów, a jednocześnie zachować audiofilskie korzenie i pewną aurę ekskluzywności. Wydaje się, że firma znalazła receptę na to, jak prawidłowo balansować pomiędzy światem najnowszych technologii a tym, co sprawdzone, klasyczne i tak bardzo lubiane przez miłośników wysokiej jakości brzmienia. Jeżeli interesujecie się sprzętem z minionych epok i lajkujecie profile o tematyce vintage audio, z pewnością natknęliście się tam na całe mnóstwo urządzeń Marantza - piękne wzmacniacze, tunery z podświetlaną skalą i oscyloskopami, odtwarzacze płyt kompaktowych z masywnymi szufladami i zaawansowaną optyką, a wszystko to w obudowach z metalu, drewna i szkła. Nic dziwnego, że w czasach wszechobecnego plastiku moda na sprzęt retro wróciła, jednocześnie przywracając sprzęt stereofoniczny na właściwe miejsce.

T+A to jedna z firm, które nie wydają potężnych pieniędzy na marketing, a mimo to ich oferta mówi sama za siebie. Na rynku niemieckim urządzenia te są dobrze znane i uchodzą za porządne, rzetelnie zaprojektowane produkty średniej i wyższej klasy. U nas urządzenia tej prężnie rozwijającej się manufaktury są jeszcze nieco ekskluzywne, ale też prestiżowe. Wszystkie modele są projektowane i w całości produkowane u naszych zachodnich sąsiadów, w związku z czym ceny są generalnie nieco wyższe, niż w przypadku dalekowschodnich odpowiedników. Nikt jednak z tego powodu nie narzeka, ponieważ staranność wykonania z powodzeniem rekompensuje ból wywołany szelestem wypadających z portfela banknotów. Niemcy wychodzą z założenia, że za wysoką jakość warto płacić, a kupno sprzętu lepszego, bardziej trwałego i obliczonego na długie lata pracy po prostu się opłaca.

Ruch na rynku wysokiej klasy słuchawek jest ostatnio niesamowity. Podobno wszystkiemu winne są nauszniki sygnowane nazwiskiem pewnego amerykańskiego rapera, ale moim zdaniem ma to ścisły związek z rosnącą popularnością smartfonów i tabletów. Specjaliści od marketingu szybko odkryli, warto się do tego tematu podłączyć. Dlatego od kilku lat obserwujemy wysyp wszelkiego rodzaju głośników bezprzewodowych, stacji dokujących i słuchawek. Osobiście nie mam nic przeciwko temu i uważam, że wzmożony ruch w naszej branży pozytywnie wpływa na jakość oferowanych produktów. Słuchawki jako przedmiot zyskały wyższą rangę. Stały się obowiązkowym elementem wyposażenia każdego melomana, a nawet więcej - elementem ubioru i wyznacznikiem stylu. Każdy z producentów podkreśla jednak, że nawet najbardziej eleganckie nauszniki muszą też zapewniać wysoką jakość brzmienia. Czyżby nawet normalni ludzie zaczęli ją doceniać?

Jeśli tematyka audiofilskich kabli stanowi dla kogoś tajemnicę lub przynajmniej dziedzinę wymykającą się tradycyjnemu myśleniu, to zagadnienie akcesoriów zasilających z pewnością przekracza granice wszystkiego, co racjonalne. Teoretycznie ochrona sprzętu audio przed niebezpieczeństwami mogącymi pojawić się w sieci energetycznej lub wywoływanymi przez same urządzenia nie powinna być trudniejsza, niż w przypadku telewizora czy komputera, do których stosuje się przeważnie tanie listwy przeciwprzepięciowe. W praktyce okazuje się jednak, że takie proste filtry zwyczajnie psują brzmienie i to w dość znacznym stopniu, dławiąc potencjał systemu stereo już na starcie. Jak wobec tego skonstruować rozgałęziacz, który nie tylko nie ograniczy możliwości naszego sprzętu, ale wręcz poprawi osiągnięte wcześniej rezultaty? Cóż, tutaj producenci tych gadżetów wchodzą częstokroć w temat magii, swego rodzaju voodoo po którym audiofile poruszają się po omacku. Jedną z marek, która ma szansę to zmienić jest ISOL-8.

Skandynawowie to postępowi ludzie, co wynika nawet nie tyle z jakiejś szalonej chęci zaimponowania innym, ale raczej z ich naturalnej otwartości. Kiedy na świecie pojawiają się nowe rozwiązania i pomysły na to, aby uczynić życie odrobinę lepszym, wielu ludzi zastanawia się czy naprawdę warto, czy opłaca się zrywać z tradycjami, czy potem nie będzie im przykro... Oni natomiast nie mają takich wątpliwości. Jeśli coś jest lepsze, wchodzą w to z marszu. Skandynawia jest regionem, w którym pije się tradycyjne piwo, ale samochód zasila gazem, alkoholem, biopaliwem, kiełkami rzodkiewki albo prądem z elektrowni wodnych i wiatrowych. Muzyki słucha się już niemal wyłącznie z plików, czy to przechowywanych na dysku komputera czy też streamowanych bezpośrednio z sieci. Fizyczne nośniki stanowią podobno nie więcej, niż kilka lub co najwyżej kilkanaście procent tamtejszego rynku. Nic dziwnego, że jeden z największych i najlepiej rozpoznawalnych producentów sprzętu stale rozwija swoją ofertę w tym temacie.
Ps39